Wilczyca - Dhervhel
Proza » Inne » Wilczyca
A A A

 

Pośród leśnych ustroni
Wilk rudy goni
Pędzi razem z wiatrem niczym błyskawica
To nie wilk jednak, to mknie tak wilczyca
Kolor jej futra magicznym się staje
Kiedy las jesienny koloru jej daje

Czemu tak gonisz, jesteś ledwie mgnieniem
Tak gnać można tylko za pięknym marzeniem
Zatrzymaj się chwilę byś się nie zgubiła
Byś siebie samą przedtem odnaleźć zdążyła

Pośród leśnych ustroni
Ruda gna wilczyca
Niczym lustro odbije jezioro jej lica
Odtworzy wszystko ale nie spojrzenie
Cudownie nieuchwytne tak jak jej marzenie

 

------------------------------------------------------------------------------

 

Chłodny i wilgotny nos dotykał teraz jego nosa. Oczy, w których górnej części odbijało się niebo a w dolnej połowie zieleń mchu porastającego podłoże. Te zwierciadła krajobrazu były teraz w niego wpatrzone, nie, one nie nie patrzyły, przeszywały go na wylot, groziły - zimne, wyrachowane, pełne czającej się za nimi pasji i mocy ją wspierającej. Były piękne w tym co odbijały w sobie i tym co sobą przekazywały, niesamowite w tym co się za nimi kryło i tajemnicze w sposobie jakim o tym wszystkim opowiadały. Hipnotyzowała go ich siła. Naraz wszystko przestało istnieć, mieć znaczenie. Granica pomiędzy światem i bajką nie istniała, granica pomiędzy przeszłością, tym co teraz i przyszłością zaczynała wariować, życie i śmierć stały się nieistotnymi przeszkadzajkami w czasoprzestrzeni jaką zamykała w swoich oczach. Nagle zdaje się, że już się kiedyś spotkali. Gdzieś, kiedyś jako zupełnie inne byty ale ich duchy znają się...czy tylko dlatego jeszcze nie rzuciła mu się do gardła(?). Nos, oczy i delikatnie, niby nie złowrogo lecz stanowczo odsłonięte kły i jasno czerwona, żółta, pomarańczowa....no ruda sierść.

- W tym lesie nie ma rudych wilków! Jak to możliwe?
To jesienny las. To las nadawał barwy jej umaszczeniu. Słońce prześwitujące przez jesienne liście klonów i dębów...wszystkie drzewa były paletą barw z której do woli korzystały delikatne promyki i jak pędzelkami malowały jej futro.

- Ona jest magicznie ruda! - wykrzyknął w myślach uśmiechając się do siebie jednocześnie, kiedy przeszło mu to przez głowę jak „heureka” Archimedesa.

==================================

Końcówka świeczki przyklejona do gołego, surowego blatu wyglądała komicznie - jak woskowy i co tu dużo gadać, atroficzny, fallus starego, śpiącego Pinokia. Zaśmiał się niby to w duchu ale usta ułożyły się w pogodny półksiężyc. Dołożył dwie nowe świeczki by nie tworzyć tych karykaturalnych rzeźb no i by rozświetlić pomieszczenie, w którym przestawał już dostrzegać szczegóły.

- Po cholerę ci te detale. Znasz tą izbę jak własną kieszeń. Potrafiłbyś przemeblować ją po ciemku. - mówił do siebie.

Człowiekowi potrzebna jest jednak do życia jakaś światłość, jasność dająca nadzieję, pozwalająca spojrzeć na rzeczy i sprawy a nie tylko przywoływać ich obrazy z pamięci. Wspomnienia nas oszukują. Czasami trzeba spojrzeć na rzeczy takimi jakie są, bez posługiwania się wspomnieniami...ale do tego trzeba światła, trzeba widzieć a nie wyławiać z pamięci.

Powoli zapinał skórzaną kurtkę. To była zimowa wersja. Ten sam krój dla wszystkich, letniej, jesiennej (która robiła często także za wiosenną) i zimowej. Zimowa była podszyta grubszym futrem, ciepła, nie oferowała takiej swobody ruchów jak pozostałe ale pozwalała zapuszczać się głęboko w zimowy las bez zastanawiania się co będzie gdy przyjdzie mu w nim spędzić niespodziewanie noc. Najbardziej lubił tę jesienną. Była na tyle ciepła, że od biedy mogła służyć jako zimowa i dawała tę samą swobodę ruchów co letnia. Odpowiadała mu ta uniwersalność. To nie tak, że była dobra do wszystkiego. Ta jesienna żyła razem z nim i przystosowywała się do otaczającego krajobrazu, jak elastyczny łącznik pomiędzy jego organizmem a organizmem lasu. Tak, dawała poczucie symbiozy i współistnienia. Stary mistrz wykonał tu doskonałą robotę. Wiedział co robi szyjąc mu ją jako ostatnią. Zebrane doświadczenia zaprocentowały i mógł wznieść się na wyżyny swej sztuki.

Ale teraz była zima i to dość dziwna. Las pozbawiony był śniegu ale potoki, sadzawki, bagna, jezioro były zmrożone. Widok takiego lasu zimą budził dreszcze nawet w dzień. Ten brak bieli pogłębiał mroczny wymiar bezlistnych drzew i krzewów. Brak jasności...znowu brak jasności. Dla niego była to jednak okazja by spróbować czegoś co nie udało mu się jeszcze nigdy. Chciał zrobić "obchód lasu" w jeden dzień. Oznaczało to ni mniej ni więcej ale pokonanie zwyczajowej trasy jaką przemierzał przynajmniej raz w miesiącu. Marszruta przebiegała tak by móc sprawdzić co dzieje się w każdym zakamarku "jego" lasu. Zazwyczaj zajmowało mu to 3 dni, niekiedy nawet 5, raz w bardzo suche lato zdobył się na pokonanie tego dystansu w 2 dni. Teraz las był pusty, bez liści, bez śniegu i suchy, wszystkie mokre miejsca były zmrożone na kamień. 

- Teraz są dogodne warunki - mówił w karczmie gdy wraz z innymi tropicielami spotkali się w miasteczku przy okazji różnych interesów.

Zapięty ostatni guzik. Kołnierz wywinięty tak by nie zasłaniał twarzy. Wszystko na swoim miejscu. Kieszenie mieszczą to co niezbędne, reszty dostarcza las. Przy boku nóż, nieduży...no mały nie był ale nie tak duży jak ten jakim posługiwali się pozostali tropiciele i na pewno nie tak ogromy jak te, których używali łowcy. Jeszcze sprawdził czy nie ma żadnych luźno wiszących pasków, czegokolwiek czym mógłby zahaczyć o gałąź lub skałę. Był gotów. Rękawiczki w kieszeni spodni...miał ale używał z rzadka...jakoś nie marzły mu ręce. Nie zmarzną mu tym bardziej dzisiaj. Przed nim cały dzień i noc w biegu. Zgasił dwie świeczki. Zostawił tylko dopalającego się fallusa. Nie chciał zostawiać swojej chatki w całkowitej ciemności. Tak jakby ten płomień miał na niego czekać. Nie lubił samotności. Odosobnienie, tak. Ale miło jest wiedzieć, że ktoś gdzieś czeka. Na niego miała czekać jasność, którą zostawiał. Wiedział, że świeczka zaraz zgaśnie ale świadomość daje się tak pięknie oszukiwać.

Zamknął za sobą drzwi. Biegł. Biegł przez nocny wciąż las. O świcie będzie przy skałach. Tam przyda mu się światło dnia. Potem długa droga przez las, jego polany, wąwozy by kiedy zapadnie zmrok być przy jeziorze. Nawet jeśli chmury zakryją księżyc łatwo będzie utrzymać kierunek biegnąc wzdłuż jeziora. W ten sposób dotrze do rejonów bliższych jego chatce, tam gdzie nawet w najczarniejszą noc będzie mógł biec. Biec jak w transie.

==================================

- Biegnij! Uciekaj! Uciekaj! - krzyczały wszystkie zmysły, logika i doświadczenie razem zgodnym chórem rozkazywały mu wiać.

Za chwilę to piękno zaklęte w bestii rzuci mu się do gardła i będzie po wszystkim. Wszystko działo się w ułamkach sekund. Nieeee, nie zdążysz dobyć noża, nawet się nie łudź. Musisz biec, uciekać, zmykać.

- ...ale ja nie chcę - odkrzyknął chórowi - mam już dość. Albo teraz, albo niech to się skończy...jakkolwiek ma ten koniec wyglądać.

Z sytuacji można było "wyjść" uciekając, ale to by znaczyło pokazać plecy, okazać słabość. Nie mógł sobie na to pozwolić. Ten las i wszystko co w nim jest to jego życie, jego żywioł. Jeśli choć raz okaże słabość...przegrał, to las zacznie panować nad nim, runie równowaga sił, która jest tak istotna w jego profesji, zgubi zaufanie swoje do lasu i lasu do niego. Nie, nie mógł sobie na to pozwolić. Ależ oczywiście. Czmychał już nie raz. Nie jest najsilniejszym i najsprytniejszym stworzeniem w tym lesie. Zawsze jednak zdecydowanie wcześniej wyczuwał, dostrzegał zagrożenie i wycofywał się zręcznie. Jego potencjalny napastnik nawet nie wiedział o tym. To nie była ucieczka ale świadome unikanie agresji. Wszyscy znamy naszą pozycję w lesie, nie musimy robić sobie krzywdy by ją udowadniać na każdym kroku.

Z opcji pozostało jeszcze okazanie uległości. Paść na plecy, pokazać miękki brzuch, ocalić skórę....i stracić swoją pozycję, szacunek...a wraz z nimi całą symbiozę z duchem lasu. Drzewa w lesie cieszą się większym respektem niż on mógłby mieć po takim geście poddania. Nie, to też nie wchodzi w grę.

==================================

Biegł. Wiedział kiedy się schylić, kiedy skoczyć. Nie musiał zwalniać. Nie mógł zwalniać. Jeszcze parę godzin i będzie witał świt przy skałach. Tam się zatrzymał na chwilę. Nawet jeśli jesteś w biegu, wydaje ci się, że każdy przystanek oddala cię od celu, to warto się zatrzymać. Trzeba się zatrzymać, rozejrzeć dookoła, zajrzeć w siebie, pozwolić by cel zamajaczył na horyzoncie, dać mu fory.

- A ja tymczasem coś przekąszę. Posłucham jak skały budzą się do życia. Razem z nimi wystawię twarz do pierwszych promieni słońca. Wespnę się na najwyższą z nich. Popatrzę skąd przybiegłem, gdzie jestem i dokąd zmierzam. Osiągamy cel, szczyt, spędzamy tam parę chwil...trzeba cieszyć się drogą, podróżą - przecież ta trwa dłużej, znacznie dłużej.

Cały las był suchy. Mroźny. Szary. Ta szarość pochłaniała teraz każdy promyk wschodzącego słońca. Było przeraźliwie zimno. Promienie słońca nie przynosiły ciepła ale dawały jasność. Jasność jest ważniejsza od ciepła...ciepło przyjdzie, ale trzeba widzieć, chociażby po to by zajrzeć w siebie.

Biegł pomiędzy skałami. Wspinał się na olbrzymie głazy. Przeskakiwał z jednego na drugi. Znowu biegł pomiędzy skalnymi ścianami, jak w labiryncie...ale było w nim światło, była jasność, świt w labiryncie. Dalej, dalej w stronę drzew. Ich korony już górowały nad nim. Biegł ścieżką, którą wyznaczał zimny, przeszywający do szpiku kości chłód znad jeziora. Podniósł kołnierz kurtki bo powietrze wpadające w usta stawało się zbyt ostre. Zaciągnął na głowę kaptur..delikatnie, by nie złamać zmrożonych płatków uszu, które teraz przypominały uschnięte liście i tak jak one zdawały się być podatne na jakikolwiek mocniejszy nacisk, który złamałby je natychmiast. Biegł pod wiatr. Było tak zimno, że musiał bez przerwy mrugać powiekami by pędzący w przeciwnym kierunku mroźny podmuch nie zamienił mu oczu w bryły lodu.

- Ależ zimno. Chyba na prawdę założę rękawiczki.

W biegu sięgnął po rękawiczki. Byle szybciej dotrzeć do jeziora. Sparować ten sztylet lodu który zamarznięta tafla wody wciskała w bezbronny, miękki las a on czuł, że jest jego sercem, w który to ostrze celuje. Mrugaj oczami. Nie daj im zamarznąć. Musisz móc patrzeć by widzieć.

==================================

Oczy wciąż w niego wpatrzone. Niebiesko-zielone zwierciadła krajobrazu wciśnięte w rude tło.

- Na co ona czeka. Już powinno być po wszystkim. No zrób to bo ja nie wiem co mam zrobić.

Wtedy kolejna "heureka". Uśmiechnął się do niej tak ciepło i przyjacielsko jak tylko potrafił, zresztą chyba nie potrafił inaczej.

- Co ja do cholery robię? Stoję tutaj, nosem w nos z rudą wilczycą, która spogląda na mnie jakby mnie chciała...niee, ona już rozszarpuje mnie wzrokiem, reszta jest tylko kwestią jej woli i ułamków sekund.

Wciąż jednak nie przestawał się uśmiechać.

- Chrzanić to! Są tacy co giną z okrzykiem na ustach, inni w ciszy i z poważną (choć im zdaje się być może, że mądrą) miną...a ja padnę uśmiechając się do wilczycy, która wyszarpuje mi tętnicę z szyi. Pewnie!

- Czy jest w pobliżu ktoś, kto mógłby napisać o tym balladę?

- Przecież jesteście sami, idioto.

Nie przestając się uśmiechać patrzył jej w oczy. Nagle one zaczęły uśmiechać się do niego. Kły schowane. Zimny nos trąca go w policzek porośnięty parodniowym, siwym zarostem. Liznęła go w nos i oczy...i odeszła, a raczej zniknęła w gęstwinie lasu.

==================================

Las przechodził w ścieżkę wzdłuż jeziora. Czerwone niebo, szarość ściany lasu i pokryta zamszem mroźnej bieli czarna głębia wody.

- Dobry czas. Spodziewałem się tu być po zmroku. Powinno się udać...zatrzymał się. Wcześniej myślał, że to złudzenie. Zapatrzony w siebie nie słuchał lasu. Las, jego elementy, przeszkody na drodze wszystko działo się w podświadomości a on skupiony był na sobie.

- Ty egocentryczny dupku. Coś cały czas biegnie razem z tobą. Przestań skupiać się na sobie. Posłuchaj, poczuj to co cię otacza.

- Niech dogasająca jasność dnia użyczy mi ostatnich promyków by rozświetliły mój umysł.

Taaaaak. Teraz to czuję. Ale to coś nowego. To nie człowiek...nieee....to niemożliwe...ale to też nie jest zwierzę. Porusza się, pewnie nawet wygląda jak...ale to nie zwierzę.

Jeszcze chwila, pozwoli działać swojej wyobraźni i będzie potrzebował pary nowych gaci.

- Spokój! Wytęż zmysły,

Czuł bicie serca. Biło tym samym rytmem co jego. Czuł kroki...TO waży tyle co ja. Duża bestia jak na zwierza. Pewnie przygląda mi się, czeka kiedy osłabnę, powinie mi się noga, by dopaść mnie.

- Zaraz, zaraz. Czy nie czułem tej "obecności" już od samego początku? No jasne, kretynie. Ale oczywiście byłeś tak zajęty sobą, że zignorowałeś to co dzieje się wokół. Ty tępy egoisto. Teraz powinna spotkać Cię za to kara...powinieneś zostać przez tą bestię pożarty...żywcem.

- Spokojnie. Było już wiele okazji by mnie "dopaść" w trakcie tego biegu...a jednak żyję. O!

Bicie serca bestii uspokajało się w tym samym tempie co jego.

- Albo TO jest słabe jak człowiek albo ja zaczynam dorównywać kondycją bestiom. Co TO do diaska może być?

Czymkolwiek TO było zaczęło podchodzić bliżej im bardziej dzień oddawał pola nocy. Biegł dalej. W końcu przeznaczeniu nie uciekniesz, więc rób swoje a reszta potoczy się tak... jak się tego najmniej spodziewasz.

Traaach!

Krzyk łamanej gałęzi przeszył spokojną pustkę zimowego powietrza wieczornego lasu. Na środku ścieżki, wyznaczającej granicę między lasem i jeziorem, stał ryś. Nie był to zwykły ryś. Spory jak na rysia. Ważył na oko tyle co tropiciel. Był szary, nie cudownie i bajkowo srebrzysto-szary, po prostu szary. Ta barwa pozwalała mu wtopić się w las o każdej porze dnia, roku. Mógł dzięki temu umaszczeniu pozostawać niewidocznym kiedy i jak długo chciał.

- No dobra. Masz mnie. Co teraz?

Szare oczy. Czarne źrenice w jednej linii z czarnymi pędzelkami na koniuszkach uszu. Patrzył i podchodził bliżej. Coraz bliżej. Obtarł się o udo...gdyby był normalnego wzrostu kotem domowym obtarłby się o łydkę jak to koty mają w zwyczaju. Tropiciel pogłaskał go. Ich serca biły cały czas w tym samym rytmie. Odczuwali ten sam strach...i łączyła ich więź. Tak jakby śmierć jednego miała oznaczać nieuchronny koniec drugiego.

- Kim ty jesteś?...zaraz, zaraz...dlaczego ja pytam kim a nie czym? Co tu się dzieje?

- Wiesz, całkiem duży jesteś jak na rysia. Nie słyszałem nigdy o takich.

Czasami łowcy chwalili się swoimi zdobyczami...ale nawet oni, tak skłonni do przesady, nigdy nie wspominali o rysiach tych rozmiarów. Wilki. Owszem. Oczywiście tylko w ich podsycanych piwem i wszelakim ziołem opowieściach ale mimo wszystko nikt nigdy nie wspominał o rysiu tak dużym.

- No dobrze kolego. Tyle by było tytułem wstępu i zapoznania a teraz biegniemy dalej. Noc już mamy a jesteśmy w połowie jeziora. Trzeba będzie podgonić trochę.

==================================

Stał tam jeszcze przez chwilę. Zastanawiał się nad tym co się właśnie wydarzyło. Oto został całkowicie wchłonięty przez las. Uśmiech otworzył mu tajemnicze drzwi do matecznika duszy lasu. Powoli zaczynało to do niego docierać a wraz z tą świadomością wyostrzały się zmysły, nabywał nowe, czuł ruch każdego listka wokół siebie, bicie serca przebiegającego obok jeża, znał myśli wiewiórki, która właśnie przycupnęła na gałęzi i siedziała tam wpatrując się w dal

- ...metafizyka życia wiewiórek, no trzeba to będzie kiedyś zgłębić.

Kamienie zaczęły oddychać, skały nabrały duszy, wszystko żyło i mógł to widzieć. Nawet lepiej. Mógł to czuć. To była niesamowita moc. Siła ponad czasem i przestrzenią. Nie ma czasu - jest cykl. Nie ma przestrzeni - jest ścieżka, którą kroczymy w cyklu. Cykl trwa, ścieżka może się zmieniać ale zawsze kroczymy ścieżką w cyklu.

To była ona. Ona była drzwiami, kładką do tego magicznego świata...a może już nie musi go nazywać magicznym, już go rozumie, jest jego częścią. Jest bytem podążającym swoją ścieżką w cyklu.

==================================

Biegli razem. Ich serca biły razem. Żyli tym samym rytmem. Byli jednym i tym samym bytem. Jak to jest, że spotkali się w ciągu tego cyklu, na tej samej ścieżce.

Wpadli w aksamitną czerń lasu. Zimny aksamit. To był zagajnik wokół chatki. Ryś nawet nie wiadomo kiedy zniknął. Tropiciel znowu swoim egocentrycznym zwyczajem spoglądał w siebie bo to co było wokół nie stanowiło wyzwania dla jego zmysłów. Tutaj prowadziła go pamięć podświadomości. Biegł i myślał o niej...znowu, jak zawsze. O magicznie rudej wilczycy.

Wkrótce dotarł do swojej chatki. Świeczka, a jakże - wypaliła się, więc było ciemno. Zapalił natychmiast dwie pozostałe, wciśnięte teraz w woskowy fundament pozostałości po fallusie Pinokia.

Usiadł. Jeden dzień. Cały dzień w biegu. Udało się. Zasnął siedząc na krześle.

==================================

To był ewidentny koniec jesieni. Wyjątkowo pięknej tego roku. Ciepłej, suchej, słonecznej...magicznej. Tej jesieni otworzyły się dla niego drzwi do świata, którego istnienie może gdzieś tam majaczyło w podświadomości ale te majaczenia odczytywał raczej jako zakorzenione gdzieś głęboko przesłania wyczytane z klechd, wyłowione z pijackich omamów starych tropicieli przesiadujących w karczmie.

- A jednak mieli rację. Dzieci i pijani zawsze mówią szczerze.

Padało. Ulewa to nie była, ale taki przeszkadzający zimny deszcz. Nie był w stanie przemoczyć jego kurtki do cna ale i tak będzie wymagała suszenia przy kominku. Przyspieszył kroku. Może zrobi się cieplej...przynajmniej na duchu. Wyszedł z chatkowego zagajnika. Kierował się w stronę jeziora. Oględziny drugiego brzegu z trasy marszruty nie zawsze wystarczają, czasami trzeba się przejść. Drogą na skróty raczej nie da rady. Za mokro. Wpadnie po pas w bagno albo będzie zmuszony błądzić pomiędzy sadzawkami. Dojdzie do jeziora swoją trasą a potem skręci w lewo i trzymając się brzegu obejdzie całe jezioro. Ledwie opuścił zagajnik a już poczuł jego obecność.

- Schowaj się kolego gdzieś w skalnej norze albo pod drzewem, bo zmokniesz. - uśmiechając się powiedział ni to do siebie, ni do rysia, który gdzieś schowany już kroczył wraz z nim.

Przestało padać jeszcze zanim dotarł do jeziora. Powietrze pełne było jednak tej przenikającej do szpiku kości wilgoci. Nie doskwierała aż tak bardzo swoim chłodem jak potrafi niekiedy jesienią albo wczesną wiosną ale dawała bardzo niemiłe uczucie łapania przeziębienia.

- Jutro chyba wybiorę się do miasteczka. Naprawię kurtkę. Buty. Kupię strzały. Na koniec w karczmie napiję się czegoś co mnie rozgrzeje, a może i kto ciekawy się trafi. W taką pogodę ludzie ciągną do siebie...może ktoś ciekawy wśród nich się trafi. - powtórzył i szedł dalej

Zachodni brzeg jeziora nie był tak przyjazny piechurom jak ten wschodni. Trzeba było skakać po kamieniach, albo po drzewach...albo pogodzić się z wodą chlupoczącą w butach. Drzewa były paskudnie śliskie, wodę w butach tolerował z rzadka i niechętnie więc wybór padł na swoistą grę w klasy. Skacząc z kamienia na kamień poruszał się dość sprawnie ale musiał być w ciągłym ruchu. Każde zatrzymanie wymagało karkołomnych wygibasów by złapać równowagę. Za każdym razem, gdy musiał się zatrzymać, choćby po to by się rozejrzeć, wyglądał jakby odprawiał jakiś dziki taniec na kamieniu, na którym aktualnie stał. Oczywiście nie umykało to uwadze leśnym mieszkańcom i słyszał, wyczuwał, ich śmiech. A najbardziej angażował się w tej swoistej widowni nie kto inny niż szary ryś. Jako kot trzymał swoje futro z dala od wody i elegancko przemykał schowany w koronach drzew. Niknął tam pośród jesiennej apatii flory. Nie było już kolorowych liści. Wszystko zlewało się w jedną masę, a ryś stanowił jej element, tak integralny jakby był drzewem, stertą liści układanych przez wiatr i miotanych pomiędzy gałęziami.

Jeszcze trochę musiał poskakać, jeszcze kilka powodów do śmiechu dla całego lasu i widział już miejsce gdzie z wody coraz częściej wystają kamienie i są coraz większe. Zbliżał się do skał. Kiedy kamienie zrobiły się na tyle duże by mógł komfortowo i w miarę elegancko, z gracją, przemieszczać się po nich wzdłuż brzegu, znowu zaczęło padać. Teraz naprawdę padało.

- Może warto się choć na chwilę schować. Przeczekam. Zjem coś przy okazji.

Dobrze wiedział, że niedaleko jest miejsce gdzie od biedy się wciśnie...no może nie aż tak małe ale jeśli tylko by sobie na to pozwolił to pewnie połaskotałoby jego klaustrofobiczne lęki.

Jeszcze kilka skoków i już siedział w tym pokoiku z widokiem na jezioro. Ściany stanowiły trzy ogromne głazy wspierające się wzajemnie jak olbrzymy opierające się o siebie plecami. Tak jakby było ich czterech a nagle jeden poczuł, że musi iść na stronę i zostało trzech. Miejsce po czwartym było widokowym otwarciem na wodę. Niespecjalnie było na co patrzeć akurat w tym momencie. Dach stanowił pień drzewa równie wielkiego co starego bo olbrzymy zdawały się w nie wrastać, tak jakby to drzewo było starsze niż te skały a one rosnąc wtopiły się w pień. Dach był pochyły. Obniżał się w stronę wyjścia. Ładnie rezonując dźwięk padającego nań deszczu.

Wtedy pośród deszczu właśnie dostrzegł zwierzę podążające trasą, którą on przed chwilą pokonał. Cztery łapy. Pełne mocy, pewne siebie susy z kamienia na kamień. Ale to nie dynamika ruchów, to nie wygląd pozbawiony jesiennego kamuflażu, a coś innego mówiło mu co to za zwierzę. Aż uniósł się z siedziska. Przezierał przez krople deszczu, tak jakby nagle cały ciężar percepcji chciał jednak przenieść na wzrok. Zniknęła gdzieś, a postać jednego z olbrzymów nie pozwoliła mu obserwować akurat tego kawałka lasu gdzie właśnie zniknęła. Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce gdzie się pojawiła, jeszcze pamięć pozwoliła mu w niemalże doskonały i niezmieniony sposób prześledzić jej ruch...i jeszcze raz. Potem znowu, tym razem trzymał oczy zamknięte i przywoływał już to co ważniejsze, to co wtedy czuł.

Coś go jednak z tego snu wypłoszyło, ale nie otwierał oczu. Trochę się bał. Wiedział.

- Taaak. Wiem. Stoisz teraz u wejścia i patrzysz na mnie.

Otworzył oczy. Dokładnie tak jak przewidział - stała w deszczu a jej spojrzenie mówiło tym razem: "Wpuszczaj mnie do środka albo znikam. Czekać nie będę."

Otworzył się na nią. Poczuła to i weszła. Tropiciel wcisnął się pomiędzy stykające się ze sobą plecy olbrzymów, a ona stała po drugiej stronie. Dość blisko wyjścia. Jeszcze niepewna czy chce zostać, a jeśli zostanie, to gdzie przycupnie. Było pewne, że tak czy inaczej będą blisko siebie. Postarała się wtulić w szczelinę pomiędzy plecami dwóch pozostałych olbrzymów. Siedzieli tak przez jakiś czas. Spoglądali sobie w oczy. Trochę za ciemno na kolory i szczegóły, ale pozostałym zmysłom to nie przeszkadzało.

- No dalej. Poznajcie się. - dodawał sobie odwagi.

Wyciągnął do niej dłoń. Jej wzrok się nie zmieniał. Wyczytał przyzwolenie. Dotknął jej ucha, karku. Przez wilgoć futra wyczuwał ciepło. Nie ciepło ciała ale ciepło duszy. To go ośmieliło. Wyciągnął drugą dłoń by w obu zamknąć jej głowę z uszami. Wstała. Przysunęła się bliżej. Oparła się plecami o niego. Oboje patrzyli jak deszcz nie przestaje padać. Pachniała jakby zebrała na sobie tętniące życie całej okolicy. Był tam zapach skał jakim emanują w pełnym słońcu, rześkość lodowatej wody dającej ukojenie w zmęczeniu, cała polana pełna ziół i świeżo rozdarty błyskawicą pień dębu na samym środku tej polany. Pachniała każdym pięknym dniem i każdą niepowtarzalną przygodą tego lasu. Ta siła, jej magia ubrana w zapach...była tym właśnie piękna. Gdyby jeszcze mógł teraz złowić swoim wzrokiem jej spojrzenie. Objął ja tylko mocniej. Wcisnął swój nos w jej futro przygniatając policzkiem miękkie ucho. Słychać było deszcz bębniący o spadzisty dach gdzieś dalej przechodzący w szum kropel wpadających do jeziora, szum który tworzył tło. Człowiek nie może się już bardziej zbliżyć do dzikiego zwierzęcia. Czytali nawzajem swoje dusze...jej pełna była zamkniętych drzwi i zakamarków, w które nie odważyłby się zajrzeć bez zaproszenia właścicielki.

Deszcz ustał. Nawet deszcz nie jest wieczny. Jak tylko ustał podniosła się dość energicznie i wyszła, bez oglądania się za siebie.

==================================

Wreszcie zima nadeszła taka jak powinna już dawno. Wszystko było czarno-białe. Bardziej białe niż czarne po ostatnich opadach. Uwielbiał tą scenerię. Jasno. Noce pełne bieli śniegu nie mogą równać się pięknem z jakimikolwiek innymi w trakcie roku...no może tylko te absolutnie czarne stojące na drugim końcu skali dorównują im - w nowiu wszystko jest absolutnie czarne i tylko gwiazdy swoją jasnością dają nadzieję, że światłość jeszcze nie zginęła. Tak, te czarne noce są obezwładniająco piękne ale te białe, choć zimne, mają w sobie tyle ciepła. A może to te jasne zimowe noce są gwiazdami na niebie tych czarnych? Niedługo jednak zaczęło robić się ciepło naprawdę i śnieg stopniał. Las stał się mokry, chłodny. Nie zachęcał do odwiedzin bez potrzeby. Tak jakby mówił: "Teraz się zmieniam. Nie patrz. Zaraz będę piękny i pełen życia, wtedy zajrzyj".

W taką pogodę ryś siedział z nim w chatce. Wyjątkowo. Nie, że tropiciel wyjątkowo się na to zgadzał...to ryś wyjątkowo właśnie wtedy zaszczycał go swoim towarzystwem. Siedzieli niekiedy po parę dni nawet nosa nie wyściubiając na zewnątrz.

- Jutro jadę do miasteczka. Trzeba odświeżyć nieco nasze nadwątlone zapasy i przygotować ubranie do lata.

Na zimowej i letniej kurtce było kilka łat i śladów naprawiania ich przez kogoś mało wprawnego, ale wszystko trzymało się wciąż razem i sprawdzało. Stary mistrz zawsze śmiał się z tych jego łat a już szczególnie z tych miejsc, które naprawione były najwyraźniej gdzieś w terenie. Dwa kawałki skóry złapane razem i ściśnięte rzemieniem, uszczelnione i zaklejone żywicą. Czasami rozpruwał te swoiste rany by opatrzyć je prawidłowo ale jeśli były w mało widocznych miejscach, jeśli nie przeszkadzały funkcjonalności kurki...zostawiał - mówiły o jej historii, o właścicielu.

U łucznika odebrał nowy łuk. Stary jeszcze był w nie najgorszej kondycji ale zrobienie łuku trwa a zostać bez łuku znaczyło głodować albo uciekać się do metod, które nie były tak bezbolesne dla ofiary. Nie lubił tego, tak szczerze. Lubił od czasu do czasu zjeść dobry kawałek mięsa ale świadomość tego jak to się odbywa sprawiała, że jadł mięso tylko wtedy kiedy tego na prawdę potrzebował. Nie rozumiał łowców, którzy z mordu na faunie żyli. No dobrze, on tez miał swoje ubranie ze skóry...ktoś to musiał robić.

- Ale dobrze, że to nie ja. - uśmiechnął się do siebie i otworzył drzwi do karczmy.

Jego ulubione miejsce było niestety zajęte przez jakiś buców. Nikt z branży. Pewnie handlarze. Po zapachu można było rozpoznać czym handlują, co niedawno jedli i w jakim zamtuzie spędzili noc. Ci akurat handlowali skórami, niedawno skonsumowany bigos zapijali tanim winem a przybytek, w którym dane im było spędzić ostatnią noc jeśli dałby się ustawić na półce to stanąłby zapewne obok wina, którym się właśnie raczyli. Wybrał miejsce w drugim końcu sali, bardziej tłoczno ale wokół sami swoi. Garść nowych plotek od jednego, szczypta poufnych informacji od drugiego, szklaneczka mocnej nalewki z innym i proces socjalizowania się można uznać za udany. Z nowiusieńkim łukiem, naprawionym ubraniem i w dobrym humorze wrócił do domu.

- Jutro powinien być piękny dzień. Popatrzymy trochę w otchłań kocie. Co ty na to? - ryś bynajmniej nie zamierzał odpowiadać ani nawet nie próbował przejawiać jakiegokolwiek entuzjazmu, spał jak zwykły domowy kot.

==================================

Obudził się razem ze świtem....taaa, akurat. Obudził się z głodu. Wstał. Ukroił sobie sporą pajdę chleba, równie duży kawałek twardego sera i starał się zmóc ten największy pierwszy głód jednocześnie mieląc ziarna kawy. Następny kęs chleba i sera. Zmielona kawa trafia do tygielka. Zalewa ją zimną wodą. Kolejny kawałek chleba i sera znikają w ustach. Woda z kawą nabierają temperatury. Gotuje się. Brązowa piana z wolna sięgała brzegu naczynia. Odstawił na chwilę cały napar. Poczekał aż się uspokoi, opadnie. Potem znowu doprowadził do wrzenia. Normalnie wystarczały mu trzy razy ale tym razem chleba i sera starczyło jeszcze na kilka sycących kęsów, które wyznaczały kolejne cykle rytuału. Śniadanie zjedzone. Kawa gotowa. Usiadł. Uspokoił się. Postawił przed sobą uprzednio napełniony kawą mały dzbanek z uchem. Delektował się zapachem. Obserwował kształty jakie przybiera para unosząca się nad dzbanuszkiem. Wszystko układało mu się w jeden kształt. Postać wilka. Niee, to nie był wilk to była ona. Już miał sięgnąć po naczynie i wziąć pierwszy łyk kiedy w parujących kształtach dostrzegł głowę. Głowę kobiety...zniknęła. Napił się wreszcie. Kawa była dobra choć bez rewelacji tym razem.

- Myślisz, że włożyłem w to za mało serca? - zagadnął do rysia, który wciąż spał w najlepsze.

Odstawił pusty dzbanek. Z innego, znacznie większego choć wyglądającego jak starszy brat albo ojciec tego "kawowego", szerokim gestem nabrał miodu na dużą łyżkę i całą włożył do ust, ostrożnie by nie uronić nawet odrobiny. Teraz był gotowy.

Szybko się ubrał a ryś już czekał przy drzwiach. Gdy tylko je otworzył kot zniknął w gęstwinie drzew okalających chatkę.

- Smacznego - rzucił tropiciel za rysiem wiedząc, że teraz przyszła pora na śniadanie dla jego towarzysza.

Było jeszcze chłodno. Słońce już użyczało swego światła ale wciąż skąpiło ciepła.

- Gdy dotrę na miejsce powinno być już przyjemnie, wiosennie ciepło - dodał sobie otuchy i ruszył sprawnie, dziarskim krokiem by dodać sobie też trochę ciepła bo poranny chłód zaczął dobierać się do niego jak duch kochanki pieszczącej zimnymi dłońmi tors swego wybranka. Nawet lubił tą różnicę temperatur i skojarzenia jakie nasuwała, ale tym razem zwyczajnie zaczęło mu być zimno. Rozgrzać mógł się tylko szybkim marszem. Kiedy dotarł do wschodniego brzegu jeziora widział jak wilgoć na razie dość opieszale ale już zauważalnie paruje z kamieni na przeciwległym brzegu. Jeszcze chwilę szedł swoją ścieżką by po chwili skręcić w las i potem już cały czas kierował się na północny-wschód. Las już zdążył wyładnieć po zimie, a zwłaszcza po wilgotnym i nijakim przedwiośniu. Szarość już coraz śmielej skrywana była zielenią, brązem, żółcią. Las ożywał swoimi mieszkańcami. Nie spostrzegał ich ale czuł ich przebudzenie, nieco zaspaną jeszcze obecność. Droga do urwiska nad wąwozem, do tego konkretnego miejsca gdzie zmierzał, była długa, wiodła cały czas przez las. Pewnie wielu wydałaby się monotonna, ale czy droga przez las może być monotonna? Było już dobrze po południu gdy dotarł na miejsce. Las niespodziewanie kończył się tu olbrzymim, płaskim głazem, którego całkiem spora część wisiała nad wąwozem. Ryś już na niego czekał. Leżał na samym skraju kamienia.

- Chyba długo na mnie czekasz. Pewnie położyłeś się tu kiedy jeszcze las dawał cień na resztę naszej kładki widokowej i był to jedyny jej nasłoneczniony skrawek. Oczywiście znowu zasnąłeś. - mówił do rysia chcąc wnieść nieco pogody ducha we wpatrzone w niego, jakby smutne tym razem, oczy.

Wkrótce zrozumiał ten nastój. Widok z kamienia na wąwóz nie istniał...wąwóz przykrywały szczelnym płaszczem sino-białe chmury.

- Nie przesadzaj. To też jest ciekawy widok. Zresztą może zaraz chmury rozwieje wiatr albo same opadną. - powiedział sadowiąc się obok kota.

Ryś dla odmiany wstał. Był duży, naprawdę duży. Nie tak zwyczajnie jak na rysia duży ale "nie-zwykle" duży. Teraz gdy stał na czterech łapach obok siedzącego tropiciela był od niego wyższy...i to zdecydowanie. Po chwili przy prawej dłoni przycupnęła szara wiewiórka, a gdy tylko zorientowała się, że nic jej tu nie grozi na kamień zaczął wdrapywać się całkiem pokaźny jeż, jakby przez nią przywołany.

- A to ci towarzystwo! - uśmiechnął się dość głośno.

Jeż przycupnął obok wiewiórki i tak przez chwilę cała czwórka w milczeniu wpatrywała się w chmury od czasu do czasu próbując wyłowić wzrokiem przeciwległy skraj wąwozu. Zrobiło się naprawdę ciepło i przyjemnie.

==================================

Także na sercu, bo gdy spoglądali w otchłań chmur pod nimi poczuł, że za ich gromadką, na brzegu kamienia stoi ona. Nie odwracał się. Oboje czuli swoją obecność...wszyscy na tym kamieniu wiedzieli. Nikt się nie odwrócił. Stanęła obok jeża. Ona też była spora jak na wilczycę. Podobnie jak ryś, nie tyle spora względem pozostałych wilków co w ogóle duża jak na przedstawiciela tego gatunku. Spojrzeli na siebie. Znowu miała to spojrzenie. Jakby w ten sposób chciała mu coś opowiedzieć, jakąś historię.

- Nie mogę ci pomóc jeśli trzymasz swoją opowieść za zamkniętymi drzwiami - pomyślał głośno w jej kierunku. Odwróciła głowę w stronę wąwozu. Patrzyła w dal, jakby się zastanawiała, podejmowała decyzję. Nic z tego w każdym razie nie wyszło poza drzwi, które wciąż były zamknięte.

Wszyscy teraz zgodnie spoglądali w chmury. Wtedy to zobaczyli. Cztery cienie na chmurach. Każdy obwiedziony tęczową aureolą. Widma wiewiórki i jeża choć tak karykaturalnie małe przy ich to jednak były widoczne i również posiadały swoje malutkie aureolki. Widok robił wrażenie. Chmury stały się magicznym obrazem. Jeszcze przed momentem płótno zionęło białością, teraz były na nim cztery stwory, a każdy w otoczeniu tęczy jakby zbroi o niezwykłej sile. Powiał delikatny wiatr. Płotno chmur lekko zafalowało. Kształt wilka na chwilę przybrał kształt człowieka, szeroko rozłożone ręce...silniejszy powiew i płótno rozpada się na kawałki, nie może utrzymać w sobie mocy jaką samo przekazuje. Spod strzępków chmur zaczyna wyglądać dno wąwozu. Brązowo-skaliste i zielono-roślinne. Wiewiórka, jeż i ona gdzieś nagle zniknęli...tak jakby ich figurki na skale były odbiciem obrazu z chmur. Został sam z rysiem.

Kot patrzył na niego bardzo poważnym, pytającym wzrokiem.

- Czego ode mnie oczekujesz? Odpowiedzi? Nie wiem. Być może ona jest czyimś łącznikiem tak jak ty moim. Być może jest gdzieś kobieta kryjąca się za nią. Nie wiem tego daj mi spokój. - ale ryś patrzył.

- Tak. Chcę ją poznać. Chcę ją spotkać...ale najpierw muszę odnaleźć, a by odnaleźć muszę wiedzieć gdzie szukać. Nie patrz tak na mnie. Ja nic nie wiem. Mam biec za nią? Jak? Znika tak samo niespodziewanie jak się pojawia. Nie jestem nawet pewien czy to co z niej wyczytuję to nie moje konfabulacje a prawda jest zupełnie inna. No nie patrz tak na mnie. Przecież już wiesz, że zrobię wszystko by ją poznać. Tylko wtedy znajdę spokój. Nawet jeśli to czego się dowiem będzie przerażające. Nie boję się tego kogo spotkam. Boję się tego co się stanie jeśli jej nie odnajdę. Człowiek nie może wiecznie gonić i tęsknić za wilkiem. Tak, kocham tą wilczycę i wiem, że ty też choć tak jak i ja nie możesz z nią być. Ale jako zwierzęta wkrótce się dogadacie, a ja mimo wszystko potrzebuję człowieka, drugiego człowieka. Ona musi gdzieś być. Wilczyca jest jej łącznikiem tak jak Ty moim ale gdzieś się nawzajem obie pogubiły. Obie potrzebują być może naszej pomocy. Potem niech robią co chcą. Ona doprowadziła mnie do Ciebie, teraz my pomożemy doprowadzić ją do niej.

Ryś odwrócił oczy i wolnym krokiem odszedł w stronę lasu. Tam wchłonęła go delikatność i ciepło. Słońce schowało się za koronami drzew. Głaz był cały w cieniu. Na jego skraju klęczała pochylona do przodu postać. Spoglądała na fakturę kamienia a jej wzrok zostawiał mokre ślady wszędzie tam gdzie padał.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dhervhel · dnia 22.03.2017 19:09 · Czytań: 674 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Janusz Rosek
12/07/2024 08:57
Kazjuno Bardzo dziękuję za Twój komentarz i słuszne… »
Kazjuno
12/07/2024 08:07
Przeczytałem Januszu z zainteresowaniem. Wewnętrzne rozterki… »
valeria
10/07/2024 13:53
Podoba mi się. Łagodne lato :) »
valeria
10/07/2024 13:51
Dziękuję, opis poprawiony już:) zachęcam :) od soboty jestem… »
Berele
10/07/2024 13:37
Pointa mogłaby okazać się jakaś lżejsza, ale udała się ta… »
Jacek Londyn
10/07/2024 13:08
Valerio, cieszę się, że się wydało, że ktoś z nas (a… »
Berele
10/07/2024 10:59
Nawet fajne neolęgi. Spodobał mi się wiersz ubogi w… »
Berele
10/07/2024 10:37
Dużo ładnych figur w wierszu. Na minus poetyckość eteru i… »
Dar
09/07/2024 21:49
złotym strumieniem spłyniesz po mej wyjątkowej kreacji… »
valeria
09/07/2024 21:38
Pięknie, rozpływam się :) »
Dar
09/07/2024 18:29
Ciepłym deszczem rozpoczniesz lato gdy tak zmysłowo… »
Dar
08/07/2024 11:31
Ludzie z chorobami psychicznymi otrzymują stopień… »
Kazjuno
08/07/2024 00:29
Przyznam się Kasiu, że początkowo czytało mi się tekst… »
Dar
06/07/2024 19:35
valeria Myślę, że kobiety czerpią najwięcej energii z… »
Miyo
06/07/2024 19:23
witam uważam na podstawie obserwacji, że stresu nie można… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:Arcte