Dzień za dniem - Quentin
Proza » Miniatura » Dzień za dniem
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

„Dzień za dniem”

 

1

 

Przez brudne okno do pokoju wpadało światło poranka. Jak zwykle zasnął w salonie. Zbudziło go delikatne ciepło promieni słonecznych, które jakimś cudem zdołały przebić się przez grubą warstwę lepkiego kurzu przywierającego do okien. Twarz przyciśnięta do siedzenia sofy zadrżała mimowolnym skurczem. Natychmiast, gdy poczuł suchość w gardle, kaszlnął wzbijając przy tym mgiełkę kurzu. Po chwili dusił się i chrypiał tak, że musiał pójść napić się wody. Po drodze trącił nogą puste butelki po różnych alkoholach.  

Chwilę trwało, nim w stercie brudnych naczyń, zalegających w zlewie, odnalazł szklankę wystarczająco czystą, aby można doń napuścić wody prosto z kranu. Pierwszy łyk przyniósł suchemu i obolałemu gardłu ukojenie; kolejne natomiast ugasiły pragnienie, z którego w ogóle nie zdawał sobie sprawy.

Ciśnienie krwi natychmiast podskoczyło, aż musiał usiąść. Zaczął się zastanawiać, kiedy tak naprawdę wraca jego żona i czy przypadkiem to nie dziś.

 

2

 

Przez całą drogę do sklepu dokuczało mu pragnienie. O wodzie, którą wypił kilkanaście minut wcześniej, już prawie wcale nie pamiętał. Pomyślał, że w tym stanie nie zdoła wysprzątać całego domu ani nawet jego niewielkiej części. W ułamku sekundy podjął decyzję o udaniu się do baru.

Czarnego Kota otwierano dopiero od jedenastej, czyli za nieco ponad pół godziny, ale wszyscy wiedzieli, że August – właściciel – przed nikim nie zamyka drzwi swego lokalu. Wiedział również o tym B, który już nie raz bywał pierwszym gościem.

– Cześć, August, stary gnoju – powiedział na przywitanie B.

Nie tracąc ani chwili, klapnął na swym ulubionym krześle, aby pobębnić z niecierpliwością palcami po niezbyt czystej ladzie. Nie wytrzymał jednak długo w ciszy.

– Jesteś tu, stary draniu? – zawołał. – Przestań się brandzlować i chodź nalać mi jednego. – Jako że B nie doczekał się żadnej odpowiedzi, kontynuował: – Dobra, sam tego chciałeś. Biorę najdroższą flachę jaką masz i łyknę prosto z butelki. Nie żartuję.

Z regału, na którym stały przeróżne trunki, sięgnął ulubioną whisky, po czym zagwizdał radośnie żołnierską melodię i wrócił na swoje miejsce.

– Sara urwie mi jaja – oznajmił, podczas gdy do szklaneczki z grubym dnem powoli spływał bursztynowy napój. – Mówię poważnie. Obedrze mnie ze skóry. Podczas jej nieobecności wywróciłem chałupę do góry nogami. Dobrze wiem, co chcesz powiedzieć, stary gnoju. Uważasz, że siedzę pod pantoflem baby. Wiesz co, gadaj sobie, ile wlezie. Gówno mnie to obchodzi. Może nie jestem najlepszym facetem pod słońcem, ale za to mam dobre serce. Dobrze słyszałeś. Prócz pokera nie uprawiam hazardu, nie chodzę na kurwy ani nawet nie myślę o innych babach. W życiu tego nie zrozumiesz, świntuchu. Dlatego gadaj sobie do woli. – Uniósł pełną szklaneczkę, po czym rzekł: – Moje zdrowie.

 

3

 

Czuł się lepiej, ale znowu był pijany. Całą drogę z baru do sklepu mamrotał niezadowolony, aby ostatecznie podjąć decyzję.

– Do cholery z tym! – wściekł się i zawrócił w pół drogi do sklepu.

Kilka kolejek w Czarnym Kocie odebrało mu całą energię. Poczuł się zmęczony i senny. Nie miał jednak ochoty wracać do zapuszczonego domu, toteż postanowił zajrzeć do czytelni. Nigdy nie przepadał za lekturami, ale wiedział, że w bibliotece prawie zawsze było miejsce, gdzie mógł spokojnie się zdrzemnąć.

Miał wyjątkowe szczęście. Tego dnia biblioteka świeciła pustkami. Nawet biurko nieopodal wejścia, przy którym zwykle siedziała Barbara lub któraś z jej koleżanek, było wolne.

B sięgnął po egzemplarz lokalnej gazety, po czym zawołał:

– Dzień dobry pani, jest tam kto? – A jako że odpowiedziała mu tylko cisza, dodał: – W razie czego będę w pokoju z widokiem. Proszę sobie nie zawracać mną głowy.

Pokój z widokiem mieścił się we wschodniej części budynku. To niewielkie pomieszczenie było oazą relaksu. Z wygłuszonymi ścianami, wygodną kanapą, miękką wykładziną i oknami wychodzącymi wprost na ogród sprawiało wrażenie miejsca odległego od małomiasteczkowego zgiełku. Wystarczyło tylko usiąść i patrzeć przed siebie.

Myśl o przytulnym pokoiku sprawiła, że B poczuł w sercu przyjemne ciepło, a nawet uśmiechnął się. Szybko jednak na twarz powróciło dawne zmęczenie, gdy okazało się, że w pokoju ktoś już jest.

B dostrzegł staruszka siedzącego plecami do wejścia. Odruchowo chciał nawet powiedzieć „dzień dobry”, jednak ostatecznie nie otworzył ust. Po prostu poszedł dalej w stronę wnęki pod schodami, gdzie czekał nań mały stolik i fotel z podnóżkiem. Miejsce to nie było tak przytulne jak pokój z widokiem, ale przynajmniej gwarantowało odrobinę prywatności.

Przeglądając gazetę, dotarł do rubryki sportowej, skąd dowiedział się o kolejnej w sezonie porażce miejscowej drużyny piłkarskiej. Autor krótkiego artykułu dopatrywał się powodów słabej dyspozycji zespołu w pladze kontuzji i mniejszych niedyspozycji zdrowotnych poszczególnych zawodników. Według raportu ponad jedna trzecia pierwszego składu była wykluczona z gry z powodu niezbyt groźnych aczkolwiek uciążliwych infekcji wirusowych. O dziwo z podobnymi problemami borykali się także lokalni rywale.

– Cholerne dzieciaki – zaklął po cichu B i cisnął gazetę na stolik. Przypomniał sobie jak trener Norman narzekał na swych podopiecznych. Powiedział dokładnie, że większość spośród nich chodzi zasmarkana z gilami po kostki.

Przypomniał sobie od razu o żonie. Sara wyjechała, aby zająć się chorą matką. Zaraz, pomyślał, kiedy to było…? Odliczanie w pamięci dni tak go znużyło, że w kilka minut potem zasnął.

 

4

 

Popołudnie spędził w domu, a dokładnie na ganku. Siedząc w wiklinowym fotelu, wpatrywał się w deszczówkę spływającą z krawędzi dachu. Pomyślał, że gdyby była tu Sara, doszłaby do wniosku, że rynny nie spełniają swojej funkcji i czym prędzej należy je wymienić. Ulżyło mu, gdy uświadomił sobie, że jest sam.

W powietrzu nie było ani jednego ptaka. No tak, szybko pojął, wiele ptaków nie potrafi latać podczas ulewy, choćby na ten przykład gołębie. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem widział jakiekolwiek skrzydlate stworzenie przelatujące nad domem. Nie słyszał nawet ich głosów: ćwierkania, kukania, treli, uderzania ostrym dziobem o pień drzewa ani nawoływania. Wszędzie tylko cisza jak makiem zasiał.

Wspomnianą ciszę przerwało burczenie w brzuchu B. I znowu myśli pochłonęły liczby. Tym razem B rachował godziny, które minęły od ostatniego posiłku. Doszedł do wniosku, że rano nie zjadł nawet śniadania, a do sklepu przecież wcale nie dotarł. Sara skarciłaby go za picie na pusty żołądek lub za picie w ogóle.  

Odsmażane ziemniaki zjadł bardziej ze względu na wyrzuty sumienia. Dobrze wiedział, jak zareagowałaby Sara na wieść o tym, że jej mąż nie potrafi o siebie zadbać. Po obiedzie zapragnął napić się zimnego piwa, którego naturalnie nie znalazł w lodówce. Wyjrzał więc za okno i z ulgą stwierdził, że powoli przestaje padać.

Nim ponownie zaszedł do Czarnego Kota, postanowił odwiedzić sąsiada. W gruncie rzeczy miał chytry plan wyciągnięcia Wiktora do baru i spędzenia reszty dnia na pogaduszkach o sporcie i polityce. Był pewien, że skoro Sara nie wróciła do tej pory, najprawdopodobniej przedłuży czas wizyty u matki co najmniej o jeden dzień. Dobre wieści wprawiły go w niemal szampański nastrój. W takich chwilach nigdy nie potrafił odmówić sobie radosnego pogwizdywania znanych melodii.

Zamilkł zaraz po wejściu na podwórze. Nie po raz pierwszy zaniepokoiła go cisza, która w tym miejscu wydawała się jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Po hałaśliwym, wygadanym i wszędobylskim sąsiedzie nie było ani śladu. Nawet psia buda świeciła pustkami.

– Gomez! – zawołał B. – Gomez, piesku!

B zrobił obchód. Zajrzał najpierw do komórki, gdzie wraz z Wiktorem popijali od czasu do czasu bimber, potem szukał gospodarza w ogrodzie, a na końcu wszedł do domu, który nigdy nie był zamknięty.

– Cholera – powiedział do siebie, gdy nikogo wewnątrz nie zastał.

 

5

 

Przez całą drogę na posterunek zastanawiał się, co dokładnie ma powiedzieć. Nigdy wcześniej nie musiał zgłaszać zaginięcia. Z filmów i seriali kryminalnych wiedział, że w takich przypadkach policja z reguły podejrzewa najbliższe otoczenie. Był pewien, że zaraz, gdy tylko komendant go zobaczy roztrzęsionego niczym galareta, pomyśli, że on – B – maczał we wszystkim palce, a teraz nieudolnie stara się odsunąć od siebie podejrzenia.

– Psia mać! – zaklął wściekły, jednak cały czas szedł żwawo w stronę posterunku.

Na miejscu okazało się, że tego dnia żaden z funkcjonariuszy nie pełnił służby. Sam posterunek był jednak otwarty.

– Jest tu kto?! – zawołał B, ale jego głos odbił się donośnym echem, które jeszcze długo niosło się po opustoszałym korytarzu. – Panie komendancie – nie dawał za wygraną B. – Halo, słyszycie mnie?

Chodzenie po korytarzu i zaglądanie po kolei do każdego pokoju nie przyniosło żadnego efektu. Dopiero na drzwiach prowadzących do wyjścia trafił na ogłoszenie informujące o powołaniu centrum kryzysowego w budynku szpitala.

Zmęczony i zupełnie zdezorientowany rozmasował sobie kark. Za nic w świecie nie mógł skojarzyć, o jakie centrum kryzysowe chodzi.

Wrócił do pokoju, gdzie zwykle policja przyjmowała interesantów. Agresywnie dopadł do biurka, na którym stał telefon stacjonarny, jednak gdy tylko przyłożył słuchawkę do ucha, przekonał się, że brakuje jakiegokolwiek sygnału. Wolną ręką wymacał kabel ciągnący się pod biurkiem i sprawdził podłączenie do gniazda telefonicznego. Wszystko wydawało się wyglądać poprawnie. Znowu prześladowała go cisza; ta sama, która napadła go rankiem i nie chciała opuścić ani na sekundę. Coraz bardziej chciało mu się pić.

Szpital znajdował się ledwie kilka ulic dalej. Już przechodząc przez główną bramę czuł, że i tutaj czas jakby stanął w miejscu. Na parkingu przed frontem budynku nie było ani jednego samochodu. Podeszwy butów stukały o betonowe podłoże, niosąc nieznośne echo. Powietrze po deszczu było całkiem rześkie.

W przeszkolonych drzwiach szpitala B ujrzał własne oblicze. Przetłuszczone włosy sterczały na czubku głowy, zaś grzywka, już nieco zbyt długa, opadała na czoło. Sara kazałaby mu pójść natychmiast do fryzjera, albo sama chwyciłaby nożyczki, choć nie bardzo miała do tego smykałkę.

Blada twarz B kontrastowała z ciemnymi śladami wokoło oczu. Spierzchniętych warg w ogóle nie było widać, gdyż skrywały je długie wąsy i broda. Całości przykrego widoku dopełniała chuda sylwetka, na której wisiały za duże o kilka rozmiarów spodnie i brudna koszula.

B odruchowo dotknął własnej twarzy, jakby w ten sposób zamierzał dodać sobie otuchy. Zrobiło mu się słabo. Wszedł więc do środka i zasiadł na krześle w poczekalni.

 

6

 

Siedział zgarbiony w ławce. Szósty rząd, tuż z brzegu. Po lewej stronie na obrazie aniołowie toczą zażartą walkę z siłami zła o ludzką duszę. Zawsze go zastanawiało, kto w tym pojedynku byłby naprawdę górą.

Pomyślał, że Sara była bardzo pobożna. Po chwili skarcił się za to, że mówi o swojej żonie w czasie przeszłym. Sara jest pobożna, natychmiast się poprawił. Wyobraził sobie, że za kilka dni wróci od matki, obsztorcuje go za lenistwo i bałaganiarstwo, a potem wszystko wróci do normy. August znowu pojawi się w barze, Wiktor wraz z rodziną powrócą z podróży, komendant będzie pocił się jak mysz w swoim ciasnym gabinecie, a szpital odżyje.

Szpital. Właśnie o nim teraz pomyślał. Przypomniał sobie widok pustych sal z powywracanymi łóżkami, splądrowanych witryn, gdzie dawniej trzymano leki i środki do higieny. Ludzie musieli uciekać stamtąd w popłochu, a jeśli ktoś ucieka ze szpitala, znaczy, że musiało zdarzyć się coś naprawdę strasznego.

Ukrzyżowany Jezus zerkał spode łba na ołtarz. Widok umęczonej twarzy przywoływał skojarzenia z okropnym, nieludzkim wręcz cierpieniem, które nikomu nie mieściło się w głowie. B pomyślał o umieraniu za cudze grzechy. Poczuł, że gardzi tym prorokiem i w równym stopniu, a może bardziej pogardza samym sobą.

Kiedy zamknął oczy, usłyszał czyjś krzyk. Napięty jak struna natychmiast rozejrzał się wokoło. Przez moment wydawało mu się, że obrazy, drzeworyty i rzeźby żyją własnym życiem. Każda twarz zaczęła być podejrzana, wręcz wroga. Chociaż mury kościoła emanowały chłodem, B zrobiło się ciepło. Zbyt ciepło, aby wysiedzieć choćby minutę dłużej w tym przeklętym miejscu. Wiszący na krzyżu Jezus skupił całą swą uwagę na intruzie.

B przemknął pod ścianą, nie patrząc ani razu wstecz. Bał się, że jeden fałszywy ruch sprowokuje którąś z nieludzkich istot do ataku. W nieco ciemniejszej kruchcie po raz kolejny usłyszał krzyk, a po nim jeszcze jeden. Gnany strachem rąbnął z całej siły w wielkie drzwi. Nawet one zaskrzypiały złowieszczo.

 

7

 

– Dasz wiarę, że na całym cholernym niebie nie ma ani jednego ptaka? – B podszedł do okna i opróżnił resztkę whisky prosto z butelki. Patrzył dłuższy czas na krzew dzikiej róży otoczony kamiennym kręgiem.

Zmęczony opadł wreszcie na fotel ustawiony vis-a-vis kanapy, którą zajął zasuszony starzec.

– Napijesz się? – zapytał B, sięgając po drugą butelkę alkoholu. Potem nalał do pustej filiżanki po kawie porcję złocistego płynu, a sam tradycyjnie łyknął z gwinta. – Wszystko wskazuje na to, że oszalałem – rzekł. – Powinienem siedzieć w szpitalu zamknięty pod kluczem, ale wiesz co? W całym pieprzonym mieście nie ma nikogo, kto mógłby mnie tam posłać. – B zaczął chichotać. Przestał dopiero, gdy usłyszał głos staruszka, który nie poruszył nawet ustami.

Zostałeś sam jak palec.

B patrzył podejrzliwie na sinozieloną, wyschniętą twarz, na wysokie czoło pokryte plamami prześwitującymi spod siwych włosów. Był pewien, że gdzieś to już słyszał.

– A ty? – zapytał starca.

Już dawno przestałem się liczyć – odparł tamten. – Tylko ty zdołałeś przetrwać.

– Przetrwać…? Dobre sobie. Umieram, człowieku. Każdego dnia umieram. Powoli, owszem, ale jednak rozpadam się na kawałeczki. Nie mogę już nawet pić za własne zdrowie. Powiedz, starcze, za co powinienem wznieść toast?

To bez znaczenia. Do jutra i tak o niczym nie będziesz pamiętał.

– Może i racja.

Wszyscy stąd odeszli. Dawno temu. Sara także.

– Wyjechała do matki – sprostował B.

Kiedy ostatnio rozmawialiście?

B pociągnął z butelki, aby dać sobie czas do namysłu.

– Dzwoniła przedwczoraj – rzekł obojętnie.

Kłamstwo.

– Dużo wiesz.

Wiem, że nigdy nie dotarła do matki. To dopadło ją w drodze. Utknęła w gigantycznym korku za miastem. Jeśli po nią nie pójdziesz, zostanie tam na zawsze.

– Przestań.

Byłeś tam, prawda?

Nie.

Nic nie pamiętasz, ale wiesz, że byłeś tam.

Do domu wracał po zmroku. Co kilkanaście metrów pociągał whisky, a za każdym razem, gdy przechylał butelkę w górę, widział nad sobą gwiazdy. Zataczając się od lewej do prawej i z powrotem, słyszał głos starca.

Za miastem jest największe cmentarzysko świata. Rozciąga się na tysiące kilometrów.

Przestań za mną łazić! – wrzasnął B.

Nawet jej nie szukałeś.

Gówno!

Wolisz zalewać się do nieprzytomności i myśleć, że wciąż żyje. Rozumiem cię. Nie popieram, ale rozumiem. To rozniosło się w powietrzu i wykończyło nas tak nagle. Zostałeś sam, B. Dla nas świat się skończył.

Zamknij się! – B obrócił się i cisnął w ciemność pustą butelkę. Usłyszał tylko brzdęk pękającego szkła. Potem nastała cisza.

Dla nas świat się skończył.   

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Quentin · dnia 20.03.2020 09:25 · Czytań: 453 · Średnia ocena: 4,75 · Komentarzy: 13
Komentarze
JOLA S. dnia 20.03.2020 12:03 Ocena: Świetne!
Cześć, Quentin,


sięgając po Twoje teksty czuję się usatysfakcjonowana jako czytelnik, bez względu jaką snujesz opowieść.
Czytam Cię bez bólu. Myślę, że to wynika z przejrzystej narracji. Nie muszę sobie zadawać pytania o czym jest tekst i co miał na myśli autor, co chciał mi przekazać.
Obojętnie o czym piszesz, myślisz obrazami, a to uderza gdzieś w moją wrażliwość, zahacza o coś więcej niż tylko poziom intelektualny i to nie dlatego, że mam tendencję do mazania się.
Ktoś kiedyś powiedział komentarzu wie jak trzymać pędzel. Sama prawda.

Pozdrawiam ciepło

JOLA S.
Quentin dnia 20.03.2020 22:12
Cześć, Jolu

Miło cię widzieć:-) i cieszę się, żeś ukontentowana. Wiele to dla mnie znaczy. Bardzo wiele.

Co do myślenia obrazami wynika to chyba z faktu mojej pierwszej wielkiej pasji, a mianowicie kina. Dawno temu wykombinowałem sobie, że będę zarabiał na życie pisaniem scenariuszy do pełnometrażowych filmów fabularnych. Póki co ani nie piszę scenariuszy, ani tym bardziej nie zarabiam nimi na życie :-), ale może z prozą będzie lepiej.

Tak czy inaczej sentyment do obrazu pozostał i chyba nie potrafię inaczej jak pisać "po filmowemu". Każda linia tekstu układa się w kadry, te zaś w całą sekwencję i tak jakoś sobie to reżyseruję :-)

Już teraz zapraszam cię serdecznie do mojego kolejnego tekstu, który wkrótce powinien zostać opublikowany. Liczę na twoją opinię i spostrzegawczość wytrawnego czytelnika. W ramach rewanżu na pewno zajrzę do ciebie. W końcu czas sprzyja.

Dziękuję za wizytę i pozdrawiam
Q
marzenna dnia 21.03.2020 06:02 Ocena: Bardzo dobre
Quentin Bardzo ciekawy tekst, studium ludzkiego istnienia. Chcę się czytać, jeszcze raz ponownie wrócę do Twojego dzieła, często z braku czasu czytam powierzchownie. Jednak bez wysiłku, bez zmęczenia czytam. Nie zmuszasz do wyciągania wniosków, one same przychodzą do głowy.
Nie moralizujesz, główna postać zamroczona alkoholem, wyalienowana, samotna. A jednak jest mi go żal. Nie oceniam, nie strofuję, tylko patrzę i myślę. Tak może wyglądać koniec. Przeżyją tylko pijani, bez świadomości zagrożenia, żyjący ułudą i wspomnieniami. Tak też można, czy to jest rozwiązanie? Słyszałam ostatnio kilka opinii, że zamiast antybiotyków, suplementów powinniśmy wypijać setkę dobrej wódki. Tak mówią do mnie mężczyźni, w średnim wieku, może jest coś na rzeczy. Wódka i pieprz jak lekarstwo. Oczywiście, że tekst kojarzy mi się z filmem ,,Jestem legendą"
:) Uwielbiam aktora - Willa Smitha. Jest w moim wieku i tyle osiągnął. Ma charyzmę. Ciekawe jaki aktor pasuje do Twojej postaci. Szkoda, że nie mogę obejrzeć filmu, do którego Ty napisałeś scenariusz. A wiesz, był konkurs Agory na powieść sensacyjną, nagroda 20 tyś. Chyba trochę kasy jest. :)
Do miłego.
Quentin dnia 21.03.2020 12:45
Hej, marzenno

W naszym kraju nie brak entuzjastów leczących każdą (absolutnie każdą) przypadłość wódą. To już nawet nie jest "zatrzęsienie", a norma. Coś w rodzaju zwykłego pejzażu rozciągającego się za oknem. Za każdym oknem. Z tego dopiero można by naskrobać tekst :-) Może kiedy indziej.

Główny bohater, w istocie, jest godzien pożałowania. To, co mu się przydarzyło jest straszne. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu, są też i takie, na które skazujemy się sami. Czasem wolimy trwać w błogiej nieświadomości lub tkwić za zasłoną z pozorów, wyobrażeń i względnego porządku. I tak na mija dzień za dniem...

Też miałem skojarzenia z Willem Smithem i jego psim kompanem, choć wizualnie postać mojego bohatera to raczej Harry Dean Stanton z okresu, gdy grał w "Zielonej mili". Ale Will też jest dobry :-)

Wielkie dzięki za poświęcony czas i jasność wniesioną w moje sobotnie popołudnie.

Pozdrawiam serdecznie
Q
mike17 dnia 21.03.2020 14:13 Ocena: Świetne!
Witaj, Kamilu, w końcu dałeś nowe opko a to się chwali :)
Od razu nasunęło mi się skojarzenie z prozą Hłaski, a mianowicie z "Pętlą", gdzie występuje identyczny problem alkoholizmu, lecz Ty go poszerzyłeś o nowy rozmiar - śmierć.
Wszak nasz zapijaczony bohater nawet nie pamięta, że żona zginęła w wypadku samochodowym, nastąpił swoisty pijacki mechanizm wyparcia i wciąż wierzy, że ona pewnego dnia wróci od matki i musi dla niej wysprzątać zapuszczone lokum.

Poruszyłeś ważny problem ciągów pijaczych.
Kiedy picie wymyka się spod kontroli, traci się wgląd we własne postępowanie, w bieg wydarzeń, w następstwo czasów...

I B. odjechał z tym koksem już dość daleko.
Skoro wyparł śmierć żony, zszedł na psy już totalnie.

I stan jego mieszkania świadczył o tym, że musiał pić od dłuższego czasu.
A pijacy nie odczuwają nawet apetytu, dlatego chudną i wyglądają jak zombie.

Pomimo wszystko narracja jest bardzo spokojna - brak w niej fajerwerków i wybuchów pijackich ekscesów - opowiadasz to w sposób stonowany, skupiając się na kolejnych alkoholowych potrzebach B.
Bardzo podoba mi się takie podejście, bo tu nie trzeba darcia szat, a ukazać jeno ludzki upadek jak relację, zwyczajnie jak zwyczajną jest.
Bo to żaden wyczyn zachlewać się dzień po dniu.
To koniec, jeśli ktoś nie poda ręki, lub nie nadejdzie miłość, ale kto by chciał pokochać pijaka?
Są podobno takie kobiety, które lgną do pijaków, bo w domu tatuś popijał.
Prawo pierwszych połączeń - jakby to ujął psycholog.

Warstwa językowa i literacka jak zwykle na medal.
Opanowałeś sztukę pisania do perfekcji i to w tak młodym wieku.
Każdy kontakt z Twoją sztuką jest dla mnie czystą przyjemnością.

Jesteś jednym z najlepszych pisarzy na portalu - pamiętaj, że Ci to mówiłem :)

Howgh!
Marek Adam Grabowski dnia 22.03.2020 13:23
Dobrze napisane, tylko coś długie jak na miniaturę.

Pozdrawiam!
Quentin dnia 22.03.2020 16:08
Czołem, chłopaki

Maestro, jak zawsze czekałem na twoją "reakcję" na tekst i jak zawsze wystawiłeś mi piękną laurkę, za co serdecznie dziękuję.

Tak jak ty uważam, że nie ma co krzyczeć w narracji, choć czasem, przyznać muszę, że lubię odpalić fajerwerki :-) Problem (alkoholowy czy jakikolwiek inny) jest problemem i każdy to raczej dostrzega. Każdy, kto oczywiście nie ma na oczach żadnej przesłony.

Przyznam, że o "Pętli" raczej nie myślałem (akurat w tamtej chwili). Kilka lat temu przeszła mi obsesja na punkcie tego tekstu i filmu, jak i samego Hłaski, choć wiem, że przyjdzie czas, kiedy odkryję go na nowo, bo to przecież postać i twórczość, od której wielbiciel męskiej prozy chyba nie zdoła się oderwać w tym życiu.

Wkrótce powinien ukazać się mój kolejny tekst (z wojną w tle), więc już teraz gorąco zapraszam.

Marku, zapewniam, że jak na moje standardy pisania to jest miniatura :-)


Panowie, wielkie dzięki za poświęcony czas i uwagę.
Pozdrawiam
Q
Kazjuno dnia 23.03.2020 10:30
Quentinie.
Urzekła mnie Twoja narracja. Właśnie bazująca na wizualizacji. Taką lubię. Podobnie do Ciebie chciałem być filmowcem, dokładniej, filmowym reżyserem. Co prawie w formie kroniki opisałem w kilkunastu tu, w PP, opublikowanych odcinkach Gry z podtytułem Jak o oszukałem służby specjalne PRL. (Choć ów podtytuł jest zmieniony pod wpływem sugestii, mającego wydać powieść wydawcy).
Wracając do Twojego tekstu: kilkukrotnie parsknąłem śmiechem. (Nie wiem na ile zgodnie Twoją intencją/?/) Na pewno Twój tekst zdradza, że jesteś obdarzony dużym poczuciem humoru. Tę cechę (u pisarza) cenię bardzo wysoko. Choć przesłaniem całości raczej dramat i swoiste "szczęście" wyizolowanego pijusa.
Dzięki za lekturę. Ma rację Mike 17: czuć ducha Hłaski. Posunę się jednak dalej - powiedziałbym - przebijasz legendarną sławę. Czym? Piszesz bardziej obrazowo i jak wspomniałem z większym poczuciem humoru. Teksty autora Pięknych dwudziestoletnich odbierałem jako przyciężkawe.
Czuję się zaszczycony z zawarcia z Tobą znajomości.

Pozdrawiam, Kaz

PS "Pięknych dwudziestoletnich" chciałem zaznaczyć kursywą. Przez pomyłkę nacisnąłem pogrubienie.
Dobra Cobra dnia 23.03.2020 12:20 Ocena: Świetne!
I to jest prawdziwa, piękna, niepokojącą, nie dająca wytchnienia postapokaliptyczna proza!


Quentin,

Jak zwykle wybornie mieszasz w kotle, serwujac tym razem opowiastkę z czasow końca, gdzie nie wszystko jest czarne ani biale.

Z jakichs powodów świat sie skonczył. I nie ma juz nic - jak spiewal zespół Elektryczne Gitary. Czy oni też mieli na mysli koniec końców, gdy tworzyli tę piosenkę? Kto ich wiw, ale tutaj pasuje nadzwyczajnie.

Od vzasow braci Strugackich kocham takie klimaty, jakis blizej nieokreslony kataklizm i resztkę, która z bliżej niewiadomych przyczyn przyrwala. Na przekor.

Byl yez kiedus taki serial Rewolwer i melonik. I tam w jednym z odcinkow pojawila sie żarłoczna roslina, ktora w pewnym uroczym angielskim miasteczku pożerała ludzi. Przetrwal tylko jeden pijaczek, ktory lezal pijany w pubie.

I tak za pomocą alkoholu uratowano świat.


Byc moze i w Twojej opowiesci coś takiego nastąpi w ciagu dalszym, ktorego raczej nie bedzie. Bo nie bierzesz jeńców, rozprawiając sie z tekstem w pojedyńczym pojedynku.

Mnie się podobało, jak zwykle u Ciebie. Dobrze napisane, wciągające, dekadenckie. Prawdziwy katolicy złamali by ręce przy lekturze. I tak by się to toczyło.


Szkoda, ze nie wstawiasz opowieści częściej, ale rozumiem i szanuje Twój czas, sprawy natchnienia, robotę zarobkową o co tam jeszcze.


Przez wzgląd na braci Strugackich ocena może być tylko jedna, tak jak jedna jest matka.


Dodaję tekst do Ulubionych nie ma wyjścia:)


Pozdrawiam i do następnego,

DoCo
Quentin dnia 23.03.2020 23:18
Czołem, chłopaki

Kaz, bardzo mi miło. Wręcz cholernie mi miło :-) Hłasko z pewnością jest przyciężkawy przynajmniej na kilku płaszczyznach i pod kilkoma względami. Jeśli twierdzisz, że świat według mnie jest bardziej obrazowy, to pozostaje mi tylko z całą serdecznością ukłonić się wdzięcznie.

Mam nadzieję, że kilka razy się uśmiechnąłeś. Na to liczę. Zawsze. Właściwie chyba inaczej już nie umiem, niezależnie od tego, co chcę powiedzieć/napisać/przekazać. Śmiech to zdrowie i basta. W końcu i tak wszyscy umrzemy, więc warto przed tym się pośmiać :-)

DoCo, przyznam, że postapo dotychczas było mi obce i raczej jest nadal. Oczywiście kojarzę niektóre klasyki (bardziej filmy). Co do Strugackich i literatury tego nurtu nic mądrego do powiedzenia nie mam. Nie moja bajka zwyczajnie. Znam jedynie standardowe "Metro..." Głuchowskiego. Chociaż wyczułeś mnie. Jakiś czas temu przyszło mi do głowy, żeby sięgnąć po "Piknik na skraju drogi", ale potem wypadło mi to ze łba i już nie wleciało, aż do dzisiaj.

"Rewolwer i melonik" kojarzę jak przez mgłę, ale też wielkie dzięki za odświeżenie. Między innymi właśnie za to lubię PP :-) No a co do częstotliwości dodawania utworów - powiem jedynie, że też ubolewam nad tym, bo pisanie i publikowanie sprawia mi ogromną przyjemność. Zwłaszcza, że trafia to do takich wspaniałych, inteligentnych i oczytanych ludzi jak wy. Zapewniam, że to nie kwestia natchnienia :-). Ale czas rzeczywiście jest ograniczony. W miarę możliwości postaram się dodawać i zaglądać częściej. Czas ostatnio akurat sprzyja.

Panowie, wielkie podziękowania i ukłony za poświęcony czas i wspaniałe opinie.

Pozdrawiam
Q
Dobra Cobra dnia 24.03.2020 19:23 Ocena: Świetne!
Cytat:
"Rewolwer i melonik" kojarzę jak przez mgłę, ale też wielkie dzięki za odświeżenie.
Można poszukać na YouTube. Niestety, jak bardzo się to wszystko zestarzało, a to przecież tylko jakieś 40-50 lat od nakręcenia. Ostatnio zalukałem jedej odcinek Świętego z Rogerem Moorem. Nie da się tego oglądać :(


Pozdrawiam,

DoCo
Miladora dnia 04.04.2020 16:18
Dobrze, że znowu jesteś na portalu, Quentin. :)
Bo jest co czytać.

Jednak - moim zdaniem - przegadałeś pierwszą część tekstu. Rozumiem, że Twoim zamiarem było stopniowe wprowadzenie czytelnika w akcję, długie i spokojne, by tym mocniej walnąć go w łeb na końcu, ale ja brnęłam z mozołem przez tę część, wciąż mając nadzieję, że zakończenie mi to wynagrodzi. Fakt, wynagrodziło, ale mogło to zrobić nieco szybciej. ;)
Podsumowując - uważam, że małe prześwietlenie wyszłoby opowiadaniu na korzyść.

Miłego dnia. :)
Quentin dnia 06.04.2020 00:53
Mila, bardzo mi miło.
Twoim zdaniem przegadane? Pewnie masz rację. Osobiście nie lubię za dużo mówić, ale swoim bohaterom rzadko kiedy zamykam gębę na kłódkę. Wychodzę z założenia, że trzeba dać im szansę :-)

Prawdę mówiąc lubię przegadane historie. Zwłaszcza, jeśli chodzi o kino. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy tak mają. Szanuję :-) Szanuję tym bardziej za opinię wytrawnego czytelnika znającego się na rzeczy.

I kłaniam się nisko. I dziękuję :-)
Q
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
wolnyduch
26/05/2022 21:03
Ciekawie, z polotem i wyobraźnią, pozdrawiam serdecznie :) »
mike17
26/05/2022 20:59
Jarku, wiersz przejmujący i pełny treściowo. Dziś pieniądz… »
wolnyduch
26/05/2022 20:59
Dobrze się czyta, a przy okazji pokazuje polskie realia,… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas