Sen 7 - grab2105
Proza » Obyczajowe » Sen 7
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Istotnie za około trzy godziny usłyszałem warkot silnika i po kilku chwilach zawisł nad nami helikopter. Pojawił się opuszczany na linie ratownik. Kilka chwil i witał się za mną. Przedstawiłem pokrótce sytuację i zaprowadziłem od Hann. Zbadał ją pobieżnie i przez radio poprosił o nosze. Po kilku minutach Hann była już na pokładzie. Teraz kolej na mnie. Przyczepiony do ratownika zostałem wciągnięty do śmigłowca. Poczułem się kompletnie pozbawiony sił. Jak przez sen czułem jak zdejmują ze mnie futrzane okrycie i podłączają kroplówkę. Odleciałem w ciemność. Doszedłem do siebie tuż przed wylądowaniem. Maszyną strasznie trzęsło i chyba to mnie przywróciło do świadomości.

            - Widzę pan już się obudził, - wykrzyczał mi do ucha ratownik. – Za chwilę lądujemy.

            - Jak sytuacja z Hann? Zawołałem z całej siły przekrzykując hałas silnika.

            - Pokręcił tyko głową nic nie mówiąc.

            - Bardzo źle? Dalej wykrzykiwałem.

Spojrzał na mnie ponuro, wzruszając ramionami. Zrozumiałem i nie dopytywałem się więcej. Serce ściskało mi się na myśl o możliwości utraty mojej kochanej Hann.

Minęła chwilka i znaleźliśmy się na płycie lotniska. Błyskawicznie pod helikopter podjechał ambulans, który po załadowywaniu Hann natychmiast odjechał na sygnale. Ja pojechałem drugim już bez sygnału, spokojnie. Przecież nic mi się nie działo.

Po przyjeździe do szpitala rozpętało się istne piekło. Dosłownie nie wiedziałem co się ze mną dzieje.

Zostałem położony pod potężną lampą na dużym stole i błyskawicznie rozebrany do naga. Podłączono do mnie chyba z tuzin jakiś kabelków i rurek. W międzyczasie zarzucono mnie mnóstwem rozmaitych pytań, co boli, nie boli, co czuję - istny obłęd a jednocześnie zwilżonymi ściereczkami zmywano ze mnie arktyczny brud. Minęło jakieś pół godziny i ilość osób kręcących się przy mnie radykalnie zmalała. Przyniesiono piżamę i pozwolono ubrać się. Odżyłem. Zapytałem kręcącego się przy mnie lekarza o stan zdrowia drugiej osoby przywiezionej helikopterem.

            - Kim pan jest dla niej? – Usłyszałem w odpowiedzi.

            - Narzeczonym. - odparłem odruchowo.

            - Taaak,- przeciągnął długo, nie patrząc na mnie. - Nie mam miłych wieści. Pańska narzeczona ma pękniętą czaszkę, krwiaka i obrzęk mózgu. Aktualnie jest przeprowadzana trepanacja czaszki. Zobaczymy, - zawiesił głos, - gdyby trafiła na stół kilka godzin po wypadku szansa byłaby duża. A tak… - Nie dokończył.

            - Będę mógł ją potem zobaczyć?

            - Ależ oczywiście. Nie ma przeszkód.

            - Mam jeszcze prośbę. – Nabrałem powietrza. – Lecieliśmy do jej rodziców i na pewno jeszcze nic nie wiedzą. Proszę ich zawiadomić. Namiar znajdziecie w jej dokumentach.

            - Nie docenia pan nas. Zawiadomiliśmy jej rodzinę, jak również państwa firmę w Seattle.

            - Faktycznie niedoceniałem. Dziękuję.

            - Nie ma sprawy. A tak przy okazji mam pytanie. Co to za woreczek na pana piersiach którego nie pozwolił pan zdjąć?

            - To długa historia, - odpowiedziałem smutno, - mogę powiedzieć tylko tyle, - uratował mi życie.

            - Pan jest polakiem, prawda?

            - Oczywiście. Jestem na szkoleniu u Boeinga.

            - Nie pan nic wspólnego z kulturą Eskimosów?

            - Tylko tyle co opowiedziała Hann.

            - Hann? – Spojrzał na mnie pytająco.

            - Przepraszam, to imię mojej narzeczonej.

            - No tak. Teraz rozumiem. - Kręcił z niedowierzaniem głową.

            - Co pan może rozumieć? - Mruknąłem nieco zły.

            - Widzi pan, w kulturze tego ludu każde dziecko otrzymuje od rodziców amulet. Jest taki przesąd, że tak jak długo nosi nic złego mu się złego nie stanie. Natomiast zgubienie lub inna jego utrata skutkuje niechybnym nieszczęściem. Pańska narzeczona nie miała amuletu. Podejrzewam, że to ten na pana piersiach. Mam rację?

            - Chce pan powiedzieć, że poświęciła siebie, - dla mnie? – Wytrzeszczyłem oczy z niedowierzaniem.

            - Nie inaczej. To córka szamana. Przeczuwała, że coś się wydarzy i postanowiła uratować swego ukochanego. Musiała pana bardzo kochać.

            - A skąd pan wie, że jest córką szamana?

            - Nazwisko i miejsce zamieszkania. To bardzo znana postać w tych rejonach.

            - Teraz i ja zaczynam rozumieć jej zachowania. Jaki byłem ślepy i głupi.

            - A skąd mógł pan to wiedzieć. Wychował się pan w innej kulturze. To jest dla pana całkiem inny świat.

            - Może powiem tak. To było obce i niezrozumiałe, ale ostatnie wydarzenia zweryfikowały moje poglądy. Jestem już kimś całkiem innym.

            - Zgodzę się z panem. Dowodem jest upór z jakim pan bronił tego głupiego woreczka.

            - No, może nie głupiego. – Mruknąłem nieco wojowniczo.

            - No już dobrze, tak mi się tylko powiedziało. – Odparł pojednawczo. A teraz zaprowadzimy pana do izolatki. Ale nim będzie dane odpocząć, trzeba będzie pogadać z człowiekiem od wypadków lotniczych. To będzie raczej długa rozmowa. Gdyby poczułby się pan słabo proszę nacisnąć przycisk z symbolem serca koło łóżka. Aha, jeszcze jedno. Gorący posiłek dotrze za kilka minut. Smacznego.

            - Dziękuję doktorze. Poświęcił pan dla mnie sporo czasu. Jestem bardzo zobowiązany.

            - Nie ma sprawy. Miło pogadać z kimś, kto oszukał śmierć. - Klepnął po ramieniu i odszedł.

 

Za moment zjawiła się pielęgniarka i trzymając pod ramię zaprowadziła mnie do izolatki. Nie minęło kilka minut jak zjawił się ów człowiek od wypadków lotniczych. Był bardzo dociekliwy i dokładny. Musiałem opowiedzieć ze szczegółami wszystko, od przyjazdu na lotnisko do ostatnich sekund przed uderzeniem w ziemię. Trwało to długo i czułem się już bardzo zmęczony. W końcu poszedł sobie a ja położywszy się zasnąłem w oka mgnieniu.

Obudziłem się jak świtało. Wstałem wyszedłem na korytarz i znalazłszy łazienkę zaaplikowałem sobie gorący prysznic. Tego mi było brak. Odżyłem. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko filiżanki kawy. Wracając do siebie napatoczyłem się na tą samą pielęgniarkę, która mnie odprowadzała do izolatki.

            - Widzę, że już po kąpieli. - Zagaiła.

            - Tak. Bardzo mi tego brakowało.

            - Nie było panu słabo albo coś w tym rodzaju?

            - Nie. Czuję się można powiedzieć znakomicie. Nie wie pani, gdzie tu dostać filiżankę kawy?

            - Chce pan kawy?

            - I to jak bardzo. – odpowiedziałem marzycielsko.

            - Proszę iść do siebie, zaraz panu przygotuję.

Nie upłynęło kilka minut jak zjawiła się z parującą filiżanką kawy na tacy i jakimiś słodkościami.

            - Proszę bardzo i niech pan wraca do zdrowia.

            - Bardzo dziękuję. Naprawdę nie wiem jak mogę się odwdzięczyć.

            - Proszę nie wygłupiać się. To mój obowiązek.

            - Jeszcze raz dzięki, ale mam pytanie. Martwię się o moją narzeczoną, która tu leży.

            - Dokładnie nie wiem, - uciekła wzrokiem na bok, - miała operację i jeszcze nie odzyskała przytomności.

            - Czy mogę pójść do niej?

            - Nie wiem. Zapytam i za chwilkę wrócę. Na razie proszę pić kawę.

Nie było jej chyba z dziesięć minut. Niepokoiłem się. Coś było nie tak. Ale w końcu zjawiła się jakaś roztrzęsiona.

            - Może pan iść. Zaprowadzę pana. Jest u niej teraz jej ojciec, ten sławny szaman. On też chce się widzieć z panem.

 

Poszliśmy długim korytarzem na drugi koniec budynku. Podprowadziła mnie pod drzwi skinęła głową i najnormalniej w świecie uciekła. Uchyliłem delikatnie drzwi i poczułem dziwny, odurzający zapach. Ostrożnie wszedłem. W pokoju panował półmrok. Na wysokim łóżku podłączona kabelkami do popiskującej aparatury leżała moja Hann. Cała głowa w bandażach, ręce wyprostowane i leżące bezwładnie na wierzchu. Zrobiłem krok w jej kierunku, ale zatrzymało mnie syknięcie. Obejrzałem się. Zobaczyłem siedzącego w kącie pokoju starszego mężczyznę, który gestem ręki wskazał stojące obok krzesło. Posłusznie usiadłem. Ów mężczyzna jak domyślałem się tato Hann, posypywał na żarzące się węgielki w czymś na kształt czarki jakieś zioła. Towarzyszyła przy tym znana z samolotu monotonnie nucona pieśń. Siedziałem jak zahipnotyzowany. Wydzielający się dym miał chyba jakieś właściwości narkotyczne, bo po chwili czułem się tak jakbym był po kilku głębszych. Nie trwało to długo, tak się przynajmniej wydawało. Przestał nucić, wstał i uchylił okno. Do pokoju wdarło się mroźne, świeże powietrze.

 Podszedł do mnie. Miał niesamowity wzrok. Przewiercił mnie nim na wylot. Odniosłem wrażenie, że otworzył książkę o mnie i swobodnie po niej buszuje. Trwało to może dwie – trzy sekundy, potem usłyszałem w łamanym angielskim.

            - Ty być Johnny z polska?

            - Tak. To ja.

            - Ja być ojciec Hannah.

            - Miło pana poznać. – Wyciągnąłem rękę na powitanie.

            - Dla mnie nie. – Przyglądał się chwilę wyciągniętej ręce, którą potem niechętnie uścisnął.

            - Hann mówiła abym przyjechał do pana.

            - Ty mówić Hann. To nie ona kazać. To kazać Nerrivik.

            - Nie rozumiem.

            - To nie być ważne. Ty nic nie rozumieć. Ja stracić przez ciebie moja córka. Rozumieć?

            - Ja kochałem pana córkę. Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić.

            - Kochać, kochać – patrzeć, ona umiera. To nie kochać! – Zawołał.

            - Ale w czym tu moja wina?

            - Ty mieć jej talizman? Pokazać.

            - Proszę, - rozchyliłem piżamę pokazując woreczek.

            - Ona też kochać ciebie.

Nagle przerwał i zaczął pomału kiwać się nucąc poprzednią pieśń. Znowu podsypał ziela i dym zasnuł pomieszczenie. Naraz przestał nucić i zwrócił się do mnie.

            - Ja mówić jak głupi. To nie być twoja wina. To Nerrivik tak nam wszystkim kazała. Tak miało być. Teraz niech słucha. Ty mieć zadanie. Ważne zadanie. Ty musieć uratować komuś życie. Polska. Jakaś kobieta, białe włosy, ja nie widzieć dokładnie. Ktoś przeszkadza, jakaś inna kobieta. Ty musisz ją uratować. Tak kazać Nerrivik. Inaczej będzie kara. Straszna. Pamiętaj! – Zawołał.

Zwiesił głowę i po chwili już całkiem innym przepraszającym głosem powiedział.

            - Ja prosić o wybaczenie. Ja na ciebie nakrzyczeć bez powodu. Ale ja ojciec Hannah i żal córka. Ty wybaczyć mnie?

            - Ależ nie ma co wybaczać. Jest pan wspaniałym ojcem. Tak mi żal pana.

Niekontrolowanym odruchem chwyciłem starego w ramiona przyciskając do siebie. W pierwszym momencie drętwy z zaskoczenia, ale za chwilę oddał naprawdę niedźwiedzi uścisk. To musiał być ciekawy widok, dwaj ściskający się mężczyźni a po ich policzkach płyną niczym nie skrywane łzy.

Po chwili jednak zwolnił swój uścisk i odsunął się o krok. Patrząc w moje oczy swym przenikliwym spojrzeniem powiedział bardzo poważnie.

            - Ty nie lekceważyć tego co powiedziałem. Ty musieć to wykonać. Tak każe Nerrivik.

            - Na pewno nie zlekceważę. Obiecuję.

            - To dobrze. Ja widzieć, Hannach mówić prawdę o tobie. Ty chcieć pożegnać moja córka. Ja iść sobie, a ty żegnać. – Ruszył w kierunku drzwi.

            - Zobaczymy się jeszcze? - Zapytałem przytrzymując go za rękę.

            - Nie. - Odparł krótko i wyszedł z pokoju.

Zostałem sam na sam z leżącą bezwładnie moją Hann. Podszedłem i przysiadłem na skraju łóżka. Twarz miała bladziutką, spokojną jakby odprężoną. Jej pierś podnosiła się i opadała regularnie. Z pod białego kokonu bandaży, wysuwał się niesforny kosmyk jej pięknych czarnych włosów. Wziąłem obie drobne dłonie i zamknąłem delikatnym uściskiem w swoich. Z przerażeniem stwierdziłem, że są zimne, wręcz lodowate. Przecież jeszcze w naszej norze miała cieplejsze. Co się dzieje? Nachyliłem się i ostrożnie złożyłem pocałunek na jej wargach. Były również lodowate. Coś we mnie pękło. Wtuliłem się w leżącą płacząc jak bóbr. Nie umieraj proszę. Jak będę mógł żyć bez ciebie? -Szeptały moje zdrętwiałe usta. - Nie zostawiaj mnie samego. Leżała nieporuszona i nieczuła na moją rozpacz. Poczułem czyjąś obecność. Podniosłem głowę. Za mną stał znany mi lekarz.

            - Co z nią? Zapytałem z rozpaczą w głosie.

            - No cóż, niewesoło. Uporczywie walczy o życie.

            - Ale wyjdzie z tego?

            - Hmm, - wzruszył ramionami. Miejmy nadzieję. Medycyna zrobiła już wszystko.

            - A pańskie prywatne zdanie? – Nie ustępowałem.

            - Prywatnie to mogę powiedzieć tyle. Proszę być dzielny.

            - Dzięki za szczerość doktorze.

            - Przykro mi. Ale przyszedłem, gdyż przywieziono pańskie bagaże z rozbitego samolotu. Jest pan proszony o ich odbiór.

 

Rzeczywistość zaskrzeczała. Trzeba wracać do normalnego życia.

Bagaże, walizka i wielka torba podróżna stały koło łóżka. Stojący koło nich umundurowany policjant przedstawił się i poprosił abym sprawdził zawartość. Nie miałem wielkiej ochoty na grzebanie się w bagażach, ale powiedział, jest taki przepis i muszę to wykonać. Trudno, przejrzałem pobieżnie, wyglądało bez zarzutu. Podpisałem jakiś dokument i mój bagaż powędrował do depozytu. Otrzymam go jak lekarze orzekną, że jestem zdrowy. Po południu zabrano mnie ponownie na szczegółowe badania. Trwało to dość trochę czasu. Na zakończenie zakomunikowano, że jak wyniki badań laboratoryjnych będą dobre to jutro będę mógł wrócić do Seattle. Fizycznie po za kilkoma siniakami, nic mi nie dolega.

Wróciłem do swojego pokoju. A więc jutro jak dobrze pójdzie, będę w swoim mieszkaniu. Radość powrotu zmąciła jednak myśl: Już tam nie będzie mojej Hann. Nie zaznam tak kochanego ciepła. Prawdopodobnie już nigdy. Położyłem się na łóżku chowając twarz do poduszki. Chciałem uciec od dręczących myśli. Zasnąłem.

 

Nazajutrz po porannym obchodzie zjawił się u mnie, jak mogę go już tak nazwać, znajomy lekarz.

            - Mam dobrą nowinę. Jak pan chce może pan dzisiaj wracać do Seattle.

            - To istotnie dobra wiadomość. Ale proszę powiedzieć jak z Hann?

            - Widzi pan, ona dalej walczy. Silny organizm nie chce się poddać. Dalej jest w głębokiej śpiączce. Naprawdę trudno cokolwiek powiedzieć. Po prostu trzeba czekać.

            - Co bym dał abyśmy mogli znowu być razem. – Zwiesiłem smętnie głowę.

            - Nic tu pan nie pomoże, proszę wracać. Obiecuję być z panem w kontakcie. Jak pan chce zabukujemy miejsce na lot do Edmonton i dalej do Seattle. Po północy byłby pan u siebie. No to jak?

            - Wypada mi tylko podziękować. Chętnie wrócę do domu.

            - No to świetnie. Teraz tak. Zawieziemy pana na lotnisko i wsadzimy do samolotu. Stewardesa będzie poinformowana o panu. Gdyby się coś działo podejmie stosowne działania.

            - Nie przesada z taką opieką? Przecież nic mi nie jest. - Żachnąłem się.

            - To się tylko tak panu wydaje. Po takim szoku reakcja organizmu może być różna. Nie wolno tego bagatelizować.

            - Poddaję się. Myślę, że ma pan rację.

            - Na pewno. I dalej będzie tak samo. W Edmonton zostanie pan wsadzony do samolotu odlatującego do Seattle i oddany po opiekę stewardesie. Dalej będzie pan radził sobie sam.

            - Co mogę powiedzieć, chyba tylko dziękuję. Naprawdę jestem bardzo wdzięczny za okazaną pomoc i serce. Mimo traumatycznych przeżyć, Kanada będzie mi się zawsze kojarzyła jako bardzo sympatyczny kraj.

            - Spełniliśmy tylko swój obowiązek. Chociaż prawdą też jest, że z pana równy gość. Takiemu łatwiej się pomaga. Pożegnam się już. Spokojnego lotu i bez przygód. – Uśmiechnął się i klepnąwszy po ramieniu zniknął za drzwiami.

 

Faktycznie po północy lądowaliśmy w Seattle. W czasie podróży czułem się jak przesyłka polecona przekazywana rąk do rąk. Zawsze ktoś był przy mnie. Może nie w nachalny sposób, ale wiedziałem, ze jakiś dobry duszek czuwa. Dobry duszek czekał też i na lotnisku. Wychodząc po odprawie wpadłem w objęcia Pita.

            - Aleś nam napędził strachu. – Wysapał ściskając mnie z całych sił.

            - Miałem pecha i tyle. Dobrze, że dla mnie skończyło się tylko na strachu. Gorzej z Hann.

            - To prawda. Biedna Hann. Miejmy nadzieję, że się wyliże. To twarda dziewczyna.

            - Wiesz, boję się myśleć, że mogę ją utracić.

            - Spokojnie stary, nie panikuj. Będzie dobrze. Ale powiedz jak się czujesz? Dasz radę jechać samochodem?

            - Nic mi nie jest. Pewno, że mogę jechać. Chodźmy na parking.

Siedziałem już w uruchomionym samochodzie jak Pit wręczył mi pakuneczek mówiąc: To od Juany, przygotowała specjalnie dla ciebie. Smacznego. Zrobiło mi się jakoś miękko na sercu. Zdołałem tylko wyksztusić przez nagle ściśnięte gardło, - podziękuj Juanie. Odjechałem.

Powrót do mieszkanie był szokiem. Wszędzie były jej ślady. Szminka, kosmetyki, bielizna, obuwie. Nie sposób było przejść nad tym do porządku dziennego. Aby nie zwariować zebrałem wszystkie jej rzeczy do dużej torby i schowałem do szafy. Dopiero wtedy mogłem w miarę normalnie zagospodarować się od nowa. Nie miałem ochoty na jedzenie. Nie myjąc się poszedłem spać.

 

W firmie powitano mnie jak zmartwychwstałego. Stałem się sławny. Nieznane mi dotychczas osoby mijając mnie gratulowali szczęścia i ocalenia. Minęło kilka dni i wszystko powróciło do normy. Do końca pobytu pozostało już tylko trzy tygodnie. Wspólnie z Susan finalizowaliśmy kompletowanie materiałów. Trzeba powiedzieć, to właśnie dzięki Susan mój pobyt kończył się sukcesem.  Była nieocenionym przewodnikiem. Ten ostatni czas nie należał do nudnych. Wstyd się przyznać, ale w nawale zajęć zapominałem o Hann. Minęło jeszcze kilka dni kiedy wpada do mnie blady Pit. Patrzę na niego nic nie rozumiejąc, a on wydusił z siebie tylko, - Hann. Zrozumiałem. Już jej nigdy nie zobaczę. Nigdy.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Wszystko zawirowało. Z wielkim trudem namacawszy krzesło runąłem na nie. Jak przez mgłę widziałem przerażone oczy Pita.

            - Dobrze się czujesz? Dobiegł gdzieś z oddali jego głos.

            - Mogło by być lepiej. – Usłyszałem swój głos.

            - Ale mnie przestraszyłeś.

            - Pit powiedz, dlaczego świat jest taki okrutny? Zabrano moją miłość, moje całe życie - Hann. Za co jestem tak strasznie ukarany? Co ja takiego zrobiłem? Odpowiedz proszę.

            - Na to nie ma przyjacielu odpowiedzi. Tak ten świat jest zbudowany. Jestem przekonany, że ta śmierć ma swój sens. Nic się nie dzieje przypadkiem. Przekonasz się za pewien czas o słuszności moich słów.

            - Daj spokój. Jaki sens może mieć śmierć. To przecież tragedia.

            - Masz rację, tragedia, ale tylko w czasie rzeczywistym. Ja natomiast mówię o czasie przyszłym.

            - Nie wiem, może masz rację. Ale dla mnie coś bezpowrotnie zniknęło. A to coś, to moja kochana Hann. Była dla mnie wszystkim. Rozumiesz, wszystkim co posiadałem. Teraz jestem bankrutem.

            - Mówią, że czasem trzeba zbankrutować, żeby dorobić się majątku. Rozumiem twój ból, ale musisz iść naprzód. Hann na pewno tego pragnie.

            - Myślę, masz rację. Hann na pewno pragnie abym szedł naprzód i wypełnił postawione mi zadanie. – Ciężko westchnąłem. – Dzięki za słowa otuchy. Jesteś naprawdę przyjacielem. Ale teraz jadę do domu. Muszę być sam. Przepraszam.

            - Jasne. Pamiętaj, nasz dom jest dla ciebie zawsze otwarty. Gdyby co, wpadnij.

 

Moja podróż do mieszkania trwała bardzo długo. Jeździłem po mieście bez celu bojąc się wejść do mieszkania. Nie wiem jak długo to trwało. Była już noc jak podjechałem pod dom z postanowieniem skończenia z sentymentalizmem. To już karta bezpowrotnie zamknięta. Weź się w garść, - powiedziałem sobie. Płacz i rozpacz nic nie zmieni. Musisz zapomnieć. Źle spałem tej nocy. Śniła mi się Hann tuż przed wypadkiem. Wyprostowana, nucąca monotonną pieśń i potem straszny trzask. Budziłem się zlany potem. Zasypiałem i znowu słyszałem ów monotonny śpiew Hann. Obłęd.

Nazajutrz zabrałem torbę z rzeczami Hann i odwiozłem do jej mieszkania. Miałem klucze, które kiedyś mi dała na wszelki wypadek. Przydały się teraz. Torbę wstawiłem tuż za drzwi nie wchodząc dalej. Zamknąłem drzwi a klucze wyrzuciłem do pierwszej napotkanej studzienki kanalizacyjnej. To na wszelki wypadek gdyby kusiło.

Minęło chyba ze dwa dni jak zadzwonił telefon na biurku. Odbieram i zaskoczony słyszę:

            - Witam, jestem lekarzem ze szpitala w Yellowknife. Pamięta mnie pan?  

            - Jasne że pamiętam. Witam również.

            - Jak ze zdrowiem? Miał pan jakieś dolegliwości?

            - Zdrówko dziękuję. Nic nie dolegało i nie dolega.

            - To bardzo dobrze. Proszę nie dziwić się, ale dzwonię w dziwnej dla pana sprawie.

            - Proszę mówić bez ogródek. Niewiele rzeczy może mnie jeszcze zaskoczyć.

            - Ma pan jeszcze ten amulet.

            - Oczywiście. Mam go na piersi.

            - Już mówię o co chodzi. Dzwonię na prośbę ojca Hannah. Nie może pochować córki bez jej amuletu. Taki zwyczaj. Prosi pana o odesłanie na adres szpitala. Jednak nie będzie pan pozbawiony siły amuletu. Dostanie pan za kilka dni przesyłkę a w niej coś niespotykanego. Jej ojciec przygotował panu, że tak się wyrażę, dedykowany amulet. Powiedział tylko tyle: Teraz ona będzie na nim czuwała. Nie spotkałem takiego przypadku, aby szaman zrobił taki gest komuś spoza ich ludu. Musiał go pan czymś zauroczyć.

            - Nie ma sprawy. Zaraz spakuję go i wyślę na pana adres w szpitalu.

            - Ależ nie teraz. Dopiero jak pan otrzyma ten nowy. Tak kazał szaman. Musi być zachowana ciągłość.

            - Rozumiem. Zrobię tak jak kazano. Doktorze, tak przy okazji mam dwie prośby. Pierwsza, to bardzo proszę przekazać ojcu Hann moje wyrazy współczucia i powiedzieć, że pamiętam o danej obietnicy. Druga, nie wiem czy realna. Nie mam pojęcia jak i gdzie będzie ceremonia pogrzebowa. Chciałbym jednak, aby w miejscu gdzie spocznie ktoś w moim imieniu pomodlił się i zapalił znicz. Jestem jej to winien.

            - Nie ma sprawy. Przekażę to o co pan prosił. Co do drugiej prośby, to sprawa ma się tak. Najprawdopodobniej pochówek odbędzie się w ich osadzie i zgodnie z obowiązującą tradycją. Jedno co mogę obiecać to, że porozmawiam z jej ojcem o pana prośbie. Myślę, że odczyta tych kilka słów modlitwy jaką przygotuję i zapali znicz. Lubi pana, więc nie powinno być kłopotu.

            - Wielkie dzięki doktorze. Mój dług wdzięczności rośnie. Nie wiem jak się wypłacę?

            - Spokojnie. Nie ma o czym gadać.

            - Nie wiem jak wyrobię się czasowo. Będę jaszcze w Seattle jakieś dziesięć dni. Myślę, że do tej pory przesyłka dotrze do mnie?

            - Na pewno. Sądzę, że do dwóch, trzech dni winien ją pan otrzymać.

            - No to świetnie.

            - Będę już kończył. Życzę powodzenia, a gdyby był pan czasem w Kanadzie, zapraszam do Yellowknife.

            - Dzięki za wszystko doktorze i również życzę powodzenia.

 

Faktycznie za dwa dni dostarczono mi obiecany pakuneczek. Rozpakowałem z dziwnym drżeniem serca. W środku znalazłem spory zwitek skóry. Po rozwinięciu zobaczyłem woreczek łudząco podobny do mojego i małą karteczkę, na której było napisane kulfoniaste. - Od Hannach. Rozsupłałem woreczek i zamarłem. W środku, oprócz jakiś symbolicznych artefaktów, był związany kosmyk czarnych, tak znanych włosów Hann. Zrobiło mi się strasznie smutno a jednocześnie poczułem wielką wdzięczność dla jej ojca. Wyczuł, jak spełnić moje marzenie. Wspaniały człowiek.

Minęło jeszcze kilka dni i trzeba było pomyśleć o mało przyjemnych czynnościach, - pożegnaniach.

Jakby nie patrzeć, zostawiam tutaj sporą gromadkę przyjaciół. Żal będzie rozstawać się z nimi. Przyjeżdżając tutaj, nie myślałem spotkać ludzi tak serdecznych i przyjacielskich. Spotkało mnie miłe rozczarowanie. Mnie człowieka z innego świata, traktowano tak normalnie, jakbym był jednym z nich. Nigdy tego nie zapomnę.

Po zdaniu mieszkania i samochodu Pit zawiózł mnie z bagażami na lotnisko. Pożegnawszy się serdecznie, znalazłem się w samolocie. Usłyszawszy przy wejściu wypowiedziane po polsku: Witamy na pokładzie, poczułem się dziwnie. Ostatnie pół roku słyszałem i rozmawiałem tylko w języku angielskim. Teraz, te pierwsze słowa wypowiedziane po polsku wzruszyły mnie. Poczułem się u siebie w domu.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
grab2105 · dnia 09.03.2020 09:08 · Czytań: 284 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Lilah
01/07/2022 20:01
Abi, cała przyjemność po mojej stronie. :) To… »
Florian Konrad
01/07/2022 19:04
Dziękuję Wszystkim!!!!!!! Nawet Pierwszemu :) Nie, żebym się… »
Florian Konrad
01/07/2022 19:02
Dziękuję. »
Dobra Cobra
01/07/2022 17:35
Ja tu widzę SAME pozytywne zmiany u bohatera tego jakze… »
Jacek Londyn
01/07/2022 08:08
Wolnyduchu, Mareczku, dziękuję za znak na… »
Abi-syn
30/06/2022 22:57
Atutem tego wiersza jest autentyczność, wiersz pisany… »
Abi-syn
30/06/2022 22:46
Dzięki: No i trafiały się u mnie też i gorsze teksty,… »
Abi-syn
30/06/2022 22:06
Wolna Duchem, "wyciągłaś" B) B) z niebytu tekst,… »
Madawydar
30/06/2022 20:55
Taka chwila przed pierwszym aktem, oczekiwanie, kondensacja… »
Yaro
30/06/2022 19:52
Dziękuję Duszku jesteś bardzo potrzebna i niesiesz dobre… »
wolnyduch
30/06/2022 19:47
Specyficzne poczucie humoru, jak dla mnie jest to wiersz… »
wolnyduch
30/06/2022 19:44
Jak dla mnie świetny, rytmiczny 13 zgłoskowiec, a z takimi… »
wolnyduch
30/06/2022 19:29
Dobry wiersz do zatrzymania, pozdrawiam. »
wolnyduch
30/06/2022 19:18
Witaj Abi - syn No cóż, może i nie musiałam, ale na ogół… »
Mareczek
30/06/2022 17:03
Delikatnie płynie Twój wiersz,bije z niego autentyzm.Pełne… »
ShoutBox
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas