Służący - dogmeat
Proza » Długie Opowiadania » Służący
A A A
Od autora: Poniżej kilka stron z początkowego fragmentu, dłuższej (w planach) opowieści, o kilku latach życia przedstawiciela jednej z profesji.
Wstawiony po to, by w razie wystąpienia grafomańskiej katastrofy zaoszczędzić sobie cennych chwil życia ;)
Tytuł roboczy.

             Wielki, pusty, długi i szeroki plac. Na jego końcu równie olbrzymi budynek z flagą. Wrażenie jakbym przeniósł się do głębokiego Peerelu z czasów budowy Pałacu Kultury i Nauki oraz tych wszystkich radzieckich monumentalnych pomników. Torbę przerzuciłem przez ramię. Przeszedłem kilkadziesiąt metrów i znalazłem się w domu. Moim nowym domu na kolejne pół roku. Pierwszy raz w życiu musiałem zamieszkać gdzieś na dłużej niż podczas wakacyjnego wyjazdu czy studenckich praktyk. Na początek musiałem się w tym ponurym miejscu zameldować. Potem otrzymałem sztućce. Nie, przepraszam, dostałem niezbędnik. W zestawie dali mi też pościel. Nie, pasiaków nie dostałem. Swoje miałem już w torbie. W końcu dotarłem do mojego pokoju, który, jak się okazało, był na samym końcu korytarza i, co więcej, mój był tylko w jednej czwartej. W drzwiach zobaczyłem jakiegoś starszego o ładnych parę lat gościa z wielkimi zębami. To był Knapi mój, pierwszy współlokator. „Cześć! Cześć!” Krótka wymiana uprzejmości. „Skąd jesteś?” Itd. To, co zwykle mówią ludzie, kiedy mają gdzieś razem znosić jakąś nową, niecodzienną sytuację. Zaraz za mną przyszedł drugi ze współlokatorów. Wydał mi się bardziej sympatyczny od Knapiego ( i tak było w istocie). Był o rok ode mnie młodszy, nosił okulary i widać było, że to swój chłop, z którym powinno być raczej wesoło. Był niższy ode mnie, ale za to dużo grubszy. Już chciałem go sobie jakoś odpowiednio  nazwać, ale że po chwili do pokoju wszedł ostatni z naszej czwórki straceńców, nazwałem go Małym Grubasem (nawet przemknęło mi przez głowę, żeby nazwać go Szczupłym Grubasem). Ten ostatni nazwany został przeze mnie dla porównania Dużym Grubasem. Sugerując się pierwszym wrażeniem  był to sympatyczny, prosty chłopak ze wsi, tyle że strasznie tłusty. Przy rozdzielaniu pryczy w naszym zagrzybiałym i klaustrofobicznym pokoju szybko zająłem tę po lewej do góry nad Małym Grubasem. Naprzeciwko swoje legowisko uwił sobie Duży Grubas, a pod nim jego z czasem największy antagonista Knapi. W takim najściślejszym składzie przyszło mi przeżyć pierwsze sześć miesięcy zaszczytnej służby dla polskiego narodu, czy też państwa. Poważne zadanie taka służba. Uświadomiłem sobie, już pierwszej nocy, że ciężko jest być policjantem, gdy usłyszałem nieludzkie chrapanie wszystkich trzech kolegów. Najgorszy  był Duży Grubas, który na przemian umierał, by po chwili z donośnym rykiem niedźwiedzia powracać do życia, budząc wszystkich, tylko nie siebie. Śpij kolego. Śpij spokojnie. Nie spałem tej nocy.                                                                     

            Następne dni mijały według stałego schematu. Pobudka około szóstej rano, apel na placu, czyli „ołem policjanci”, „ołem panie misarzu” (osobiście nie krzyczałem tego ani razu, bo nie lubię krzyków), i tzw. zaprawa. Nie wiem, kto to wymyślił i jaki jest cel porannego biegania kilku kółek po betonowym placu. Nie wiem też co prawda, jak ludzie, którzy z własnej woli zostają policjantami mogą mieć problemy z przebiegnięciem żółwim tempem kilkuset metrów. Później, nadal w przepięknej dwójkowej kolumnie, udawaliśmy się na śniadanie do stołówki. Śniadania generalnie nie były złe. Głodny człowiek zje wszystko. Jedzenie znacznie się pogorszyło pod koniec roku, gdy w policyjnym budżecie kończyły się pieniądze na nasze wyżywienie. Wtedy to przy obiadach podejrzliwie patrzyliśmy na siebie, szukając u sąsiadów kawałka mięsa w bardzo specyficznej odmianie gulaszu. Po śniadaniu, przy braku kolejki, można było skorzystać z toalety, a potem zaczynały się zajęcia z przeróżnych przedmiotów. Później znowu jedzenie i trochę zajęć po południu. Jeszcze apel wieczorny i można było się uczyć na jutrzejsze zajęcia. Z czasem plan dnia uległ poprawie, bo nie było już poobiednich przymusowych zajęć, ani tych śmiesznych wieczornych apeli. Zaprawę za to mieliśmy do ostatniego dnia szkoły. Po miesiącu mogliśmy też bardziej swobodnie opuszczać w czasie wolnym teren szkoły. Chociaż miasto, gdzie byliśmy, jest okropne i pora roku też była zupełnie niesprzyjająca, to jednak jakoś lepiej dało się znosić pobyt, wiedząc, że zawsze na chwilę można dokądś pójść. Ale trzeba było być ostrożnym. Spora część mieszkańców, łagodnie mówiąc, nie przepadała za kursantami, którzy jakimś cudem zawsze, nawet bez mundurów, się na ulicy wyróżniali. Próby rozboju czy kradzieży na przyszłych policjantach wydają się z jednej strony śmieszne, ale z drugiej strony dobrze pokazywały jak ogromny szacunek będziemy wzbudzać przez następne lata służby wśród Polaków.

            Wraz z moimi trzema współlokatorami trafiłem do dwudziestoosobowego plutonu, a z całym tym groźnie i bojowo brzmiącym pododdziałem do kompanii liczącej sześć takich samych plutonów. Dowódca kompanii, nadkomisarz, sprawiał wrażenie nieco dziwnego człowieka, chociaż trzeba przyznać, że nie był zły, bo nigdy nikomu na poważnie nie zaszkodził. Straszliwie bełkotał z szybkością karabinu maszynowego. Najczęściej z jego mowy wyłapywałem tylko takie słowa jak „weszłem”, „poszłem” itp. Nudził nas straszliwie nieśmiesznymi żartami (może bawiłyby mnie, gdybym rozumiał w pełni, co mówi?), ale wzbudzał jakiś rodzaj sympatii. Dowódcami plutonu zostawali już natomiast tacy sami zwykli kursanci jak ja. Zazwyczaj byli to albo najstarsi wiekiem, albo byli wojskowi znający się na regulaminowym składaniu meldunków i wydawaniu poleceń. U mnie dla odmiany plutonową została Blondynka. Pierwszego dnia wmaszerowała na wysokich szpilkach ubrana od połowy ud do głów na różowo, ciągnąc za sobą różową walizkę na kółkach. Patrzyliśmy tylko, gdzie mógł podziać się mały biały piesek, który powinien dreptać obok. Włosy zaplecione miała w warkocz niczym Julia Tymoszenko. Na organizacyjnym spotkaniu usiadła w pierwszym rzędzie i sama zgłosiła się na plutonową, po tym, gdy nikt nie chciał pełnić tej funkcji. Jej zastępczynią została Sucha. Wychudła, podstarzała babka z głosem alkoholiczki przepalonym milionami papierosów. Miała problem z rozróżnieniem słów kompania od kampania, ale w gruncie rzeczy obie dowódczynie nie były najgorsze, bo jako tako starały się działać dla całego plutonu.

          Cały nasz pluton – mieszanina zupełnie różnych ludzi między dwudziestym a trzydziestym piątym rokiem życia –  zaczął swoją policyjną przygodę, jak myśleliśmy wtedy –na dobre. Po pierwszych organizacyjnych zajęciach zaczęliśmy proces policyjnego kształcenia. Nauka nie była jakoś wielce skomplikowana, ale było jej dosyć sporo.

