Ze wspomnień 96-latki. Część 2: Sandomierz – powstaje nasz dom - Redaktor
Proza » Długie Opowiadania » Ze wspomnień 96-latki. Część 2: Sandomierz – powstaje nasz dom
A A A

Uprzątnęliśmy gruzy po wojnie, zagospodarowaliśmy pola uprawne, przetrwaliśmy w prowizorycznych warunkach długi czas. Zebrało się nawet trochę środków na najważniejszą i dużą inwestycję, jaką jest własny dom. I nadszedł okres, kiedy wszyscy, których było na to stać i mieli taka potrzebę, chcieli się budować.
Nadchodeszły więc zmiany, które coraz bardziej polepszają naszą sytuację.
I tu pole do popisu, a właściwie rysowania dla mojego męża.
Ma uprawnienia, może projektować. I zarabiać. Trzeba było bowiem mieć koniecznie plan, zatwierdzony przez architekta.
I zaczęła się dla nas hossa.
Mąż kupuje deskę kreślarską, przykładnicę i przybory kreślarskie i rysuje pierwszy plan. Dom dla indywidualnego gospodarza na wsi.
Ja swój dom zaczęłam rysować w myślach jeszcze w Trzebnicy, więc patrzę ciekawie na rysunek techniczny. Podoba mi się ta robota. Próbuję rysować sama. Idzie mi wyśmienicie. Stefek patrzy zdziwiony i zadowolony, i mówi:
- Chcesz, to rysuj sama.
I zaczęłam rysować. Zaczął się nowy, zwycięski okres w moim życiu.
Dziecko odchowane. Mąż ma ugruntowaną pozycję w pracy. Jeździ, jak zwykle, dużo w teren z tym, że teraz zwozi mi zamówienia na rysowanie planów.
Przy okazji jest za mierniczego, bo do planu potrzebne jest położenie działki w terenie. Ma dodatkowy zarobek, a gospodarza kosztuje to mniej niż sprowadzanie dodatkowo geodety. (…) Mąż robi szkice zamówionych planów. Najważniejszy plan działki i wielkość domu, potem położenie od ulicy, sąsiedzi, strony świata, ilość pokoi i dodatkowe wymagania. Umawia się na spotkanie u nas za kilka dni.
Przynosi mi tę kartkę, ja rysuję na desce na specjalnym pergaminie rzut poziomy.
Przychodzi zamawiający. Mąż jest zawsze chwilowo nieobecny. Ja pokazuję mu narysowany rzut poziomy, omawiam z nim wszystkie szczegóły i upewniam, że to wszystko przekażę mężowi.
Jeśli był to domek nieduży i zamawiający nie bardzo interesował się planem, traktując to jako zbędną formalność, bo i tak po swojemu zmieni, co się często zdarzało, to rysowałam do końca. Jeśli jednak plan był bardziej skomplikowany, a klient bardziej wymagający, przychodził do uzgodnienia dwa albo trzy razy.
Domy były bardzo skromne, architektura najprostsza, oprawy techniczne, jak na przykład wymiary i rozstaw belek (o czym nie miałam pojęcia), mówił mi Stefek. Podpisy i wymiary na rysunkach były pisane przeze mnie, tak jak pierwsza strona opisowa, ale pod dyktando Stefka.
Gotowe stronice planu były wykonywane na papierze światłoczułym, na dużej ramie, wyświetlane na słońcu przez któreś z nas.
Potem ja składałam plan, oddawałam klientowi i inkasowałam pieniądze.
Plany rysowałam najpierw w BPP-ie na górze, a potem w naszym domu w małym pokoju na dole, razem z 7 lat.
Na końcu działalności Stefek postanowił sam narysować plan.
Zaniósł go do architekta, jak zwykle do podpisu, a architekt mówi:
- Oj, panie Stefanie, przyniósł mi pan plan narysowany przez kogoś innego.
Powiedział to z niezadowoloną miną.
Na planach zarabiało się tyle, co trzy pensje Stefka.
Z pewnym planem była mała przygoda. Wujek Czesiek chciał wybudować pracownię cukierniczą na swoim placu. Za zrobienie planu w Wydziale Architektury w Legionowie zażądali sporą sumę.
Przyjechałam wtedy do nich w odwiedziny. Wujek mówi:
- Lili, a może ty narysowałabyś taki plan.
Z przyjemnością! Odwdzięczyłabym się choć trochę za ich opiekę.
Poszliśmy z Wujkiem na plac. Wymierzyłam, co trzeba, zapytałam o wszystkie wymiary w budynku, zapisałam to i w najbliższym czasie przysłałam gotowy plan.
Za kilka lat chyba, byliśmy oboje w Legionowie. Stefek zapytał ciekawy:
- A jak tam plan. Przydał się?
Cisza. Mówią niepewnie:
- Nie.
- Dlaczego?
Ledwo powiedzieli skrępowani:
- Bo orzekli, że niedobry. Musieliśmy zamówić u nich.
Stefek zastanowił się i mówi:
- A moglibyście pokazać mi ten plan?
Ja myślę: po co on jeszcze drąży tę sprawę?
Ogląda powoli, dokładnie i mówi:
- To jest nasz plan. O, tu jest mój podpis. A ile Wujek za niego zapłacił?
Wujek podał sumę. Była 3 razy większa niż my wzięlibyśmy w Sandomierzu.
I za to nawet swojego podpisu nie zmienili.
Na tym etapie życia jesteśmy zwycięzcy. Zdrowie nam dopisuje. Z satysfakcjonującej nas pracy mamy spore pieniądze. Jesteśmy bardzo dobrze zgraną i dobraną parą. Żyjemy szczęśliwie, mamy pieniądze i stabilizację.
Nadszedł czas spełnienia mojego marzenia, to jest wybudowania własnego domu.
Raz przychodzi Stefek wyraźnie rozradowany i mówi:
- Możemy się budować, dają działki na Grodzisku.
- Ja na Grodzisku budować się nie chcę.
Konsternacja. Żadnych innych widoków na budowę w Sandomierzu nie ma. Szukaliśmy działki z rok czasu i nic.
Grodzisko daleko, za koszarami i ulica o wyjątkowo dużym spadku terenu.
54
Stefek ani mruknął, bo był przekonany o moim rozumie.
Robimy pieniądze dalej. Po kilku miesiącach znowu radosna wiadomość:
- Dają działki koło stadionu!
Na to zgadzam się z ochotą.
- Budujemy dom murowany - mówi Stefek.
Ja znowu nie zgadzam się:
- Murowany dom to ja mam teraz, ja chcę drewniany.
- Gdzie ja ci kupię drewno? Zresztą nie wolno stawiać drewnianych domów ze względu na niszczenie lasów. Drewniane domy mogą być tylko w górach.
- To nie buduję się wcale.
Za jakiś czas przychodzi uradowany:
- Słuchaj, jest możliwość kupna domu z elementów z trzciny.
- Z trzciny może być.
Pojechaliśmy obydwoje do Mikołajek na Mazurach, do wytwórni tych domów. Były zestawione bez otynkowania dwa, dwu i trzy pokojowe. Podobał mi się ten trzypokojowy. Koszt 60 tys. Wzięliśmy, jak wszyscy, pożyczkę 60 tys., do spłaty przez 20 lat. (…)
A więc, oprócz szczęścia małżeńskiego, szczęścia rodzinnego, mam jeszcze trzecie szczęście - buduję swój własny dom!
Dom, w którym zakotwiczę się na stałe, do końca życia, w którym ja będę właścicielką i panią, miejsce święte, miejsce - azyl, gdzie mogę się odciąć od całego świata i gdzie na moją ziemię, do mojego ogródka nikt nieproszony nie będzie miał wstępu. Tułałam się tyle po obczyznach, że całą moją istotą pragnęłam stałego, swojego miejsca.
Był jeszcze jeden powód mojego pragnienia, chciałam, aby moje dzieci miały stabilność, żeby nie musiały przeżywać tego, co ja.
Tak zresztą myśleli prawie wszyscy normalni rodzice.
Zaczęło się od zapoznania z planem projektowanego osiedla.
Z racji swojego stanowiska mąż miał różne kontakty z ważnymi osobami. Pan, od którego zależał przydział działki, był na tyle mądry i sprytny, że postanowił w sprawie wyboru działki dla siebie, poradzić się fachowca.
Zaprosił męża do siebie.
Mąż informuje mnie o tym i mówi:
- Chodź ze mną.
Szłam tam jak na skrzydłach.
Zobaczyć plan całego nowego osiedla to widok arcyciekawy. Gdzie będzie nasza działka?
Weszliśmy do mieszkania w bloku, do pokoiku, gdzie na środku stał stolik, za stolikiem stała żona, przed stolikiem dwa krzesła i z boku jakaś szafa. Ciasno.
Na stoliku duża zwisająca mapa.
Pan domu, inteligent pracujący, z pierwszego pokolenia, wskazał mężowi krzesło i obaj usiedli. My stałyśmy. Nie znał jeszcze form grzecznościowych.
- Panie Stefanie, ja właściwie to mam wybrane dwie działki, chciałem się pana poradzić tylko, którą z nich wybrać?
Jedna, to jest ta pośrodku osiedla, bo największa, druga przy głównej ulicy. Tu są dwie.
Mąż, który nigdy nikomu nic nie doradził, bo nic go poza rodziną nie obchodziło i uważał, że każdy ma swoje potrzeby i zrobi po swojemu, mówi:
- Noo, obydwie są dobre.
Ja okolicę znałam dobrze, bo w lecie i w zimie chodziłam tam, w ten uroczy zakątek z naszą małą Marzenką. Teraz miałam przed oczami wyraźnie całą okolicę.
- Ani ta, ani ta - zdecydowanie wypalam nie pytana.
Mąż usuwa się prędko na krześle i mówi:
- Chodź, chodź, usiądź tu koło mnie,
Widzę połowę twardego, żółtego krzesła.
- Nie usiądę, bo z góry lepiej widać.
I wygłaszam!
- Wielkość działki w mieście nie ma znaczenia, liczy się punkt od centrum, albo od przystanku. Te dwie działki przy głównej ulicy są trzy razy droższe niż pozostałe, ale w kapitalizmie. To są działki handlowe. Tu są dwie ulice do sprzątania. Hałas, kurz, spaliny, rejwach. Brak zacisza. Nie dla babci i wnucząt.
A teraz, co my tu mamy:
- Wszystkie działki za stadionem daleko od centrum, odpada. Lewa strona. Na lewo od ulicy, poziomice jedna przy drugiej, ogromny spadek - odpada! Prawa strona, działki bliźniacze - odpada! Zostaje trzeci, najmniejszy odcinek. Po jednej stronie działki małe i dwu frontowe (po drugiej stronie też ulica) odpada! Zatem tylko te pięć działek przy stadionie. Pierwsza handlowa, druga też za blisko. Trzecia i czwarta są najlepsze. Piąta też mogłaby być, ale jest gorsza, bo mała i zbieżna, bo na zakręcie. Tylko te dwie działki - kończę wywód.
- To omówiliśmy - mówi niepewnie mój mąż.
- Tak, tak - potakuje pan zajmujący wysokie stanowisko.
- Do widzenia - i wychodzimy.
Widziałam plan, nie przypuszczałam, że prawie wszystkie działki będą miały jakiś feler. A która nam się dostanie? Czy na zadupiu (przepraszam), czy bliźniacza od północy? Czy z ogromnym spadkiem, a ja tak nie lubię chodzenia po schodach.
Trochę osłabł mój zapał do budowania się. Być całe życie niezadowoloną, to nie ma sensu.
Mąż ani słowem nie wspomniał, że na początku rozmowy o działkach bezpardonowo wtrąciłam się do ich dyskusji.
Po dość długim oczekiwaniu jest decyzja.
Pan, u którego byliśmy, dostał trzecią działkę a my - czwartą. Dwie najlepsze działki na 98.
Przez 45 lat żyliśmy z obydwoma sąsiadami, a następne 10 lat ja sama, jak w rodzinie, choć nie kontaktowaliśmy się czysto, bo oni byli przy władzy komunistycznej, a my przy żadnej.
A więc mamy działkę i zapłacony dom. Jednocześnie z nami zaczyna budować się 98 domów.
Ponieważ w socjalizmie własność prywatna kojarzona była ze złodziejstwem, nazwa naszych domów brzmiała: Spółdzielnia
Mieszkaniowa Rokitek. Kontakt mieliśmy tylko przy spłacaniu pożyczki.
To było trudne budowanie.
Brak wszystkiego, szczególnie dla prywaciarzy, był ogromnym hamulcem. Na każdy materiał trzeba było czekać, a na niektóre mieć pozwolenie (na przykład żelazne legary nad piwnicą). Trzeba było mieć stały kontakt z ludźmi, aby dowiedzieć się, że gwoździe można kupić w Tarnobrzegu, a płyn do impregnacji drewna w Koprzywnicy.
Nikt jednak nie denerwował się i nie miał pretensji. Każdy ochoczo zabiegał, dawał łapówki, wykorzystywał znajomości i zdobywał, zdobywał! Budowy trwały nieraz kilka lat. Ale cieszyło wszystko, bo ciągle zwiększał się stan posiadania, a nie było widma strat.
My mieliśmy ułatwione budowanie. Szkielet budynku mieliśmy gotowy. Mąż znał robotników, którzy po godzinach pracy byli osiągalni. Pozostałe materiały, jak inni musieliśmy zdobywać albo czekać na nie.
Kamień na fundamenty, jak wszyscy, sprowadzaliśmy ze Smerdyny. Piaskowiec.
Przed zamówieniem na umówiony czas domu, trzeba było mieć wymurowany i zaizolowany papą fundament i zasklepione piwnice. Tu był największy problem. Dźwigary z żelaza były nie tylko na przydział, ale i trudno dostępne.
W międzyczasie ja oglądając plan naszego domu zdenerwowałam się bardzo widząc fatalne rozplanowanie pokoi. Tak mógł zaplanować tylko debil, a nie architekt znający potrzeby rodziny.
Przedstawiłam tę sprawę Mężowi i zaplanowałam po swojemu.
Architekt zaplanował tak.
Wejście do dużego 12 m2 przedpokoju. Po prawej stronie wejście po zakręconych schodach na górę. Tam dwa pokoje 12 i 18 m2. Za schodami wejście do piwnicy i do małego pokoju. Po lewej stronie wejście do kuchni, za nią do łazienki, ciemnej, bo za nią była spiżarka. Na wprost wejście do dużego 5,30 m długości pokoju. Z tego pokoju wejście do małego pokoju.
Pokój reprezentacyjny - przechodni, kuchnia odizolowana od pokoi. Gdzie mają bawić się dzieci, gdzie miejsce na rodzinny obiadowy stół?
Ja zmieniłam tak. Przesunęłam ścianę z dużego pokoju o 1 metr do małego i uzyskałam dwa duże. Kuchnię dałam na miejsce łazienki, połączyłam drzwiami z pokojem, nazwałam go dziennym. Drzwi z przedpokoju do kuchni i z kuchni do dziennego pokoju są przy sobie. Wejście z przedpokoju do dziennego pokoju jest krótkie i nie przeszkadzające w kuchni. Przy otwartych drzwiach jestem cały czas w kuchni i pokoju. Przy dziecku w wózeczku i odrabiającym lekcje. Podawanie do stołu z kuchni jest łatwe. Drzwi między pokojami dają 10 m przejścia. Trzy duże okna na południe i oszklone do podłogi drzwi na taras (z dziecinnego pokoju), dają w obu pokojach dużo słońca. Rozkład ogromnie funkcjonalny.
Aby mieć całkowity komfort zaplanowałam od ogrodu taras, a od ulicy werandę. Była i jest cała przeszklona, widziałam taką w Warszawie przy jednej willi.
Pozostały jeszcze schody. Ze względu na drzwi wejściowe z werandy i furtkę na ulicę schody chciałam zrobić w zakole. Sprowadzony fachowiec na mój projekt powiedział zdecydowanie:
- To się nie da.
Chciał zrobić równo przy ścianie domu. Powiedziałam mu:
- To ja zrobię sama.
Poszedł sobie.
Z planowania domów wiedziałam, że schody, dwie wysokości plus szerokość mają dać 62 cm. Narysowałam na ścianie szerokość podestu, potem wysokość schodów, podzieliłam od podestu do chodniczka na dole. Zaokrąglenia schodów zrobiłam z płyty pilśniowej twardej, zagruzowałam gruzem ceglanym, (bo żwir dla prywaciarzy był niedostępny) i zalałam betonem 2 do 3-ech. Murek półokrągły i na wierzchu na schodach i tarasie murarz położył lastryko.
Dużo było etapów budowania tego domu.
Najpierw największe elementy ścian złożone były osobno. Płyty 160/260 cm zrobione były z kratownicy, wzmocnionej na krzyż z kantówki drewnianej 5x5 cm. To obite było z obu stron prasowanymi matami trzcinowymi, splecionymi mocno drutem. Oddzielnie leżały elementy więźby dachowej i deski podłogowe.
To wszystko mąż kazał starszemu robotnikowi zlać dwa razy, z uwzględnieniem końców desek. Drzwi i okna leżały oddzielnie.
Wszystko robione w napięciu w obawie przed deszczem.
Nie wiem, jak w to wkomponowane było takie posunięcie.
Stwierdziłam, że pokoje na 260 są za niskie. Poprosiłam Męża, aby podwyższyć mieszkanie o 15 cm, Stefuś dla mnie zrobi wszystko. Pisze do Bolka, brata, który został na gospodarce, aby przywiózł kantówkę 15x15 cm długości dookoła domu plus ściany poprzeczne.
Bolek miał z ich lasu kilka wysuszonych pni drzew i w niedługim czasie przywiózł własnym traktorem potrzebne belki. Zlane środkiem przeciw kornikom, zostały ułożona na górze ścian.
Nareszcie stoją ściany przykryte eternitem. Następna faza to zdobycie i zainstalowanie przewodów elektrycznych, potem to samo z wodociągiem i kanalizacją. A wszystko trzeba zdobywać i czekać. Najgorsze było centralne ogrzewanie. Nie było żeberek w sklepach. Polowało się na nie od szmuglerów, którzy przywozili je z terenów poniemieckich. To było karane.
Jeden nasz sąsiad ze środka osiedla przesiedział 8 miesięcy więzienia za kupno grzejników! Wyjątkowo łagodny i dobry człowiek. Wyszedł cały spuchnięty na twarzy, nie do poznania.
A przecież wszyscy mieli kaloryfery z rozbiórki. Potem tylko tynkowanie, szklarz i można się sprowadzać.
Te ostatnie dwa lata była dla mnie wyjątkowo radosne i twórcze. W pokoju na górze, przy BPP-ie rysuję. Na placu pracuję fizycznie, doglądam, obmyślam. Jestem w swoim żywiole. Marzenka ma 5 lat, czuję się silna i szczęśliwa. Myślę o drugim dziecku.
Mamusia z siostrą Reginką bardzo się kochały. Ja siostrę bardzo kochałam. Zdawało mi się, że i Marzenka musi mieć siostrę i że zostawić jedno dziecko bez rodzeństwa jest nieuczciwie.
Mąż oczywiście chciał tego, co ja chciałam i zaszłam w ciążę.
W czasie budowy mąż został inspektorem nadzoru nad budową osiedla Rokitek i miał do czynienia z sąsiadami.
Z państwem Kolasami spotkaliśmy się już na innej płaszczyźnie. Mieliśmy zostać dalszymi, ale jednak sąsiadami. Ja dla niego miałam podziw, ona była mi bliska duchowo, byliśmy od nich o jakieś 15 lat młodsi, więc nawiązanie znajomości było dla obu stron korzystne. Pomalutku, bez specjalnej zachęty czy zobowiązań, w dawnym stylu, wolno, ale na trwale zaczęliśmy ze sobą obcować.
Dzięki budowie nawiązaliśmy kontakt z Harami. Ja, jak zobaczyłam go pierwszy raz, zadziwiłam się jego urodą i osobowością. Nie był przeciętny. Pracował jako zegarmistrz. Oddałam zegarek do naprawy, potem odebrałam i na tym koniec.
Poznali się mężowie. Harowie też dostali działkę, mieli mało pieniędzy (a trzciniak kosztował o wiele mniej niż murowany), zainteresowali się naszym domem. Jak doszło do spotkania, nie pamiętam. Wiem tylko, że ja z jego żoną polubiłyśmy się i zostałyśmy przyjaciółkami do jej śmierci.
My wybudowaliśmy się pierwsi (bo dom był składany). Zamieszkaliśmy i mieliśmy doprowadzoną elektryczność.
Państwo Kolasowie wprowadzili się chyba o rok później.
Wyprawiali wesele córce. Do nich elektryczność nie była jeszcze doprowadzona.
Pan dyrektor Kolasa przyszedł z prośbą o podłączenie się do nas. Przewód on załatwi. Ich działka była po drugiej stronie stadionu.
Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo.
U nich w czasie wesela zabłysło światło w całym domu! Wtedy nie było możności wyprawienia wesela poza domem.
Od tego czasu nasza znajomość była oficjalna.
My jako narybek towarzyski byliśmy dobrzy, Mąż był szanowanym człowiekiem, a ja miałam uroku za nas dwoje i jeszcze by dla kogoś starczyło.
Zapoznaliśmy też, przez męża, państwa Pawlików. Dobrzy i mili ludzie.
Z tymi trzema małżeństwami żyliśmy w stosunkach towarzyskich i w przyjaźni aż do ich śmierci. Teraz już wszyscy umarli. Zostałam ja sama.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Redaktor · dnia 27.01.2020 11:01 · Czytań: 294 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wodniczka
26/11/2021 21:32
Witaj voytek72 Nie lubię przecinków :) Cieszę się, że… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 20:08
Cholera, teraz patrzę i do nie widzę. Chyba mi się… »
mozets
26/11/2021 19:37
Tak, tak, - wszyscy co uważają, że życie bez szaleństw jest… »
Marian
26/11/2021 19:26
Korektorko, dziękuję za wizytę i miły komentarz. Wszystkie… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 17:53
Rok temu zarzuciłem ci pod tym tekstem (na konkurencyjnym… »
tetu
26/11/2021 16:52
Cześć Wiolin. Napisałeś bardzo fajny wiersz, z bardzo… »
tetu
26/11/2021 16:33
Zielony Kwiecie, dziękuję za przemyślenia i słowo na temat.… »
mozets
26/11/2021 15:16
Jo nie Pan - ino Muniek Mozets. Uwagi do tekstu -… »
voytek72
26/11/2021 15:09
Zgadzam się tetu takie motto pasowałoby tu znakomicie. :)»
Yaro
26/11/2021 15:01
Dziękuję za uwagi ale to mój styl nic więcej:)Piszę i tyle:)»
Korektorka
26/11/2021 13:22
Dzień dobry, Dziękuję za ciekawą lekturę. Uwag mam tylko… »
ZielonyKwiat
26/11/2021 12:39
Mozets, po przeczytaniu Pańskiego komentarza za bardzo nie… »
mozets
26/11/2021 10:18
Zielony Kwiecie. Nie znikaj. Pisz dalej. Jest coś w Twoich… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:35
Bez urazy, dużo jednoznacznych porównań i powtórzeń. Wszyscy… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:33
:) »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:Iorioujhg4
Wspierają nas