Medice, cura - Carvedilol
Proza » Długie Opowiadania » Medice, cura
A A A
Od autora: O lekarzu, który otrzymuje niecodzienny dar. Czy ten dar to nagroda, czy przekleństwo?


  Jestem młodym lekarzem. Dopiero nabieram doświadczenia w tym trudnym zawodzie. Ale to nie będzie moja historia. To będzie historia mojego mentora.
 
                                                             Medice, cura
 
  Z pewnym onieśmieleniem wchodziłem do gabinetu doktora Andrzeja, gdy swoim gromkim "Proszę!" odpowiedział na moje pukanie. Właśnie kończyłem staż internistycznym. Mój opiekun zapowiedział, że dzisiaj podpisze wymagane dokumenty, ale chciałby jeszcze ze mną porozmawiać. Wiedziałem, że z powodu nadmiaru obowiązków rzadko prosił kogoś do siebie; tym bardziej poczułem się wyróżniony. Andrzej Porada (sic!) był okrąglutki, łysawy, o mocnym głębokim głosie, i przy swej tuszy zadziwiająco energiczny. Tak naprawdę doktor Porada nie miał żadnego tytułu naukowego, co stanowiło przedmiot złośliwych żartów zazdrośników, ale i tak jego sława diagnosty sięgała daleko .
  Gdy usiadłem w skórzanym fotelu, wstał i zaczął przemowę, spacerując dookoła biurka, żywo przy tym gestykulując.
– Zaprosiłem cię tutaj, ponieważ dostrzegam w tobie potencjał. Żeby ten potencjał przełożyć na sukces trzeba wiele pracy, ale to nie wystarczy.
  Wrócił do biurka i szybko podpisał przedłożone mu przeze mnie papiery.
– Jeśli chcesz, możesz zmykać – rzucił, spoglądając mi w oczy. – Ale gdybyś miał ochotę posłuchać paru rad starszego kolegi, to lepiej rozsiądź się wygodnie w fotelu, bo to nie będzie krótka pogadanka.
  Oczywiście bez zastanowienia potaknąłem głową, dodając, że "naturalnie, wysłucham wszystkiego".
– Medycyna – zaczął Andrzej. – To pozornie prosta sprawa. Każda choroba jest jak zagadka, którą trzeba rozwikłać, a my, lekarze, jesteśmy niczym detektywi. Czasami sprawy są banalne, ale niestety, często nasi "przestępcy" działają skrycie i podstępnie, myląc tropy. Jeżeli nie podejdziemy do sprawy z odpowiednim zaangażowaniem, możemy wiele przegapić. Podam ci dwie sytuacje, kiedy jesteśmy wodzeni za nos.
– Klasycznym przykładem jest rzezimieszek, znany jako nadczynność przytarczyc. To, nie tak rzadkie schorzenie, rozsyła ludzi po wielu specjalistach: z wrzodami do gastrologa, z kamykami do chirurga lub urologa, a tu jeszcze przecież nadciśnienie, depresja albo osteoporoza. Sprawa zaś rozbija się o maleńkie gruczoły, które produkują to i owo, żeby utrzymać – jakże ważny – stabilny poziom wapnia w organizmie. Ale! – zrobił efektowną pauzę. – Trzeba o tym po prostu pomyśleć i oznaczyć ten wapń, i to nie dlatego, że mi długopis zjechał na skierowaniu i jakoś tak przypadkowo mam ten wynik, tylko wziąć pod uwagę taką możliwość. Przewidzieć. Wystarczy zadać parę pytań pomiędzy „dzień dobry” i „proszę się rozebrać”. Choć doświadczenie uczy, że często wizyta kończy się jedynie na zerknięciu na wyniki, recepcie i powiedzeniu "następny proszę".
  Ważne, aby podchodzić do każdego „przestępstwa” indywidualnie.
  Drugim dobrym przykładem sprytnej kradzieży czasu jest akromegalia, czyli nadmiar hormonu wzrostu. Ten bezczelny rozbójnik działa na naszych oczach wiele lat, zanim zostanie rozpoznany; średnio trwa to siedem, osiem lat. A najśmieszniejsze, że kpi sobie z nas w najlepsze, bo uczeni określają rozpoznanie tej patologii jako strassen diagnose. Czyli jak zobaczysz, to od razu powinieneś rozpoznać, nawet na ulicy. Skąd zatem taka rozbieżność, pomiędzy „powinno być” a de facto jest? Bo kiedy ktoś mówi, że boli go głowa albo brzuch, to niewielu zastanawia się nad towarzyszącymi temu: wielgachną żuchwą, łapami jak bochny chleba, czy szparami między zębami, jak pomiędzy sztachetami w płocie.
  Dlatego dobry diagnosta, to taki detektyw, który wie, o co pytać, gdzie zaglądnąć, i potrafi tak poukładać elementy układanki, żeby dojrzeć modus operandi, na podstawie nierzadko licznych, choć obejmujących różne narządy, śladów zbrodni. 
– Ale dosyć tego wykładu. Teraz wyobraź sobie, mój drogi padawanie (tak doktor Porada zwracał się do wszystkich swoich podopiecznych) taką sytuację, że aby poznać diagnozę, wystarczy… dotknąć pacjenta. Dosłownie. 
– Opowiem ci zatem swoją historię.
 
