Echa Przeszłości 4 - grab2105
Proza » Obyczajowe » Echa Przeszłości 4
A A A

... - Ależ pani Aniu, bardzo przepraszam. Nie chciałem urazić, ani tym bardziej sprawić przykrość. Widzi pani, jestem diabelnie przewrażliwiony na okazywaną mi litość. Nie cierpię jej, wolę obojętność. Odebrałem tą propozycję jako przejaw litości i stąd moja odzywka. A jak powiedziałem zawsze byłem samowystarczalny. A w moją przyjaźni proszę nie wątpić. Proszę się nie śmiać, ale ta przyjaźń jest jakby kontynuacją tamtej, minionej.

Przerwał, spoglądał na nią widząc jak zmienia się wyraz jej twarzy. Spoglądała na niego już z uśmiechem, a w jej oczach widział radość.

- Panie Lopku rozumiem, że teraz pan już nie pogardzi moją gościną, Prawda?

- Z zażenowaniem, ale i radością skorzystam z pani zaproszenia, choć psychicznie nie czuję się najlepiej. Mam dalej wielkie wyrzuty sumienia.

- Niepotrzebnie. Proszę mi wierzyć, to będzie dla mnie wielka radość móc gościć mojego przyjaciela.

Patrzył na nią jak się cieszy. Był zaskoczony jej reakcją, to nie mogło być udawane. Chyba naprawdę chce żebym do niej przyjechał. Ta myśl sprawiła mu niespodziewaną przyjemność.

- Panie Lopku, mój przyjacielu, mam nadzieję, że będziesz dobrze czuł się w moim domu i szybko wrócisz do zdrowia. A teraz pójdę do ordynatora i powiem mu, że pan ma zagwarantowaną opiekę i że nie ma mowy o żadnym sanatorium.

Pobiegła podskakując po korytarzu jak mała dziewczynka. Patrzył za nią z uśmiechem.

Niesamowite, jak moje życie jest pogmatwane, a jakie przyniesie jeszcze niespodzianki – powiedział półgłosem. Stał oparty o parapet z zamkniętymi oczami. W myślach przeleciały mu sceny z pobytu w jej domu, przyjazd, kolacja, jej opowieść o matce, spotkanie z Basią i jej śmierć. Tyle wydarzeń w przeciągu kilku godzin. To wydaje się wręcz niemożliwe.

- O czym pan tak myśli, - Przerwał jego rozmyślania wesoły głos za sobą.

- Filozoficznie. Myślę o moim pogmatwanym życiu i pani roli w nim. Ale dość tego, cóż to powiedział pan ordynator?

- Ma nadzieję, że jak nie zajdzie nic niespodziewanego, to za dwa dni będzie mógł oddać pana pod moją opiekę. To co, zadowolony? Uśmiechnęła się pytająco.

- Przyznam się, te dwa dni, będą mnie się bardzo dłużyły, ale będę cierpliwie czekał. Mam to inne wyjście? – Zapytał uśmiechając się zażenowany.                                        

 - O, co ja widzę? Pierwszy raz jest mi dane widzieć pana uśmiechniętego. Wraca pan do zdrowia, jak to dobrze. Muszę teraz wyjść, mam do załatwienia kilka spraw. Proszę być grzeczny. - Powiedziała patrząc filuternie i dotykając delikatnie jego dłoni.

Te dwa dni, przeleciały mu wbrew wcześniejszym obawom bardzo szybko. Z Anią widział się tylko raz i to przelotnie, była czymś bardzo zajęta. Powiedziała tylko, że jest w kontakcie z ordynatorem i że przyjedzie po niego.

Ostatniego dnia został poproszony do gabinetu ordynatora. Trochę zaskoczony tym zaproszeniem, zgłosił się.

- Witam pana panie Stawski. Proszę siadać - Powitał go od progu, i ciągnął dalej nie dopuszczając go do głosu.

- Urodził się pan pod szczęśliwą gwiazdą. Mało, że uciekł pan grabarzowi to jeszcze otrzymuje pan taką opiekę. Proszę posłuchać, Ania jest żoną naszego kolegi, mojego poprzednika, który zginął w wypadku samochodowym dwa lata temu. Dopiero co pozbierała się po tej tragedii, a teraz jej matka. – Spojrzał na niego twardym spojrzeniem. - To wspaniała kobieta. Nie wiem czym pan zaskarbił jej sympatię, ale proszę jej nie skrzywdzić. To byłoby niewybaczalne. Obiecuje Pan?

- Panie ordynatorze, nie wiem czy Ania mówiła, skąd zjawiłem się w jej domu? Powiem krótko, jej mamę i mnie łączyło od ponad czterdziestu lat coś więcej jak przyjaźń. Więc jak mógłbym wyrządzić jej córce krzywdę, to chyba oczywiste, prawda?

- Coś o tym słyszałem, ale widzi pan, obiecaliśmy sobie, że będziemy się Anią opiekowali i nie damy jej zrobić krzywdy. Pana nie znamy a różnie to bywa w życiu, i dlatego chciałem z panem porozmawiać. Ale widzę, że moje obawy były płonne. Myślę że Ania ma rację, porządny z pana facet. Ale wracając do rzeczy, jest przygotowany dla pana wypis ze szpitala. Za chwilkę powinna zjawić się Ania i możecie jechać do domu. I jeszcze jedno. Moja rada, proszę oszczędzać się, pana serduszko po tych zawałach - jest bardzo biedne. Proszę uważać na siebie zresztą, co ja mówię? Ania doskonale o to zadba. No to, powodzenia i do nie zobaczenia, zażartował na koniec ściskając mu dłoń i dalej nie dając mu dojść do słowa odprowadził do drzwi. Stojąc już w progu zdołał tylko powiedzieć banalne.

- Wielkie dzięki doktorze, do widzenia.

- No, proszę już iść, pewnie Ania już czeka.

I zamknął za nim drzwi. Automatycznie zrobił kilka kroków, nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje. Idąc tak, prawie wpadł na uśmiechniętą Anię.

- Co pan taki zamyślony?

- Miałem ciekawą rozmowę z ordynatorem.

- Ach, oni traktują mnie jak mała dziewczynkę, pewnie egzaminował pana z wartości moralnych.

- Nie, ale zazdroszczę pani takich przyjaciół. To jest wspaniałe, mnie nigdy nie było to dane. Ale to nie ważne, ważne, że wyrzucają mnie ze szpitala, i tak myślę, czy pani się czasem nie zmieniła zdania?

- Proszę nie gadać głupot, żartować się panu chce. Jest już wszystko załatwione, tylko proszę iść po swoje rzeczy, a ja czekam na pana przed szpitalem. Aha, proszę ubrać się ciepło bo ziąb straszny.

Odbierając ubranie z depozytu zauważył, że wszystko ma wyczyszczone, odprasowane a nawet buty błyszczą jak nigdy. Nie miał wątpliwości, kto za tym stoi? - Co za kobieta i jak mam się odwdzięczyć? Ona jest niesamowita. - Mruczał po nosem ubierając swoją ulubioną kurtkę skórzaną. Wreszcie był gotowy do wyjścia. Automatycznie otwarte drzwi wypuściły z budynku. Owionęło go zimne, wilgotne powietrze, skulony rozglądał się w poszukiwaniu Ani. W tym momencie koło niego zatrzymał się samochód i zza kierownicy wyskoczyła Ania.

- Ale pan szybki. Proszę siadać koło mnie. W samochodzie jest ciepło.

Trajkotała otwierając mu drzwi. Usadowił się, zapiął pasy i zapytał.

- Naprawdę, chce pani mnie u siebie? Przepraszam, że pytam, ale po raz pierwszy w życiu spotykam się z taką bezinteresownością. Nie mogę w to uwierzyć.

- Rany, ile razy mam tłumaczyć? Powiem krótko, jest pan moim jedynym przyjacielem, dla pana zrobię wszystko. Z wielką przyjemnością. Czy teraz jasne?

- Proszę zapomnieć o moich idiotycznych pytaniach, ordynator miał rację, musiałem urodzić się po szczęśliwą gwiazdą. Miał też racje mówiąc, że pani jest wspaniałą kobietą.

- No dobrze, a co on jaszcze o mnie naopowiadał?

- O pani nic, ale prosił żeby pani nie skrzywdzić, że pani już dość się nacierpiała. Tylko tyle.

- I co pan odpowiedział, jestem strasznie ciekawa. Pewnie, że codziennie będę bita, kopana i wyzywana – prawda? - Powiedziała śmiejąc się do niego,

- No nie, codziennie to byłoby dla mnie zbyt męczące, ale powiedzmy co drugi dzień, czemu nie?

Roześmieli się oboje. Wzajemne skrępowanie mijało.

- Mam prośbę, pojedźmy po drodze na cmentarz do pani mamy, dobrze?- Odezwał się nagle Stawski, - Proszę.

- Ależ oczywiście, chociaż planowałam, że pojedziemy później. Do grobu jest dość daleko, a pan niezbyt dysponowany. Boję się trochę o pana.

- Dam radę, pójdziemy pomału.

Zmieniła trasę i za chwilę byli koło bramy cmentarnej.

- Postaram się znaleźć miejsce jak najbliżej wejścia, o jest, ale fajnie będzie bliżej- ucieszyła się Ania

Wysiedli z samochodu. Stawski podszedł do stojącego opodal straganu kupując wiązankę kwiatów i znicz. Szukał w kieszeni kurtki rękawiczek, ale przypomniał, że zostawił je w samochodzie. No trudno, jakoś wytrzymam ten chłód, ręce mi nie odpadną.

Ania nie odzywała się popatrując na jego poważną twarz, domyślała się co czuje.

- Proszę dać te kwiaty ja mam rękawiczki. Proszę nie dyskutować, jestem odpowiedzialna za pana. Chodźmy już, jest bardzo zimno a pan oczywiście bez rękawiczek i w dodatku bez czapki. Stawski chciał coś powiedzieć, ale zamilkł zganiony wzrokiem Ani. Okazało się, że chwilkę byli na miejscu. Zobaczył grób obłożny wieńcami, kwiatami i stojący krzyż z tabliczką, S. P. Barbara Niemirska. Podszedł bliżej. Ania w milczeniu podała mu kwiaty i znicz i potem wycofała się dyskretnie do tyłu, obserwując go jednak uważnie. Stawski starannie ułożył wiązankę a zapalając znicz pokręcił głową jakby z niedowierzaniem. Przygarbiony stanął przy mogile przeżegnał się a posiniałe z zimna wargi poruszały się bezgłośnie. Po dłuższej chwili podszedł do Basi.

- Chodźmy już. - Powiedział krótko nie patrząc na nią.

Ania bez słowa wzięła go pod rękę i poprowadziła do samochodu. Nie odzywali się całą drogę. Prowadząc samochód widziała kątem oka nieruchomą twarz Stawskiego. Boże, jaki on biedny?  Dopiero dojeżdżając na miejsce dotknął delikatnie dłoni trzymającej kierownicę mówiąc.

- Dziękuję, jestem bardzo wdzięczny – pożegnałem się z Basią.

Podjeżdżając pod dom zobaczył swój samochód stojący tam, gdzie go zostawił tamtego wieczoru.

- Przepraszam, zastawiłem część dojazdu, nie popisałem się. Zaraz odjadę.

- Nigdzie nie będzie pan odjeżdżał. Stał tyle, to postoi jeszcze trochę. Idziemy szybko do domu, musimy ogrzać się. Pan całkiem zsiniał.

- Faktycznie zimno, ale wezmę tylko swój niewielki bagaż z samochodu, dobrze?

- Ale szybko, pomogę panu.

Uwinęli się szybko już za moment byli w znanym mu holu. Ku jego zdziwieniu skierowali się do pokoju, w którym zmarła Basia. Zaskoczony nie wierzył własnym oczom. Ale zmiany, świeżo odmalowane ściany, wesołe firanki w oknie, nowe meble, na podłodze leżał puchaty dywan.

- To pana pokój. Proszę rozgościć się, mam nadzieję, że spodoba się panu. Pokażę gdzie jest łazienka, bo jak myślę marzy pan o gorącej kąpieli, prawda? Napuszczę panu wody a potem przygotuję obiad. Gdyby panu robiło się słabo, to koło wanny jest przycisk dzwonka, - przyjdę. Nie dawała dojść mu do głosu, widział, że jest zdenerwowana, unikała jego wzroku. Pokazała jeszcze gdzie toaleta i ulotniła się.

Wrócił do pokoju, i zakręciło mu się trochę w głowie. Na moment usiadł na krześle, opuścił nisko głowę i odetchnął kilka razy głęboko. Dość tego certolenia się z sobą, mruknął. Szybko przebrał się i w szlafroku poszedł do łazienki. Kąpiel postawiła go na nogi, Nie mógł zdecydować się na wyjście z wanny, w końcu zmobilizował go głos Ani.

- Dobrze pan się czuje, panie Lopku?

- Doskonale. Naprawdę nie chce się wychodzić, pani miała całkowitą rację proponując kąpiel.

- Ale trzeba już wyjść, bo po pierwsze, nie można tak długo siedzieć w wodzie, a po drugie, obiad na stole.

- Pani Aneczko, już się robi. Za pięć minut będę do pani wyłącznej dyspozycji.

Jego wesoły głos zabrzmiał w jej uszach jak cudowna muzyka. Co bym dała, żeby zapomniał o tym wszystkim?.

- Czekam w gabinecie, pamięta pan?

- Jasne, trudno zapomnieć.

Odświeżony, przebrany w swój domowy strój, który zawsze woził z sobą zapukał do drzwi gabinetu.

- Proszę nie pukać tylko wchodzić, w końcu jest pan u siebie.

Wszedł i już miał powiedzieć, że to jednak jej a nie jego dom, ale usłyszał.

- Proszę uważać ten dom za swój, i żadnych ale. Tak ma być i już.

Usiłowała mówić stanowczo, ale widząc jego strój i zaskoczenie na jego twarzy roześmiała się.

Pani Lopku, proszę siadać do stołu już prawie zimne, ale fajny szlafrok.

- To mój ulubiony domowy strój. Proszę wybaczyć, ale tak czuję się najlepiej. Niezła uczta na stole, - wie pani, poczułem wilczy głód. – Można już? - Zażartował.

Jedli w milczeniu. Stawski, po szpitalnych zupkach zajadał ze smakiem, spoglądając od czasu do czasu na Anię, której jak było widać, również apetyt dopisywał. W końcu odsunęli talerze.

- Uf, to było wspaniałe. Ma pani wyjątkowy talent kucharski a to grzech tak się objadać.

- Przesadza pan, po szpitalnym jedzeniu wszystko wydaje się super. A teraz odniosę naczynia i przygotuję kawę, napije się pan?

- Pani Aniu, powiedziała pani ze mam czuć się jak w domu, prawda? No to pomogę odnieść i razem zaparzymy kawę. Przy okazji dowiem się gdzie jest kuchnia. To co idziemy?

- Tak nie można, pan ma się oszczędzać. - Powiedziała to jakoś mało przekonywająco, wydało mu się, że w jej spojrzeniu widzi błysk zadowolenia.

Wstał od stołu pomógł pozbierać naczynia i pomaszerował za Anią do kuchni. Okazała się dużym pomieszczeniem wyposażonym w nowoczesny sprzęt kuchenny. Pod oknem był zorganizowany sympatyczny kącik jadany.

- Proszę położyć naczynia do zlewu, potem je umyję, a teraz proszę usiąść koło okna, a ja nastawię wodę w czajniku. Pan jak pamiętam pije po turecku?

- Tak, mam taki nawyk. Będę nachalny, przepraszam, ale byłbym szczęśliwy, gdybyśmy jadali tu, przy tym stole. Czułbym się naprawdę jak w domu. A zamian ja coś pani upitraszę. Uśmiech rozpromienił jej drobną twarz,

- Czyta pan w moich myślach, skąd pan wiedział o moim marzeniu? Nie wiem czemu, ale od naszego poznania wyobrażałam sobie nas jedzących razem jak rodzina, przy tym stole.

Zagotowała się woda w czajniku, Ania zaparzała kawę do filiżanek.

- Napijmy się kawy tutaj, dobrze? – Powiedział prosząco.

- Ależ oczywiście. Zje pan coś na deser, mam jak wydaje się niezły sernik.

- Z pani rąk wszystko, nawet muchomora – zażartował.

Za oknem zapadał zmierzch, siedząc przy stole naprzeciw siebie, popijali kawę. W pewnym momencie zebrawszy się na odwagę powiedział.

- Mam kłopotliwe pytanie, czy będzie dużym nietaktem z mojej strony, propozycja zakończenia mówienia do siebie, per pan, pani.

- O, szybki pan jest, - zaśmiała się, - czemu nie. Faktycznie, tak będzie wygodniej. Chwileczkę mam gdzieś trochę czerwonego wina.

Za chwilkę pojawiły się wino i dwa kieliszki i Stawski na prośbę Ani napełnił je przyniesionym winem. Wstali trzymając kieliszki w rękach. Spojrzeli sobie w oczy i kilka sekund stali nieruchomo.

- Anna – Ania - powiedziała cicho.

- Leopold – Lopek – głos jakoś go zawiódł.

            - Wiesz, to takie dziwne uczucie, - powiedziała bardzo poważnie, - po raz pierwszy od bardzo dawna czuje się taka szczęśliwa. Już nie jestem sama.

- Aneczko, cóż ci mogę powiedzieć, jesteś moim jedynym przyjacielem. - Starał się mówić spokojnie, ale coś chwytało go z gardło.

Przytuliła się nagle do niego i rozpłakała się. Już po chwili uśmiechając się przez łzy płynące po policzkach wyszeptała.

            - Nie jestem taką płaczką, ale to z wielkiej radości że spotkałam ciebie.

Potem już poprawnie, tak jak każe tradycja, przełożyli ręce i wypili po łyku wina. Lopek przyciągnął ją lekko do siebie i delikatnie pocałował w oba policzki. Odwzajemniła się tym samym, chociaż - na moment wargi ich były niepokojąco blisko siebie.

Usiedli. Za oknem zrobiło się prawie ciemno.

- Posiedź proszę tutaj, chcę być blisko ciebie. Jak umyję naczynia to pójdziemy do salonu, tam będzie nam wygodnie. A powiedz mi Lopku lubisz muzykę?

- Pewnie, że lubię, ale chyba z racji wieku organicznie nie znoszę tej nowej, głośnej i agresywnej. Nie twierdzę, że jest zła, bo to jest oczywiście sprawa gustu. Porostu inne pokolenie jej słucha. Ja wychowałem się na innych klimatach muzycznych.

- A jaki rodzaj muzyki tobie najbardziej odpowiada?

- Ba, trudno powiedzieć. Widzisz Anusiu, to zależy od mojego nastroju, od dnia. Przedział jest duży od Chopina, Bacha, Beethovena poprzez Jazz do muzyki pop lat osiemdziesiątych. Mam w czym wybierać.

- Wiesz, to podobnie jak ja. Z tym że ja muzykę pop, kończę na latach dziewięćdziesiątych.

- Skończyłam, no to zapraszam, może coś posłuchamy.

Ania prowadziła go za rękę, jakby bała się, że się zgubi. Wyszli krętymi schodami na piętro, otworzyła drzwi i wpuściła go pierwszego do pokoju.

Przystanął zaskoczony.

- Ale tu ładnie, i jak funkcjonalnie, ale widzę że z ciebie Aneczko melomanka. Taka aparatura.

- Siadaj proszę, o tu, może w tym fotelu będzie ci najwygodniej.

Posunęła mu duży fotel, z wysokim oparciem i zabawnym podnóżkiem.

- Co ci puścić, jaki masz nastrój?

- Aneczko, wybierz proszę coś sama, puść to, co tobie w tej chwili sprawi największą przyjemność. Jestem dziwnie przekonany, że to coś i dla mnie będzie miłe dla ucha.

- Niech ci będzie, zobaczymy czy trafię.

Ania zaczęła majstrować przy aparaturze i za chwilkę rozległa się muzyka, Requiem Mozarta. Lopek aż podskoczył z wrażenia.

- Skąd wiedziałaś, Aniu, to jest niemożliwe. Czytasz w moich myślach.

- Wiedziałam, bo znam ciebie lepiej niż ci się wydaje. Wydaje mi się czasami, że lepiej niż ty samego siebie.

Zamilkli oboje. Wspaniała, podniosła muzyka wypełniła pomieszczenie i uniosła ich oboje gdzieś bardzo daleko, daleko, daleko.

Stawski poczuł ogarniającą senność i z ulgą zamknął oczy. – Zasnął.

Ania po chwili zorientowała się ze Lopek usnął. Przyciszyła trochę muzykę i usiadła naprzeciwko, przyglądając się z czułością śpiącemu. Oddychał równo, natomiast blade do tej pory policzki zaróżowiły się. Na rozluźnionej i spokojnej  twarzy błąkał się zarys uśmiechu. Wydawał się taki bezbronny. Mój biedaku, nic ci nie było darowane, - nic. Los twardo przycisnął cię do ziemi.  Tak chciałabym, żeby udało mi się wymazać przeszłość z twojej pamięci. Patrząc na śpiącego nagle wydało się jej, że to nie Lopek tylko jej mąż, Franek. Przeszedł ją dreszcz. Franek, przecież nie tak dawno siedział tu, w tym fotelu i słuchaliśmy razem muzyki. A teraz… to już dwa lata. Wstała, wyłączyła muzykę, zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. Po chwili uspokoiła się i znowu usiadła. Teraz mam tylko ciebie, - szepnęła do siebie patrząc na Lopka.

Zatopiona w myślach nie zauważyła, że Lopek już nie śpi, ale przygląda się jej z uśmiechem.

- Aneczko przepraszam, ale zmęczenie i sen pokonały mnie.

- Powiedz mi, o czym tak myślałaś? Twoja twarz wskazywała, że nie było to nic miłego. Zacząłem się niepokoić.

- Ach, nie mówmy teraz o tym. Może kiedyś. To niedobre wspomnienia.

A że usnąłeś, nic dziwnego. Powinnam już dawno kazać ci się położyć. Na pewno jesteś jeszcze bardzo słaby i musisz dużo spać. To moja wina. Ale tak chciałam pobyć koło ciebie. Jestem taka samolubna, prawda?

- Daj spokój, i tak bym nie posłuchał to po pierwsze, a po drugie, twoja obecność, powoduje, że czuję się taki wyciszony i uspokojony. Jest mi po prostu dobrze. A tak w ogóle, to jesteś małą czarownicą – zaczarowałaś mnie.

- Uf, Spadł mi wielki kamień z serca. Bałam się, że mnie odtrącisz, zamkniesz się w sobie jak ślimak nieczuły na przyjaźń innych ludzi. Bardzo dobrze, że tak się nie stało?

- Powiem tak, byłem bardzo blisko tego ślimaka. Żałowałem, że nie jesteśmy razem z Basią tam, gdzie ona poszła. Tutaj nic mnie nie trzymało. Absolutnie nic. Jeszcze dzisiaj na cmentarzu pomyślałem, - szkoda że nas rozłączyli. I popatrz, jak dziwne są meandry życia?  Nie wiem, kiedy i jakim sposobem stało się to, że znowu uwierzyłem w życie. W jego sens. Dokonałaś rzeczy wielkiej, niemożliwej.

Zamilkł, spoglądając z wdzięcznością na dziewczynę. Nie wytrzymała tego spojrzenia. Uciekła wzrokiem gdzieś na bok, jakby bojąc się spojrzeć mu w oczy. Nie odzywali się, byli każdy w swoim własnym małym świecie.

Ciszę przerwał Ania.

- Zrobiło się już późno i musisz odpocząć. Jutro też będzie dzień. Chodźmy, przygotujemy coś do jedzenia i pójdziesz spać.

Sformułowanie „przygotujemy” powiedziane w liczbie mnogiej sprawiło mu nadspodziewaną przyjemność.

- To jest mój pokój, tutaj sypiam. - Powiedziała pokazując mu drzwi obok salonu. - Gdybyś czegoś potrzebował przyjdź bez żadnych obiekcji. Ja i tak będę zaglądała do ciebie w nocy. Licho nie śpi.

Kolację istotnie przygotowali razem. On przygotował kanapki z serem, Ania herbatę, a potem zgodnie usiedli do jedzenia. Postronny widz nie zauważyłby nic szczególnego, ot zgodne małżeństwo przygotowało i je kolację – normalność. Dla nich jednak było to coś niezwykłego i magicznego. Posiłek przebiegał prawie w milczeniu, padały jedynie jakieś półsłówka. Spoglądali na siebie ukradkiem, jakby wstydząc się okazać, że im tak dobrze razem.

Ciąg dalszy nastąpi...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
grab2105 · dnia 27.11.2020 12:26 · Czytań: 361 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Yaro
28/06/2022 21:41
Świetny film i bardzo dobry wiersz. Pozdrawiam… »
Yaro
28/06/2022 21:39
GUZIKI /Pamięci kapitana Edwarda Herberta/ Tylko guziki… »
Brytka
28/06/2022 21:06
Z podobaniem, pozdrawiam »
Gramofon
28/06/2022 14:39
Dziękuję, cieszę się, że się podobało. Pozdrawiam. »
wolnyduch
27/06/2022 20:48
Msz sens życia, to coś więcej poza przetrwaniem, ale… »
Yaro
27/06/2022 19:09
Jezus chce byśmy się cieszyli, radowali miłość jest radością… »
Materazzone
27/06/2022 17:27
Jak dla mnie zbyt...proste? Może nie, raczej zbyt łatwe w… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:37
Nie lubię żartów z religii (nie twierdzę, że taki był… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:35
Dobrze napisane i fabuła fajna. W obydwu przypadkach sukces… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 09:14
Dzięki! Zawsze miło cię widzieć. Pozdrawiam »
Marian
27/06/2022 07:25
Ciekawie napisane. Zgadzam się z tulipanowką, przeżyła, bo… »
Yaro
26/06/2022 13:42
Dziękuję Kasiu:)Pozdrawiam:) Duszku akurat Jezus pokazał… »
Marek Adam Grabowski
26/06/2022 09:32
Spoko. Przy okazji polecam moje ostatnie opowiadanie.… »
Marian
26/06/2022 07:44
Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Akapit zaraz usunę. »
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
ShoutBox
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas