Echa Przeszłości 2 - grab2105
Proza » Obyczajowe » Echa Przeszłości 2
A A A

... Ale jednak, gdy ich spojrzenia się spotkały, coś się wydarzyło. Zobaczył w jej znowu błękitnych i łagodnych oczach coś, co wyglądało na: – Przepraszam kochany, musiałam – Nie był przekonany, czy naprawdę zobaczył, czy też bardzo chciał to zobaczyć u kochanej jednak mimo wszystko kobiety? Ten dylemat miał mu przez lata nie dać spokoju.

            Oprzytomniał. Rozejrzał się po pokoju jakby ze zdziwieniem, że jest tutaj. Ponownie wziął ten dokument z biurka, i pomału wsunął go pomiędzy inne papiery do skoroszytu. Starannie obwiązał sznurkiem, potem jeszcze przez chwilę ściskał go w drżących dłoniach tak, jakby nie chciał się z nim rozstać. Potem jednak już zdecydowanym ruchem włożył do biblioteczki i zastawił wyjętymi wcześniej książkami. Nastąpiła w nim przemiana. Zniknęło zmęczenie i słabość. Podniósł się energicznie z fotela i poszedł do kuchni. Nastawił w czajniku wodę, do szklanki włożył torebkę herbaty, i czekał….

Od dawna mieszkał sam. Po rozpadzie krótkiego, nieudanego i bezdzietnego małżeństwa, nie związał się z żadną inną kobietą. Miewał wprawdzie jakieś krótkie romanse, ale nigdy nie zdecydował się na trwały związek. Nauczył się żyć w samotności i nie tęsknił za towarzystwem. Miał świadomość, że stał się dziwakiem stroniącym od ludzi, człowiekiem żyjącym przeszłością. Wiele razy próbował to zmienić, jednak bez skutku. Wydarzenia z przeszłości zdominowały jego psychikę, były silniejsze od niego. Zdrada ukochanej kobiety, aresztowanie, więzienie, przerwane studia, wilczy bilet, stracone najlepsze lata życia. Dopiero w latach siedemdziesiątych dane mu było dokończyć wieczorowo studia i dostać satysfakcjonującą pracę. Mimo tych nieszczęść nie mógł pozbyć się tkwiącego w nim, niczym drzazga w bucie - obsesyjnego uczucia do Basi. Nie miało znaczenia to, że to ona była źródłem jego nieszczęść. Wybaczył jej już dawno. Te wielkie, niebieskie, łagodne oczy i swoje w nich odbicie, ma ciągle przed sobą. O, zwariowany losie, – miłość ofiary do kata. Zdawał sobie sprawę z absurdalności swoich uczuć, ale żadne logiczne wyjaśniania nie były w stanie wyleczyć go z tej obsesji.

            Rozmyślania przerwał gwizdek czajnika. Przygotowaną herbatę postawił na biurku i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Spoglądał nerwowo na telefon jakby chciał przyspieszyć jego dzwonienie. Zadzwoń wreszcie dziewczyno – zamruczał pod nosem, czas ucieka… Starał się nie myśleć o ewentualnym spotkaniu z Basią. Wprawdzie pod wpływem impulsu zaproponował, ale potem zaczął mieć wątpliwości. Po jakiego diabła rozdrapywać stare rany? A teraz czas dłużył się niemiłosiernie. Zerknął na zegarek, do diabła, to już dwie godziny, chyba dotrzyma słowa, - dodał półgłosem. Naraz jakby na zawołanie zadźwięczał telefon.

- Słucham – odezwał się cicho

- Witam panie Lopku. To ja Ania.

- Jak to dobrze. Niepokoiłem się już.

- No wie pan, przecież obiecałam.

- No tak, przepraszam. Ale jakie to wieści ma pani dla mnie?

- No cóż, o ile nie nastąpią żadne zmiany, to będzie pan bardzo miłym gościem. Mama już dzisiaj chciała pana widzieć. Musiałam tłumaczyć, że to niemożliwe. Była niepocieszona.

- Ależ oczywiście, że nie zmieniłem zdania. Cieszę się na myśl o tym, chociaż i   obawiam się trochę tego spotkania. To już tyle czasu upłynęło. Jesteśmy całkiem innymi ludźmi - nie tylko fizycznie - pani Aniu.

- Panie Lopku, sądząc na podstawie naszych rozmów i opowiadań mamy, śmiem twierdzić, że jesteście oboje tacy jak dawniej, – naprawdę. Dodam tylko, trochę mądrzejsi. Nie sadzę abym się myliła. Ale jest jednak pewien problem, odległość. Mieszkamy na drugim końcu Polski, w Jaśle. Nie wiem, czy to nie jest za daleko? Jak zauważyłam ma pan kłopoty zdrowotne. To może być zbyt niebezpieczne.

- Nie ma żadnego problemu, samochodem będę u was za jakieś 10 godzin. Gdybym wyjechał jutro wczesnym rankiem, to na wieczór będę na miejscu. A dolegliwości, no cóż, trzeba nauczyć się z nimi żyć. Spokojnie!

- Proszę jednak uważać na siebie. Jak zrozumiałam, możemy mieć nadzieję, że spotkamy się już jutro?

- Oczywiście. Jutro wieczorem, a tak dla porządku jeszcze jedno, adres.

- Przepraszam, ależ gapa ze mnie, proszę pisać, Jasło ul. Asnyka 2. To na obrzeżach miasta, duży drewniany dom w starym sadzie. Ludzie panu pokażą, proszę pytać o Ciechanowskich. I jeszcze jedno, proszę nie martwić się o nocleg, bo jak powiedziałam, to duży dom. Zapisał pan?

- Tak zapisałem, dzięki za dach nad głową. Tak jak powiedziałem, wyjadę jutro wczesnym rankiem i jak nic się nie przytrafi po drodze, będę około siedemnastej w Jaśle.

- Będziemy czekały niecierpliwie. Nie wie pan, ile radości nam sprawi ta wizyta. Muszę kończyć panie Lopku, do zobaczenia jutro. Dobranoc.

- Dobranoc pani Aniu, do zobaczenia jutro. I jeszcze prośba, proszę przekazać pani mamie moje pozdrowienia, serdeczne pozdrowienia – dodał - dobrze?

- Z wielką przyjemnością je przekażę, ale dopiero jutro rano, teraz mama śpi. Dobranoc.

Usłyszał dźwięk odkładanej słuchawki, połączenie zakończone. Trzymał jeszcze chwilę słuchawkę przy uchu, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tylko wyszeptał do siebie – Jutro ją zobaczę, czy mnie pozna? Przecież jestem starym człowiekiem. Nie widziałem jej od pamiętnego spotkania w sądzie. Nigdy jej nie szukałem. Nie wróciłem do Poznania tylko dlatego, aby nasze drogi nie skrzyżowały się. A teraz, proszę bardzo, jadę do niej, o przewrotny losie.

Odetchnął głęboko - no to do roboty - powiedział do siebie, już prawie północ a koło szóstej trzeba wyjechać. Pakuj się Lopek.

Nie zabrało mu to wiele czasu. Do torby włożył zapasową bieliznę, parę koszul, piżamę i kosmetyki. Już miał zamykać torbę, gdy w nagłym impulsie wyjął z biblioteczki schowany tam skoroszyt. Zabiorę go, zabiorę – mruknął po nosem, - nigdy nic nie wiadomo i wsunął go na spód torby. Teraz pora spać. Rano tylko zatankować samochód i w drogę. Zjem coś po drodze.          

Źle spał tej nocy. Śniły się mu się jakieś koszmary, co chwilę budził się z kołaczący sercem. Z trudem dotrwał rana. Koło szóstej był już na nogach, szybko ogolił się i ubrał wygodne podróżne ubranie. Zgodnie z przewidywaniami, rano był przymrozek i czekało go pracowite skrobanie oszronionych szyb samochodu. Uporawszy się z tym, ruszył z drżeniem serca w drogę, – daleką drogę do Basi.

Podróż przebiegała spokojne. Nie było zbyt dużego ruchu i koło południa był już za Warszawą. W czasie jazdy starał się skoncentrować się tylko na jeździe, nie pozwalając sobie na nic innego. Około siedemnastej, zobaczył w światłach reflektorów tabliczkę z napisem – Jasło. Był prawie u celu. Dopiero teraz doszło do niego, że to już za chwilę stanie się coś, czego tak naprawdę bardzo się boi.

Zatrzymał się na poboczu i wyłączył silnik. Rany, nie mogę tam jechać - pomyślał nagle, nie mogę. to zwariowany pomysł. Wracam! Zamknął oczy i wtedy ją zobaczył. Te czarodziejskie, wielkie i niebieskie oczy. - Uśmiechały się do niego. Basiu, już jadę. To była tylko chwila słabości. - Wyszeptał. Otworzył oczy, ciężko odetchnął, rozejrzał się dookoła niezbyt przytomnym spojrzeniem i uruchomił samochód. Z trafieniem po podany adres nie miał żadnych kłopotów.

To pan do pana Doktora, powiedziała z uśmiechem starsza pani, którą zapytał o drogę. To nie daleko, pojedzie pan prosto główną ulicą do ronda i tam pierwsza w prawo i dojedzie pan pod sam dom pana doktora. To bardzo niedaleko.

Istotnie, starsza pani miała rację. Ani się obejrzał jak znalazł się w otwartej bramie wjazdowej. W świetle reflektorów zobaczył stojący między wysokimi drzewami piętrowy stary drewniany dom. Do budynku prowadziła wysypana żwirem droga. Budynek tonął w półmroku a latarnia stojąca przy bramie dawała iluzoryczne oświetlenie. Tylko w dwóch oknach na parterze świeciło się światło. Jechał teraz wolno w kierunku domu. Naraz zapaliło się światło na froncie budynku, a w otwartych drzwiach wejściowych zobaczył stojącą kobiecą postać. To pewnie Ania, pomyślał i zatrzymał samochód przed wejściem. Z wahaniem wysiadł z samochodu i podszedł do stojącej kobiety. Ale nim zdążył otworzyć usta, usłyszał wesołe:

- Dobry wieczór panie Lopku, chyba się nie mylę, to pan prawda? Ja jestem Ania, to ja rozmawiałam z panem wczoraj przez telefon.

- Dobry wieczór. – czuł się spięty. - Nie myli się pani, nazywam się Stawski i jestem zgodnie z obietnicą. Jest mi bardzo miło poznać panią osobiście. W swojej dłoni poczuł podaną do powitania ciepłą miękką rękę. Delikatnie jakby była z porcelany, uścisnął ją. W półmroku panującym przed wejściem widział tylko zarys drobnej kobiecej postaci, ma chyba koło czterdziestki – pomyślał.

- Proszę wejść, zaraz coś panu przygotuję do jedzenia. Pan na pewno zmęczony i głodny, powiedziała z troską w głosie.

Został wprowadzony do dużego pokoju urządzonego w stylu myśliwskim. Na ścianach wisiały liczne trofea myśliwskie poroża jeleni, saren, skóry dzika i jakieś wypchane ptaki. Z jednej ze ścian spoglądali na niego z portretów, jegomoście w strojach myśliwskich, mający u swych stóp upolowane trofea. Pod oknem królowało ogromnych rozmiarów stylowe biurko, za którym stał piękny, głęboki, obity ciemno-brązowa skórą fotel. Na środku tego pokoju pod oryginalnym, zrobionym z poroża jeleni żyrandolem, stał masywny stół, otoczony obitymi skórą krzesłami z wysokimi oparciami. Na stole czekały już przygotowane dwa nakrycia. Stawski zaskoczony rozglądał się wokół z podziwem. On mieszczuch, pierwszy raz widział tak urządzony pokój. Zreflektował się, po coś tu do diabła przyjechał, – na wycieczkę?

Zrobił kilka kroków i odwrócił się do towarzyszącej mu kobiety. Dopiero teraz w pełnym oświetleniu mógł przyjrzeć się Ani. Mogła faktycznie mieć około czterdziestu lat. Była osobą o drobnej, delikatnej budowie i bladej, bardzo zmęczonej twarzy. Z niej to spoglądały na niego smutne oczy. Ale właśnie one zrobiły na nim niesamowite wrażenie. To były oczy Basi. Dokładnie takie, jakie zapamiętał przed laty, duże, niebieskie i tylko nie znalazł w nich tamtej radości. Przez dobrą chwilę stali tak oboje przyglądając się sobie nawzajem.

Pierwsza zareagowała Ania.

- Hm, nie będziemy tak stać. Proszę usiąść, za chwilkę podam coś do jedzenia.

- Pani Aniu, przepraszam, ale może najpierw zobaczę się z pani mamą? To chyba najważniejsze, prawda?

- No tak, ale widzi pan, przed spotkaniem z mamą winna jestem panu kilku wyjaśnień. Muszę wprowadzić pana w zaistniałą sytuację. To uważam za konieczne – dodała z naciskiem.

- Skoro tak, to nie śmiem sprzeciwiać się. Poddaję się pani rozkazom.

- Zaraz rozkazom, po prostu chciałam aby to spotkanie spełniło wasze oczekiwania. Nic na łapu – capu moi drodzy, dodała już lżejszym tonem. A teraz zostawiam pana samego. Będę z powrotem za chwilkę, zgoda?

- Dobrze. Będę grzecznie czekał i myślę, że nic nie zbroję. – Zażartował.

Przechadzając się po pokoju mógł przyjrzeć się już dokładniej wystrojowi. Wrażenie robiło ogromne poroże jelenia. Ależ to musiało być wielkie zwierze, - powiedział półgłosem, stojąc przed nim pełen podziwu. Przyjrzał się dokładniej obrazom, na których przedstawiono sceny z dawnych, sądząc po strojach, polowań. Nie był znawcą malarstwa, ale pełne dynamiki sceny robiły na nim wrażenie. Oglądając je, nie zauważył kiedy do pokoju weszła Ania.

- Podobają się panu? Usłyszał za sobą - drgnął zaskoczony.

- Są wspaniałe, o ile mogę zapytać, kogo one przedstawiają?

- To rodzina mojego zmarłego przed dwoma laty męża.

- Ach, niepotrzebnie pytałem, przepraszam. Całkiem niechcący sprawiłem pani, jak sądzę ból.

- Wie pan, to już przeszłość, chociaż chwilami jeszcze mi bardzo ciężko. Ale dość przeszłości, wróćmy do rzeczywistości, - zapraszam do stołu.

Dopiero teraz zobaczył tacę z filiżankami parującej herbaty i stertę smakowicie wyglądających kanapek. Widok jedzenia uzmysłowił, że poza kawą wypitą gdzieś podczas tankowania, cały dzień nie miał nic w ustach. Poczuł wilczy głód i kanapki znikały jedna po drugiej.

- Ależ pan musiał być głodny, zauważyła z uśmiechem, proszę jeść i nie krępować się dodała widząc, że przestał brać kanapki.

- Faktycznie byłem głodny, to jedno, a drugie, to proszę mi wierzyć, takich smakowitości dawno nie jadłem, trudno było przestać. Ale widzę, że pani nic nie je, dlaczego?

- Patrzyłam z jakim apetytem pan jadł, to była czysta przyjemność. A po drugie, to nie jestem głodna, to było wszystko tylko dla pana. Wiedziałam, że przyjedzie pan bardzo głodny.

- Miała pani całkowitą rację. Ale już dość łakomstwa. Chciałem pięknie podziękować za pyszne jedzenie. Nigdy tyle nie jadam, to był wyjątek.

- Cieszę się, że smakowało, a teraz o ile ma pan ochotę, to przyniosę kawę.

- O, za kawę bardzo byłbym wdzięczny.

- Po turecku czy z ekspresu?

- Jestem konserwatystą i poproszę po turecku – dwie łyżeczki.

- Jasne, za moment.

Znowu został sam, Na usta cisnęło mu się mnóstwo pytań. Postanowił jednak pozostawić sprawę swojemu biegowi. Nie będzie nachalny w swoich pytaniach. Był przekonany, że w swoim czasie wszystko stanie się jasne i oczywiste. Sytuacja w jakiej się znalazł, nie należała do codziennych. Był zmęczony i liczył, że dobra kawa postawi go na nogi. Przypomniał sobie o lekach. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął plik opakowań tabletek. Pracowicie wydzielał należna mu porcję.

- Widzę, że pan ma jeszcze deserek, zażartowała Ania, wchodząc z kawą do pokoju.

- Faktycznie deser, chociaż przyznam się, przejadł mi się. Ale co robić? Trzeba jakoś ratować.

Po jego słowach zapadła cisza, Ania siedziała ze spuszczoną głową a Stawski pracowicie mieszał dawno już wymieszana kawę.

- Nie bardzo wiem od czego mam zacząć, - westchnęła, - mam tyle panu do powiedzenia… - Zamilkła a ręce nerwowo mięły róg serwety okrywającej stół. Podniosła oczy i ich spojrzenia spotkały się. Nie wytrzymał jednak jej przybitego spojrzenia – Opuścił wzrok, zrobiło mu się jakoś miękko na sercu.

- Panie Lopku, pomińmy może sprawy, które wprost nie dotyczą pana i mojej mamy. Opowiem panu krótką historię mojej mamy. Historię kobiety, z której okrutnie zadrwił los. - Oto ona. Wypada rozpocząć od późnych lat trzydziestych. Rodzice mojej mamy byli polskimi nauczycielami w małej miejscowości koło Stanisławowa. Mając przekonania skrajnie lewicowe, nie uważali za agresję wkroczenia Wojsk Radzieckich we wrześniu 1939 roku. W krótkim czasie po likwidacji szkoły, dostali propozycję pracy w tworzonym oddziale NKWD w Stanisławowie. Zgodzili się bez większego zastanowienia i dostali wygodne mieszkanie po wysiedlonej rodzinie żydowskiej. Żyło im się wygodnie aż do czerwca 1941 roku. Wtedy to dostali polecenie przejścia do konspiracji i tworzenia oddziałów dywersyjnych. Dostali nowe dokumenty, inne nazwisko, mieli formalnie przestać istnieć. Po bombardowaniu Stanisławowa zaaranżowano nawet ich pogrzeb. Zostali przerzuceni jako łącznicy NKWD do tworzących się w okolicach Kielc grup GL. Z Powodzeniem koordynowali działania istniejących tam grup dywersyjnych. Zimą 1943 roku urodziła im się córeczka, Barbara - moja Mama. Rok później po wyzwoleniu znaleźli się w Lublinie, gdzie skierowano ich do pracy w UBP. Żyli trochę w odrealnionym świecie. Korzystając z przywilejów władzy, nie bardzo zdawali sprawę z tego, co się wokół nich dzieje. Wydarzenia w Poznaniu i potem Październik 1956, było dla nich, a w szczególności dla mojej babci trudno akceptowalne. Ich szczytne idee w konfrontacji z rzeczywistością, rozprysły się jak bańka mydlana. Po likwidacji UBP babcia zrezygnowała z dalszej działalności i przeszła na emeryturę. Dziadek natomiast przeszedł do powstającego SB.

W takim właśnie środowisku wychowywała się moja mama, tu obowiązywała zasada bezwzględnej lojalności i podporządkowania władzy. Własne zdanie, własne uczucia nie wchodziły w grę. Liczyła się jedynie wierność określonym ideom. Wstyd powiedzieć, ale jak kiedyś opowiadała mi mama, donosiła na kolegów ze szkoły i uważała to za swój obowiązek. Okropne! Bardzo duży wpływ na mamę miał dziadek, był jej idolem, bardzo interesowała ją jego praca. Musiał jej opowiadać, jakie dochodzenie prowadzi, co i jak robi. Nie zdziwi się pan, że po maturze trafiła pod skrzydła swego idola do SB. Miała talent i bardzo szybko zdobyła wysoką pozycję a po roku trafiła do Szkoły Oficerskiej. Kończy ją z wyróżnieniem, jest taka szczęśliwa i wydaje się jej, że u stóp ma cały świat - Ale niestety, myliła się. Trafia do Poznania. Dostała zadanie, rozpracować działającą na Politechnice organizację współpracującą z KOR-em. I tak trafiła na pana, panie Lopku. Nie znam niestety żadnych szczegółów z jej dochodzenia. Znam natomiast wszystko to, co łączyło ją z panem. Nie do wiary, jaka musiała być w panu zakochana. Proszę sobie wyobrazić, że przecież już po wielu latach opowiadała ze szczegółami wasze randki. O czym pan mówił, jak był ubrany i jak pan na nią patrzał? Lopek to, Lopek tamto, no i oczywiście, jak pan ją całował? To ostatnie wspominała z wyraźnym wzruszeniem.

Stawski słuchał tego monologu z roztargnieniem. Ten męczący potok słów zdołował jego psychikę. Zrozumiał jedno, pokochał córkę ubeckiej rodziny. Los zagrał mu na nosie.

- Panie Lopku, słucha pan? Zapytała, widząc jego wzrok utkwiony nieruchomo gdzieś w przestrzeni.

- Ależ oczywiście, - słucham, i muszę powiedzieć jedno, to brzmi dla mnie jak kiepski żart historii. Oto ja, którego ojciec Akowiec zginął a rąk siepaczy z UB, poznał i zakochał się w córce, być może mordercy swojego ojca. Myślę, że rozumie pani, co czuję w tej chwili? Muszę uporządkować swoje myśli. W najczarniejszych snach nie przyśniłbym czegoś podobnego. Zostałem całkowicie zaskoczony. Nie mogę pani rozgryźć. Proszę powiedzieć, jakie są prawdziwe motywy pani działania i o co w tym wszystkim chodzi? Nic nie rozumiem. Do diabła, dlaczego tu jestem?

- Dlaczego pan tu jest? - Na kobiecej twarzy malowała się rozpacz. - Odpowiem tak po prostu. Mama wierzy, że pan swoim przybyciem i wybaczeniem jej wszystkiego zła, uwolni ją od tych męczących koszmarów. Pozwoli jej wreszcie spokojnie odejść z tego świata. To dlatego pan jest tutaj. Rozumie pan? Tylko po to, dodała już szeptem.

Nie wytrzymała i rozpłakała się na dobre. Łzy już nieskrywane, spływały po jej policzkach. Szlochając mówiła przerywanym łkaniem głosem.

- Niech jej pan wybaczy, proszę, to ona kazała wszystko panu opowiedzieć, żeby pan mógł jej świadomie wybaczyć. Panie Lopku, - proszę.

Całą twarz miała zalaną łzami. Wyciągnęła błagalnie ręce do niego mówiąc z rozpaczą, - proszę, bardzo proszę jej pomóc.

W Stawskim coś się pękło. Chwycił Anię w ramiona i tuląc jak dziecko głaskał ją po głowie.

- Pani Aniu, proszę się uspokoić. Nie musi pani mnie błagać, bo ja dla pani mamy wybaczyłem już bardzo dawno temu. Moje uczucie zawsze znajdowało dla niej jakieś wytłumaczenie. Nie ważna była logika, Basia musiała być bez skazy.

Tak jak mała dziewczynka wtula się w ramiona ojca, tak i ona z ufnością wtuliła się w niego. Pomału uspakajała się. Coraz rzadziej spazm wstrząsał jej ramionami. Już dobrze, już dobrze potarzał cicho kołysząc ją lekko.

Po chwili delikatnie wysunęła się z jego ramion.

Podniosła na niego zaczerwienione od płaczu oczy i uśmiechnęła się smutno. Usłyszał przerywany spazmem głos, - pan jest taki dobry i wielkoduszny, myślę ze…. Głos dziewczyny załamał się. Boże, już nie mogę tego wszystkiego znieść, brak mi sił. Przepraszam, powiedziała siląc się na spokój, - muszę doprowadzić się, do jakiego takiego porządku a poza tym muszę sprawdzić, co dzieje się u mamy? Jest tam wprawdzie pielęgniarka, ale mama na pewno chce mnie widzieć. Za chwilkę będę z powrotem.

- Pani Aniu, chwileczkę. Myślę, że już nie ma na co czekać. Chcę widzieć się z pani mamą. Powiedział to spokojnym, zdecydowanym głosem, - proszę powiedzieć mamie, że pragnę się z nią zobaczyć. Dobrze?

Ania zatrzymała się w pól kroku, spojrzała na niego przeciągle i cicho zapytała, - naprawdę pan chce, mimo wszystko?

- Ależ tak, przecież tyle lat o tym marzyłem.

Jej bladą, zmęczoną i zapłakana twarz, rozświetlił w tym momencie uśmiech szczęścia. Panie Lopku już pędzę, proszę poczekać to będzie momencik. Wybiegła z pokoju.

Stawski stał nieruchomo. Czas poznać prawdę, - mruknął, - czas zderzyć wspomnienia z rzeczywistością brutalną i bezwzględną. Trzymaj się stary i bądź dzielny - dodał cicho. Odetchnął głęboko i rozejrzał się po pokoju. Wydawało mu się, że osoby z portretów uśmiechają się do niego, więc mimowolnie on też się uśmiechnął. W tym momencie weszła a raczej wbiegła uśmiechnięta Ania.

- Mama czeka na pana, tylko bardzo proszę ją oszczędzać. Jest bardzo słaba.

- Oczywiście, zdaję sprawę ze stanu pani mamy. Proszę być spokojną.

No to co, - chodźmy, proszę prowadzić. Przeszli przez duży hol, Ania otworzyła szeroko drzwi i weszli do niewielkiego pokoju.

- Mamusiu, jest pan Lopek, - powiedziała z uśmiechem.

Na pewno macie sobie wiele do opowiadania, Zostawiamy was samych. Chodźmy, powiedziała do stojącej z boku pielęgniarki.

Stawski w panującym półmroku zobaczył staroświeckie łoże i leżącą na nim postać. Zrobił niepewnie kilka kroków w tym kierunku. Słabe oświetlenie nie pozwalało na rozpoznanie rysów twarzy.

- Jak miło cię widzieć znowu, Lopeczku kochany.

Dobiegł go słaby, ale tak bardzo znajomy głos.

- Basia, mój Basiek …. Nie dokończył, głos mu się załamał. ...

Ciąg dalszy nastąpi..

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
grab2105 · dnia 17.11.2020 15:39 · Czytań: 220 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wodniczka
26/11/2021 21:32
Witaj voytek72 Nie lubię przecinków :) Cieszę się, że… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 20:08
Cholera, teraz patrzę i do nie widzę. Chyba mi się… »
mozets
26/11/2021 19:37
Tak, tak, - wszyscy co uważają, że życie bez szaleństw jest… »
Marian
26/11/2021 19:26
Korektorko, dziękuję za wizytę i miły komentarz. Wszystkie… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 17:53
Rok temu zarzuciłem ci pod tym tekstem (na konkurencyjnym… »
tetu
26/11/2021 16:52
Cześć Wiolin. Napisałeś bardzo fajny wiersz, z bardzo… »
tetu
26/11/2021 16:33
Zielony Kwiecie, dziękuję za przemyślenia i słowo na temat.… »
mozets
26/11/2021 15:16
Jo nie Pan - ino Muniek Mozets. Uwagi do tekstu -… »
voytek72
26/11/2021 15:09
Zgadzam się tetu takie motto pasowałoby tu znakomicie. :)»
Yaro
26/11/2021 15:01
Dziękuję za uwagi ale to mój styl nic więcej:)Piszę i tyle:)»
Korektorka
26/11/2021 13:22
Dzień dobry, Dziękuję za ciekawą lekturę. Uwag mam tylko… »
ZielonyKwiat
26/11/2021 12:39
Mozets, po przeczytaniu Pańskiego komentarza za bardzo nie… »
mozets
26/11/2021 10:18
Zielony Kwiecie. Nie znikaj. Pisz dalej. Jest coś w Twoich… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:35
Bez urazy, dużo jednoznacznych porównań i powtórzeń. Wszyscy… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:33
:) »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:58
Najnowszy:Iorioujhg4
Wspierają nas