 
  Na chirurgicznej Izbie Przyjęć jarosławskiego szpitala poziom decybeli popołudniowego dyżuru był zdecydowanie poniżej średniej. Pacjenci, a i owszem, zgłaszali się, ale tak jakby się umówili, przychodząc w odstępach czasu pozwalających na spokojne zaopatrywanie potrzebujących. Nie było tak częstego tłoku, pokrzykiwań i wyzwisk. Andrzej, młody student z widocznym już, pomimo swoich dwudziestu jeden lat, okrągłym brzuchem, kończył właśnie badanie pacjenta, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i dwóch sanitariuszy przytransportowało na noszach cierpiącego mężczyznę w średnim wieku. Ten zdecydowanie wygrywał kubaturą brzucha z Andrzejem. Za noszami dostojnym krokiem wkroczył starszy brodaty lekarz ze splecionymi z tyłu rękami.
– Pęcherzyk żółciowy – rzucił bezbarwnie, a sam usiadł przy biurku, gdzie usłużna pielęgniarka zrobiła mu miejsce. – Dajcie tu jakiegoś chirurga.
  Kiedy niedbale wpisywał rozpoznanie, Andrzej rozpoczynał już badanie fizykalne od obmacywania brzucha delikwenta, ale znieruchomiał, gdy położył dłonie na napiętej skórze. W jego głowie pojawiła się nagła myśl, błysk, który szybko zniknął. Miał wrażenie, że ktoś mu coś podszepnął… w jego własnym umyśle. Usłyszał po prostu „zapalenie wyrostka robaczkowego”. Bezwiednie powtórzył to na głos akurat w momencie, gdy do izby wchodził przywołany lekarz dyżurny.
– Wyrostek, heh – parsknął brodacz zza biurka. – Zapalenie woreczka, ot, co. Oj, młody, musisz się jeszcze dużo nauczyć.
  Szybko zdał relację dyżurnemu i cała ekipa ewakuowała się błyskawicznie. Chirurg sam zbadał bolący brzuch.
– Wygląda na pęcherzyk. – Postawił szybką diagnozę. – Siostro, zakładać mi historię i pacjenta na górę, w try miga. Trzeba operować, młody, są już objawy otrzewnowe – dodał, zdejmując rękawiczki.
  Jednak Andrzejowi nie było dane uczestniczyć w operacji, a godzinę później zakończył pracę na izbie.
  Nazajutrz jako pierwszy stawił się w dyżurce lekarskiej oddziału chirurgicznego. Przywitał go lekarz z widocznym na twarzy syndromem nieprzespanej nocy. Na widok Andrzeja ożywił się.
– No, młody. Będą z ciebie ludzie. Wczoraj operowaliśmy ten pęcherzyk. Okazało się, że to bardzo nietypowo położony wyrostek robaczkowy, który już się rozlewał do otrzewnej. Zdarza się i tak. Miałeś farta, czy taki z ciebie orzeł? – zadał retoryczne pytanie, wciskając peta do popielniczki na parapecie.
  Andrzej bąknął coś zdawkowo i usiadł przejęty. Sam nie wiedział skąd mu przyszła myśl o wyrostku. Przecież nie zdążył ani zebrać odpowiedniego wywiadu, ani nawet porządnie zbadać pacjenta. A tu proszę, potwierdziło się…
 
– Tak to się wszystko zaczęło – kontynuował opowieść doktor Andrzej, a ja słuchałem, nie spodziewając się tego, co będzie dalej.
 
  Kilka dni później Andrzej stawił się na swój ostatni dyżur na izbie, kończący wakacyjny staż studencki. Dziś typowo – głośno, tłum ludzi, ruch jak na bitwie pod Grunwaldem; ale do tego już się przyzwyczaił. Około godziny dziesiątej przywieziono bladego jegomościa, wymiotującego, a raczej wypluwającego resztki żółci z żołądka. I znowu Andrzej dopadł do niego przed dyżurnym. Szybko przystąpił do badania, pytając jednocześnie, gdzie boli. Sprawa wydawała się prosta – wymioty od rana i silny ból w nadbrzuszu. Pewnie żołądek albo trzustka – pomyślał.
  Kiedy jednak przyłożył dłonie do bolącego miejsca, znów w jego podświadomości pojawił się znajomy błysk. Nie mógł uwierzyć w to, co podpowiadało mu nieznajome „coś”.
– Zawał? – zapytał sam siebie. – Przecież gość rzyga dalej, niż widzi, a w klatce piersiowej nic mu nie dolega.
– No i co, młody? – zapytał dyżurny, stając mu za plecami – Jak się sprawy mają?
– Wygląda na nieżyt żołądka albo ostrą trzustkę, ale ja się nie znam. To może być i zawał – dodał niby żartobliwie.
– Taaa, widzieliśmy i takie zawały – odparł chirurg. Zadał cierpiącemu parę krótkich pytań, zbadał szybko i sprawnie, a gdy mył ręce, nakazał pielęgniarce nieco ostentacyjnie: – Zróbcie jeszcze EKG, a potem na górę i na cito amylazę mi oznaczyć.
  Zanim jednak zdołał opuścić izbę starsza pielęgniarka Jadwiga Pieniążek, już leciała do niego z wydrukiem pracy serca.
– Doktorze, niech pan tylko popatrzy, coś tu jest nie tak.
  Starszy chirurg miał wieloletnie doświadczenie; nawet jemu te górki i szlaczki niezbyt przypominały to, co na studiach wbijali do głowy jako prawidłowy zapis EKG.
– Dawać mi tu internistę, niech wpisze swoje, a potem na górę, pod czwórkę mi go położyć.
  Jak to nieraz bywało w takich sytuacjach, chirurgiczno-internistyczna „przyjaźń” spowodowała, że konsultant zjawił się w tempie ekspresowym, czyli po trzydziestu czterech minutach, pokonując dystans, który osiemdziesięciolatek o lasce pokonuje w minut siedem. Mężczyzna w średnim wieku przywitał się uprzejmie z personelem izby, usiadł na krześle przy biurku, klepiąc dłonią w blat, i rzucił nieco kpiąco:
– No, to co tam mają do mnie chirurdzy? Znowu jakieś ekstrasystole wysko… – nie dokończył, ledwo rzucając okiem na przedłożony zapis. – Zawał jak cholera. Który to? – Ton głosu zmienił się momentalnie. Teraz był w pełni funkcjonariuszem służby zdrowia. Po paru szybkich pytaniach i jeszcze szybszych oględzinach pacjenta zakomunikował, że karetka natychmiast ma przetransportować chorego na „erkę” na internę. On już zrobi miejsce. Wydał jeszcze ostatnie dyspozycje, mrucząc pod nosem coś o typowej masce brzusznej, i wybiegł z izby.
  Andrzej kucnął w kącie, trzymając się oburącz za głowę. – To mi się śni… to mi się tylko śni…
 
– A potem – dodał Andrzej. – Wróciłem na studia i… nic. Nie zdarzyło się to już ponownie. Jakież było moje rozczarowanie, gdy ukazał mi się skrawek medycznego nieba i umknął, zanim zdążyłem go zakosztować. Przez lata studiów badałem wielu pacjentów, ale te przebłyski nie powróciły. Przez chwilę tylko byłem w ogródku i witałem się z gąską. Gąska zamieniła się w białego króliczka i zwiała do swojej nory w krainie czarów. A ja żyłem w poczuciu, że coś mi uciekło. Uczyłem się może i dużo, ale bez zacięcia, i w głowie nie zostawało tyle, co potrzeba; niemniej studia ukończyłem. Na pracę w Krakowie, mieście królów polskich, nie liczyłem, nie mając koneksji i marne plus trzy na dyplomie. No to stwierdziłem, że szpital w Jarosławiu będzie dla mnie w sam raz. A szpital w Jarosławiu z braku wystarczającej kadry, stwierdził, że dodatkowa para rąk się przyda i nie ma co wybrzydzać. No i tak zacząłem staż w oddziale internistycznym…
 
 
  Oddział internistyczny w Jarosławiu przypominał odwróconą literę L. Na styku korytarzy znajdowały się dyżurki: lekarska i pielęgniarska, a obok "erka", jak w slangu lekarskim określano salę intensywnej terapii. Andrzej szybko zadomowił się na oddziale. Od pierwszego dnia stażu rzucono go na szerokie wody znane wszystkim stażystom: "zbieraj wywiad, i to dokładnie, badaj, i to szczegółowo, a potem wpisuj to czytelnie w historię choroby. Jak już ogarniesz wszystkich nowych chorych, to możesz zadawać pytania, najlepiej komuś innemu".
  Kiedy Andrzej rozprawił się z zawiłościami anamnezy swojego pierwszego stażowego pacjenta, przystąpił do tego, co lege artis określa się jako badanie fizykalne. Najpierw osłuchał klatkę piersiową, zwracając uwagę na szmery znad płuc i serca, potem kazał ułożyć się na wznak i przystąpił do badania brzucha. Ledwo położył swoje dłonie na zapadniętym tułowiu, „to” stało się ponownie – nagła pewność co dolega chorej. Pacjentka schudła w krótkim czasie, siusiała litrami i piła jak smok – klasyczny przypadek nieleczonej cukrzycy, który można łatwo rozpozna już na podstawie wywiadu. Ale ten błysk w głowie! Andrzej nie posiadał się z radości. Potwierdził jego przypuszczenia.
  Już nie mógł się doczekać kolejnego pacjenta, z trudem przebrnął przez mozolne uzupełnianie danych w historii choroby. Do kolejnego przyjęcia (przyjęcie to nie impreza, tylko nowy pacjent, młody!) sam się wyrywał. I znowu mu się udało; błysk w głowie w momencie badania brzucha, i sprawa prosta – wrzody żołądka. Po kilku kolejnych dniach wszystko stało się jasne. Miał dar. Wystarczyło, że dotknie czyjegoś brzucha i ma gotową diagnozę. Kiedy parokrotnie przed wynikami badań laboratoryjnych i obrazowych udało mu się postawić właściwą diagnozę, sam ordynator zwrócił uwagę na talent młodego lekarza. Właściwie, jeszcze lekarza bez prawa samodzielnego wykonywania zawodu. A kiedy rozwiązał sprawę nadczynności przytarczyc u siostrzeńca starosty, jego akcje znacząco podskoczyły. Pacjent ten od wielu lat leczył się u kilku specjalistów, a wystarczyło wysłać owego delikwenta do chirurga i wyciągnąć jedną wielką przytarczycę, żeby nastąpiło wyleczenie. Kilka dni później ordynator Oddziału Dziecięcego wysłał własną córkę, aby ten młody, zdolny spojrzał na nią swoim diagnostycznym okiem. Andrzej poprosił o pozostawienie go z pacjentką sam na sam. Niechętnie, ale przystano na to żądanie.
  Dziewczyna była śliczna, młoda i nad wyraz skrępowana. Andrzej zadając kilka zdawkowych pytań, myślał tylko o jednym. Żeby jak najszybciej mógł dotknąć jej ciała. Poczuć pod swoimi dłońmi jej delikatną skórę. Konkretnie, skórę brzucha. I jak najszybciej wydobyć potrzebne informacje.
  Kiedy Monika położyła się na wznak rozebrana do pasa, starała się nieśmiało uśmiechnąć, ale Andrzej nawet nie popatrzył w jej błękitne oczy. Kiedy już dostał, co chciał, tak ukierunkował pytania, aby niby naprowadzały go na postawienie „błyskotliwej” diagnozy.
  Po wszystkim umył ręce, otworzył drzwi i poprosił ordynatora.
– To mi wygląda na łagodny wariant tocznia; objawy są skąpe, ale w tym kierunku poszerzyłbym diagnostykę.
– Dziękuję bardzo. – Uśmiechnął się sympatyczny pediatra, po czym wyciągnął rękę, którą Andrzej uścisnął.
– Ja również dziękuję – odparł i wyszedł, nie oglądając się nawet na dziewczynę, już teraz kompletnie ubraną i siedzącą w milczeniu ze spuszczoną głową.
  Kiedy tydzień później diagnoza została potwierdzona w Klinice w Lublinie, pozycja stażysty zmieniła się diametralnie. Ordynator uruchomił swoje znajomości. Pozałatwiał wszystko tak, aby pozostałe części stażu Andrzeja w tym szpitalu, zminimalizować do podpisania zaliczenia przez innych ordynatorów. Tak, żeby mieć stażystę u siebie jak najdłużej i prostą drogą poprowadzić go do podjęcia pracy, dla królowej nauk medycznych, jaką jest interna. Kiedy uzyska już prawo do wykonywania zawodu. Oczywiście na „jego" oddziale.
  Andrzej zaś, wśród zazdrosnych spojrzeń i pokątnych żartów, wyrastał na czołowego diagnostę, nie tylko oddziału, ale i szpitala.
  Powoli czuł, że Jarosław to tylko uwertura dla kogoś takiego jak on; zda egzamin, dający mu samodzielne uprawnienia i wyfrunie do wielkiego świata. Jeszcze parę miesięcy.
  Okazało się, że nowy internistyczny nabytek wcześniej niż przypuszczał, dostał możliwość pokazania swojego talentu szerszym kręgom. Brat ordynatora, profesor warszawskiej Kliniki Gastroenterologii, słuchając peanów na temat Andrzeja, z ciekawości zaprosił młodego adepta na parę dni do siebie. Przygotuję mu kilka ciekawych przypadków – rzucił do telefonu ten „większy” z braci Zamorowskich. Andrzej już wtedy widział, którędy potoczy się dalej jego droga kariery.
 
– Tak, chłopcze, kiedy ktoś ma zdolności, odbiegające dalece od przeciętności, nie wiadomo kiedy wchodzi na taką drogę. Drogę pychy. Oczywiście, ja sam niczego w tamtym czasie nie dostrzegałem, nie widziałem, jak arogancki się stałem, z jakim lekceważeniem traktowałem starszych lekarzy, o innym personelu nie wspominając. A pacjenci, hmm, nie interesowali mnie jako ludzie, tylko jako zagadki, które rozwiązywałem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Byłem niczym maszyna, skaner, który bada, przetwarza i wypluwa dane. I niech później inni wykorzystują te informacje. Tu brzuch, tam brzuch; najczęściej starałem się, kiedy mogłem, pozostawać z pacjentami sam na sam. W innych przypadkach jak najszybciej dotykałem brzucha i wtedy wracałem do punktu zero – zadawałem pytania, które miały „naprowadzić” mnie do postawienia właściwej diagnozy. Udawałem detektywa, który potrafi zadawać inteligentne pytania, bada miejsce zbrodni, odnajdując ważne ślady, ale nie chwaliłem się, że od dawna wiem, kto jest zbrodniarzem i jakie szkody wyrządził. Co dalej z pacjentem, to już mnie nie interesowało; tym męczącym leczeniem niech zajmują się płotki. Ja dążyłem do pozycji, która mi się słusznie należała. I tak nikt by nie uwierzył w moją diagnostyczną "moc brzuszną", że się tak wyrażę. Ale zamierzałem ją wykorzystać absolutnie maksymalnie.
– Tak zaczęła się moja droga ku wielkiej karierze.
 
  Andrzej w białym kitlu narzuconym na starannie odprasowaną, najlepszą błękitna koszulę w drobne prążki i bordowy krawat, został wprowadzony do sali, gdzie odpowiednio wyselekcjonowani pacjenci już na niego czekali. Oczywiście nie było mowy o pozostaniu sam na sam z którymkolwiek z nich. Oprócz dwóch profesorów i trzech docentów w sali znalazło się jeszcze kilku stażystów; jednym słowem pełen komfort i dyskrecja. Dla pacjentów oczywiście. Nie wspominając o szybko spadającym poziomie tlenu na osobę w tych trzydziestu metrach kwadratowych bez wentylacji.
  Andrzej czuł się doskonale, nie był zdenerwowany, ale wyraźnie podekscytowany tym, co za chwilę miało nastąpić. Już przez ostatnie dni wyobrażał sobie miny tych wszystkich "wielkich", kiedy zrobi swoje. Heh.
  Do pierwszej pacjentki podszedł profesjonalnie – zadał kilka standardowych pytań, następnie przystąpił do oględzin, potem do badania, zaczynając od głowy, poprzez klatkę piersiową, aż w końcu dotarł do brzucha. Delikatnie ułożył swoje ręce poniżej mostka i... nic. Żadnego błysku. Przycisnął mocniej. Nic. Kilkakrotnie zmienił pozycję rąk. Dalej nic. Powoli zaczynał się pocić. Coraz mocniej ugniatał brzuch, ale bez efektu. Kiedy zorientował się, że badanie zdecydowanie się przedłuża, wstał, obejrzał jeszcze nogi, i z miną mającą wyrazić zatroskanie i skupienie, powiedział powoli, starając się, aby jego głos brzmiał czysto:
– To skomplikowana sprawa. Muszę jeszcze zapoznać się z wynikami badań.
  Przy drugim pacjencie sytuacja powtórzyła się. Brzuch, i... nic. Potem trzeci i czwarty. Brzuchy jednak milczały jak zaklęte. Albo raczej jak zwykłe brzuchy.
 Andrzej nie ukrywał już swojej porażki. Z opuszczoną głową udał się za gremium do dyżurki lekarskiej. Wiedział, że żadne wyniki nic mu nie pomogą. Jedynie docisną wieko trumny, w której spocznie jego "wspaniała" kariera.
 
A tak ta droga się zakończyła. Czy raczej krótka, ślepa uliczka.
– Do dziś pamiętam ten dzień – kontynuował. – Nawet nie wstyd, nawet nie rozczarowanie, tylko moją złość. Na siebie, na pacjentów, na Opatrzność. Na to, że tak szybko utraciłem swój dar. Zawsze trudno pogodzić się z sytuacją, w której tracimy coś, co wynosi nas ponad innych. Byłem wściekły, rozżalony i bezsilny. Jeżeli wierzyć staremu porzekadłu o spadaniu z wysokiego konia, to jak nic zleciałem z wielbłąda.
  Parę dni później, "życzliwi" koledzy z oddziału, donieśli mi, że profesor Zamorowski zadzwonił do brata i kazał mu się popukać w głowę. Że takie żarty to w pipidówie można robić, ale nie w prawdziwym, poważnym świecie. Okazało się jeszcze, że aby mnie ostatecznie przetestować, dali mi na koniec pacjenta z klasycznymi objawami colitis ulcerosa. A ja, nie dość, że nie rozpoznałem choroby, to jeszcze zadawałem tak głupie i niewłaściwe pytania, że zażenowani byli nawet towarzyszący badaniu studenci.
  Jednym słowem, warszawska furtka zatrzasnęła się przede mną z hukiem. Olbrzymim, cholernym hukiem. I jakże niesprawiedliwie. Tak myślałem w tamtym czasie.
 
 
  Pierwszego dnia po powrocie z Warszawy Andrzej zaraz po obchodzie ukrył się w kącie za stosem zaległej dokumentacji. Dopiero po godzinie oderwano go od papierkowej pracy.
 – Te, profesor – rzucił kąśliwie Robert, starszy asystent, wchodząc do dyżurki. – Przyjęcie czeka. Jadwiga Malinowska, lat 84, na czwórce.
  Andrzej dokończył wpis, zamknął historię choroby, zawiesił na szyi stetoskop i wyszedł bez słowa.
 Starsza pani była bardzo miła i gadatliwa.
– Ojoj, jakie to młode teraz te doktory, kiedy to ja taka byłam, he, he.
  Po dziesięciu minutach rozmowy i minucie zdejmowania koszuli nocnej (Andrzej cierpliwie czekał, nie próbując nawet pomóc) przystąpił do rutynowego badania. I wtedy brzuch znowu do niego przemówił. Z radości obdarzył staruszkę ciepłym uśmiechem.
– Wszystko będzie dobrze, to tylko zwykła niestrawność, może być pani tego absolutnie – podkreślił to słowo – pewna.
  Kiedy wyszedł, Jadwiga pociągnęła nosem. „Jaki miły ten doktor. Takie mam stare pomarszczone ciało, a on mnie tak delikatnie dotykał, i jeszcze starał się pocieszyć. Ale ja swoje wiem. To na pewno rak. Sąsiadka też tak miała”.
 
  Miesiąc stażu wystarczył, żeby pozycja Andrzeja powróciła do stanu sprzed warszawskiej eskapady. A jego zajęcia przerzucono głównie na badanie pacjentów. Niestety, później musiał przez dwa tygodnie kontynuować naukę na oddziale hematologii, a to oznaczało wyjazdy do Rzeszowa.
  Tam Andrzej zaczął nabierać pewnych podejrzeń – jego dar znowu wszedł w okres hibernacji. Pojawił się ponownie po powrocie do jarosławskiego oddziału. Ostatecznie sprawa wyjaśniła się po odbyciu stażu w Oddziale Psychiatrycznym w drugim jarosławskim szpitalu, niegdysiejszym Wojewódzkim Szpitalu Psychiatrycznym położonym w środku miasta. Kilka starych, wielkich gmachów ukrytych wraz z parkową zielenią za murami stwarzało oazę ciszy i spokoju. Tu również brzuchy milczały – najwyraźniej je także otaczały mury. Niewidzialne mury.
 
– Otrzymałem wielki dar – kontynuował doktor Porada. – O niewielkim zasięgu. Działał tylko w obrębie jednego, cholernego szpitala. No cóż, powoli oswajałem się z tą myślą. Dar to dar, zamierzałem go wykorzystać. Teraz wiem, że po prostu nie chciałem być chłopcem na posyłki w wielkim świecie, podświadomie wolałem być kimś wielkim, nawet w skali mikro. Pytałem się Boga, dlaczego obdarowując mnie taką mocą, jednocześnie trzyma mnie na łańcuchu. Wtedy nie znalazłem odpowiedzi. Rok później, po zaliczeniu egzaminu lekarskiego, pracowałem na oddziale już jako młodszy asystent. Oczywiście, zgodnie z wymogami formalnymi, nie mogłem samodzielnie pracować w poradni, więc wykorzystywano mnie do diagnostyki trudniejszych przypadków na oddziale. A w poradni pracowałem wspólnie ze starszymi asystentami; mieliśmy połączone gabinety, ja w jednym z nich wstępnie oceniałem pacjentów, potem szybko przechodzili obok, gdzie wszystkie te laboratoryjno-obrazowo-receptowe sprawy załatwiali inni. Ja i tak miałem w co ręce włożyć, a dokładniej, na co położyć; musiałem obmacywać setki brzuchów.
– Po wielu miesiącach takiej pracy wstając  rano, myślałem  tylko o tym, żeby ostatni pacjent zamknął drzwi, a ja mógłbym w końcu iść do domu. Większość spraw była banalna, a spektakularne przypadki były rzadkie. Ze znudzeniem badałem kolejne brzuchy. Czasami nawet nie starałem się stwarzać pozorów i, na przykład, rozpoznawałem anginę tylko po przyłożeniu ręki do tułowia. Dopiero widząc konsternację pacjenta, nakazywałem pro forma pokazywać migdałki i mówiłem: "No, angina jak nic". Nikt, nigdy nie wrócił z pretensjami. Działało perfekcyjnie. Ja, moje ręce, cudze brzuchy i błysk w głowie. Idealny diagnostyczny taśmociąg. Maszyna cudów.
  Na szczęście maszyny też się buntują.
 
 Andrzej czekając, aż ostatni pacjent się ubierze, zerkał co chwilę na zegarek. "Osiemnasta dwie. Dwie minuty po pracy. Zaraz w końcu stąd wyjdę". Dziś przy temperaturze powyżej trzydziestu stopni i pocących się mocno pacjentach, powietrze w gabinecie można było kroić. Schował pospiesznie do torby firmowe długopisy, stetoskop i pieczątkę. Wychodząc,  zderzył się z kobietą na oko po pięćdziesiątce. Twarz wydała mu się znajoma.
 – Panie doktorze… Ja do pana… Mój syn…
– Ale ja już skończyłem, proszę pani. Mnie już w pracy nie ma – przerwał jej szybko.
– Ale to już trzeci raz… a pan może pomóc…
– Mogę, ale jutro proszę pani. – Postukał w szkiełko zegarka. – Jutro.
– Ale mnie tak bardzo boli brzuch… Nikt nie wie dlaczego.
– Ostre bóle to nie zakres poradni – rzucił sucho. – Proszę podejść na Izbę Przyjęć. A teraz naprawdę muszę iść. Mam ważne sprawy i jestem spóźniony.
 Zanim kobieta zdążyła coś dodać, jego błękitna koszula zniknęła już za przeszklonymi drzwiami.
  Wieczorem Polska grała z Anglią.
  Przegrała.
 
  Następnego dnia Andrzej został poproszony na konsultację do Oddziału Chirurgii. Kiedy stanął przed łóżkiem pacjentki, od razu rozpoznał wczorajszą natarczywą kobietę.
 Antonina Matrejek. Lat 52. – Przeczytał z karty przyłóżkowej.
  – Chodził pan do klasy z moim synem. – Jakby czytała w jego myślach.Maciek jest teraz za granicą. Kiedyś i pan u nas bywał.
  Andrzej powoli w zmienionych bólem rysach rozpoznawał kobietę, która częstowała go budyniem i sokiem, ile to już będzie?… Z piętnaście lat temu.
  – Przepraszam. Miałem wczoraj naprawdę ważne sprawy (Polska przegrała, wie pani, dopowiedział w myślach). Zacznę od badania brzucha.
 Zanim kobieta zdążyła zareagować, już wiedział, co jej dolega. Porfiria.
  Porfiria. Co to kurde jest? – pomimo starań, niewiele udało mu się wydobyć z zakamarków pamięci. Jakaś rzadka choroba, której nigdy na oczy nie widział. Co ją powoduje, jak to się leczy – tabula rasa.
  – No i co, Andrzeju? – spytał wchodzący do sali Rafał, kolega chirurg, równolatek.
 – Porfiria. Podstępna, stara porfiria – dodał, nie mając pojęcia, o czym mówi.
 – Co ty? Porfiria? No tak, to by tłumaczyło ten ostry brzuch. A myśmy ją wczoraj otwierali. Wiesz, laparoskopia zwiadowcza. A tam czysto. Teraz sprawa jasna. Z tego, co pamiętam, porfiria to nadmiar porfiryn we krwi, a ostry napad często powoduje takie objawy brzuszne. Kurczę, ty to jesteś jednak niesamowity. Ja sam w życiu bym na to nie wpadł. Jestem tylko chirurgiem.
 
  Andrzej musiał znaleźć sobie spokojne miejsce, aby dojść do siebie. Wylądował w mieszczącej się w podziemiach kaplicy.
  – Boże, co ja narobiłem. Jakiś głupi mecz i przez to cierpiąca kobieta niepotrzebnie trafiła na stół chirurgiczny. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Obdarowałeś mnie wielką zdolnością, a ja potraktowałem ją jak wygraną na loterii. Tylko im większy dar, tym większa odpowiedzialność. Czy to dlatego jest taki ograniczony? Aż nauczę się nim właściwie posługiwać? 
 
 
Powoli do mnie docierało – dodał Andrzej, upiwszy łyk herbaty. – Otrzymałem cudowną moc, którą chciałem zamienić na sławę. Potem roztrwonić ją na drobne. Ale ten dar nie był dla mnie. Był dla ludzi. Ja byłem wykonawcą, a chciałem być bogiem. Pierwszy raz od dawna płakałem jak dziecko. Uwierz mi, to naprawdę oczyszcza. Chłopaki nie płaczą. Mężczyźni czasem tak.
 
  Przez cały ten czas nie odezwałem się ani słowem. Teraz tym bardziej siedziałem cicho. Cokolwiek bym powiedział, zabrzmiałoby głupio. Na początku myślałem, że ten gość robi sobie ze mnie żarty. Potem, że może ma lekkie fiksum dyrdum. Potem to „może” zmieniło się na „na pewno”. Ale gdy teraz zobaczyłem łzy w oczach tego korpulentnego, wesołego i życzliwego człowieka, zacząłem się bać. Bać, ponieważ on chyba mówił prawdę.
 
– Kiedy rozpoznałem porfirię, zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – kontynuował doktor Porada. – Ja nie miałem żadnego pojęcia o tej chorobie, oprócz tego, że jest. A mój kolega chirurg szybko zlecił odpowiednie badania i tłumaczył pacjentce, co podejrzewają, jakie to niesie ze sobą konsekwencje i jakie są ewentualnie metody leczenia. Przy tym uśmiechał się, kilkakrotnie rzucał jakieś słowo pocieszenia i wyjaśniał, że brzuch to tak naprawdę rozcięli, żeby ratować jej życie, ale wygląda na to, że nie tam leży przyczyna.
– Mówił i mówił, a ja słuchałem z zazdrością i, nie będę ukrywał, podziwem. Ja to potrafiłem rozpoznać co najwyżej żółtaczkę u chińczyka i wyleczyć katar w siedem dni. Przez trzy lata pracy nie nauczyłem się nic a nic. A wiedza ze studiów niepoparta praktyką, ulatniała się z biegiem czasu. Nie wiadomo dlaczego przypomniałem sobie córkę ordynatora pediatrii. Jej przepraszający, skromny uśmiech, kiedy odsłaniała przede mną swoje chude ciało. A ja, matoł, nawet nie odwzajemniłem uśmiechu. Zero wsparcia, pocieszenia.
 
 Kiedy wróciła z Lublina, przyszła z bukietem kwiatów, i uśmiechając się ciepło, powiedziała, patrząc na mnie – jak mi się wydawało –  z podziwem:
– Dziękuję bardzo. Za pomoc. Za… wszystko. Tak w ogóle, Monika jestem.
– Andrzej – odparłem, licząc, że zaraz sobie pójdzie. Widząc brak zainteresowania z mojej strony, skierowała się ku drzwiom. Zanim wyszła, odwróciła się jeszcze.
 – Tato namawiał mnie na koniak, ale ja wolałam kwiaty.
  Cisza.
– Powiedział, że pan Andrzej to na pewno kwiatków nie pije, więc będzie musiał się do ciebie wybrać osobiście.
  Cisza.
– I wiesz… On nawet lecząc bardzo małe dzieci, zawsze powtarza, że każdy przypadek to jednostka chorobowa, ale każdy pacjent to człowiek. A on nie chce leczyć jednostek chorobowych.
  Cisza.
– Cześć – dodała i już jej nie było.
 
 
 
– Po tej historii z matką kolegi po raz pierwszy w życiu naprawdę poczułem, że chcę być lekarzem. Prawdziwym. Chcę leczyć – opowiadał dalej doktor Andrzej. – Badać, diagnozować i leczyć. Ale było już za późno. Nikt w szpitalu nie chciał słyszeć, że zajmę się leczeniem. Szkoda na to czasu – przekonywali mnie. – Taki diament nie powinien się marnować, a tylu pacjentów czeka na odpowiednią diagnozę. Nie stać nas na rezygnację z takich zdolności. Leczyć to może byle kto panie Andrzeju. I tak w kilku wariantach. A ja już wiedziałem – nie chciałem być wiecznie podającym. Byłem tym, który rozgrywa, wykłada piłkę jak na tacy, ale gole strzelają inni. A kto pamięta o piłkarzach, którzy mają ogromną liczbę asyst, ale nie mają bramek. Nikt. A ja chciałem zdobywać gole. Chciałem poczuć, jak to jest, gdy piłka po moim celnym strzale wpada do siatki. Jednak trenerzy z ławki ordynatorskiej i menadżerzy z ławki dyrektorskiej nie pozwolili mi być napastnikiem. Miałem być rozgrywającym. Świetnym rozgrywającym. Ale bramki mieli strzelać fachowcy.
 
 
  Andrzej zamknął Biblię. Kolejny raz przeczytał fragment z Ewangelii wg świętego Mateusza. Przypowieść o talentach. Kiedy to pan zostawił sługom odpowiednio: pięć, dwa i jeden talent. Po jego powrocie okazało się, że dwaj pierwsi pomnożyli otrzymane talenty, zaś sługa gnuśny zakopał jeden, jedyny talent. I rozgniewany zwrócił tylko to,  co dostał.
  Przez ostatnie tygodnie Andrzej wahał się, co ma zrobić – chciał dalej się kształcić, zrobić specjalizację z interny. I przede wszystkim dzięki temu leczyć samodzielnie. Jednak jasne dla niego stało się, że musi opuścić Jarosław. Czy wolno mu zostawić to, co otrzymał? Zakopać swój talent? Czyż nie okaże się sługą złym i gnuśnym? Bóg nie odpowiadał.
  "A gdyby tak Fleming wyrzucił swoją pleśń, to ilu ludzi by umarło, zanim ktoś inny odkryłby antybiotyk? Fleming pomnożył swoje talenty".
  Andrzej jednak zadecydował ostatecznie – jego podanie o pracę zostało przyjęte w jednym z bieszczadzkich szpitali. Musiał jednak trzy razy w tygodniu przyjmować w takich ośrodkach zdrowia, gdzie diabeł mówi dobranoc. Odpisał natychmiast. Za tydzień zaczynał nową pracę.
  Kiedy pakował się przed wyjazdem, ponownie otworzył Biblię – ta sama przypowieść nabierała trochę innego wymiaru, jeśli doczytać słowa świętego Łukasza. „Temu, który ma, będzie dodane, a temu, co nie ma, zabiorą nawet i to, co wydaje mu się, że ma”.
 
 
  – W tych kilku wioskach nauczyłem się więcej niż przez cały pobyt w Jarosławiu. Nauczyłem się słuchać, używać głowy i uśmiechu. Czasami dla starszej osoby poklepanie po plecach, miłe słowo i iskierka zainteresowania, znaczyły więcej, niż te wszystkie niezrozumiałe medyczne terminy. Dopasowywałem język do odbiorcy. Pęcherzyk żółciowy najczęściej był woreczkiem, złogi kamieniami, a badanie per rectum wchodzeniem do tyłka.
  – Po kilku miesiącach, kiedy ludzie widzieli, że się staram, że może nie umiem leczyć idealnie, że się mylę, ale drążę, nie poddaję się, że pamiętam twarze, i to, że stary Czajka wydał córkę za mąż, co to się wtedy pobili, i szwagier z gwoździem w nodze przyjechał, pamięta doktor, i że Maciejowa to ma najlepsze jajka w okolicy.  Po roku byłem już „ich” doktorem. Wypracowałem to sobie mozolną pracą. Nad pacjentami i nad sobą.
  Nie zliczę,  ile razy ludzie z wdzięczności zostawiali mi, a to swojską szynkę, miód, jaja, raz nawet koguta. O samogonach nie wspominając.
  I wracali do mnie. A ja tym mocniej starałem się zapracować na ich zaufanie. Potem wróciłem zmierzyć się z przeszłością.
 
   Andrzej ze spokojem narzucił na siebie fartuch. To jego pierwszy dzień pracy w szpitalu, po pięciu latach przerwy. Oddział Chorób Wewnętrznych w Jarosławiu. Każdy specjalista internista był tu pilnie potrzebny, lekarze uciekali stąd do wielkich miast. Postawił więc swoje warunki, a te zostały przyjęte.
 Pięć lat. Pięć pełnych pracy i zdobywania doświadczenia lat. Poradzę sobie – przekonywał sam siebie.
  Zostało jeszcze tylko jedno do sprawdzenia.
Wszedł do pierwszej sali. Dziesiątka. Pięć „żeńskich” łóżek.
– Dzień dobry, moje panie. Jeszcze się nie znamy, ale jeśli chcą panie porad, to jestem.
Sekunda przerwy.
– Nazywam się Andrzej Porada.
Uśmieszki. Początkowo skrywane, ale po chwili z radosnym crescendo sala wypełniła się śmiechem.
– No to zaczniemy od pani – rzekł w kierunku korpulentnej sześćdziesięciolatki.
Po paru pytaniach otwartych przyszła pora na bardziej konkretne, które z kolei wskazywały dalszą ścieżkę diagnostycznego algorytmu.
– Teraz proszę się rozebrać, pora na badanie. I od razu dodam, chociaż zabrzmi to mało wiarygodnie – rzekł, klepiąc się po wydatnym brzuchu – że powinna pani schudnąć.
– Oj, wiem doktorze, wiem. Tylko ja tak kocham jeść…
– Znam to dobrze. Ale powtórzę, jeśli chce pani wyrównać porządnie swoją cukrzycę i nadciśnienie, to podstawą jest dieta i ruch. Tabletki to konieczność. A po co ta chemia, jeśli za dziesięć kilogramów mniej, być może uda się ich pozbyć?
– Ja już… – dodał szeptem konfidencjonalnie – ledwo ciągnę na tej zieleninie, którą mi żona serwuje, ale pięć kilo uciekło w trzy miesiące. I chciałbym się z panią spotkać – dodał już głośniej – za te pani pięć kilo mniej.
  – No, to teraz nadejszła wiekopomna chwila – spawlakował się w myślach.
Kiedy doszedł do momentu badania brzucha, delikatnie drżały mu ręce. Z namaszczeniem przykładał je do skóry pacjentki. Powoli, delikatnie. Już.
 
   – Tak, mój młody padawanie, kończę już opowieść. Zakopany talent został zakopany na zawsze. Ale przywiozłem pięć innych i ciągle je mnożę. Tak mi się nieskromnie wydaje.
  Kolejny łyk herbaty i zmiana tonu na weselszy.
– Nie wiem, czy już wspominałem – uśmiechnął się złośliwie – że dobry lekarz jest jak dobry detektyw. Musisz pamiętać, jeśli znasz Conan-Doyle’a, Agathę Christie czy innych klasyków kryminału, każdy przestępca, jeśli pozwolisz mu mówić, zawsze coś ujawni. Masz więc słuchać pacjentów, wyciągać z tych wywiadów to, co istotne dla sprawy, łączyć fakty, rozwiązywać łamigłówkę z tego, co uzyskałeś i przewidywać, jaki element mógłby być potrzebny, aby składało się to w jedno. Kiedy już odkryjesz całość, poczujesz olbrzymią satysfakcję. Ale to początek drogi – prawdziwą satysfakcję daje wyleczenie pacjenta, a jeśli to niemożliwe, to poczucie, że dałeś z siebie jak najwięcej. Więc zapytaj siebie, czy chcesz być zwykłym posterunkowym, czy komisarzem. Padawanem, czy mistrzem Jedi.
 – No, pora się budzić. Obowiązki czekają.
  Wstał, uścisnął mi rękę.
– Jeszcze prezent dla Ciebie. Proszę.
 
  Kiedy tylko wyszedłem z gabinetu, otworzyłem na pierwszej stronie podarowany mi kieszonkowy egzemplarz Chorób Wewnętrznych Andrzeja Szczeklika. Podstawa każdego internisty.
  Przeczytałem dedykację. I powoli zaczynałem rozumieć przekaz jego historii.
  Medice, cura te ipsum. Lekarzu, lecz się sam.
 
 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 20.03.2017 11:33 · Czytań: 1562 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 4
Komentarze
wioskowy52 dnia 19.07.2017 17:36
Cytat:
swoim grom­kim "pro­szę!"

"Proszę!"
Cytat:
do ga­bi­ne­tu dok­to­ra An­drze­ja,

Cytat:
- Me­dy­cy­na - za­czął An­drzej -

Według mnie, brak konsekwencji. Albo to był dla stażysty Andrzej, albo doktor Andrzej.
Cytat:
bez krę­pu­ją­ce­go od­sła­nia­nia cu­dze­go ciała i "na­stęp­ny pro­szę".

w tej redakcji "bez" dotyczy również "następny proszę"
Cytat:
to­wa­rzy­szą­cą wiel­gach­ną żu­chwą,

chyba lepiej: towarzyszącymi temu...
Cytat:
bez tak czę­ste­go na­tło­ku, po­krzy­ki­wań i wy­zwisk.

coś nie gra. Natłoku czego?
Cytat:
Młody stu­dent o imie­niu An­drzej,

imieniem A. albo Andrzej, młody student
Cytat:
try­mi­ga

raczej try miga
Cytat:
- Opo­wiem ci zatem swoją hi­sto­rię.
- historię napisaną kursywą, czyż nie?
W takim razie, chyba powinna ona być opowiedziana w pierwszej osobie, czyli "ja", nie zaś "doktor Andrzej".
Cytat:
Kilka dni póź­niej, An­drzej sta­wił się
- stawiłem się, itd.

Cytat:
wy­plu­wa­ją­ce­go reszt­ki żółci z żo­łąd­ka
chyba z ust? :) żółci.
Cytat:
nieco osten­ta­cyj­nie
"nieco" chyba zbędne

Interpunkcja w wielu miejscach błędna. Dużo interlinii, których użycia nie rozumiem.

Pozdrawiam
wioskowy52
Carvedilol dnia 19.07.2017 18:22
Dzięki wioskowy, jeszcze ze trzy, cztery korekty i może doczytasz do końca.
Interlinii tez nie rozumiem, przy kopiowaniu tekstu się to dzieje i nie potrafię poprawić wrzucając tekst ani potem w edycji.
Pozostałe błędy poprawię, jak i spróbuję wyłowić samodzielnie kolejne.
Ta "historia" opisywana kursywą z zamierzenia nie jest w pierwszej osobie, ale to rzecz gustu. Wiadomo o co chodzi.
Przecinków nastawiałem wiele, pewnie teraz za wiele.
Kolejna korekta mnie czeka, chyba, że ewidentnie nie warto, ale jeszcze tego nikt nie napisał.
Pozdrawiam.
Carvedilol
wioskowy52 dnia 19.07.2017 18:49
Jak ma być w trzeciej osobie, to niech nie będzie: Opo­wiem ci zatem swoją hi­sto­rię.
Przecież to się gryzie.
Doczytam, jak obrobię najpilniejsze w ogródku. Dziś zrywałem porzeczki. :)

Pozdrawiam
wioskowy52
Carvedilol dnia 19.07.2017 19:55
Taki zabieg widziałem już kilkakrotnie zastosowany, czyli zamiast bezpośredniej opowieści typowa retrospekcja. I to u tzw. uznanych pisarzy. Samo zdanie "opowiem Ci" przerywa tylko bieżącą akcję. Kwestia gustu jak dla mnie. A reszta błędów do poprawki.

Pozdrawiam
Carvedilol
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Yaro
24/01/2022 21:22
Usunąłem co zbędne. »
annakoch
24/01/2022 20:23
Świetne ! Moja głowa zobaczyła gotowy obraz filmowy.… »
ZielonyKwiat
24/01/2022 17:39
Dobrze, skoro nie na temat, to usuwam komentarz. zresztą był… »
Florian Konrad
24/01/2022 16:56
Jejciu... co za pytanie. Więc proszę napisać ten tekst o… »
Mareczek
24/01/2022 16:36
Nie zawodzisz Wiolinie.Kolejny wiersz Twojego pióra będący… »
Maciej Bienias
24/01/2022 16:28
Choć gdybym chciał nie wiem jak bardzo uczynić zadość… »
Mareczek
24/01/2022 16:15
Zrobiłaś aniat.wiwisekcję bólu i rozpaczy,która mnie… »
valeria
24/01/2022 11:49
tak:) to nie mówcie głośno, wszyscy mnie zapeszają:) »
ZielonyKwiat
24/01/2022 11:23
Nic tam nie poprawiaj. Skoro tak Ci się napisało, to tak… »
ZielonyKwiat
24/01/2022 11:21
A mnie zawsze cieszy, że niektóre komentarze są bardziej… »
valeria
24/01/2022 10:53
dziekuję, myślałam, że przejdzie taki błąd. raz jestem… »
pociengiel
24/01/2022 10:50
Za komuny mieliśmy polskie auto Syrenka - głośny dwusuw. Wg… »
ZielonyKwiat
24/01/2022 10:34
Wiersz jak wiersz. To moje zdanie. »
pociengiel
24/01/2022 10:29
daj se luzik, popuść guzik »
Wiolin
24/01/2022 09:50
Valerio. Widzę w tym wierszu wiele niegramatyczności...… »
ShoutBox
  • ZielonyKwiat
  • 20/01/2022 20:04
  • Dobra, wystarczy tej gadki o niczym.
  • ApisTaur
  • 20/01/2022 18:58
  • A to zależy co się założy. Ja czasem wolę zapytać Nikogo, niż gadać z Bylekim-ś.
  • ApisTaur
  • 20/01/2022 18:56
  • Jakże ja bym chciał tak skasować, ale nie mam kogo i za co.
  • ZielonyKwiat
  • 20/01/2022 18:54
  • A ja, z założenia, nie pytam nikogo o nic.
  • ApisTaur
  • 20/01/2022 18:52
  • Gdybym wiedział o co chodzi, to bym się nie pytał Kogoś, ale Nikt nie odpowiada. A że jestem Niewiedzący, to pytam i Wiedzących.
  • ZielonyKwiat
  • 20/01/2022 18:45
  • Skasowałam. znów włączyła mi się autocenzura.
  • ApisTaur
  • 20/01/2022 18:43
  • Obie miejscówki leżą niedaleko Gdzieśtam.
  • ZielonyKwiat
  • 20/01/2022 18:41
  • A ja znam takich z Znikąd. to chyba niedaleko od Nikąd.
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:Quidem
Wspierają nas