Skrzydła - Miazga
Proza » Obyczajowe » Skrzydła
A A A

Skrzydła

            Gdy miałam pięć lat, przyniósł atlas ptaków, w którym na czarnobiałych fotografiach rozpoznawałam dziesiątki gatunków, ku uciesze znajomych i rodziny. Potem przynosił zwierzęta. Czasem kalekie, chore, czasem martwe - wypchane, zatrzymane w locie, w pędzie. To tylko kukły, a bałam się ich, kiedy nocą ujawniały w mroku błyszczące ślepia, kły i pazury. Powszedniały w świetle dnia. W Jego rękach martwe opowiadały niestworzone historie, a chore zdrowiały i wracały do lasu, na łąki lub pola. Jak mała, biała, wystraszona sowa płomykówka, która darła bieliznę suszącą się nad ciepłą blachą kuchni. Gdy skrzydło się zrosło, wyfrunęła z Jego rąk w zimną, wiosenną noc. Bez żalu, bez słowa podziękowania, nie obejrzawszy się nawet na nas, stojących na progu domu.

            Tyto alba - do dziś słyszę łopot jej skrzydeł. Widzę niepewny lot w stronę nocy. I czuję lęk. Lęk przed tym, co odlatuje i nigdy już nie wraca. Lęk, że ja też wyfrunę i zapomnę razem z pierwszym uderzeniem skrzydła, skąd lecę i dlaczego.

            Powieki mam ciężkie. Tak ciężkie jak oddech. Miarowe rzężenie klatki piersiowej zmuszanej siłą woli, by nabierać i wypuszczać powietrze odmierza czas na oddziale ratunkowym. A powietrze ma zapach plastiku i chemii. Sterylnego destylatu powstającego w warunkach laboratoryjnych. Nie ma nic wspólnego z pracowitą filtracją dokonywaną przez florę ani z zanieczyszczeniami wywołanymi oddechem ludzi, zwierząt i fabryk.

            Wpatruję się w sklepienia powiek. Krwistoczerwone, gdy pada na nie światło, ciemno bure, gdy gaśnie dzień w szpitalnej sali. Coś lodowatego sączy się z kroplówki. Oddaje po drodze leniwym drogom żył swoje zimno. Ogrzewa się, zdążając w stronę serca, które pchnie tajemniczą substancję do autostrady tętnic, a stamtąd popłynie ona wprost do mózgu. Przed chwilą pielęgniarka w szarym od nieostrego światła mundurku podpięła do mojego krwiobiegu kolejną butlę, a do nosa rurki wypełnione pachnącym burzą tlenem. Padło standardowe:

            - I jak? Lepiej się oddycha?

            Kręcę tylko przecząco głową. Nie tłumaczę, że nie oddycham, tylko świadomie wpycham w siebie tłuste kęsy nasączonego lekami powietrza. Połykam je bez apetytu i przetrzymuję w płucach, aż zajdzie wymiana gazowa. Potem wypluwam jak anorektyczka pokarm. Szybko i ze wstrętem, wydając przy tym dźwięki przypominające skrzypienie kościelnych drzwi.

            W odpowiedzi pielęgniarka zwiększa szybkość spadania kropel, które teraz zlewają się w jednostajny strumień popychany naprędce w dół przez grawitację, a potem przez krwiobieg w górę, głębiej we mnie.

            - Zaśnie pani i oddech szybciej się uspokoi. - Słyszę głos spoza ściany kropel kipiących i dobijających się do tam w mózgu. - Saturacja do rana się poprawi i wtedy…

            Chcę powiedzieć, że nie mogę spać. Muszę czuwać, pilnować oddechu. Jeszcze tyle mam do powiedzenia, do napisania. Muszę wsiąść w stojący na parkingu samochód, jechać do domu i wrócić na oddział, żeby Go odwiedzić. Obiecałam Mu, że jutro będę. Uchylam powieki, a może usta, i w tym samym momencie tamy ustępują i wypełniam się wodą. Nie mogę mówić, łykam tylko płyn jak tonący, który łudzi się, że pochłonie zabójczy nadmiar. Ale żołądek jest o wiele za mały, by pomieścić hektolitry strachu. Jeszcze chwilę dryfuję na fali odmierzanej kroplami powodzi. Jeszcze widzę, jak biała sowa odlatuje, zostawiając mnie na szpitalnym łóżku. Potem unoszę się i opadam na falach chemicznej powodzi zalewającej zmęczony bezsennością umysł.

            Gdzieś pomiędzy nocą a snem, w wąskiej szparze czasoprzestrzeni otwartej przez czyjś rozpaczliwy krzyk, przez tupot nóg na szpitalnym korytarzu, wracam do tamtego światła słonecznego odbitego od białego fartucha lekarskiego. Anioł śmierci nie powinien być naznaczony cieniem? Ten drwiąco jaśniał, oślepiał, onieśmielał. Przedwczoraj mój świat zredukował się do tego świetlistego punktu. Do wypowiedzianego przez niego zaklęcia. Na osobności, bez świadków, bez sensu. Beznadziejnie i niepotrzebnie:

            - On może nie przeżyć do jutra. Maria, jest źle. Wiesz?

            Rozkładam i tasuję w głowie te słowa jak talię kart. Źle nie jest. Może, a więc nie musi. Przeżyć - znaczy żyć dłużej niż inni. Jutro muszę Go odwiedzić. Maria - to ja. Wiem. Choć nie chcę wiedzieć. Obciążona wiedzą, zachłystuję się nią jak tlenem podanym w nadmiarze. Wiem, choć mój rozum nie chce wiedzieć. Moje ciało wie lepiej. Przeczuwa, bo jest jego częścią. Jest szkatułką Jego genów, marzeń i pasji. Czy odchodząc, zabierze ze mnie to, co mam z Niego?

            Znowu słyszę łopot skrzydeł. Płomykówki poruszają się bezszelestnie, by móc podlecieć niezauważenie do zdobyczy. Więc to nie szum piór. Ten dźwięk rodzi się we mnie. Odbija się od żeber i zwielokrotniony wreszcie wypływa na powierzchnię. Wbrew mojej woli wypuszczają go ze mnie zdradzieckie usta. Potem zdradzą nie raz moją miłość do Niego. Oszukają, krzycząc, że nienawidzę.

            - Nie płacz - odzywa się przy moim uchu. - Ona jest wolna.

            Potem narysuje dla mnie białego ptaka o rdzawych brzegach skrzydeł ulatującego w stronę pociemniałego horyzontu, zza którego wygląda księżyc. I już zawsze wolność będzie miała dla mnie smak i zapach pełni na bezchmurnym niebie. Zanim wyjdzie do pracy, położy rysunek obok łóżka, żebym go znalazła i zapisała pod powiekami razem z pierwszymi promieniami słońca. Na zawsze.

            Budzi mnie ruch na korytarzu. Potem nerwowe piknięcie termometru nad moim czołem. Bezładne głosy w szarości poranka, jeszcze niepewnego, czy oślepić słońcem, czy zepsuć nastrój depresyjną powłoką chmur ciężkich od łez. Rozpiera mnie chemiczna radość, uzasadniony lekami optymizm nie mający oparcia w rzeczywistości. Leżę spokojnie, choć mam ochotę śmiać się w głos, gdy lekarka zakłada mi na palec pulsoksymetr. Niewidzialne impulsy penetrują moje tkanki, poszukując tlenu.

            - Saturacja spadła, ale i tak panią wypuścimy. - Kilka razy przykłada mi do piersi stetoskop. - Szmer prawidłowy i lepiej się oddycha. Prawda?

            Nie czeka na moją odpowiedź. Potakuję, choć wcale nie odczuwam lekkości oddechu. I wtedy przez szum powietrza swobodnie płynącego przez drogi oddechowe, przypominam sobie o Nim.

            - Która godzina? - pytam, zauważając dopiero teraz, że lekarka jest młodziutka. Zbyt młoda, by wiedzieć o życiu cokolwiek więcej ponad to, że istnieje.

            - Siódma dziesięć.

            Nie wiem dlaczego, ale czuję, że jest późno, za późno, choć dzień ledwie stawia pierwsze kroki. Oskrzela pobudzone adrenaliną zaczynają przypominać o wczorajszym ataku astmy. Kilka uspokajających oddechów, zanim lekarka zauważy. Muszę już iść.

            Kiedy wychodzę na zewnątrz, czerwcowy świt uderza we mnie ostrym powietrzem, które kroi ledwie zagojone ściany oskrzeli na cienkie paski. Muszę odczekać, aż ból w piersiach minie. Telefon pokazuje siódmą trzydzieści. Nie wpuszczą mnie do niego. Za wcześnie. A ja wciąż myślę, że za późno. Powracająca myśl nie wywołuje przygnębienia. Złośliwy troll ze strzykawki chichocze gdzieś wewnątrz. Dysonans poznawczy spowodowany lekami pewnie potrwa jeszcze jakiś czas. Kręcę głową i szukam kluczyków w torebce. Wsiadając do auta, mam już gotowy plan na resztę dnia. Odeśpię ukradziony przez astmę sen. Potem przygotuję się na wizytę w szpitalu. Powinnam tu być około czternastej. W uszach wciąż mam polekowy szum, który zagłuszam radiem. Nawet nie wiem, kiedy przecinam rzekę i tory kolejowe tnące miasto na pół.

            W mieszkaniu, nie zdejmując ubrań, padam na kanapę i usiłuję zasnąć. Wszystko mnie rozprasza. Nie tylko dźwięki natrętnie czające się za ścianą jak szczekanie psa sąsiadów, krzyk dzieci na osiedlowym placu zabaw. Ale też te mniej oczywiste, jak szum krwi słyszany z perspektywy ucha wtulonego w poduszkę i pulsowanie budynku podskórnym rytmem ludzkich spraw. Czekam. Na sen. A kiedy wreszcie nadchodzi, zamazując kontury rzeczywistości, dźwięk telefonu stawia w stan gotowości każdą komórkę w moim ciele. Nieznośnie bolesne pulsowanie serca pobudzonego adrenaliną każe mi odebrać, jakbym oczekiwała na ten telefon.

            - Halo! - rzucam w słuchawkę agresywnie. Niech rozmówca czuje respekt.

            Ktoś nabiera powietrza w płuca i już wiem, że słuchawka wypluje informacje na jednym oddechu.

            - Dzwonię ze szpitala. Przykro mi, ale pani ojciec zmarł dziś rano…

            Za późno. Teraz wiem to na pewno. Śmierć nie czuje respektu przed nikim. Jej posłańcy też nie.

            Stoję osłupiała z wciąż gadającą słuchawką w dłoni. Skamieniałe łzy nie chcą popłynąć. Zawrót głowy buja mnie w uspokajającym rytmie. Wracam po własnych śladach drogą, którą wytyczyłam ledwie godzinę temu. Ale to już jest inna droga, inna rzeczywistość.

            Lekarze tłumaczą, że nie było szans, że słabe serce, niewydolność, niezdolność, niemoc, żeby żyć. Kiedy chcę go zobaczyć, mówią, że ciała już nie ma. Ale są rzeczy. Jakby ciało nie było rzeczą. Obce i zimne. Szczelne opakowanie, nierozerwalnie przylegające do ducha. Tak z nim symbiotyczne, że jedno przestaje istnieć bez drugiego, gdy ktoś usiłuje je rozdzielić. Patrzę na kartę, którą wciśnięto mi siłą w dłonie. Czas zgonu: siódma dziesięć - czytam pomiędzy milionem żałobnych znaków i kratek.

            - Siódma dziesięć - powtarzam. Byłam tu. Tak blisko i zbyt daleko. Coś tamuje oddech. Wolę, by to astma teraz mnie dusiła. Pielęgniarka prowadzi mnie do sali. Staję przed szafką, na której leży rysunek ptaka szybującego w stronę księżyca. Słyszę łopot skrzydeł. Nie. Płomykówka lata bezszelestnie. To tylko ja i mój płacz.

            - Nie płaczę - mówię do siebie. - Jesteś wolny, tato.

  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miazga · dnia 29.11.2018 11:15 · Czytań: 292 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 7
Komentarze
JOLA S. dnia 29.11.2018 14:53
Witaj Miazgo,

tekst ten stał się moją własnością zaraz po przeczytaniu. :)

Czasem zastanawiam się jak pachnie smutek? Łzami? Chyba niekoniecznie.
Okazuje się, że można go opisać inaczej, głębiej i na domiar pięknie.
Opowiadasz lekko. Twoje słowa łączą się w związki żywe i trwałe, przekonują.
Nie każdemu piszącemu to wychodzi.
Swoich bohaterów odmalowujesz ze świadomym obiektywizmem, bez egzaltacji, dając przyjemność w czytaniu.

Nie wiem, co mogłabym jeszcze dodać, chyba tylko świetną ocenę.

Pozdrawiam serdecznie :) :)
Miazga dnia 29.11.2018 16:22
Dzięki wielkie, Jolu. Przepięknie podsumowałaś ten tekst. Aż wróciły wspomnienia. Cieszę się, że ktoś zrozumiał... Pozdrawiam :)
jackass1408 dnia 29.11.2018 23:41
Hej,
stężenie emocji szpitalno-oddechowych występuje u ciebie w pełnej obfitości(co może niektórych odstraszyć); dopiero przy wyjściu ze szpitala jest chwila odpoczynku, lecz nie trwa ona długo, bo ciągle czas goni, a śmierć czyha; dodaje to dynamiki utworowi i wiele mówi o bohaterce, jednak więcej tekstu w takim tempie mógłbym nie wytrzymać.

Scena z rysunkiem bardzo filmowa, powracające nawiązania do ptaków podobające mi się niezmiernie, no i ostatnie zdanie nawiązujące do motywu ptaka. Ciekawe tylko, czy one się faktycznie czują tak wolne, jak postrzegają je ludzie. Oby. I oby ludziom częściej rosły skrzydła niż były podcinane.

pozdrawiam
Usunięty dnia 30.11.2018 07:26
Przeczytałem to po raz drugi. I...
Tym razem odebrałem inaczej. Bardziej nostalgicznie, prawdziwiej.
Nie odbieram tego jak przedpiścy, nie skręcają mnie emocje, ale pozostał w głowie pewien, trudny do okiełznania, obraz. Aż nie wytrzymałem i sam napisałem coś o nieco zbliżonej tematyce. A skoro mnie Twój tekst natchnął, znaczy, że jest naprawdę dobry.

Pozdrawiam.
gitesik dnia 30.11.2018 09:35
Dziękuję. Poruszający tekst.
Miazga dnia 30.11.2018 13:30
Dzięki za wszystkie komentarze.
Jackass, na szczęście sową nie jestem ;) , więc ciężko mi wyobrazić sobie, co czuje taka płomykówka. Ale ptaki zawsze wywoływały we mnie skojarzenie z wolnością. Raczej trudno schwytać ptaka, zwłaszcza takiego, co lata nocą. Ja w naturze widziałam płomykówkę raz. Świetnie się kamufluje na śniegu.
A tak przy okazji - nikt chyba wolny nie jest tak do końca. Każdy od kogos lub czegoś zależy, chocby to było tylko pożywienie czy miejsce do spania. Nie mówiąc już o ludziach, od których w ten czy inny sposób zależymy [weźmy takiego rolnika... gdyby nie on, nie byłoby ziarna itp] Nikt nie jest samowystarczalny, ale fajnie jest mając tę świadomość zależności, mieć też poczucie, że możemy decydować o sobie... Wydaje mi się, że żądna decyzja nie jest pozbawiona jakiś uwarunkowań zewnętrznych. Czy więc wolność w ogóle istnieje?
To temat na dłuuuuga dyskusję. A argumentów na istnienie wolności czy też niemożność jej osiągnięcia pewnie znalazłoby się sporo :)
Mnie cieszy, gdy ktoś czyta i czuje to, co ja. I o to szło.
Co ciekawe tekst napisany z przeznaczeniem na konkurs. Wydawał mi się dobry. Ale jury miało inne zdanie. :) Nie ubolewam. Tylko żałuję, że te emocje nie trafiły do szerszego odbiorcy. - To w temacie podciętych skrzydeł. ;)
Dzięki jeszcze raz Antoni i Gitesik. Skrzydła zaczęły odrastać, przynajmniej moje :)
Pozdrawiam
Ten_Smiertelny dnia 25.03.2019 10:03 Ocena: Bardzo dobre
Witaj Miazgo,
muszę przyznać, że po naszej ostatniej wymianie listów, boję się aż komentować, bo szczerze powiedziawszy nie mam ku temu żadnych kompetencji. Nie jestem również pewny czy potrafiłbym należycie ocenić warstwę literacką tekstu, bierz zatem proszę poprawkę, że wszystko co piszę jest jedynie płodem laika, przedstawiającego zaledwie swe subiektywne odczucia.

Opowiadanie niezłe. Trudne i ciężko nazwać je stricte przyjemnym. Bardziej jak twoje „Wyzwolenie” niż „Krew i popiół”. Zapewne dlatego, że mówi o ciężkich uczuciach, nie zaś przedstawia akcję i działanie, które w twoim wykonaniu nieźle wciąga. W ogóle „Skrzydła” to twórczość emocjonalna, której jakakolwiek krytyka, naraża się na zarzut snobizmu i braku serca.

Czy więc jestem wstanie dać jakieś pożyteczne rady? Zapewne, nie. Spróbuję tylko powiedzieć co nieco.
Cytat:
Jak mała, biała, wystraszona sowa płomykówka, która darła bieliznę suszącą się nad ciepłą blachą kuchni.

Tutaj dodałbym może „na przykład” po „Jak” i przed „mała”. Język jest poetycki (co utrudnia zrozumienie i ma działać na emocje) przez co „Jak” można zrozumieć jako przenośnię, w znaczeniu: „Jak gwiazdy na niebie” czy„pędził Jak odrzutowiec”. A tutaj „Jak” trzeba rozumieć łącznie ze zdaniem poprzednim i oznacza, że zwyczajnie dajesz przykład chorego zwierzęcia, którym się zaopiekowano. Nie tak to zrazu zrozumiałem i musiałem czytać jeszcze raz fragment, by załapać o co chodzi. Może trochę wolno kapujący jestem ;)

Ogólnie co więcej mógłbym powiedzieć? Zdaje mi się, że lepiej wychodzi ci pisanie akcji i działania, niż uczuć cierpiącej. Gdy bohaterka wychodzi ze szpitala, czuje się ten pęd i ruch, zwyczajnie lepiej przemawia to do wyobraźni, niż dramatyczny opis leczenia w szpitalu. Dlatego szczerze powiedziawszy, mi „Krew i popiół” podobało się bardziej. Tworzysz bohaterki przedsiębiorcze, zdecydowane i silne – to wielka zaleta, bo świetnie się o nich czyta. Widać to i w „Skrzydłach” bohaterka ma plan na dzień już podczas wsiadania do auta, nie wydaje się przyciśnięta i stłamszona tym co ją spotyka, jest mocarna – i to też jednocześnie słaba strona opowiadania. Nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi o to by robić z niej beksy. Chodzi jedynie o to, że cierpienie i smutek są mniej wyraźne i jeszcze słabną w obliczu silnej osobowości heroiny. A przez to i nie docierają tak silnie do czytelnika. Czytelnik nie płacze, bo i bohaterka nie płacze, a nawet jeśli już płacze nie ryczy wniebogłosy… Uczucia stoją jak na baczność, wobec rzeczywistość i trzeźwości. Zdaje się jakby sama bohaterka wiedziała gdy ma smutnieć, a gdy pozostawać dzielną.

W całym opowiadaniu widać od początku plan, który – niestety! – mi było dosyć łatwo przewidzieć. Nic mnie nie zaskoczyło. Ostatecznie więc tekst sprawia więcej wrażenie wykreowanej całości, czy może nawet prawdziwej historii ozdobionej i przyporządkowanej prawom fikcji. Ciężko w historię zupełnie uwierzyć. Więc krótko mówiąc uznaję, że cała twoja przewaga, stała się twoją słabością, w tym opowiadaniu. Jest ono zmyślne, a przez to mniej realistyczne. Uczucia winny być bardziej chaotyczne i akcja nieprzewidywalna, tak bowiem uczucia wyglądają jak z góry zaplanowane, a takie są tylko te nieprawdziwe.

Wybacz mi Miazgo ten nadmiar krytyki, być może całkiem nierzeczowej i bezsensownej. Opowiadanie jest w każdym razie pięknie napisane i zapewne bardzo dobre. Wolę gdy piszesz mniej poetycznie i bardziej akcyjnie, lecz nie ulega wątpliwości, że piszesz bardzo dobrze.

Pozdrawiam serdecznie,
Ten Śmiertelny

PS:
Sądzę, że twoje rozważania na temat wolności idą w złym kierunku. Które dziecko jest bardziej wolne? te które ma rodziców którym winno być posłuszne, czy sierota? Która ręka jest bardziej wolna, ta która połączona jest z ciałem i słuchać musi poleceń głowy? czy ta która jest odcięta i gnije sobie na ziemi? Nie ma wolności bez przynależności; nie ma wolności bez zwierzchności.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Abi-syn
16/05/2022 22:36
Wszyscy jesteśmy poruszeni tym co się dzieje na świecie,… »
Abi-syn
16/05/2022 22:19
Nauczyć się wyobraźni Autora, umieć posługiwać się… »
Yaro
16/05/2022 22:17
Jeżeli słownik potwierdza, że tak można to Pozdrawiam z… »
Abi-syn
16/05/2022 22:03
hejka, trochę sobie z tym dworuję, spotkałem za dużo… »
Lilah
16/05/2022 22:02
Bardzo się cieszę, Francodebies. Dziękuję i pozdrawiam… »
Florian Konrad
16/05/2022 21:25
Zawaliste, ale tytuł jednak walnąłbym z wielkiej litery. »
Nalka31
16/05/2022 21:17
Lilu Mocny ten wiersz, a jednocześnie pełen liryki i… »
Galernik
16/05/2022 21:15
Marku, dziękuję za odwiedziny. Fakt, lubię zabawę słowem,… »
Galernik
16/05/2022 21:11
Yaro, przeczytałem i się troszeczkę zadumałem. I to chyba… »
Yaro
16/05/2022 16:44
Wiersz jak wiersz , pisze i będę pisał ale Twoja poczta jest… »
mike17
16/05/2022 14:28
Jarku, ostatnio miałem mało czasu na portal, stąd moja… »
Marek Adam Grabowski
16/05/2022 14:14
Kila elementów humorystycznych masz dobrych, ale całość nie… »
annakoch
16/05/2022 11:04
Fajnie napisane Pozdrawiam »
Aleksandra Kaczmarek
15/05/2022 21:33
Ciekawe »
Florian Konrad
15/05/2022 15:26
Dziękuję. Wolałem przezornie dać tę "osiemnastkę"… »
ShoutBox
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
  • Yaro
  • 15/05/2022 18:40
  • Michał odezwij się. Pozdrawiam:)
  • Galernik
  • 10/05/2022 12:27
  • Dobra Cobro, ale to tak dobrze brzmi "Żywot bałwana". Myślę, że tytuł jest trafny, ale jak mi coś fajnego podrzucisz, to czemu nie, można zmienić. Dzięki za przeczytanie.
  • Dobra Cobra
  • 09/05/2022 15:30
  • Piękne zaproszenie. Zmieniłbym tytuł, żeby było bez słowa "balwan" , bo odzierasz punkt kuliminacyjny z zaskoczenia. I od początku wiadomo, co będzie.
  • Galernik
  • 09/05/2022 15:00
  • Witajcie. Melduję się po roku nieobecności. Żywot bałwana, jedna z moich najnowszych humoresek / opowiadań oczekuje Waszych opinii i ocen.
  • Darcon
  • 08/05/2022 09:57
  • Cały czas trwa nabór na konkurs "Malowanie słowem". Liczę, że wypoczęliście podczas majówki i teraz ruszycie z pisaniem. :)
  • Darcon
  • 04/05/2022 21:52
  • majka100, Strona główna, na dole, archiwum newsów. Marzec i kwiecień 2021. :) Pozdrawiam.
  • majka100
  • 04/05/2022 18:57
  • Dzień dobry, jest gdzieś zapis pierwszej edycji 'Malowanie słowem'?, bo jakoś nie mogę znaleźć. 'Muzoweny' też nie do odkopania.
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas