"Gulu. Pamiętne lato" (fragment powieści) - kradzież w sklepie - Julius Throne
Proza » Humoreska » "Gulu. Pamiętne lato" (fragment powieści) - kradzież w sklepie
A A A

W kręgach nastolatków panowała prześmiewcza opinia, że sklep pana Livingstone’a był najlepszym miejscem do kradzieży na wschód od Cincinnati. Rzeczywiście, w dniu remanentu właściciel miał do rozwiązania sporą łamigłówkę. Gdy jednak spoglądał na liczbę, która widniała w rubryce „ZYSK NETTO”, sprawa ubytków towaru zazwyczaj nie stanowiła dla niego problemu. Nie był on człowiekiem wnikliwym i do końca rozgarniętym w dziedzinie finansów. Jeżeli z prowadzenia sklepu gromadził zyski pozwalające mu na całkiem dostatnie życie, nie chciał marnować czasu, na szukanie szczegółów prowadzących do wykrycia przyczyn braków towaru. Twierdził, że nie miał do tego cierpliwości, nie chcąc marnować życia na czasochłonne babranie się w cyferkach.

Wcześniej zajmowała się tym jego żona Clarissa, ale zmarła ona trzy lata temu na niewyleczone zapalenie płuc. Ich jedyny syn Brandon niestety nie odziedziczył po niej inteligencji i był raczej typem „bezmózgiego footballisty”, który wykonywał jedynie polecenia ojca lub trenera. Z jego twarzy nie można było rozpoznać żadnych emocji. Miał niepokojąco martwe, puste spojrzenie. W odpowiedni sposób opisał to Michael Stevenson junior, syn właściciela zakładu fryzjerskiego: „Gdy Brandon patrzy się na mnie, to ma taką nijaką gębę i wygląda, jakby te oczy nie widziały mnie, tylko spoglądały na to, co dzieje się za mną”. Z powodu tych pozbawionych wyrazu oczu wtajemniczeni nazywali Brandona Sklepowym Zombie. Z kolei nauczyciel geografii, pan Henry Doty, był zdania, że w głowie chłopaka znajdowało się to, co po drugiej stronie Missisipi, czyli nic, po prostu wielkie równiny.

Bracia Peale przechadzali się po ciasnych alejkach sklepu, podziwiając szeroki wybór słodyczy, które prawie wysypywały się z półek. Ich różnorodność była wręcz przytłaczająca. Wśród niezliczonej liczby torebek z nadziewanymi cukierkami, drażetkami, lizakami czy orzeszkami, miejsce zajmowało kilka rodzajów pudrowanych żelków, które szczególnie upodobali sobie Pealowie. Leżały one w specjalnych pojemnikach, nazywanych przez nich kapsułami żelowymi. Mimo iż stały niedaleko lady, częstokroć jednemu z nich – z pomocą drugiego z braci, który zagadywał sprzedawcę – udawało się zwinnie wsadzić rękę i wyciągnąć garść żelków. Zwłaszcza Brayden upodobał sobie ten rodzaj smakołyków – jego kieszenie zawsze były lepkie od cukru, a spodnie brudne od wycierania w nie klejących dłoni.

Tego dnia mieli znacznie więcej czasu, bo deszcz nie przestawał padać i chłopcy mogli dokładnie przejrzeć wszystkie półki, oglądając też nieinteresujący ich nabiał i bacznie przy tym obserwując spod oka pana Livingstone’a, czytającego gazetę i od czasu do czasu spoglądającego w ich kierunku. Z radia na zapleczu dobiegała końca piosenka The Pointers Sisters „Slow Hand” i Brayden pomyślał, że tytułowa wolna ręka nie pomogłaby mu wyjść z kieszeniami pełnymi słodyczy. Usłyszał głos radiowego spikera:

– Hej, hej, moi mili słuchaczeee, komu nie pomogły Siostry Pointers, aby znaleźć się w niebie, może powinien zwrócić się do p i e k ł a? Tam podobno diabeł rozdaje talony na wszystkie zachcianki, he, he.

Gdy zadzwonił telefon, a pan Livingstone zajął się tłumaczeniem czegoś rozmówcy, Pealowie wymienili spojrzenia i dyskretne skinienie głowy Jaydena wystarczająco jasno dało bratu do zrozumienia, co ma robić. Dwoma szybkimi ruchami napchali kieszenie czekoladowymi batonami marek: Cadbury’s Tiffin, Airheads, Whatchamacallit oraz Toffo, i jak gdyby nigdy nic poszli oglądać napoje. Potem zrobili kółko przy alkoholach i przekąskach. Gdy przechodzili obok artykułów chemicznych, Brayden, zachęcony wcześniejszym sukcesem, czując pozorne bezpieczeństwo swojego narastającego rozzuchwalenia, sięgnął po niewielką torebkę z druciakiem kuchennym. Zrobił to właściwie odruchowo, przebywali bowiem właśnie w najdalszym miejscu sklepu, ukryci przed wścibskim wzrokiem sprzedawcy. Stwierdził, że grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i nie sięgnąć po cokolwiek. Postanowił, że druciak podrzuci w kuchni mamie, która powinna się z niego ucieszyć, i poszedł za bratem ku drzwiom wyjściowym.

Jayden wpadł na to, że dla niepoznaki powinni coś kupić. Drugi raz w tym tygodniu wychodzili stąd oficjalnie z niczym. Obawiał się, że w końcu sprzedawca ich zapamięta i zacznie się czegoś domyślać. Jednak wtedy zdał sobie sprawę z tego, że nie mógł wyciągnąć ze spodni drobnych, ponieważ trzymał tam skradzione batony.

A jak wypadną? Będziemy spaleni.

Sprawa została przesądzona i bez wahania skierował się do wyjścia, a brat podążył za nim. Kątem oka zauważył, że sprzedawca skończył rozmowę telefoniczną i z głośnym skrzypnięciem usiadł na krześle.

To było łatwe, Bray szybko się uczy. Jeżeli będzie postępować tak, jak ja, da sobie w życiu radę.

Obaj chłopcy, przechodząc obok lady i sprzedawcy, który czytał „USA Today”, niespodziewanie usłyszeli, jak coś spadło na podłogę. Dźwięk ten rozdarł ciszę, gdyż piosenka w radiu właśnie się skończyła. Pech chciał, że to druciak, który zgarnął Brayden, spowodował, że jeden z batonów wysunął mu się z kieszeni i spadł na podłogę. Thomas Livingstone usłyszał ten odgłos i wychylił zza lady swoją siwą głowę. Zmarszczył wysokie czoło. Widząc leżącego na podłodze batona Whatchamacallit, powędrował myślami do strasznie denerwujących go reklam telewizyjnych, w których osoby trzymające ten baton zuchwale zjadały go na oczach swoich rozmówców, w dodatku mając kłopot z przekazaniem jego nazwy.

Mijający go chłopcy, zgodnie z zasadą, że po kradzieży głównym celem było jak najszybsze opuszczenie sklepu, wspólnie trzymali obrany kurs.

– Chwileczkę, chłopcy, coś wam chyba wypadło?

Sprzedawca był niemal pewien, że wcześniej nie leżał tu ten baton i kręcąc się przy ladzie, na pewno zauważyłby, gdyby coś obok niej leżało.

Bracia Peale stanęli i popatrzyli na właściciela sklepu. Potem na podłogę, a następnie na siebie.

Cholera, wypadł mi baton.

Cholera, wypadł mu baton.

Cisza pełna oczekiwania zaczęła wdzierać się do świadomości Pealów.

Wtem z radiowego głośnika padły dosadne słowa redaktora:

– Drodzy mieszkańcy, chowajcie się w domach, sklepach, bibliotekach… ups… w bibliotece, bo mamy ją tylko jedną, niezbyt popularną w dodatku… dlaczego, do licha, nie czytacie książek?!… Chowajcie się, bo zbliża się ulewa, jakiej jeszcze dzisiaj nie było!

– Nic nam nie wypadło – otrząsnął się Jayden, kiwając głową i zachowując w tej sytuacji opanowanie.

– Ten batonik już tu leżał, proszę pana – wyjaśnił młodszy Peale z uśmiechem, udając niewiniątko. Często stosował ten chwyt przed nieznajomymi i nierzadko zdołał zwieść rozmówcę, bo nikt nie śmiał kwestionować słów, którym towarzyszył taki uroczy uśmiech. Brayden dopracował tę czynność do perfekcji, ćwicząc w domu, w tajemnicy przed wszystkimi, nawet przed swoim bratem. Poznał tę sztuczkę w jednej z bajek. Kanarek Tweety uciekł przed kotem Sylwestrem dzięki temu, że udał niewiniątko, patrząc się na niego tym swoim słodkim wzrokiem, po czym nagle wyjął zza pleców olbrzymi młotek i zdzielił nim kota po głowie, aż pokazały mu się gwiazdki.

Przydałby mi się teraz taki młotek.

Pan Livingstone przysunął się do lady i przeleciał po obu chłopcach podejrzliwym wzrokiem od stóp do głów. Widział dwóch chudzielców, z których jeden – ten niższy – uśmiechał się, jakby przed chwilą sprzedał tonę ciastek na kweście charytatywnej. Ten wyższy, ze zmarszczonym czołem, sprawiał wrażenie zaskoczonego, ale odpowiadał mu pewnym siebie wzrokiem. Pamiętał ich. Rzadko coś kupowali, czasem jakieś słodycze lub karty sportowe, a dzisiaj znowu tylko pokręcili się po sklepie.

Zaraz, zaraz! Przecież ostatni klient, pani Doughty, na pewno zauważyłaby, w najgorszym przypadku potrąciłaby leżącego batona i dałaby mi o tym znać! Muszę ich bardziej przycisnąć.

– Nie wydaje mi się, chłopcze, dobrze wiem, że jeszcze przed chwilą podłoga była czysta.

U Braydena powoli zaczynał znikać pogodny wyraz twarzy, jego głowa dziwnie przekręciła się na bok, a oczy uległy zwężeniu. Redaktor, naśladując zimową piosenkę, zaczął śpiewać a capella: „Pada deszcz, pada deszcz, wieje w oczy wiatr”.

– Nieprawda, nic nie wzięliśmy – odparł Jayden, odruchowo dotykając dłońmi spodni, a Livingstone wyłowił wzrokiem ten nieznaczny ruch i rozkazał ostro:

– Pokażcie mi, co macie w swoich kieszeniach!

– Co za radość, gdy w tym deszczu idziemy sobie w dal – kontynuował redaktor.

– Ale my przecież nic nie ukradliśmy, psiakrew! – tłumaczył się z nutą piskliwej bezczelności Brayden, marszcząc w gniewie czoło i zaciskając pięści.

– Pada deszcz, pada deszcz, wieje w oczy wiatr – śpiewało nadal radio.

Livingstone nie ustępował.

– Pokażcie kieszenie, natychmiast! – powtórzył podniesionym głosem.

– A przed nami i za nami tyle kałuż jest! – wciąż nadawał głośnik.

– My nawet nie lubimy tych batonów, są za mało słodkie – ożywił się Jayden.

– One prawie w ogóle nie są słodkie, wszystkim moim kolegom nie smakują. Mówią, że są okropne, jak w ogóle można je sprzedawać… to znaczy… produkować! – podłapał młodszy z braci, grając na czas i próbując odwrócić od nich uwagę. Gdy zorientował się, że powiedział zbyt wiele i może to rozzłościć sprzedawcę, dodał: – Ale my tak nie myślimy, ma pan bardzo dobre słodycze, tylko te batony są takie… wolimy…

– To nie to, co tamte z Nestle, te długie, z paskami lukru, one są pyszne – kontynuował Jayden.

– Tak, tak, proszę pana. – Brayden znowu zaprezentował ten niewinny, podszyty skrywaną nienawiścią, uśmiech.

Ale te długaśne nie mieszczą nam się w kieszeniach – pomyśleli obaj bracia.

– Brandon, chodź tutaj! – zawołał właściciel sklepu.

Braci Peale przeszedł dreszcz, ponieważ oznaczało to, że ich gadka nie przyniosła spodziewanych efektów, skutkując tym, co z rosnącym niepokojem przeczuwali. Sprawa robiła się coraz poważniejsza, gdyż obaj wiedzieli, że za moment w drzwiach na zaplecze pojawi się ogromny, porośnięty olbrzymią liczbą pryszczy syn właściciela sklepu.

– Tak, tak, czuję uroczysty klimat, bo dzisiaj święto deszczu! Może zatem posłuchamy, jak świętuje Gene Kelly w piosence „Singin’ In The Rain”? – odezwał się redaktor.

Gdy zabrzmiały pierwsze słowa deszczowej piosenki, Brandon stanął w progu, patrząc się leniwym wzrokiem na ojca.

– Sprawdź, synu, kieszenie tych chłopców, zobaczymy, czy mówią prawdę, że nic nie wzięli.

Spojrzenia Pealów i Brandona skrzyżowały się w pełnej napięcia chwili. Krostowatą twarz Sklepowego Zombie ozdobił cyniczny uśmiech. Wyglądał jak głodny wilk obserwujący pasące się owce. Oblizał dwa palce prawej ręki, klejące się od słodyczy zjadanych na zapleczu, i wciągnął powietrze. Jego duża klatka piersiowa uniosła się jak góra, mająca za chwilę strząsnąć z siebie skalną lawinę. Ubrany był w koszulkę New York Knicks i granatowe, krótkie, luźne spodenki, które sięgały mu poniżej kolan. W nowych, masywnych butach Reeboka wydawał się jeszcze potężniejszy i bardziej niebezpieczny niż zwykle. Na szyi miał słuchawki. Prowadził od nich kabel do kieszeni z walkmanem Sony, którego dwa lata temu wypuszczono na rynek. Brandon w zeszłym roku kupił go za blisko osiemdziesiąt dolarów, po długo odkładanym kieszonkowym.

Ten olbrzym miał za chwilę przeszukać ich spodnie pełne batonów.

Brayden stał z lekko otwartymi ustami i wpatrywał się w młodego Livingstone’a, jak ci wszyscy przeciwnicy, widzący go pierwszy raz na boisku przed meczami Belmont Bay Hard Helmets – szkolnego zespołu footballowego, w którym Brandon był największą gwiazdą.

Przerażenie.

Nie możemy pozwolić, aby Wielki Pryszcz Livingstone zbliżył się do nas.

Nawet na krok.

Ta maszyna do zabijania zgniecie nas w proch. Ściśnie tak, że batony wypłyną z naszych kieszeni, jak z maszynki do mięsa.

Gdy Brandon zaczął iść w ich kierunku, Jayden, błyskawicznie skręcając ciało ku wyjściu, krzyknął:

– Chodu!

Brayden jednak ani drgnął.

Stał z wybałuszonymi oczami i nie mógł poruszyć nogami, patrząc jak zahipnotyzowany na zbliżającego się Brandona.

Jayden złapał młodego za koszulkę i mocno pociągnął za sobą do wyjścia. Brayden w jednej chwili oprzytomniał i na pełnym gazie ruszył za bratem.

Pealowie nie mieli okazji usłyszeć, jak rozkręcał się Gene Kelly, ponieważ zwinnymi ruchami prędko otworzyli i minęli drzwi, które głośno odbiły się od regału z gazetami i trzasnęły, aż zadygotała futryna.

– Stać! Brandon! Za nimi! Przynieś mi głowy tych złodziei! – krzyknął rozzłoszczony Thomas Livingstone tak, żeby uciekinierzy to usłyszeli. Po krótkim zastanowieniu doszedł jednak do wniosku, że trochę przesadził, bo, znając inteligencję swojego syna (a w zasadzie jej brak), nie był wcale pewien, czy Brandon zrozumie, że słowo „głowy” było głęboko posuniętą przenośnią. Wtedy zawołał: – Po prostu ich złap!

Jego syn jednak, po odrzuceniu na ladę walkmana, popędził czym prędzej za uciekinierami, wypuszczającymi się na ulicę pogrążoną w ostrym deszczu, i nie słyszał już dalszych słów ojca.

Pan Livingstone podszedł do okna i zmierzył wzrokiem trzy postacie, które szybko oddalały się od sklepu, nie zważając na potężną ulewę.

Złapiesz ich, synu, jesteś wojownikiem.

Pealowie wybiegli na chodnik. Skręcili w lewo i zaraz obaj gnali w gęstych strugach deszczu, siekającego ich po twarzach, jakby próbował ich powstrzymać i zawrócić. Brandon ruszył w pogoń za nimi, krzywiąc się pod uderzeniami ciężkich kropel, które dokuczliwie trafiały go w każde miejsce na twarzy. Jeszcze przed chwilą siedział wygodnie na zapleczu sklepu z rozpływającą się w ustach czekoladą i układał skrzynki z towarem, rozpakowywał zgrzewki napojów, starannie przenosił butelki z alkoholem, segregował rzeczy wypakowane niedawno z samochodu, stojącego z boku budynku i przyjmującego teraz do swojego wnętrza wodę, wpadającą przez uchyloną szybę.

Szybcy są. Jak nie przyśpieszę, to mi uciekną, skurczybyki.

Jayden biegł pierwszy, ale kątem oka widział brata, który cały czas dotrzymywał mu kroku.

Musi utrzymać moje tempo, bo tylko wtedy umkniemy Sklepowemu Zombie.

Obejrzał się za siebie. Brandon utrzymywał się w stabilnej odległości za uciekinierami. Bracia nie zważali na wodę, rozchlapując każdą kałużę, jaka pojawiała się przed nimi. Tutaj nie ma kompromisów, na pewno nikt suchy z tego nie wyjdzie – myślał Jayden. Chłopcy przebiegli przez ulicę i skierowali się w stronę obszaru nazywanego Osiedlem Ładnych Domków, gdzie znajdywało się więcej zakrętów i zakamarków.

Tam powinniśmy go zgubić.

Brandon był pewien, że ich złapie. Nieznacznie podkręcił tempo i dystans między nimi zaczął topnieć.

Te małe gnojki nie uciekną takiemu footballiście jak ja.

On ma piłkę.

On ma moją piłkę!

Muszę go powstrzymać!

Nie zdobędziesz punktów, jesteś mój!

Złapię cię, oderwę twoją głowę i przebiegnę z nią z powrotem całe boisko.

To dopiero będzie przyłożenie!

Trenerze, już prawie go mam, tylko pobawię się z nim trochę, niech opadnie z sił, niech usłyszę jego szybki oddech.

Super Bowl jest mój!

Belmont Bay Hard Helmets na szczycie!

Twardogłowi mistrzami!

Muszę tylko przechwycić tę pieprzoną piłkogłowę!

*****

Nad miastem zalegały ciemne chmury. Zbliżał się największy atak ulewy. Ulice były jak wymarłe. Większość ludzi pochowała się w budynkach, nie chcąc mieć nic wspólnego z nawałnicą, która nadeszła od zachodu i zaczęła pustoszyć miasteczko i jego okolice, kreatywnie niszcząc niedawny spokój.

Tyler Banks lubił deszcz. Siedział właśnie na leżącym pniu pod okazałym klonem na Górce Zakochanych i z przyniesionego z lasu kawałka kory wytrawnymi ruchami strugał nożem łódkę. Nad jego głową wisiały ciemne chmury. Solidnie z nich padało, chłopak jednak był dobrze chroniony przez gęste gałęzie drzewa. Dawniej często nosił takie łódki, wykonane przez tatę, gdy chodzili razem nad Mountain Lake i spuszczali je na szerokie wody jeziora. Potem podczas dalekich spacerów czasem znajdowali te łódki przy brzegu. Przetrwały, bo miały załogię najtwardszych z najtwardszych.

Zanim to wszystko się spieprzyło – pomyślał.

Zanim sam stał się twardy.

Zanim rodzice się rozeszli, zanim stracił ojcowską pomoc i wsparte męską siłą bezpieczeństwo.

Wiele razy, schowany pod pościelą w swoim pokoju, słyszał odgłosy kłótni i krzyk matki do męża Draymonda: „Wynoś się, do cholery!”.

No i pewnego dnia wyniósł się, a Isabelle nie kiwnęła palcem, żeby go zatrzymać.

Tyler więcej go nie zobaczył.

Nie słyszał już kłótni. Nie słyszał już taty.

Potem Isabelle dużo pracowała, aby wystarczyło im pieniędzy na życie, i nie mogła poświęcić synowi wiele czasu.

Wtedy wyszedł na ulicę. Stał się silny. Emocje wyrzucił na zewnątrz.

To była z e m s t a na świecie za zabranie mu ojca.

Przez następny rok nie wystrugał już żadnej łódki.

Do dzisiaj.

Po rozbiciu jego poprzedniej paczki znowu nastąpiło przewartościowanie. Cztery miesiące temu spotkali się po raz ostatni. Dwóch kumpli oznajmiło, że nie mogą już dotrzymywać mu kroku. Trzeci w ogóle nie przyszedł.

– Rodzice zakazali mi się z tobą kolegować.

– Muszę skupić się na nauce.

Cioty.

Wiedział, że był zdecydowany i brutalny. Że byle kto przy nim nie zostanie.

A te łajzy mogą sobie pójść.

Nie potrzebuję ich.

Gdy Isabelle Banks poznała Bucka Elwesa – ojca jej drugiego dziecka, Claire – Tyler był już tak rozpuszczony, że mama nie miała na niego prawie żadnego wpływu. Żył swoim życiem. Nie mogła go przed niczym powstrzymać. Nie potrafiła odpowiednio ukierunkować jego emocji, tym bardziej że obwiniał ją za odejście ojca. Nie zrobiła nic, by go zatrzymać, więc on nie zrobi nic, by się zmienić.

Gdy zerknął na główną ulicę miasteczka, wypatrzył trzy postacie biegnące chodnikiem w kierunku kościoła. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – w końcu padało, a w deszczu ludzie raczej sobie nie spacerują – gdyby nie fakt, iż pierwsze dwie osoby biegły w pewnej odległości przed trzecią, będącą znacznie większą od nich. Tyler wstał i skoncentrował uwagę na tej niecodziennej sytuacji. Powiódł wzrokiem za trzecim osobnikiem i zastanowił się intensywnie, przygryzając wargę. Wydał mu się znajomy – ten sposób poruszania się, ta postura sportowca.

Nie widzę jego twarzy, ale… jeszcze przed chwilą ich tam nie było, jakby wybiegli ze sklepu pana… tak! To Wielki Pryszcz Livingstone!

Za kim ten dryblas biegnie?

To są jakieś dwa gnojki. Być może znam ich z widzenia?

Czyżby coś ukradli?

Tymczasem uciekinierzy skręcili na drogę do lasu – i zaczęli biec wzdłuż Osiedla Ładnych Domków, czy „bogatych łajz”, jak on sam nazywał tych bardziej zamożnych mieszkańców Belmont Bay.

Serce zabiło mu szybciej. Uśmiechnął się. Na okazję do wyrównania rachunków czekał od dawna. To, co się wtedy wydarzyło, to był kolejny cios w jego życiu.

Teraz albo on, albo ja.

Ruszył z miejsca, potrącając butem wygiętą puszkę Beer Co. Hole.

Czy złom po tych szczynach wszędzie musi się walać?

Zbiegł z górki po trawiastym zboczu i udał się w kierunku drewnianego płotu okalającego teren osiedla. Powinien uważać na śliską trawę, ale kto by się tym przejmował, gdy w powietrzu wisiała awantura, o jakiej marzył. Po szaleńczym biegu szybko znalazł się przy ogrodzeniu i zaczaił się za wystającymi zza niego gałęziami jesionu. Wychylił głowę. Uciekający biegli po ścieżce wzdłuż osiedla, a Brandon powoli ich doganiał.

Mam dzisiaj szczęście. To będzie najlepsza okazja – pomyślał Banks.

Tyler zbliżył się do dróżki i zacisnął pięści. Już słyszał ich kroki.

Jayden wyczuł, że zgubił batony, które utkwiły gdzieś w trawie. Był zły, że cała ta wizyta w sklepie zamieniła się w koszmar i teraz zamiast stać gdzieś pod drzewem, kryjąc się przed ulewą i objadać się pysznymi czekoladowymi smakołykami, uciekali do gęstwiny drzew przed tą bestią, walcząc z naporem deszczu i ze zmęczeniem.

Życie potrafi zaskakiwać, dlatego trzeba cały czas mieć się na baczności.

Ponownie zerknął na brata i zauważył, że młody nadal trzymał się za nim. Był z niego dumny, bo stawał się przy nim coraz lepszy. Żywił nadzieję, że razem pójdą przez życie jak burza.

Brayden podczas biegu trzymał kieszenie z batonami, bo za wszelką cenę nie chciał stracić swojego łupu. Nie mógł się poddać, nie mógł zawieść Jaydena, chciał pędzić za nim co tchu i pokonać wszystkie przeciwności losu.

Upragniony las był już w zasięgu wzroku, ale Livingstone niebezpiecznie się do nich zbliżał.

Tyler zorientował się, że ci dwaj opadają z sił.

No dalej, jeszcze tylko kawałek.

Jayden widział już łąkę prowadzącą do lasu. Usłyszał za sobą ciężki oddech.

– Bray, już prawi… jesteśm… postar… się! Za górk… go zgubim…

– Taaa… – zdołał wyjęknąć młodszy brat.

Obaj minęli ostatnie przęsło ogrodzenia. Pozostało im już tylko przebiegnięcie przez rozłożystą łąkę i Górkę Zakochanych – ostatnią przeszkodę przed upragnionym leśnym schronieniem.

W pewnym momencie usłyszeli za plecami dziwny dźwięk, jakby ktoś z głośnym jękiem runął na ziemię. Jayden w biegu odwrócił głowę i zatrzymał brata:

– Stój! – Następnie pochylił się i oparł ręce na kolanach, łapiąc oddech. Nie mógł oderwać wzroku od tego, co miało miejsce za ich plecami.

Brayden odwrócił się i nie wierzył własnym oczom. Obaj otworzyli usta ze zdumienia. Ścigający ich Brandon Livingstone leżał na ścieżce wyłożony jak długi, a czymś, o co się przewrócił, była noga chłopaka, który wstał i właśnie z zaciśniętymi pięściami zbliżał się do niczego niespodziewającego się footballisty.

– Jay… eche… – wycedził zmęczony Brayden i przeleciał ręką po rozczochranych włosach.

– Co do…? – zdołał wydusić jego starszy brat, po czym zaczął się w nim kształtować coraz bardziej wyrazisty obraz wspomnień, przeskakujących mu w myślach. Po chwili przyszło olśnienie.

–Wiem, kto to jest – oświadczył cicho Jayden.

– Co?

– Poznaję go. To Tyler Banks.

– O, psia… krew! – wydusił Brayden, wciąż próbując uspokoić swój oddech po wyczerpującym biegu.

Bracia znali legendy krążące o tym najbardziej nieprzyjemnym typie w szkole. Słyszeli, że łatwo go było sprowokować i wiedzieli o wynikających z tego licznych przepychankach, czy wręcz bijatykach, w których Banks brał udział.

Brandon podniósł się na kolana. Popatrzył przed siebie. Dwaj ścigani jeszcze przed chwilą smarkacze stali i z szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w coś ponad nim. Wytarł zabłocone ręce o spodnie.

Uprzytomnił sobie, że krótko przed upadkiem mignął mu ktoś, kto wyłonił się zza krzaków, i że zahaczył o jego nogi. Teraz, odwracając głowę, kątem oka dostrzegł, jak coś zbliżało się do jego twarzy. Odruchowo podniósł rękę, aby się osłonić, ale zrobił to zbyt wolno, gdyż nagle poczuł mocne uderzenie w szczękę. Głowa odchyliła mu się w bok i ponownie padł na ziemię, czując silny ból gdzieś w okolicy policzka i ucha. Zdążył jedynie podeprzeć się na łokciu.

A więc to uczucie miał na myśli Andy Cox, mówiąc, że zobaczył dookoła głowy gwiazdki – pomyślał Brandon i cofnął się w pamięci do meczu Hard Helmets z Belvidere Meteors, gdy kolegę z drużyny zanieśli na ławkę po diabelnie mocnym zderzeniu z przeciwnikiem. Livingstone był ciekawy, czy w takich sytuacjach rzeczywiście widać gwiazdki i teraz przekonał się o ich istnieniu, tylko że bardziej przypominały bezkształtne światełka, które dostrzegł półprzymkniętymi oczami, a za chwilę błyski zniknęły. Już nie myślał o sklepie, o małych złodziejach, których gonił. Zapomniał także o deszczu, bo nagle wyrosła przed nim postać Tylera Banksa.

Skąd, u diabła, on się tu wziął?!

Pomimo bólu zerwał się, aby spróbować powalić go z byka, ale Tyler miał przewagę w szybkości. Oszołomiony wcześniejszym ciosem Brandon nie zdążył nawet dotknąć napastnika, gdy ten drugi raz uderzył go pięścią w twarz i po chwili poprawił. Olbrzym opadł na ziemię. Banks podszedł bliżej niego.

Bracia Peale również zapomnieli o deszczu. Stojąc tak przemoczeni, z rozdziawionymi ustami, patrzyli wstrząśnięci na niespodziewany rozwój wypadków.

– Pamiętasz mnie, cioto?

Odpowiedziała mu cisza.

– Bo taka wredna ciota powinna pamiętać, komu odebrała dziewczynę!

Brandon leżał, trzymając się za twarz.

– Sama od ciebie odeszła! – wrzasnął w stłumionym przez dłonie okrzyku i zaraz syknął z bólu i zabłoconą ręką złapał się za brodę.

– Nie trzeba było jej podrywać, każdy wiedział, że była ze mną, cioto!

Bracia patrzyli jak skamieniali. Przeszyły ich chłodne dreszcze, gdy zobaczyli, jak Tyler wyjął z kieszeni nóż i klęknął przed swoją ofiarą.

Przypomniał sobie, jak Gracie Newlin, odchodząc, wykrzyczała przez całą długość szkolnego placu: „Jesteś tylko mięśniakiem z ptasim móżdżkiem!”, po czym został wyśmiany przez chór jej koleżanek. Dwa dni później widział ją z oddali, jak po treningu Helmets mizdrzyła się do Brandona Livingstone’a. Stwierdził wówczas, jak bardzo wcześniej się myliła – dopiero teraz miała mięśniaka z ptasim móżdżkiem.

W jego oczach pojawił się błysk.

– Zapłacisz za to. Zapłacisz za grzechy całego gatunku ludzkiego – powiedział Tyler z zimnym opanowaniem.

Brandona ogarnęło przerażenie, gdy zobaczył drapieżny, bezlitosny wzrok swojego oprawcy.

Oczy mordercy.

Gdy ostrze noża zalśniło w blasku spadających kropel, w jego myślach zaczął czaić się obłęd.

O, Boże!

– Odtąd za każdym razem, gdy spojrzysz w lustro na swoją pryszczatą gębę, przypomnisz sobie o mnie i o tym, co mi zrobiłeś.

– Nie, błagam, nie! – wykrzyczał spanikowany Brandon i spróbował zakryć się rękami.

Tyler wybrał jedyne nieosłonięte miejsce na twarzy chłopaka i szybkim ruchem przejechał ostrzem po prawej stronie jego brody. Livingstone nagle wrzasnął z bólu i przewrócił swoje ciało na bok.

– Jezu, moja twarz! Ty…! – wydarł się, a po chwili dorzucił ciszej: – Moja twarz…

Pealowie popatrzyli po sobie zszokowani. Nie ruszyli się z miejsc.

Co za gość!

– Następnym razem zrobię większy zamach, tego możesz być pewien. A teraz wracaj do tatusia i powiedz, jaki miałeś wypadek, kiedy goniłeś moich kumpli, potknąłeś się o konar drzewa i uderzyłeś twarzą w ogrodzenie.

Wielki Pryszcz Livingstone czuł, że następująca po tych słowach cisza chciała go wbić w ziemię siłą swojej wymownej perswazji.

– Więcej nawet na nich nie spojrzysz, cioto. Zrozumiałeś?

Brandon jęknął, po jego ręce przepłynęła ciemna strużka krwi. Rana nie była tak wielka, jakby chciał tego Tyler, ale wiedział, że nie mógł przesadzić.

– Zrozumiałeś, śmieciu?

– Tak.

– Co tak?

– Tak, zrozumiałem.

– Co, kurwa, zrozumiałeś?!

Brandon płakał.

– Że na nich nie spojrzę.

– Na kogo, kurwa, nie spojrzysz?! – ryknął wściekły Tyler.

– Na twoich kumpli.

– Co na moich kumpli, do kurwy nędzy?!

– Nie spojrzę więcej na twoich kumpli.

– No, wreszcie! Stara Douborough nie uczy was mówienia pełnym zdaniem?

Gdy Pealowie usłyszeli słowa „moich kumpli”, wymienili spojrzenia i przez chwilę znaleźli ciche porozumienie swoich nikłych uśmiechów. Nieważne było, że byli przemoczeni i zmarznięci. Odtąd zaistniał dla nich tylko „ich kumpel”.

Tyler Banks i zwycięstwo. Wolność, wiara i potęga.

To jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

O kurde, jesteśmy jego kumplami?

Tyler wstał. Chwilowo zatrzymał na nich swój wzrok i zaczął powoli iść w stronę lasu.

Brayden śledził go zawiedzionym wzrokiem.

Dlaczego on sobie idzie? Co teraz będzie?

Gdy ich minął, Jayden odezwał się:

– Dzięki.

Banks, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, szedł dalej. Jayden, zaskoczony brakiem reakcji, ponownie spróbował zagadać.

– Pójdziemy… yyy… z tobą, żeby nie wyszło, że zmyśliłeś tych kumpli. Bo kumple… wiesz… trzymają się… razem, więc… to przejdziemy się chwilę, żeby tamten widział… – Pealowie ruszyli za swoim obrońcą.

Uradowany Brayden obejrzał się i krzyknął do pokonanego:

– Teraz wszystko ci wyniesiemy ze sklepu!

– Zamknij się, debilu! – ofuknął go brat, a Tyler zaśmiał się w duchu.

– No co, niech wie, z kim ma do czynienia – wytłumaczył się Brayden.

Po kilkunastu krokach Tyler wreszcie się odezwał:

– A co tam wynieśliście?

– Batony, dużo batonów czekoladowych – odparł Brayden.

– Ja swoje zgubiłem, ale młodemu może coś zostało – wytłumaczył Jayden.

– Daj jednego – powiedział Banks do młodszego Peale’a.

Brayden bez wahania wyjął baton Cadbury’s Tiffin i podał go ze słowami:

– Bardzo smaczne, bardzo czekoladowe, my je uwielbiamy.

Jayden wtrącił się.

– Wiesz, chcielibyśmy ci podziękować za to, co dla nas zrobiłeś. Rozumiem, że to twój wróg i niekoniecznie myślałeś o nas, ale mimo to dziękujemy. – Szybko dodał: – Jeżeli jest coś, co możemy dla ciebie zrobić, to tylko powiedz.

– Pewnie, zrobimy wszystko – dodał swoje trzy grosze Brayden i szukając akceptacji, natrafił na spojrzenie brata, powstrzymującego się przed okazaniem błagalnej nadziei.

Ich wybawiciel patrzył przed siebie. Zatopił wzrok w lesie – w gęstwinie drzew i krzaków. Jednocześnie wyobraził sobie gęstwinę swoich emocji i zaświtała mu myśl, która po chwili zaczęła nabierać coraz to wyraźniejszych kształtów. Zobaczył w wyobraźni, jak w lesie swoich przeżyć odkrył pewną niewyraźną ścieżkę. Po chwili uznał, że powinien nią podążać.

– Skoro tak, to przyjdźcie tutaj jutro o tej samej porze.

Bracia uśmiechnęli się. Pełni optymizmu. Szczęśliwi.

– Przyjdziemy.

I przyszli.

Przychodzili już zawsze.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Julius Throne · dnia 22.04.2020 08:50 · Czytań: 348 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Galernik
18/05/2022 21:57
Mówisz - masz, wrzucone. "Świder" się to nazywa. I… »
Galernik
18/05/2022 21:49
Przeczytane z przyjemnością. Pozdrowienia :) »
Galernik
18/05/2022 21:47
wolnyduch - dziękuję za wizytę i miłe słowo. Pozdrawiam »
wolnyduch
18/05/2022 20:12
Ładnie, prosto, bez udziwnień i melancholijnie. Dobrego… »
wolnyduch
18/05/2022 20:08
Dobra zaduma egzystencjalna, dobry wiersz, zawsze na czasie,… »
wolnyduch
18/05/2022 20:00
Dobre przesłanie, jesteśmy tacy sami, mimo różnic, a w… »
wolnyduch
18/05/2022 19:56
Bdb wiersz, odbieram go w dramatycznym klimacie, wiersz… »
wolnyduch
18/05/2022 19:52
Kolejna życiowa porcja do zastanowienia, a ostatnia cząstka… »
wolnyduch
18/05/2022 19:46
Doskonały tryptyk, msz, życiowo i boleśnie, z pierwszą… »
wolnyduch
18/05/2022 19:27
Ciekawy, dobry wiersz, co do puenty chyba coś w tym jest,… »
wolnyduch
18/05/2022 19:15
Dobry wiersz, z tęsknotą za miłością i z zadumą nad życiem.… »
wolnyduch
18/05/2022 19:04
No tak, wiem, że to przekład, ja też głownie piszę rymowane,… »
OWSIANKO
18/05/2022 18:41
Galernik wrzuć nie mieszkając! bzdyk »
Lilah
18/05/2022 12:53
Dzięki, wolnyduchu. Miło, że tekst przypadł Ci do gustu.… »
Kobra
17/05/2022 22:16
Dobry. »
ShoutBox
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
  • Yaro
  • 15/05/2022 18:40
  • Michał odezwij się. Pozdrawiam:)
  • Galernik
  • 10/05/2022 12:27
  • Dobra Cobro, ale to tak dobrze brzmi "Żywot bałwana". Myślę, że tytuł jest trafny, ale jak mi coś fajnego podrzucisz, to czemu nie, można zmienić. Dzięki za przeczytanie.
  • Dobra Cobra
  • 09/05/2022 15:30
  • Piękne zaproszenie. Zmieniłbym tytuł, żeby było bez słowa "balwan" , bo odzierasz punkt kuliminacyjny z zaskoczenia. I od początku wiadomo, co będzie.
  • Galernik
  • 09/05/2022 15:00
  • Witajcie. Melduję się po roku nieobecności. Żywot bałwana, jedna z moich najnowszych humoresek / opowiadań oczekuje Waszych opinii i ocen.
  • Darcon
  • 08/05/2022 09:57
  • Cały czas trwa nabór na konkurs "Malowanie słowem". Liczę, że wypoczęliście podczas majówki i teraz ruszycie z pisaniem. :)
  • Darcon
  • 04/05/2022 21:52
  • majka100, Strona główna, na dole, archiwum newsów. Marzec i kwiecień 2021. :) Pozdrawiam.
  • majka100
  • 04/05/2022 18:57
  • Dzień dobry, jest gdzieś zapis pierwszej edycji 'Malowanie słowem'?, bo jakoś nie mogę znaleźć. 'Muzoweny' też nie do odkopania.
Ostatnio widziani
Gości online:36
Najnowszy:Parderdf
Wspierają nas