            Przed zajęciami ruchu drogowego długo czekaliśmy w dwuszeregu przed salą zanim przyszedł prowadzący. Wysoki, poruszający się sprężyście komisarz w ciemnych okularach nie był w stanie ukryć, że alkohol to jego stary przyjaciel. Zajęcia były krótkie.

- Musicie nauczyć się tych kilkudziesięciu definicji z kodeksu Prawo o ruchu drogowym.

            O komisarzu i definicjach krążyły straszliwe legendy. Niektórzy uczyli się potem tych definicji całe dwie noce. Ja wtedy jeszcze nie tak odległy od studenckich zwyczajów poczytałem trochę wieczorem i poszedłem spać, licząc jak zawsze, że człowiek niedouczony, ale wyspany zawsze będzie w stanie wywrzeć na wykładowcach dużo lepsze wrażenie posiadania wiedzy niż człowiek niewyspany. Oczywiście wcześniej wetknąłem sobie do uszu kupione w pierwszej lepszej aptece zatyczki. Genialny wynalazek. Następnym razem pan komisarz z ogorzałą od przesłoniętego szarymi, jesiennymi chmurami słońca wszedł do sali, otworzył na oścież okno, opowiedział kilka sprośnych dowcipów, z których część osób śmiała się, bo zawsze bawił je taki prostacki humor, pozostali śmiali się, bojąc się, żeby groźnemu komisarzowi nie podpaść. Ot, tacy sprytni pochlebcy. Po chwili zaczęła się egzekucja. Po kolei według dziennika wstawali gladiatorzy ruchu drogowego.

– Powiedz mi kolego drogi, co to jest droga twarda? – bardzo specyficznym, spokojnym głosem zaczął odpytywanie komisarz.

– Co to jest skrzyżowanie? Powiedz mi kolego definicję pojazdu uprzywilejowanego. Co to jest kolumna pojazdów? – pytał innych.

            Wystarczyło pomylić jedno słowo albo kolejność wyrazów i do dziennika trafiała jedynka (oceny obowiązywały od jeden do sześć jak w szkołach, a nie na uczelniach). Jeden, jeden, jeden plus, jeden. Niektórzy przestraszeni, inni z przekornym uśmiechem siadali pokonani do ławek. Moja kolej. Pierwsze pytanie, drugie, piąte. Miałem szczęście i trafiałem definicje, które zdążyłem jakoś przyswoić. Wiedziałem nawet, co to jest motorower ze swoją mocą znamionową i budową. Zapewne przez to, że wydawało mi się to strasznie absurdalne. W końcu gdzieś mnie zagiął, ale dostałem tróję. Miałem dwadzieścia cztery lata i ocalałem prowadzony na rzeź. Ale i tak prędzej niż później musiałem w końcu pojawić się na słynnej poprawce w gabinecie z akwarium, rybkami i kolegami komisarza.

            Zajęcia z prewencji. Tym razem prowadził je jedynie aspirant. Niski, gruby ze straszliwą szparą między jedynkami. Pach, pach i z góry na dół posypały się jedynki. Niektórzy ledwo zdążyli otworzyć usta, inni siadali choć nie zdążyli do końca się wyprostować.

- Kto jest opiekunem waszego plutonu? – zapytał.

- Pan, panie aspirancie – odrzekła mu nasza plutonowa.

- Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli się rozstać. Wstał i wyszedł z sali.

Kto by pomyślał, że ten wredny, tępawy typ okazał się potem sympatycznym i niegłupim.

            Po tej krótkiej rozprawie udaliśmy się na przedmiot, po którym powinniśmy wiedzieć nie tylko, jak kogoś zamknąć, ale też za co, i nie dać się zamknąć potem samemu przez prokuratora. Prawo. Prowadziła je dosyć młoda, krótko obcięta, nikłej urody pani aspirant. Do tego była strasznie wyniosła. Widocznie nawet tutaj „studiuję/wykładam prawo” było jakimś nieludzkim osiągnięciem pozwalającym na resztę marnej ludzkości patrzeć z góry. Dla jasności, pani aspirant nie ukończyła żadnego prawa nawet na jakiejś płatnej, podrzędnej uczelni. Chwaliła się za to, że jej ojciec był jakimś ważnym naczelnikiem, a ona była tak zdolna, że po kilku latach służby została wykładowcą w szkole policji. Musiała być do tego strasznie samotna i zakompleksiona, bo sposobem na to, by nas nie pytała zbyt rygorystycznie, było mówienie jej na początku każdych zajęć, że ładnie wygląda, albo, że ma piękną fryzurę. Chichotała wtedy długo pod nosem. Jej konikiem były scenki przedstawiające jakąś sytuację, którą mieliśmy odpowiednio zakwalifikować zgodnie z kodeksem karnym czy wykroczeń.

– Do Komendy Powiatowej Policji w …. stawiła się młoda kobieta, która, jak twierdzi, została zgwałcona – tak słowo daję, zaczynała się co druga scenka. Ponadto pani aspirant lubiła opowiadać o swoim życiu prywatnym. Mówiła to tym samym tonem jak wtedy, gdy przedstawiała powyższą scenkę.

–  Ostatnio podczas imprezy zaczepił mnie (młodą kobietę) Syryjczyk, lekarz, wiecie, białe kołnierzyki, wyższy poziom intelektualny (podobny do mojego). Zaproponował mi małżeństwo… Ale chyba chodziło mu tylko o to, żeby łatwiej uzyskać obywatelstwo. Odmówiłam. Tak, odmówiłam zdecydowanie…

            Prawo prawem, ale i sprawność fizyczna musi być po naszej stronie. Z założenia policjant musi być na tyle wysportowany, żeby dać sobie radę z również wysportowanymi bandytami. To, jak wyglądało to w rzeczywistości, pokazały już pierwsze zajęcia z technik i taktyk interwencji, czyli potocznie mówiąc, policyjnego WF-u. Na korytarzach już wcześniej widywaliśmy tzw. bociany, czyli osoby z innych plutonów, które powyższe zajęcia zaczęły przed nami. Mieszanka lekkiego sadyzmu prowadzących i zupełne nieprzygotowanie niektórych kursantów doprowadzała do sytuacji, że prawdopodobnie nieludzkie bóle tych nieszczęśników sprawiały, iż korytarzami chodziły strasznie sztywne postacie.

– Drodzy panstwo – zaczął z twardym „n” mały, chudy sierżant sztabowy – Nie będę tolerował obijania się, tego że ktoś nie daje rady.

 Podobno zanim trafił do szkoły miał poważny wypadek na motocyklu, a wcześniej był zawodnikiem Muay-Thai. Stąd zapewne od sporej liczby ciosów ciągle mrugał oczami, jakby robił nam zdjęcia.

– Moja matka dostaje osiemset złotych emerytury. Osiemset złotych! Moja matka! Emerytury! – coraz wyższym tonem mówił sierżant – A wy ile dostajecie?

– Tysiąc trzysta panie sierżancie.

– Jak się nazywasz? – napastliwie zwrócił się i zamrugał w stronę odważnego kolegi, który raczył się odezwać.

             Po chwili biegaliśmy w szkolnym parku. Biegliśmy bardzo, bardzo pomału i właśnie wtedy było widać, że część z nas musiała jakoś chyba ominąć testy sprawnościowe albo przechodzić je na papierze. Duży Grubas dyszał jak parowóz na samym końcu. Każde okrążenie, jakieś trzysta metrów, cały pluton musiał przebiec w wyznaczonym czasie. Oczywiście pierwszego okrążenia nie zaliczyliśmy. Za karę – kilka serii pompek, trzy wdechy i zaczęliśmy od nowa, mając jeszcze mniej czasu na przebiegnięcie. Tym razem z kolegą pchałem całe okrążenie za plecy Dużego Grubasa, a inni pomagali biec Suchej. Nie było to wdzięczne zajęcie, bo mój współlokator śmierdział, sapał i namawiał do porzucenia, twierdząc, że umiera. Udało nam się jednak zaliczyć ten niemal olimpijski dystans. Część dobrze biegających osób w czasie biegu oderwała się od plutonu i teraz była dumna, że dobiegła pierwsza, nie racząc nam pomóc w pchaniu maruderów. Taki układ pozostał do końca szkoły i niespecjalnie ktoś mi za moje poświęcenie podziękował. Wtedy nie znałem jeszcze powiedzenia „w policji nie ma kolegów, są tylko znajome twarze”. Duży Grubas trochę się jednak w końcu wyrobił. Nasz sierżant z dezaprobatą spojrzał na nas wszystkich. Chwilę pokrzyczał, po czym jak na pstryknięcie palcami zaczął się uśmiechać i żartować. Rozeszliśmy się w końcu do pokojów.

            Wolne popołudnia mijały nam głównie na rozmowach o wszystkim i o niczym podczas leżenia na pryczach. Tak dowiedziałem się, że Knapi wcześniej był szkolnym pedagogiem i niedługo urodzi mu się dziecko. Duży Grubas był kierowcą ciężarówki no i rolnikiem z gospodarstwem. Miał żonę i córkę. Mały Grubas natomiast studiował zaocznie i nieomal nie został strażakiem jak jego ojciec.  Śmialiśmy się dużo, bo przeczuwaliśmy, że te wszystkie jedynki, krzyki i surowa dyscyplina mają tylko przestraszyć najsłabszych psychicznie,  żeby sami zrezygnowali. Póki co tylko Duży Grubas nie był zbyt przekonany, ale on zawsze wszystko brał strasznie dosłownie. Leżał w brudnych butach w pościeli, nie wiedząc o tym, że prysznic wynaleziony dawno temu znajduje się nawet w tym zapyziałym miejscu. Na uszach założone miał niezbyt szczelne słuchawki, tak że co wieczór musiałem słuchać jakichś dziesięciu hitów disco polo pochodzących z anonimowej dla mnie „areny Kokocko”. Oprócz chamstwa i głupoty nie znoszę chyba już tylko właśnie disco polo – obrazy muzyki. Knapi również za nią nie przepadał, ale leżał zazwyczaj tylko na brzuchu, obgryzając paznokcie sprawiając wrażenie intensywnej nauki. Mały Grubas śmiał się z tego jedynie, próbując zdenerwować nas, podśpiewując coraz to gorsze teksty i melodie.

            Kolejne ważne zajęcia, czyli strzelanie, zaczynały się tak jak jest to najbardziej prawidłowe – od teorii. Niezwykle istotne rzeczy, widocznie niezbędne do sprawnego posługiwania się bronią, takie jak wiedza na temat masy broni z magazynkiem, bez magazynka, samego magazynka, pocisku, naboju, prędkości wylotowej itd. okazały się równie ważne co zasady bezpiecznego przebywania na strzelnicy. Ciężko było mi sobie wyobrazić, jak mówię do jakiegoś uzbrojonego ulicznego zbrodniarza „stój, policja, odłóż broń o wadzę tylu i tylu gramów, bo w przeciwnym wypadku wystrzelę w ciebie z prędkością 310 m/s pocisk kalibru 9 mm typu Makarov”.

            Na szczęście nasza instruktorka strzelania była według mnie najlepszą wykładowczynią w całej tej szkole. Miała stoicki spokój, nie była prostacka i prymitywna jak większość pozostałych „strzelców”, do tego faktycznie nieźle strzelała. Zachowywała zimną krew nawet wtedy, gdy któryś z kursantów z przeładowaną bronią kręcił się w kółko, celując w nas po kolei. Kończyło się to przypomnieniem zasad bezpieczeństwa i karnymi pompkami. Nikt też nie zginął. Nauka praktyki zaczynała się wtedy jeszcze od strzelania z pistoletu P-64. Egzemplarze pochodziły z końca lat sześćdziesiątych i lat siedemdziesiątych. Doprawdy nie wiem, jak ten złom mógł jeszcze działać. Pistolet ten był tak mały, że bałem się, że odstrzelę sobie palec. Broń co chwilę się zacinała, a raz tylko, wręcz przeciwnie pistolet kilka z sześciu pocisków wystrzelił serią. Innym razem w powietrze poleciał zamek, ale szczęśliwie znowu nikt nie ucierpiał. Na początku strzelanie było bardzo ekscytujące i wciąż wydawało się nam go za mało.

            Dni szybko mijały i robiły to przy naszych coraz lepszych nastrojach. Na weekendy dostawaliśmy przepustki wypisane na małym zielonym kartoniku. Ja tylko raz nie pojechałem na weekend do domu, bo po prostu nie mogłem. W szkole poza tym wyłączano wtedy ogrzewanie, a zamiast zwykłych posiłków, dostawało się porcję suchego prowiantu. Część osób coraz częściej jednak zostawała, imprezując lub spędzając czas ze swymi nowymi miłościami. Do domu wracałem z umówioną wcześniej ekipą. Pierwszy z kierowców Koksik był jakieś sześć lat starszy ode mnie. Ciekawie rozmawiało się z nim o sporcie (kończył AWF), ale miał do niego nieco inne podejście niż ja. Nie był zwolennikiem ciągłego , ciężkiego treningu. Wolał trening w zastrzykach.  W miarę upływu czasu Koksik coraz więcej opowiadał o swojej dziwacznej przeszłości. Część tej przeszłości poznałem też od innych osób, które go znały. Ów kolega miał rodziców dosyć wysoko postawionych w policji. On sam do policji startowałby już dużo wcześniej, ale musiał czekać aż zatrze się jego wyrok. Nie byle jaki wyrok, bo za udział w zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się m.in. rozbojami. Sam chwalił się jak zabierali go atecy, czyli antyterroryści. Nie obce były mu też narkotyki i to nie papierosy z marihuaną. Kolegą był bardzo w porządku, ale tak sobie pomyślałem, że czasem dobrze ustawiona rodzina czy znajomi w policji są jak ta karta z gry Eurobusiness „wychodzisz wolny z więzienia”.  Tak więc Koksik rozbójnik, fan myślistwa (jakoś nie lubię myśliwych), który żalił się, że gdy był właścicielem myjni samochodowej przegrał, na automacie około stu tysięcy złotych, nawrócił się na jasną stronę prawości i został policjantem, bo przecież miał to we krwi, a nawet podczas naszego ślubowania stał w pierwszym rzędzie i to jemu jedynemu osobiście gratulował przyjęcia do służby komendant wojewódzki. Piękne przesłanie – nigdy nie jest za późno, aby wkroczyć na właściwą drogę. Słabo jednak jakoś ten przypadek był rozreklamowany. Drugi  z kierowców, jeden z moich najlepszych kolegów ze szkoły Cyber, miał trzydzieści parę lat i bardzo odpowiadające mi poczucie humoru. Z policją też był już obeznany, bo miał brata starego policjanta i ojca policyjnego emeryta. Sam ładnych parę lat pracował jako cywil w komendzie wojewódzkiej. Cyber to taki człowiek, z którym można nieźle pośmiać się z ludzkich przywar.

            Po całym tygodniu wczesnego wstawania i późnego chodzenia spać – bo co  chwilę a to ktoś do pokoju wchodził, a to wychodził i zawracał głowę – w piątkowy wieczór byłem zazwyczaj strasznie zmęczony. Czasami tylko na chwilę wyszedłem jeszcze spotkać się z kumplami. W domu z tygodnia na tydzień czułem się coraz bardziej obco. Poza tym, głównie obżerałem rodzinny dom i odsypiałem zaległości, by w  niedzielę wieczorem znowu ruszać do szkoły.

         Rzadko kiedy byłem pierwszy. Szedłem się przywitać do sąsiedniego pokoju, a potem kładłem  na pryczy i rozmawiałem z resztą  a czasem tylko się przysłuchiwałem.

– Ja próbowałem dwa razy, żeby dostać się do policji. Za pierwszym razem w kujawsko –pomorskim, ale nie udało się, było też mało naborów. Dlatego spróbowałem w Wielkopolsce, trochę dalej będę miał do roboty, ale macie teraz takiego wspaniałego towarzysza – mówił Mały Grubas.

– Ja zawsze marzyłem o tym, żeby być policjantem, nosić mundur. Mój ojciec był policjantem. Przewodnikiem psa. Często przychodził z nim do domu. Zginął na służbie od ciosu pałką w głowę. Mój ojciec, znaczy się. Miałem wtedy jakieś dziesięć lat – opowiadał Duży Grubas, a my zamilkliśmy, nie wiedząc, co powiedzieć.  Było kiedyś głośno o tej sprawie podobno.

Ciszę przerwał Knapi.

– Też od dłuższego czasu myślałem o zmianie zawodu, chociaż ciężko było mi się rozstać ze szkołą, gdzie byłem pedagogiem. Wiecie, dzieciaki mnie lubiły. Moja jest teraz w ciąży, to zależy mi, żeby mieć jakiś bardziej pewny zawód.

To, co powiedział, wydało mi się  bardzo dziwne po tym co przed chwilą usłyszałem od Dużego Grubasa. Pewny zawód. W szkole raczej nikt nie ginie, co najwyżej włożą mu kosz na głowę.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
dogmeat · dnia 27.08.2018 18:52 · Czytań: 286 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
Darcon dnia 27.08.2018 19:09
Da się to czytać. :) Dlatego na zachętę dałem Ci górną półkę, licząc, że usiądziesz teraz do pracy. Bo jest jeszcze nad czym popracować.
1. Stosujesz dywiz zamiast półpauzy w dialogach.
2. Praktycznie każde didaskalia w dialogach zaczynasz od czynności gębowych " - rzekła, - powiedział, - pytał, - zapytał , itd. Warto dla odmiany zbudować czasem dialog inaczej.
3. Część akapitów jest zbyt dużo, sam zobacz, jak to wygląda, ściana tekstu. Bloki z tych cegieł można stawiać.
To uwagi warsztatowe, co do fabuły, jest całkiem nieźle. Napisałeś w przedmowie, że to pierwszy fragment, więc akcja nie musi od razu ruszać z kopyta. Podoba mi się takie wprowadzenie bohaterów. Ten lekko sarkastyczny ton też jest dobry.
Całkiem, całkiem. Jestem ciekawy, co będzie dalej, a o to chyba chodzi.
Pozdrawiam.
dogmeat dnia 28.08.2018 18:49
Dzięki za opinię i wskazówki :) Dobrze wiedzieć co poprawić w tym co już napisałem (a trochę tego jeszcze mam) zanim rozpiszę się za daleko. Również pozdrawiam.
Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
05/10/2022 13:45
Dzięki Berele za odautorski komentarz. Co do przykładów ikon… »
voytek72
05/10/2022 10:49
Moze uzylas 'czcionki sympatycznej' i teraz do… »
TakaJedna
05/10/2022 08:43
Wolnyduchu, dziękuję za komentarz. I za ocenę. Moje wyroby… »
voytek72
05/10/2022 07:58
Moim zdaniem jest wiersz. Niby latwo jest ponarzekac na… »
Berele
05/10/2022 01:24
Co do tego upolitycznieniena, to nie jest to agitacja, nie… »
wolnyduch
05/10/2022 00:11
Niezwykle nietuzinkowe, wydźwięk smutny, ale za pomysłowość… »
TakaJedna
04/10/2022 21:17
Dobry tekst. Prosto napisany, nieprzekombinowany, przemawia… »
pociengiel
04/10/2022 19:07
dzięki »
wolnyduch
04/10/2022 18:49
Ciekawe nawiązanie do przeszłości, które wypełnia peelkę,… »
wolnyduch
04/10/2022 18:43
"wspólnie łączymy każdorazowe szczęścia w akordy… »
wolnyduch
04/10/2022 18:36
Ciekawy wiersz, choć ten lot dość niepokojący. Pozdrawiam… »
wolnyduch
04/10/2022 18:32
Wiersz, z podglądactwem w tle i oceną kogoś, ciekawe czy ta… »
wolnyduch
04/10/2022 17:48
Wiersz z kontekstem politycznym, nie lubię takich wierszy,… »
pociengiel
04/10/2022 14:30
dzieki »
pociengiel
04/10/2022 14:29
dzieki »
ShoutBox
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 10:38
  • Jasne, bo to miejsce na takie rzeczy. Bez odbioru, o przepraszam: bo.
  • Berele
  • 04/10/2022 10:24
  • Ministerstwo Spraw Zagranicznych msz
  • TakaJedna
  • 04/10/2022 09:41
  • Takie małe pytanie przy wtorku: co to za moda pisać skrótami? Pytam o "msz". Moim skromnym zdaniem - ani to trudne, ani skomplikowane... Ktoś coś (jak to się mówi)?
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
Ostatnio widziani
Gości online:41
Najnowszy:Sirpions
Wspierają nas