Echa Przeszłości 5 - grab2105
Proza » Obyczajowe » Echa Przeszłości 5
A A A

 ... - No to do spania, ja tu potem posprzątam. - Powiedziała zdecydowanym głosem. Chodźmy. Mam nadzieję, że będzie ci wygodnie.

- Ton twojego głosu nie daje mi żadnego wyboru, ale wierz mi, nie mam na to najmniejszej ochoty. Ale cóż, – chodźmy.

Spojrzał na nią przeciągle. Wspaniała kobieta, – pomyślał.

Przygotowując mu spanie, instruowała,

- Posłuchaj, tu na ścianie jest przycisk dzwonka. Gdybyś poczuł się źle, dzwoń natychmiast. Pamiętaj. A ja, jak powiedziałam będę zaglądała do ciebie. To tyle. Śpij dobrze, – odpocznij. I nie zapomnij, gdyby co, dzwoń natychmiast. Dobranoc Lopeczku, nachyliła się całując go w policzek. Nim się opamiętał. Już nie było jej w pokoju.

Pokręcił głową, ona jest niesamowita. Myjąc się przyjrzał się odbitej w lustrze twarzy, oj przybyło siwizny, przybyło. A i oczy jakby się zapadły, zmarszczki koło ust a zapadnięte policzki. Do diabła, co ja wyczyniam, na randkę idę czy co? Nie wygłupiaj się stary, wiesz gdzie twoje miejsce, - powiedział półgłosem. Po powrocie bez zastanowienia wsunął się do świeżutkiej pościeli i prawie natychmiast zasnął.

Był jasny dzień jak się obudził. Przeciągnął się aż mu kości zatrzeszczały. Spojrzał na zegarek, o rany już dziewiąta, ale spałem. Sięgnął na krzesło szukając szlafroku. Nie znalazł jednak tego swojego, ukochanego, był inny. Nie mając innego wyjścia przymierzył go. Pasował jak ulał. Wyszedł do holu i natknął się na Anię.

- Witaj! Spałeś jak niemowlę. Przespałeś całą noc w jednej pozycji

- Dzień dobry. Nie wiem, kiedy zasnąłem. Musiałem być jednak zmęczony. Ale powiedz mi gdzie podział się mój szlafrok, znalazłem inny to go wziąłem.

- Wybacz, ale postanowiłam nieco doprowadzić go do porządku. Jest aktualnie w pralce. Nie gniewasz się na mnie? - Powiedziała przymilnie.

- Łaskawie wybaczam. - Oczy mu się śmiały, choć starał się robić groźną minę.

- Wstyd się przyznać, ale od powiedzmy, pewnego czasu nie był prany. Dziękuję i przepraszam.

- No dobra. Leć i zrób co musisz, potem melduj się w kuchni, jasne. - Jej głos brzmiał radośnie. Patrzyła na niego z nieukrywaną czułością.

W kuchni zastał nakryty stół z parującymi kubkami kakao, świeżymi bułeczkami z masłem i miodem.

- Siadaj. Musisz dobrze się odżywać, dlatego jest to, co widzisz. Nie wiem czy to lubisz, ale zaryzykowałam.

- Jejku, dzięki za troskliwość. Ale jeśli chodzi o jedzenie, to jestem wszystkożerny. Nie jestem wybredny.

- No to miło wiedzieć, ale jedzmy już bo kakao nam całkiem wystygnie. – Nie wiem jak ty, ale czuję się bardzo głodna.

- To jeszcze nie jadłaś?

- No wiesz, bez ciebie? Od dawna jadłam w samotności i nie będę teraz jadła bez ciebie.

Oboje jedli z apetytem. Lopek jakoś odruchowo dolał sobie kakao. Widać było, że czuje się dobrze. Wzrok dziewczyny zarejestrował to z radością.

- Lopeczku, muszę teraz zostawić cię samego. Muszę na trochę wyjść do szpitala. To nic takiego, ale tam pracuję i jestem kierownikiem laboratorium. - Dodała, widząc jego zaniepokojone spojrzenie.

- Jestem wprawdzie na zaległym urlopie, ale mają tam jakieś kłopoty i muszę iść.

A ciebie zostawiam na gospodarstwie. Powinnam byś w domu koło trzynastej. Nie gniewasz się na mnie?

- Daj spokój, jestem już dużym chłopczykiem. Zostaw mi tylko swój numer telefonu. Właśnie ładuje się moja komórka, to będziemy mogli być w kontakcie.

- Numer masz tu na kartce, a tu klucz od domu. To na wszelki wypadek, gdybyś miał ochotę wyjść.

- To leć, wiem, że i tak jesteś spóźniona. O mnie się nie martw. Powodzenia - czekam.

Został sam. Pozmywał naczynia i zaczął myszkować po kuchni. Wypadałoby coś jej upichcić na obiad - mruknął. W zamrażalniku było jakieś mięso, o schab bardzo dobrze, zjemy sobie schaboszczaka, - mruknął. Były ziemniaki, jajka, w zasadzie było wszystko, czego potrzebował.

Poszedł do swojego pokoju i nie składając wersalki zasłał swoje spanie.

Tak – mruknął, teraz sobie zadzwonimy. Pani Zosia pewnie bardzo się martwi. Trochę mnie już nie ma, dodał mrucząc pod nosem.

- Dzień dobry pani Zosiu, to ja Stawski.

- O pan Lopek. Jak się cieszę, tak martwiłam się o pana.

- Musiałem się zatrzymać na dłużej, a tak się składa że będę tu jeszcze trochę czasu. Mam wielką prośbę. Proszę spakować i wysłać moją bieliznę, parę koszul zresztą pani wie, co mi potrzeba. Adres zaraz podam. I jeszcze jedno, Na pewno są do zapłacenia normalne płatności. Proszę podać kwotę a ja ją przeleję na pani konto, dobrze pani Zosiu.

- Ależ oczywiście dzisiaj jeszcze wyślę, a co do płatności, to wszystko uregulowałam. Panie Lopku, a panu czasem nic się nie stało? Z pana sercem….

- Pani jest jedyna, a ile tego wyszło? Zaraz zrobię przelew. I proszę nie niepokoić się, żadna krzywda mnie się nie dzieje. I ostatnia rzecz, proszę po staremu doglądać mieszkania, oczywiście na starych zasadach. Gdyby coś się działo to proszę dzwonić, pani ma mój numer telefonu. Za chwilkę przeleję pani cała kwotę. Jeszcze raz bardzo dziękuję.

- Do widzenia Pani Zosiu.

- Do widzenia Panie Lopku, Proszę uważać na siebie.

No to mam jedno załatwione – będę miał trochę potrzebnych rzeczy. Teraz bank - znowu gadał do siebie. Trwało to chwilę zanim pokonane zostały wszystkie procedury bankowe i pieniążki zostały przelane. A teraz szukajmy bankomatu. Lopku w drogę. Szybko ubrał się zabierając klucz z kuchni i sprawdził jak rozmraża się mięso. Mam gdzieś godzinę czasu. Pozamykał dom i odjechał swoim, blokującym podjazd autem. Wysiadając zabrał rękawiczki i czapkę. Wyszedł na ulicę. Mijając jakąś kobietę, - usłyszał.

- Dzień dobry panie Leopoldzie.

- Dzień dobry. Odpowiedział odruchowo.

- O to pan już zdrowy.

- Tak zdrowy. A pani mnie zna?

- O, pan jest tu znany. Pan mieszka u pani doktorowej, prawda?

- Mam do pani prośbę? - Zmienił temat. - Gdzie tu jest bankomat?

 - A, bankomat. To bliziutko, na rondzie. Pięć minut i pan tam będzie.

- Bardzo pani dziękuję. Do widzenia.

Postawił kołnierz kurtki i odszedł w pośpiechu chcąc uniknąć dalszej rozmowy. No i tak stałem się sławnym człowiekiem, - zaśmiał się pod nosem. Istotnie, za parę minut miał gotówkę w kieszeni. Pospacerował trochę, porozglądał się po sklepach i stwierdziwszy, że z zakupami nie będzie kłopotów ruszył do domu. Obsypany padającym dość obficie białym puchem przekroczył próg domu.

Ania po powrocie zastała Lopka w jej fartuszku ubijającego kotlety.

- Co ty do cholery wyrabiasz? Masz leżeć, odpoczywać a ty, co? Szwendasz się po okolicy, odstawiasz gotowanie. Obrok ci w tyłku pląsa! - Ania udawała zagniewaną, ale jej oczy mówiły zupełnie coś innego.

- Nie bij starego. Widzisz, chcę być choć trochę pożyteczny.

- Zaskoczyłeś mnie. Co ja tu widzę, - zupa ugotowana, ziemniaki obrane a kotlety prawie na patelni? Naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć?

- Lepiej nic nie mów. Zaraz podaję zupę, a skąd wiesz, że spacerowałem.

- Mój drogi, tutaj nic się nie ukryje. Wracając do domu od trzech osób przyjęłam gratulacje, że jesteś zdrowy. Wyobrażasz.

- Przekonałem się o tym. Jakaś spotkana pani powiedziała mi pięknie, dzień dobry i wyraziła swoje zadowolenie, że jestem zdrów i jestem znaną w okolicy osobą. Fajnie.

Rozmawiając z Anią nalał do talerzy zupy, martwiąc się, czy będzie jej smakowała? Zupa miała w założeniu być kartoflanką, ale nie był pewien, czy czegoś nie sknocił?

- Jedzmy, reszta będzie jak ziemniaki ugotują się.

Ania zaczęła jeść. Lopek z niepokojem czekał na jej reakcję. Jadła z apetytem. Nie jest źle, - pomyślał.

Dopiero po chwili pomiędzy kolejnymi połykanymi łyżkami zupy, usłyszał.

- Ugotowałeś coś wspaniałego. Smakowitość.

Wielki głaz niepewności spadł mu z serca.

Po skończonym obiedzie głęboko odetchnęła.

- To było piękne. Pierwszy raz od bardzo dawna czekało na mnie coś ciepłego. A tu dodatkowo, takie smakowitości. – Wielkie dzięki.

- Nie przesadzaj, a cała przyjemność po mojej stronie.

- Teraz moja kolej. Zaparzę pyszną kawę, którą wypijemy w salonie, posłuchamy muzyki i porozmawiamy. Zgoda?

- A mam inne wyjście. Szefowa każe, szefowa ma zawszy rację.

- Oj, niedobry Lopek, nabija się z biednej kobiety.

Żartując po drodze, zanieśli kawę do salonu.

- Dzisiaj ty wybierasz muzykę, to są płyty, tu odtwarzacz a ja tutaj.

Widać było, że szczęśliwa. Patrzyła na niego z czułością jak z zacięciem przedzierał się przez stos płyt.

O mam, już puszczam. Uwaga! - Obwieścił przyglądając się Ani.

- O, Tysiąc uśmiechów Leonarda Cohena. Jakie to ładne, no i na czasie. -Przymknęła oczy wsłuchując się w muzykę.

- Posłuchaj. - Powiedziała to jakimś poważnym tonem. Lopek znieruchomiał.

- Wybacz, ale muszę wywiązać się z danej obietnicy. Muszę dokończyć opowieść o mojej mamie. Ostatnio nie było mi to dane, zrobię to teraz.

Stawskiemu zrobiło się naraz bardzo smutno. Powróciły wspomnienia. Uśmiech, który przed chwilą gościł na jego twarzy uciekł w popłochu.

- Masz rację. - Załatwmy to do końca.

O ile pamiętam, zakończyłam moją opowieść w momencie aresztowania ciebie. Otóż wiedz, że widok jaki zobaczyła wychodząc wtedy z sali sądowej, prześladował ją do końca życia. Ten widok za wszelką cenę chciała wymazać z pamięci. Gdzieś za kilka miesięcy wyszła za mąż. Za niedługo ja się urodziłam. Trwało ono bardzo krótko, tak krótko, że nigdy nie poznałam ojca. Nie wolno było o nim mówić. Jakby nigdy nie istniał. Mama nigdy nie miała dla mnie czasu, Była zajęta pracą lub kolejnym mężczyzną, Po kilku latach pojawił się jej nowy mąż, potem rozwód i kolejny ślub, no i jakże by inaczej, kolejny rozwód. Myślę, widziałeś na cmentarzu, że mama zawsze pozostawała przy swoim nazwisku. Powiedziała kiedyś w chwili szczerości, że może go zmienić tylko na Stawska. Miała okresy załamania, chciała odebrać sobie życie, trzeba było ją pilnować. Zaczęła pić, najpierw ukradkiem a potem już bez żenady. Staczała się. Ja w tym czasie już wyszłam za mąż i dopiero Franek zdołał ją namówić do leczenia. Załatwił jej pobyt w szpitalu i dobrą opiekę. Wyszła z tego, ale zaczęła podupadać na zdrowiu. Tryb życia, jaki prowadziła dawał znać o sobie. Wymagała opieki, nie dawała sobie rady. Trzeba było zabrać ją do nas, Mieszkała tu trzy lata. Resztę znasz. To pokrótce tyle z życia nieszczęśliwej kobiety.

Jest jeszcze coś, co powinieneś wiedzieć. Historia tego domu. Jak mówiłam, to dom rodzinny mojego męża. Pochodził z rodu, którego korzenie sięgają piętnastego wieku. Wtedy to jego protoplasta za jakieś zasługi, został podniesiony przez króla do stanu szlacheckiego i nadano mu jakieś włości. Do czterdziestego trzeciego roku mieszkali w swoim dworku na Wołyniu, a ten dom był ich letnim domem myśliwskim. Jesienią tego roku ukraińskie bandy nocą napadły dworek, zamordowali dziadków męża i spalili obejścia. Ojca męża uratowała jakimś cudem piastunka. Ukrywali się jakiś czas, a potem przedostali się do dalszej rodziny w Polsce. Po wojnie wiadomo, państwo zabrało wszystko i dopiero w latach siedemdziesiątych udało się im odzyskać swoją własność - ten dom. Jak widzisz, wojna nie oszczędziła nikogo.

- Wiesz, co pomyślałem? - Bardzo dziwne są zrządzenia losu. Spójrz, gdyby niepoświęcenie piastunki ratującej dziecko, nie poznałbym ciebie, i nie siedziałbym teraz szczęśliwy w tym domu. Fakt, zostało to okupione daniną zmarnowanego życia dwojga ludzi, lecz myślę, że los ma czasem gest, lubi wynagrodzić wyrządzone przez siebie krzywdy.

Patrzyła na niego uśmiechając się smutno.

- Nie wiem, co mam powiedzieć. Los mój drogi, bywa bardzo pokrętny i nie spieszno mu do naprawiania krzywd.

- Ależ nie myśl tak. Nie wolno nam żyć tym, co było. To czas miniony. Czas najwyższy zacząć żyć tym, co teraz. Tak Aniu, żyć i wykorzystać każdą ulotną i tak szalenie krótką chwilą. Jak myślisz, warto?

- Czy warto? Hm, retoryczne pytanie, tylko tak naprawdę, to nie jest takie proste. Przełamanie psychiki nie następuje jak za machnięciem różdżki.

- No już dobrze, dość smutków, - zmieńmy temat. Wiesz, że za dwa tygodnie Boże Narodzenie?

- Pewnie, że wiem i już nawet kupiłam, co nie co.

- A Choinka będzie, a może prawdziwa?

- Taką, jaką tylko mój gość zażyczy.

- Choinka tylko prawdziwa, bo jej zapach to dla mnie synonim świąt.

Pomału wracał poprzedni, swobodny nastrój. Smętne do tej pory twarze nabierały radosnych barw.

- Tylko musimy kupić jakieś ozdoby, bo żadnych nie ma w domu.

- Nie martw się. Pojedziemy i wybierzemy co nam się spodoba. Ozdoby, lampki i co tylko zechcesz. Ale właśnie, skoro mowa o zakupach. Nie chcę ciebie urazić, ale skoro mam być domownikiem, to muszę również ponosić określone koszty. Proszę cię, nie odmawiaj mi i weź tą kopertę.

- To wyjaśniło się dlatego byłeś przy bankomacie. Jesteś niesamowity, ale sam powiedz, jak mogę przyjąć pieniądze od gościa, najdroższego gościa.

- Masz rację, od gościa nie, ale od domownika?

- Ty zawsze postawisz na swoim, tak zagadasz, że człowiek zgłupieje.

- Co mam z tobą robić? Dobrze, ale pod jednym warunkiem, o wydawaniu tych pieniędzy decydować będziesz ty. Zgoda?

- Powiem inaczej, będziemy wydawali razem, tak jak razem mieszkamy, - i podał wyjętą z kieszeni złożoną na pół kopertę.

Ania otworzyła i zrobiła wielkie oczy. Spojrzała na niego zaskoczona.

- Jejku, tyle pieniędzy? Czyś ty zwariował? Tysiąc złotych.

- Jeszcze nie zwariowałem, ale święta urządzimy sobie jak marzenie. Zrobimy nareszcie coś dla siebie. Cieszę się na samą myśl.

- Normalny z ciebie wariat, ale taki drogi mojemu sercu.… - Głos coś ją zawiódł i podeszła do płyt maskując wzruszenie.

- Puszczę coś dobrze?

- Powiedz, spodziewasz się kogoś na Wigilii.

- No właśnie, bałam się tego pytania, – powiedziała smutno.

- Widzisz, wychowałam się w rodzinie skrajnie ateistycznej. Wszelkiego rodzaju święta kościelne traktowane były jak idiotyczny przesąd. Pojęcie choinki, wigilii było u nas całkowicie obce, - nieznane. Powiem ci więcej, nigdy nie byłam ochrzczona. Mama wyleciałaby z pracy za takie coś, a zresztą, nie widziała takiej potrzeby. Takie to były czasy. Mój mąż był wprawdzie wierzący, ale jakoś nie przywiązywał większej wagi do tradycji. Tak więc przeżyłam tyle lat nie zaznając radości przeżywania Świąt Bożego Narodzenia. Przepraszam, ale musiałam to powiedzieć. A jednocześnie masz odpowiedź na twoje pytanie, – nikt nie będzie.

- Nie martw się dziewczyno. O ile pozwolisz, to wspólnie urządzimy takie święta, że hej. Przekonasz się, będzie ciepło i rodzinnie. Ja się tym zajmę. Obiecuję.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę. Tak zawsze zazdrościłam koleżankom, jak opowiadały o choince, opłatku, prezentach i o tych całych przygotowaniach przedświątecznych. A teraz dzięki tobie będzie mi dane samej to przeżyć.

- A więc umowa stoi, urządzamy święta. Huraaa.

Lopek był w siódmym niebie. Cieszył się, że i on będzie miał wigilię taką, jaką miał w swoim domu rodzinnym. Pamiętał, a przynajmniej wdawało mu się ze pamięta, co wtedy było i jak to się robi. Damy radę, - pomyślał.

- Mówisz Lopku zrobimy, a ja nie wiele umiem. Mogę być tylko pomocnikiem i pilnym uczniem mistrza.

- Aha, mistrza… będziemy eksperymentować. Pamiętam oczywiście, co i jak było, ale ze szczegółami kulinarnymi to trochę gorzej. Widzisz, tak się złożyło, że to będzie dla mnie pierwsza, prawdziwa Wigilia od bardzo wielu lat.

Rozgadali się na dobre. Planowali zakupy, co przyrządzą na święta, gdzie postawią choinkę. Byli szczęśliwi.

- Popatrz jak już późno a obiecywałam sobie, że zmuszę ciebie do drzemki poobiedniej. Jestem okropna. Chodźmy, zjemy coś i pójdziesz grzecznie do łóżka. I nie dyskutuj z szefową, – zażartowała. Jutro nigdzie nie muszę iść i będziemy mieli cały dzień dla siebie.

Lopek grzeczniutko podreptał za Anią. Tak naprawdę, to czuł się mocno zmęczony. Za dużo sobie zadałem na dzisiaj. Jestem do kitu.

Po kilkunastu minutach gdy Ania weszła do jego pokoju, już smaczne spał.

Ale musiał być zmęczony, - pomyślała. Nie może tak się forsować, musisz tego pilnować dziewczyno. Stała przez chwilę patrząc na jego spokojną twarz. Ostrożnie podeszła, nachyliła się i delikatnie pocałowała go policzek. Dobranoc – szepnęła. Jakby przestraszona tym, co zrobiła szybko uciekła z pokoju.

Poszła do salonu, włączyła muzykę i zamyśliła się. Co się ze mną dzieje i dlaczego nie mogę przestać o nim myśleć? Przecież tylko przez pamięć o mamie zaopiekowałam się nim. Przecież to ja go tutaj sprowadziłam - wypadało. Teraz jednak okazuje się, że jest coś więcej. Ma w sobie to coś, co chwyta za serce. Emanuje z niego takie ciepło i spokój. Czuję się przy nim taka bezpieczna. Pomału zaczynam rozumieć mamę i jej fascynację Lopkiem. Boję się, że i ja ulegnę jego urokowi. Miotają mną skrajności, chcę a jednocześnie bronię się przed tym. Wiem, przecież minie jakiś czas, nabierze sił i odjedzie. A ja…. Zostanę znowu sama jak kołek w płocie. Zdziwaczała baba, jak za plecami mówią o mnie. Przecież nie możesz nawet marzyć o tym, że zostanie. To przecież niemożliwe dziewczyno. Daj sobie spokój, – przywołała się do porządku. ...

Ciąg dalszy nastąpi.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
grab2105 · dnia 07.12.2020 08:18 · Czytań: 232 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wodniczka
26/11/2021 21:32
Witaj voytek72 Nie lubię przecinków :) Cieszę się, że… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 20:08
Cholera, teraz patrzę i do nie widzę. Chyba mi się… »
mozets
26/11/2021 19:37
Tak, tak, - wszyscy co uważają, że życie bez szaleństw jest… »
Marian
26/11/2021 19:26
Korektorko, dziękuję za wizytę i miły komentarz. Wszystkie… »
Marek Adam Grabowski
26/11/2021 17:53
Rok temu zarzuciłem ci pod tym tekstem (na konkurencyjnym… »
tetu
26/11/2021 16:52
Cześć Wiolin. Napisałeś bardzo fajny wiersz, z bardzo… »
tetu
26/11/2021 16:33
Zielony Kwiecie, dziękuję za przemyślenia i słowo na temat.… »
mozets
26/11/2021 15:16
Jo nie Pan - ino Muniek Mozets. Uwagi do tekstu -… »
voytek72
26/11/2021 15:09
Zgadzam się tetu takie motto pasowałoby tu znakomicie. :)»
Yaro
26/11/2021 15:01
Dziękuję za uwagi ale to mój styl nic więcej:)Piszę i tyle:)»
Korektorka
26/11/2021 13:22
Dzień dobry, Dziękuję za ciekawą lekturę. Uwag mam tylko… »
ZielonyKwiat
26/11/2021 12:39
Mozets, po przeczytaniu Pańskiego komentarza za bardzo nie… »
mozets
26/11/2021 10:18
Zielony Kwiecie. Nie znikaj. Pisz dalej. Jest coś w Twoich… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:35
Bez urazy, dużo jednoznacznych porównań i powtórzeń. Wszyscy… »
Andrzej Baka
26/11/2021 09:33
:) »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas