Sen 13 - grab2105
Proza » Obyczajowe » Sen 13
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

W firmie wieść o moim planowanym ślubie rozeszła się lotem błyskawicy. Zastanawiała mnie reakcja Pati na wiadomość o moich oświadczynach. Nie wiem czemu, ale powiedziałem jej o tym nazajutrz po przyjściu do pracy. W sekundzie na jej twarzy zobaczyłem piorunującą mieszankę. Od wyraźnego zawodu, poprzez złość i po niezbyt szczerą radość. Potem były oczywiście gratulacje i takie tam wyświechtane dyrdymały. Stało się dla mnie oczywiste, nie jestem jej obojętny. Dalej zżera ją skrzętnie skrywana namiętność. Moja próżność oczywiście podskakiwała z radości, ale ja podjąłem już postanowienie. Żadnych numerów. Jestem tylko z moją Su i basta.

Minęło znowu kilka dni zwykłej codzienności kiedy to dostałem zaskakujący telefon od Karoliny.

- Cześć Janku. – Słyszę wesoły głosik.

- Witaj Karolinko. Jak miło słyszeć ciebie. Co u ciebie? Opowiadaj. – Gadałem jak katarynka chcąc zamaskować podniecenie.

- Co u mnie? Jakby tu powiedzieć, wychodzę za mąż.

- To wspaniale. - Wykrzyknąłem przejęty. – Widzę, że już wykaraskałaś się po chorobie.

- To za dużo powiedziane, wykaraskałaś się. Po prostu doszłam do wniosku, że muszę coś z sobą zrobić. Za namową mamy przyjęłam oświadczyny i już.

- Chwila Karolinko. To oczywiście twoja decyzja, ale czegoś tu nie rozumiem. Słyszę: za namową mamy przyjęłam oświadczyny. Jakże to tak? A ty? A twoje zdanie?

- Powiedziałam, że muszę coś z sobą zrobić. Janku zrozum, nam się nie udało i to z mojej winy. To ty byłeś tym pierwszym i jedynym, którego naprawdę kochałam. Teraz pozostał mi tylko rozsądek. I kierując się nim, jest taka a nie inna decyzja. Ostateczna decyzja.

- Nie wiem co mam powiedzieć.

- Nie mów nic. Słowa tu już nic nie znaczą. Jak kiedyś powiedziałeś, zachowajmy cudowne wspomnienia. Ja je zachowałam i to mi wystarczy. Reszta jest tylko banalnym tłem.

- No tak. Rozumiem. Powiedz przynajmniej, kim jest ten szczęśliwiec?

- To kolega z uczelni, ma na imię Stefan. Jest miły i bardzo zakochany we mnie.

- Czyli spełnia się marzenie twojej mamy. Będzie nowa rodzina akademicka.

- Dokładnie tak. I tak samo nieszczęśliwa jak ich małżeństwo, i poprzednich antenatów.

- To smutne, co mówisz. Wychodzisz za mąż wiedząc, że nie zaznasz szczęścia.

- Takie jest życie Janku. Ale dzwonię w innej sprawie. Chciałabym wpaść do was z zaproszeniami na ślub i przedstawić Stefana. Myślę, że jednak pozostaniemy przyjaciółmi?

- Też pytanie. Oczywiście że będziemy przyjaciółmi. Wpadnijcie kiedy tylko będzie wam pasowało. Miło nam będzie poznać tego szczęśliwca.

- To może jutro wieczorem, powiedzmy około ósmej.

- Nie ma sprawy, będziemy czekać. Ale teraz ja ciebie zaskoczę. My z Susan też bierzemy ślub. Nie wiemy jeszcze kiedy, ale to będzie raczej prędzej niż mi się wydaje. Su bardzo na tym zależy.

- Naprawdę! – Rozległ się dziki okrzyk radości – Co za wspaniała wiadomość. Nie wiesz jaka jestem szczęśliwa. Znalazłeś wreszcie swoją przystań. Trafiłeś na bardzo dobrą dziewczynę. Pilnuj jej.

- Też tak myślę. Liczę, że na naszym ślubie was również nie zabraknie.

- Jakżeby inaczej. Obowiązkowo. Ale cudowny zbieg okoliczności. Boże, wraca chęć do życia. – Słyszałem rozsadzającą ją wielką radość. 

Wydawało się, że wyszedłem na prostą a dotychczasowe zawirowania pozostaną tylko wspomnieniem. Jakże jednak myliłem się. Los był nieubłagany i ponowie boleśnie zadrwił ze mnie.

Kilka dni po wizycie Karoliny z przyszłym mężem, obudziło nas nad ranem łomotanie do drzwi. Zaspany otwieram a tu do mieszkania pakuje się trzech mężczyzn pokazując oznaki milicyjne.

- Obywatel Grabowski? – Słyszę pytanie.

- Zgadza się. - Odpowiadam zaskoczony.

- Ubierajcie się i zabierzcie przybory toaletowe. Pojedziecie z nami. Jesteście aresztowani.

- Jak to aresztowany? Za co? – Kątem oka widzę zmartwiałą z przerażenia Su.

- Dowiecie się na miejscu. No szybko! – Krzyknął ponaglająco.

Trzęsącymi się rękoma z trudem ubrałem się. Do saszetki zabrałem niezbędne przybory i nieustannie ponaglany, pożegnałem się z Su szepcąc jej do ucha słowa otuchy. Za moment byłem już w samochodzie wieziony diabli wiedzieć gdzie.

Szybko jednak okazało się gdzie, - do komendy wojewódzkiej milicji. Tam bez zbędnych ceregieli zabrano mi wszystko do depozytu i zamknięto w pojedynczej celi. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero teraz, będąc w tym śmierdzącym pomieszczeniu doszło do mnie co się stało. Tylko na Boga, za co? Co ja takiego zrobiłem? Przecież nie popełniłem żadnego przestępstwa.

Przypomniało mi się słyszane powiedzenie o prokuratorze, dajcie mi człowieka a ja mu już znajdę paragraf. No tak, - uśmiechnąłem się mimowolnie, - kawał staje się rzeczywistością. Ale nie było mnie do śmiechu. Mijały długie godziny i nic się nie działo po za podawanymi przez okienko w drzwiach ohydnymi posiłkami. Niepokoiłem się o Su. Jak sobie da radę? Wiedziałem, że jest dzielna i samo wystarczająca, ale ta sytuacja może ją przerosnąć. No cóż, - pomyślałem zawsze może wrócić do Stanów. Zadrżałem, znowu wszystko rozsypuje się. Minęła następna noc w czasie której w zasadzie nie zasnąłem. Śmierdzący koc i deski pryczy skutecznie uniemożliwiały sen.

Z opowiadań kolegów studentów, którzy działając w opozycji mieli wątpliwą przyjemność bywać w aresztach, wiedziałem o takim systemie „zmiękczania” delikwentów. Psychika aresztanta mięknie z upływem czasu na rozmyślania. Postanowiłem spokojnie czekać. Dotknąłem wiszącego na rzemyku amuletu i stała się rzecz dziwna. Opadła ze mnie apatia, nabrałem siły. Byłem gotowy na podjęcie walki. Po obiedzie, o ile tę bryję można było nazwać zupą, zaprowadzono mnie na przesłuchanie. Szedłem z mieszanymi uczuciami. Zwykły ludzki strach mieszał się z ciekawością. O co tu w sumie chodzi?

Wprowadzono mnie do pokoju o spartańskim wyposażeniu. Szafa, wielkie biurko z lampą i maszyną do pisania oraz dwa krzesła. Za biurkiem siedział mężczyzna około pięćdziesiątki o inteligentnym wyrazie twarzy. Na mój widok uniósł się nieco mówiąc:

- Jestem major Jakubik. Proszę usiąść. Mamy z sobą wiele do opowiadania. Może kawy? – Zapytał z uśmiechem.

- Skoro pan mówi, że czeka nas długa rozmowa - to chętnie. – Byłem trochę bezczelny.

- No tak, rozmowa będzie długa, a jak długa to będzie od pana zależało. – Sformułowanie „pan” w jego ustach wypadło nieco groteskowo. Postanowiłem być czujny.

- Aby nie przedłużać zaczniemy. – Powiedział, wkręcając kartkę papieru do maszyny.

- Nazwisko i imię.

- Grabowski Jan. - Usłyszałem swój obco brzmiący głos.

Po kilku godzinach doszedłem poprzez bardzo dokładny życiorys do momentu wyjazdu do Stanów.

Był chyba mistrzem w zadawaniu pytań. Wielokrotnie niespodziewanie wracał do już opowiedzianych wątków, każąc relacjonować je od nowa, uzupełniając o nowe pytania. Ktoś, kto by zmyślał miałby niemałe kłopoty z utrzymaniem swojej wersji.

Zabrzmi to śmiesznie, ale byłem z siebie dumny. Mimo narastającego zmęczenia, zachowałem spokój, na zadawane pytania odpowiadałem lekko znudzonym tonem. Nie unikałem jego badawczego spojrzenia ba, bezczelnie patrzyłem w oczy. To on uciekał wzrokiem do papierów. Wiedziałem, trwa wojna nerwów. Trzeba jednak powiedzieć, byłem dajmy na to w komfortowej sytuacji. Nie mając nic do ukrycia mogłem nieco zgrywać się.

Więc, po tych kilku godzinach przesłuchania odesłał mnie do celi awizując, że jeszcze się spotkamy.

Słowa dotrzymał. Jeszcze te nocy zostałem doprowadzony na przesłuchanie. Znowu kilka godzin tym razem przez żarówką świecącą mnie prosto w oczy. Powtórka z pierwszego przesłuchania. Znowu życiorys i masa dodatkowych pytań o firmie. Odpowiadając na zadawane monotonnym głosem pytania, zastanawiałem się, o co im chodzi? Pomyślałem - spokojnie i tak sami powiedzą.

Był jasny dzień jak odprowadzono mnie do celi.

Zmęczony, mimo smrodu usnąłem w oko mgnieniu. Nie na długo jednak. Szczęk klucza w drzwiach i na przesłuchanie.

Tym razem był ktoś inny. Młody, mniej więcej w moim wieku z prawie łysą czaszką. Był przeciwieństwem poprzedniego. Arogancki, traktujący mnie krzykiem i z góry.

Nareszcie dowiedziałem się o co biega. Oskarżają mnie o współpracę z CIA.

Słysząc to absurdalne oskarżenie nie wytrzymałem i wybuchłem niekontrolowanym śmiechem. Napytałem sobie tym biedy. Facet się wściekł i kazał mi siedzieć na nodze od taboretu. Jeszcze się odechce wam śmiać. – Odgrażał się. Faktycznie, potem nie było do śmiechu. Trafiłem do nory, przy której moja cela była wytwornym lokalem. Wilgotne, zimne pomieszczenie bez okna. Dół kloaczny w rogu, klika desek na betonie pełniące zaszczytną rolę łóżka i to wszystko. O jakimkolwiek okryciu nie było mowy. No fajnie, - pomyślałem, - wpakowałeś się w ładną kabałę. Mogę tu strzelić kopytami i nikt się nic nie dowie. Nie wiem ile czasu tam spędziłem. Nie widząc nic na zewnątrz i nie mając zegarka straciłem rachubę czasu. Smród z dołu kloacznego, zabijał mój niemiły zapach człowieka od kilku dni niemytego i niegolonego. Rytm życia wyznaczał pojawiający się w okienku drzwi strażnik z kawałkiem czarnego chleba i kubkiem cieczy zwanej szumnie herbatą.

Wreszcie pewnego dnia otworzyły się drzwi i zaprowadzono mnie do mojej celi a następnie do łaźni. Po kąpieli znalazłem w celi na taborecie rozbebeszoną paczkę od Su. W środku znalazłem czystą bielizną i jakieś smakołyki. Łza zakręciła się w oku. Bez komentarza. Ubierając bokserki poczułem w pasie jakąś sztywność i zgrubienie. Delikatnie i pracowicie rozsupłałem kawałeczek szwu wyciągając mały kawałek kartki zapisanej po angielsku drobniutkim pismem. Wzruszyłem się, to był liścik od Su.

Kochanie, nie martw się o mnie. Daję sobie radę doskonale. Szefostwo Twojej firmy czyni starania o wyjaśnienie sytuacji. Na razie nie mam zgody na widzenie. Wynajęłam adwokata którego poleciła ciocia. Powinien skontaktować się z Tobą o ile pozwolą mu na to. Tak to u Was jest… Napisałam w ten sposób, bo na pewno nie masz listu który włożyłam do paczki. To też cioci rada. Kończę i wiedz, że nigdy nie opuszczę Ciebie. Kocham… Su.

 Moja kochana Su. Siedziałem dobrą chwilę bez ruchu czując jej metafizyczną obecność. Potem znalezioną kartkę podarłem na strzępki i wyrzuciłem do kibla. Ledwo skończyłem ubieranie się jak zjawił się strażnik. Pora na kolejne przesłuchanie.

Tym razem za biurkiem siedział zadowolony major Jakubik.

- No, jak było w karcerniaku? – Zapytał z drwiącym uśmiechem.

- Nie najgorzej. Przeżyłem. – Odpowiedziałem również drwiąco.

- Widzę, że niczego nie nauczyliście się. - Mruknął ponuro.

- Nie sądzę. Nauczyłem się, że z niewinnym można zrobić wszystko.

- To się okaże, czy jesteście niewinny. – Krzyknął ze złością.

Była noc, jak wykończony wróciłem do celi. Marzyłem o kilku godzinach snu. Ale niestety, ledwo położyłem się na pryczy, słyszę wrzask. Grabowski na przesłuchanie. Wściekły zwlokłem się z pryczy. W pokoju przesłuchań był tym razem ów arogancki dupek. Od początku idiotyczne pytania przed żarówką, wrzaski, groźby. Wszystko bez końca. Każde z tych spotkań kończyło się propozycją: Przyznajcie się a damy wam spokój. Nie przyznawałem się. W trakcie kolejnych przesłuchań dosłownie usypiałem na krześle. Wtedy kubek zimnej wody przywoływał mnie do rzeczywistości.

Wpadłem w jakiś dziwny stan, moje jedno ja smacznie spało, a drugie odpowiadało na pytania. Paranoja, ale skuteczna. Nie mogli mnie pokonać. Z jakąś zwierzęcą satysfakcją obserwowałem ich wściekłość i niemoc.

Taka zabawa w kotka i myszkę trwała jakiś czas. Jak długo nie umiem określić. Kompletnie straciłem rozeznanie podziału dnia i nocy. Dla mnie było to jedno. Niekończący się koszmar.

Wreszcie przestali wzywać na przesłuchania. Mogłem wyspać się i doprowadzić do porządku. Szczęście nie trwało jednak długo. Zjawił się strażnik każąc zabrać wszystkie swoje rzeczy. Okazało się, że idę do zbiorowej celi. Jeszcze nie byłem świadomy co to oznacza. Ale już za chwilkę stanąłem oko w oko z trzema osobnikami o mało ciekawym wyglądzie. Trzasnęły zamykane drzwi, szczęk zamka i zaczął się nowy okres w moim życiu. Karząc mnie z upór, czy też chcąc mnie złamać wsadzono mnie do celi zwyrodnialców. Spadłem na najniższy stopień w hierarchii więziennej, na cwela….

 Mimo głębokiej nocy, Susan leżała wpatrzona w ciemność. Od kilkunastu dni nie było jej ukochanego Janka. Boże, co się z nim dzieje? Tak nagle go zabrali. I to idiotyczne oskarżenie. Jak mam mu pomóc? Takie myśli kłębiły się jej w głowie. Wizyta u Konsula nic nie dała, nie jest w stanie ingerować w polski wymiar sprawiedliwości. Niemniej jednak, nieformalnie podejmie próby wyjaśnienia sprawy. Polecił, że gdyby czuła się w jakiś sposób zagrożona ma natychmiast przyjść do konsulatu. Tu będzie bezpieczna. Jak na razie nic jej nie groziło. Co to za kraj, żeby adwokat nie mógł spotkać się z klientem. Wzruszyła ramionami, wiedziała jedno, nic nie zmieni i musi być cierpliwa.

Z samego rana zadzwoniła do rodziców Janka. Długo się z tym wahała. Bała się tego. Wiedziała że swego jedynaka kochają ponad życie. Jak im przekazać taką wiadomość?

- Proszę słucham. – Usłyszała ciepły głos jego mamy.

- Dzień dobry, mówi Susan. Aresztowali Janka. – Rozpłakała się jak dziecko.

- Jak to aresztowali? Opowiadaj.

- Przyszli w nocy i zabrali. – Wydobyła z siebie poprzez łkanie.

- Uspokój się dziecko i opowiedz wszystko dokładnie.

 Poprzez pojawiający się co chwilę szloch, opowiedziała o oskarżeniu, paczce z bielizną i adwokacie. Wiedziona intuicją, nic nie powiedziała o przemyconym liściku. To była jej mała tajemnica.

- Posłuchaj uważnie. Nie rób żadnych nieprzemyślanych kroków. Teraz my się tym zajmiemy. Jako rodzice mamy dużo większe możliwości. Jak stary wróci z pracy przyjedziemy do ciebie i spokojnie pogadamy. Teraz nie martw się, wszystko będzie dobrze.

- Ale wypuszczą go, przecież nic takiego nie zrobił. – Zabrzmiało to strasznie żałośnie.

- Miejmy nadzieję moje dziecko. Miejmy nadzieję. – Powtórzyła z niepokojem w głosie.

 Po zakończone rozmowie poczuła się trochę spokojniejsza. Wierzyła, że jego rodzice pomogą jej i Jankowi. Gnębiło ją jeszcze coś, - Karolina. Tak, tu miała rozdarte serce. Doskonale zdawała sobie sprawę z uczucia, które mimo wszystko tliło się między nimi. Nie była ani ślepa, ani naiwna. Widziała te spojrzenia rzucane niby od niechcenia. Nie okazywała tego, była zbyt dumna, ale zazdrość o przeszłość Janka była nie do opanowania. I teraz stała przed dylematem, czy i jak powiadomić Karolinę o aresztowaniu. Wiedziała, że metoda strusia nic nie da. Na pewno dowie się z innego źródła a wtedy wyjdzie na idiotkę. Westchnęła i podniosła słuchawkę telefonu. Idźmy za ciosem, - mruknęła.

- Cześć Karolinko. – Odezwała się po angielsku.

- Miło cię słyszeć Su. Co słychać? – Usłyszała wesoły głosik.

- Co słychać? – Ciężko westchnęła. – Janka aresztowali.

- Żartujesz, jak to aresztowali. Dlaczego? Nie wygłupiaj się.

- Mówię poważnie. Kilkanaście dni temu przyszli w nocy i zabrali mojego Janka. – Rozpłakała się.

- Poczekaj, zaraz do ciebie przyjadę to porozmawiamy. I nie rycz, wszystko będzie dobrze. – Usłyszała rozkazujący głos.

- Łatwo mówić, ale dzięki Karolinko, czekam.

Odetchnęła ocierając łzy. Dodatkowa iskierka nadziei pojawiła się w skołatanym sercu. Może rzeczywiście wszystko skończy się dobrze. Istotnie, nim zdążyła zjeść spóźnione śniadanie, zadźwięczał dzwonek do drzwi. To Karolina. Od progu padły sobie w ramiona.

- Jestem taka nieszczęśliwa Karolinko. – Wykrzyczała z jakąś złością.

- Uspokój się Su. Opowiedz wszystko od początku. Musimy działać rozważnie.

- Opowiedzieć od początku. Jakiego? Zabrali moje życie.

- Daj spokój Su. Odstaw emocje na bok. Tak nic nie zdziałasz. Powiedz, jak to się stało.

- Rany, jak się stało? Przyszli w nocy i zabrali. Mało tego, nie pozwolili adwokatowi na kontakt z nim. Wiem tylko tyle, że miał współpracować z CIA. To czysty absurd.

- Wiesz gdzie jest przetrzymywany?

- Tak. W areszcie śledczym.

- Kontaktowałaś się może z jego rodzicami?

- Oczywiście, dzisiaj będą u mnie.

- Posłuchaj uważnie Su. Takie oskarżenie to nie błahostka. To poważna sprawa. Porozmawiam z ojcem i Stefanem, oboje mają swoje kontakty. Nie wdając się w szczegóły postaram się o zdobycie dokładnych informacji o Janku. Bądź dobrej myśli, może uda się to jakoś odkręcić. Jeszcze jedno, uważaj na siebie. To że jesteś amerykanką niczego nie gwarantuje. Na pewno jesteś pod obserwacją. Nie rozmawiaj przez telefon o sprawach Janka, bo prawdopodobnie jest on na podsłuchu. A najlepiej gdybyś wyjechała do domu. To byłoby najbezpieczniejsze dla ciebie.

- Nigdzie nie wyjadę bez Janka. Niech i mnie aresztują, ale jego nie opuszczę. Przecież on ma tylko mnie. Nie rozumiesz tego?

- Ależ rozumiem moja droga. Wiedz jednak, że nie jesteś jedyną która martwi się o niego. Zdziwiłabyś się bardzo, gdybyś wiedziała ilu osobom zależy na nim i na jego szczęściu.

- Jednak nigdzie nie wyjadę. Niech się dzieje co chce, ale zawsze będę przy nim. Jestem przekonana, że liczy właśnie na mnie i moją pomoc.

- Trudno w to wątpić. Podziwiam twoją determinację. Ryzykujesz bardzo wiele. Oby zostało to docenione przez niego.

- Jak możesz w to wątpić Karolinko. Stanowimy z Jankiem całkowitą jedność. Pamiętaj o tym.

- No już dobrze, uspokój się. Powiem teraz coś co pozwoli choć na chwilkę zapomnieć o Jaku. Wyobraź sobie, jestem w ciąży i to już drugi miesiąc.

- Naprawdę? – Oczy Su zabłysły. – To pewne?

- Jasne. Nie ma żadnych wątpliwości. Nie wiemy tylko, kogo nam los zsyła.

- Ach, na to jeszcze za wcześnie. Jaka to cudowna wiadomość.

- Ja też jestem szczęśliwa. Chciałam tego dziecka a Stefan chce nosić mnie na rękach.

- Powiem coś Karolinko. Ja też bardzo chciałam mieć dziecko z Jankiem, ale jakoś nie mogłam powiedzieć mu tego. Teraz bardzo żałuję. Szkoda.

- Jejku, jeszcze będzie mogli mieć i tuzin dzieci, jak tylko będziecie chcieli. Nie ma problemu.

- No tak, ale teraz nosząc w sobie jego potomka byłoby może lżej to przetrwać.

- Nie wiem czy pamiętasz, ale w najbliższą sobotę mój ślub. – Zmieniła temat.

- Faktycznie, jak ten czas leci. Oczywiście będę, ale szkoda że sama. – Zmarkotniała.

- Nie przejmuj się Su, wam też słonko zaświeci. Zatańczymy jeszcze na waszym weselu.

- Boże, jakbym tego chciała. To marzenie mojego życia.

- Na pewno się spełni, zobaczysz. Ale muszę już spadać. Urwałam się na chwilką z pracy.

Po wyjściu Karoliny nie czuła się ani trochę spokojniejsza. Wręcz odwrotnie, powiedzenie o poważnej sprawie zmroziło ją. Zaczęła naprawdę się bać o Janka. Ale życie toczy się swoim torem. Zebrała się spiesząc na umówione lektoraty. Miała dzięki temu jakiś pieniądz a ponadto chwilę wytchnienia od dręczących ją myśli.

Wieczorna wizyta rodziców Janka miała bardzo serdeczny charakter. Wzruszona widziała, że traktują ją jak swoją ukochaną córkę. Ma traktować ich dom jak swój i każdy wolny czas może spędzać u nich. Pokój Janka czeka na nią. Natomiast w podstawowej sprawie nie wiele mieli do powiedzenia. Jutro będą starali się o widzenie i jakieś oficjalne potwierdzenie oskarżenia. Jak tylko będą cokolwiek wiedzieli dadzą znać.

Mijały dni i tygodnie, nic się pozornie nie działo. Ale uruchomione trybiki obracały się. Machina pomocy dla Janka nabierała mocy.

 Gabinet szefa Urzędu Bezpieczeństwa. Za olbrzymim biurkiem siedział drobny mężczyzna o szczupłej, lisiej twarzy. Był wściekły. Naprzeciw jego, na kraju krzesła siedział spocony major Jakubik.

- To co macie na tego Grabowskiego, tylko donos tej, jak tam…

- Katarzyny Ledwoń. – Podpowiedział usłużnie major.

- No właśnie. I nic więcej?

- Na razie nic więcej, towarzyszu pułkowniku.

- To niedobrze towarzyszu. Mam interwencje z bardzo wysoka. Z Komitetu Centralnego. Rozumiecie co mówię. Pierwszy zainteresował się tym. A wy mi tutaj co przedstawiacie? Eh..,

- Ale pracujemy nad tym.

- Pracujemy, pracujemy, ale efektów nie widać. Gdzie on teraz jest?

- W specjalnej celi, aby zmiękł.

- Czyście zwariowali. Oj czarno widzę waszą przyszłość. Co wam do głowy przyszło, takiego człowieka do specjalnej celi. Słyszeliście coś o Magdalence i Okrągłym Stole?

- No słyszałem, ale to taka ściema dla maluczkich.

- Powiadacie majorze ściema. Uważajcie i to bardzo mocno. Za kilka miesięcy to wszystko pieprznie z wielkim hukiem. Przyjdą nowi ludzie i będą szukać kozłów ofiarnych. Chcecie iść na zieloną trawkę. Nie? To natychmiast zabierzcie go stamtąd i przenieście do ludzkich warunków. I bądźcie bardzo mili, powtarzam bardzo mili. Nie mam zamiaru przez waszą głupotę narobić sobie wrogów. Czy wyrażam się dość jasno?

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku.

- Możecie odmaszerować.

- Odmeldowuję się towarzyszu pułkowniku.

Trzasnął obcasami i wykonawszy przepisowy w tył zwrot wyszedł z gabinetu. Obtarł spoconą twarz i nie spoglądając na udającą pracę sekretarkę, opuścił pomieszczenie. Idąc korytarzem mruczał do siebie: Co on gadał z tym pieprznięciem. To przecież niemożliwe. Partia nie odda władzy.

- Co wy tak mruczycie do siebie towarzyszu majorze? – Usłyszał za uchem.

- Klepię pacierze. – Zarechotał, patrząc na mijanego kolegę.

- Stało się coś? Wyglądasz nieszczególnie.

- Wracam od starego. Oberwało mi się.

- Nie tylko tobie. Dzisiaj to jakaś seria opieprzania.

- Powiedz, o co chodzi z tą Magdalenką? Już nic nie rozumiem.

- A co tu rozumieć. – Nachylił się szepcąc do ucha. – Wszystko się wali. Będzie kiepsko z nami. Pilnuj się. Wszystko w normie. – Dodał już normalnym głosem.

- No to fajnie. Lecę, mam pilne sprawy.

Wchodząc do swojego gabinetu warknął do sekretarki:

- Porucznik Stasiak do mnie. Natychmiast.

- Tak jest towarzyszu majorze. – Usłyszał potulne.

Chodził po gabinecie jak ranne zwierze po klatce. Że też diabli nadali tą Ledwoń z donosem. Już dobiorę się do niej. Zobaczymy co to za ziółko. Rozmyślania przerwał brzęczyk interkomu i głos sekretarki awizującej przybycie porucznika Stasiaka.

- Porucznik Stasiak melduje się na rozkaz. W drzwiach stał młody człowiek z łysą głową.

- To wyście wpadli na pomysł umieszczenia Grabskiego w specjalnej celi?

- Tak jest. To mogłoby go złamać.

- Ale tymczasem to złamie waszą karierę poruczniku. Natychmiast przenieść go do dwuosobowej normalnej. A specjalną celę zlikwidować. Zezwolić na widzenia, paczki itd. I macie być miłym, bardzo miłym. Rozumiecie?

- Nie rozumiem towarzyszu majorze. Jakże to tak? Przecież to szpieg.

- Jesteście głupcem poruczniku. Szpieg, po donosie być może zazdrosnej kobiety. Macie coś więcej? Nic, prawda? Sprawą zainteresował się Pierwszy Sekretarz. Widać to ktoś wysoko postawiony. Rozumiecie teraz.

- Tak jest. Rozumiem i wykonuję rozkaz.

- Wykonać i zameldować. Aha, przyjrzyjcie się dyskretnie tej Ledwoń. Podkreślam dyskretnie, ma się niczego nie domyśleć. Macie tam swoich ludzi, prawda? Potem zameldujcie o wynikach.

- Tak jest towarzyszu majorze. Odmeldowuję się.

 Straciłem rachubę czasu przebywając w tym świecie przemocy i brutalności. Każdy dzień był niekończącym się pasmem udręki i upokorzeń. Byłem śmieciem z którym współwięźniowie mogli robić co im się chciało. Każda próba oporu kończyła się bolesnym pobiciem a skarga u strażnika wywoływała jego drwiący śmiech. Mijały dni, tygodnie i traciłem powoli nadzieję. Oswajałem się z myślą, że tu dokonam swoich dni. Tylko na Boga, za co? Co ja takiego zrobiłem, że skazano mnie na takie życie? Byłem całkowicie odizolowany od świata zewnętrznego. Żadnych paczek, listów, odwiedzin a o adwokacie mogłem tylko pomarzyć. Odnosiłem wrażenie, że świat o mnie zapomniał. Moim największym zmartwieniem była myśl o Su. Jak sobie daje radę? Może wyjechała do rodziców mając dość kłopotów ze mną. Ale chyba nie, przecież pisała… Prawie co noc widziałem ją we śnie uśmiechającą się do mnie. Te sny były dla mnie tym czymś, co podtrzymywało mnie na duchu.

Pewnego dnia otrzymując jak co dzień miskę cieczy zwanej zupą, poczułem pod kromką chleba wsuwanego przez dyżurnego więźnia jakiś świstek. Jego spojrzenie powiedziało wszystko. Gryps.

Burknąłem coś o ohydnym jedzeniu i poszedłem do swojego kąta. Ten świstek palił moje palce żywym ogniem. To na pewno od Su. Zjadłem chowając dyskretnie gryps w rękawie. Odczekałem aż współwięźniowie zapadną w drzemkę i dopiero wtedy ostrożnie rozwinąłem cieniutką bibułkę zapisaną tak znanym, drobniutkim pismem Su.

 Kochanie moje. Nie martw się u mnie wszystko w porządku. Została uruchomiona sztafeta pomocy dla Ciebie. Nie jesteś sam. Wiele ludzi zaangażowało się w pomoc dla ciebie. Na pewno będzie tego efekt. Teraz nowina, Karolina wyszła już za mąż i spodziewa się dziecka. Jest taka szczęśliwa. Jest mi tak smutno bez Ciebie. Powiedz kiedy będę mogła wziąć Ciebie w swoje ramiona. Tak kocham i tęsknię. Jestem z Tobą w każdej chwili i nigdy nie opuszczę. Twoja Su.

Łzy zakręciły się w oczach. Co za parszywy los skazał nas obojga na takie doświadczenia. Moja kochana Su jednak nie wyjechała do rodziców i czeka na mnie. Przeczytawszy ponownie liścik, podarłem go na drobne strzępy i wrzuciłem do kibla spuszczając wodę.

Po kilku dniach od otrzymania tego grypsu z samego rana w drzwiach celi stanął strażnik każąc mi się spakować się. Przenoszą mnie. Współtowarzysze pożegnali mnie niedwuznacznymi epitetami. Trzasnęły zamykane za mną drzwi świata mojej udręki. Poprowadzono mnie do innego bloku. Byłem już obeznany w topografii budynku. Szliśmy do kryminalnych. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniło się wszystko. Znalazłem się w dwuosobowej celi z kierownikiem sklepu oskarżanego o nielegalny handel. Spokojny, kulturalny, starszy pan. Koniec z wieczną traumą. Mało tego, jeszcze tego samego dnia po obiedzie mam widzenie z adwokatem. Myślałem, że śnię. Zaprowadzono do pokoju w którym powitał mnie szpakowaty mężczyzna o łagodnym wyrazie twarzy i nie pasującym do niej przenikliwym spojrzeniu.

- Dzień dobry panu. – Powitał ściskając mnie za rękę. – Nazywam się Danielak i jestem adwokatem wynajętym przez pańską przyjaciółkę.

- Miło pana widzieć. – Odezwałem się nieufnie. – Myślę, że nie muszę się przedstawiać.

- Oczywiście. Wiem o panu wiele a zarazem bardzo mało. Proszę się nie dziwić, że dopiero dzisiaj widzimy się. Dopiero dzisiaj rano dostałem zgodę na to spotkanie. Takie to czasy.

- Coś o tym wiem, - Mruknąłem ponuro. – Ma pan dla mnie jakieś pocieszające wieści?

- Hmm, pocieszające wieści. Za wiele pan oczekuje. Ale mimo wszystko, fakt przeniesienia pana do innej celi i to spotkanie jest samo w sobie pocieszające. Nie uważa pan?

- Można to tak nazwać. Ale może nie bawmy się w kotka i myszkę. Myślę, że nie przyszedł pan na towarzyską pogawędkę. Proszę do rzeczy. – Wlepiłem w niego spojrzenie.

Wytrzymał moje spojrzenie ba, zobaczyłem w głębi jego szarych oczu iskierki śmiechu.

- Ma pan rację, to nie towarzyskie spotkanie. A więc do rzeczy. Jest pan na etacie CIA?

- Nie.

- Miał pan jakieś kontakty z pracownikami tej instytucji?

- Nie.

- Znane jest panu nazwisko Ledwoń. Katarzyna Ledwoń.

- Tak.

- Skąd pan ją zna?

- Razem pracowaliśmy w firmie.

- Łączyły pana z nią jakieś intymne związki?

- Nie.

- To ciekawe. Jest pan ze mną całkiem szczery. To bardzo ważne.

- Odpowiem tak, nie spałem z nią. Może ona miała na to ochotę, bo ja nie. Traktowałem ją tylko jak koleżankę.

- Mówi pan jak koleżankę. Tak, to by wiele tłumaczyło.

- Co mianowicie? – Pytanie wypadło grubiańsko

- Chwila cierpliwości, proszę o jeszcze jedną szczerą odpowiedź. Czy odniósł pan wrażenie o jej zadurzeniu w pana osobie. Mówiąc wprost, czy była w panu zakochana.

- Diabli wiedzą, chociaż chwilami faktycznie odnosiłem takie wrażenie.

- Dziękuje, Teraz mogę zaspokoić pana ciekawość. Godzinę temu udostępniono dla mnie donos na podstawie którego został pan aresztowany. Nie dostałem jego kopii, dlatego powiem jaka była treść. Otóż pani Ledwoń uprzejmie doniosła, że pan w czasie pobytu służbowego w stanach został agentem CIA. Podawała jakieś bardzo mętne uzasadnienie tego podejrzenia. I co pan na to?

Zatkało mnie całkowicie. Kaśka zemściła się na mnie za lekceważenie jej uczucia. Co ją napadło? Zwariowała! Naprawdę zwariowała, ale aż tak…

Milczenie przedłużało się. Usłyszałem pytanie zaniepokojonego adwokata.

- Dobrze się pan czuje?

- Bywało lepiej. – Odparłem oddychając ciężko.

- Tylko widzi pan, mimo absurdalności oskarżenia i ewidentnej niewinności nie tak prosto wydostać pana z tego lokum. Zostały uruchomione właściwe procedury. A to będzie trwało.

- Jak długo według pana?

- Nie chcę obiecywać gruszek na wierzbie. Od miesiąca do kilku miesięcy. Optymistycznie.

- No cóż, będę optymistą.

- Mogę tylko obiecać, że od teraz ma pan prawo do paczek, listów i odwiedzin. Musi pan mieć bardzo ważnych protektorów. Pierwszy raz w mojej praktyce spotkałem się z takim zwrotem nastawienia przy oskarżeniu o szpiegostwo.

- Widzi pan, nie znam żadnych ważnych protektorów ale miło słyszeć, że będę mógł spotkać się z najbliższymi.

- Jeszcze dzisiaj zawiadomię panią Susan o postanowieniach. Może się pan spodziewać wkrótce jej odwiedzin. I jeszcze jedno. Gdyby pan miał ochotę na spotkanie ze mną, proszę zawiadomić strażnika a zjawię się najszybciej jak będę mógł. Tak mi obiecał oficer prowadzący. Niespotykane. – Pokręcił głową z niedowierzaniem.

 Susan wróciła właśnie domu z zajęć na uczelni jak zadzwonił telefon. Kogo tam diabli niosą pomyślała i powolnym ruchem podniosła słuchawkę słysząc uprzejme:

- Dzień dobry pani. Adwokat Danielak przy telefonie.

- Dzień dobry panu. Są jakieś nowe wiadomości? – Zapytała zmęczonym głosem.

- Myślę, że tak. Pozwolono na spotkanie z panem Grabowskim. Rozmawiałem z nim i wyjaśniłem kilka ważnych szczegółów. Po wtóre, ma pani prawo do widzenia się z nim raz w miesiącu, oraz do dostarczania paczek i listów co dwa tygodnie. Proszę jednak pamiętać, że paczki podlegają rewizji a listy cenzurze. Więc żadnych głupstw.

- Więc mogę go zobaczyć! Kiedy? – Wykrzyczała zapominając o zmęczeniu.

- Myślę, że nie za długo. Jak pani chce możemy umówić się pod aresztem i wspólnie przejdziemy papierkową robotę. Tak będzie łatwiej dla pani. Potem będzie pani czekała na wyznaczenie widzenia. Zwykle to trwa kilka dni.

- A paczkę mogę mu jutro podać?

- Oczywiście i list również, ale najlepiej po polsku. Inaczej nim przetłumaczą to będzie trwało. Ale proszę pamiętać o czym mówiłem. Żadnych głupstw.

- Może pan jutro pomóc to załatwić?

- Oczywiście, jestem do dyspozycji.

- To może o trzynastej, mam wtedy dwie godziny wolne.

- Nie ma sprawy. Czasu na pewno nam wystarczy.

Po zakończeniu rozmowy chwilę siedziała jak zamurowana. Trwała w absolutnym bezruchu. Ta wiadomość spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Będzie mogła go zobaczyć. Nareszcie, po tak długim czasie. Oprzytomniała. Paczka, musi przygotować dla niego paczkę. Ale nie, najpierw zadzwoni do rodziców Janka. Przypomniała swój pierwszy samodzielny wyjazd do nich. Była taka zestresowana, ale po przekroczeniu progu wpadła w czułe ramiona jego matki. Tego nigdy nie zapomni. A następnie ta noc spędzona w jego pokoju. Czuła jego metafizyczną obecność, wdychała pozostałości jego zapachu. Potem przyjeżdżała prawie we wszystkie wolne dni. Czuła się tam prawie jak domownik. Więc najpierw musi podzielić się z nimi tą radością. Ale się ucieszą, powtarzała w duchu wybierając numer telefonu.

Faktycznie, radości i łez wzruszenia było co nie miara. Umówiły się, że wybiorą się razem z wspólnie przygotowaną paczką. Spotkają się w południe w jej mieszkaniu spakują do końca i pojadą na spotkanie z adwokatem.

Pod ponurą, szarą bramą więzienną czekał na nie adwokat. Po powitaniu i przedstawianiu mamy Janka, nacisnęli dzwonek w drzwiach. W otwartej ze zgrzytem furtce pojawił się strażnik. Wylegitymowawszy ich i dowiedziawszy się o co chodzi kazał czekać. Po dłuższej chwili, zostali zaprowadzeni przez innego strażnika do pomieszczenia gdzie kazano im usiąść i czekać. Zaraz przyjdzie oficer, - poinformowano. Czekali pawie kwadrans. Zdenerwowany adwokat chodził a kąta w kąt. O co to chodzi, - mruczał pod nosem.

Wreszcie wszedł z przepraszającym uśmiechem osobnik w uniformie oficera więziennego.

- Państwo wybaczą to czekanie. Ciągle za mało czasu. – Rozłożył bezradnie ręce.

- To jest matka podejrzanego Grabowskiego a to jego narzeczona. – Wyrecytował adwokat. – Chcą wręczyć paczkę i umówić się na widzenie.

- Miło panie poznać. - Skłonił się dwornie. – Oczywiście, nie ma żadnego problemu. Paczkę proszę rozpakować. Zrozumiałe, że musimy sprawdzić zawartość. O tu na tym stole. Rewident zaraz sprawdzi zawartość. Natomiast jeżeli chodzi o widzenie, to może być tylko jedno na miesiąc, ale jest zgoda oficera prowadzącego na udział w nim kilku osób z najbliższej rodziny. Macie państwo listy?

- Tak, mamy obie. – Odezwała się Susan.

- Przepisy mówią o jednym liście. – Oficer uśmiechał się ciepło. – Moja rada, proszę włożyć oba do jednej koperty i będzie jeden list. Proste, prawda? A list proszę położyć koło paczki. Po ocenzurowaniu będzie dostarczony adresatowi.

- Kiedy będzie możliwe widzenie. – Odezwał się adwokat.

- Nawet jutro. Mam polecenie nie robienia trudności. Najlepiej w godzinach popołudniowych. Najpóźniej do siedemnastej. Widzenie trwa trzydzieści minut. Przykro, ale takie przepisy. – Uśmiechnął się przepraszająco.

- Komu zgłosić osoby ubiegające się o widzenie? - Znowu adwokat dał znać o sobie.

- Nie będziemy bawić się w biurokrację. Proszę, tu jest kartka. Proszę wypisać imiona i nazwiska tych osób. I to tyle.

- I to tyle. - Powtórzył adwokat wymieniając z oficerem długie spojrzenie i kiwając przy tym głową. - No to nic tu już po nas, Prawda?

- Też tak myślę. Załatwiliśmy wszystko. Myślę, że państwo są zadowoleni.

- O tak. Jest pan bardzo uprzejmy. Dziękujemy. - Mama Janka wprost rozpływała się.

Minęła jeszcze chwila jak znaleźli się poza więzieniem. Odetchnęli. Podekscytowany adwokat nie wytrzymał. Musiał to powiedzieć.

- Ja bardzo panie przepraszam, ale czegoś tu nie rozumiem. Jestem adwokatem ponad dwadzieścia lat. Wizyt w więzieniu z tego tytułu miałem bez liku. Ale dopiero dzisiaj zobaczyłem taką kulturę w obejściu. To jak bajka. Macie państwo bardzo mocne plecy. Jeszcze raz przepraszam za te dywagacje. Ale to było silniejsze ode mnie. Gdyby coś trzeba było, wie pani gdzie mnie znaleźć. Żegnam.

Z chwilą przeniesienia mnie do nowej celi, moje warunki pobytu uległy radykalnej poprawie. Wiodłem można powiedzieć, spokojny żywot aresztanta. Całkiem spokojny. Nikt nie wzywał na przesłuchania, odnoszono się do mnie można powiedzieć z elegancją. W celi pojawiło się radio i mogliśmy być na bieżąco z tym co w szerokim świecie słychać. A słychać było, oj było. Przygotowania do wolnych wyborów. Partia w rozsypce. Dotychczasowy świat walił się. Ja, dla którego dotychczas polityka była czymś obcym i niezrozumiałym, chłonąłem te wieści z zapartym tchem.

Jednak najwidoczniejsza zmiana była widoczna na spacerniaku. Przekonałem się, że nie jestem już tym kimś najgorszym, - cwelem. Ze zdziwieniem obserwowałem objawy nawet pewnego szacunku. Już szokiem dla mnie było następujące zdarzenie na spacerniaku. Chodzimy sobie całą grupą w kółeczko gdy w pewnym momencie słyszę za sobą głos.

- Cześć. Posłuchaj, wiemy jesteś równy gość. Tych troje z twojej poprzedniej celi mają teraz przesrane. Pożałują. Gdybyś chciał wysłać gryps, to go przekaż temu który dostarczył poprzednio. On teraz zawsze będzie u was roznosił obiady. I uważaj na kapusiów, pokażę ci ich. Mijając takiego podrapię się po głowie. Jakby coś było nie tak. daj mi cynk. Cześć.

Nie odwracając się szedłem obojętnie dalej. Po chwili zobaczyłem młodego człowieka w moim wieku, wymijającego szereg spacerujących. Kilka razy mijając jakiegoś aresztanta podrapał się po głowie. Potem wtopił się w jakąś grupkę rówieśników. Na mnie nie spojrzał ani razu.

Co jest grane? Skąd ta zmiana? Nic nie rozumiałem. Ale nie ważne dlaczego, ważne, że już nie jestem pariasem.

Nazajutrz po obiedzie zjawia się strażnik wprawiając mnie swą odzywką w osłupienie. Wyglądało to mniej więcej tak:

- Towarzyszu Grabowski, chodźcie ze mną do biura. Dostaliście paczkę i list. – Stał wyprężony w drzwiach.

- Tak jest. – Odpowiedziałem odruchowo z trudem zamykając gębę ze zdziwienia.

Zwrócił się do mnie per towarzyszu. Przecież ja nigdy nie byłem członkiem żadnej partii. Byłem całkowicie apolitycznym osobnikiem. Za kogo oni mnie wzięli. Takie oto myśli błąkały się po głowie idąc posłusznie za strażnikiem.

Ciąg dalszy nastąpi....

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
grab2105 · dnia 16.06.2020 10:40 · Czytań: 226 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
KatarzynaKoziorowska
25/06/2022 08:43
Oj. Początek jest mocny. Wiersz wzbudza zainteresowanie i… »
Yaro
24/06/2022 22:40
3maj sie:) »
Yaro
24/06/2022 22:38
Wszystko każda rzecz ma nazwę i twarz... :) »
Materazzone
24/06/2022 17:58
Przypominam, że wiersz wcale nie musi się rymować,… »
Materazzone
24/06/2022 17:55
Erotyk dla dzieci. Ciekawe, nie powiem choć zbyt mocno… »
Materazzone
24/06/2022 17:52
Nie pasuje mi czwarty wers. Jakoś tak nie wybrzmiewa,… »
Materazzone
24/06/2022 16:37
Dzień dobry wszystkim. Rozwiążę wasz spór, choć omyłkowo… »
Jacek Londyn
24/06/2022 13:47
Dobra Cobro, dziękuję za komentarz i dobre słowo. Tekst… »
wolnyduch
23/06/2022 23:45
Bardzo sympatyczny wiersz dla poprawy humoru, dobrego dnia… »
wolnyduch
23/06/2022 23:42
Bardzo fajny wiersz, jak dla mnie wcale nie jest… »
EDyta To
23/06/2022 22:52
Też mam słabość do gwiazd i księżyca. Bardzo, bardzo mi się… »
wolnyduch
23/06/2022 22:30
Dla mnie ten tekst jest świetnie napisany, taki lekko… »
wolnyduch
23/06/2022 22:20
Może, nie siedzę w głowie Autora, nawisem mówiąc w… »
Baszolud-Nihilistic-Zombie-Poet
23/06/2022 22:00
Fajne, delikatne, podoba mi się. @wolnyduch a może to tak… »
wolnyduch
23/06/2022 21:56
Witaj BNZPoe,t nie będę pisać całego nicku bo można sobie… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas