Era martwych zegarów - DanielKurowski1
Proza » Inne » Era martwych zegarów
A A A
Od autora: Opowiadanie post-apo napisane w celu ćwiczenia bardziej obrazowych opisów, dodających jakiegoś klimatu.

Gdyby ktoś mnie wcześniej zapytał, jak wyobrażałem sobie koniec świata, najpewniej bym go wyśmiał. Nie wierzyłem w takie rzeczy, zwykłem stąpać twardo po ziemi. Jeśli jednak musiałbym odpowiedzieć, wspomniałbym coś o przerażeniu, bólu i cierpieniu, ciągnącym się w nieskończoność. O złu, śmierci i płaczu.

W rzeczywistości było jednak inaczej.

Krócej.

Koniec świata przypominał precyzyjne poderżnięcie gardła ostrym nożem. Szybkie i niemal bezbolesne, wpędzające w chwilowy szok, który ostatecznie przechodził w pustkę. Koniec świata był jak zegar, który przestał odmierzać czas. Gdy opadły płatki popiołu, gdy ustały krzyki, umarły ostatnie rośliny i zwierzęta – świat stanął w miejscu, pozbawiony celu.

Pusty. Cichy. Martwy.

***

Ci, którzy przeżyli przypominali bardziej brudne karaluchy niż ludzi. Byłem jednym z nich, samotnym, być może ostatnim. Od miesięcy nikogo nie spotkałem.

Nie uważałem się za szczęśliwca. Przypominałem wątły cień, żałosne odbicie dawnego siebie. Byłem jak bohater starożytnych tragedii, zmagający się z własnym fatum. Małym człowiekiem, z którego śmiali się bogowie ukryci wysoko nade mną, o ile faktycznie istnieli, a ich imiona były prawdziwe.

Jak brzmiało moje imię? Nie miało to już dla mnie znaczenia, dawno je zakopałem. Leżało obok mojej pięknej żony oraz ukochanego syna, w miejscu obcym i dalekim. Bezimiennym, surowym, pozbawionym wspomnień.

Jednak pamięć była dla mnie bardzo ważna. Nosiłem więc imiona mych bliskich w sercu i na rękach, wyskrobane tępym, zardzewiałym nożem.

Tego zapomnieć nie mogłem.

Nigdy.

Nie płakałem na myśl o nich, choć pragnąłem coś poczuć, odkopać resztki smutku, czy wzruszenia. Chciałem, by po policzkach spłynęły łzy, jednak moje oczy pozostawały suche i obojętne – wyschły wraz z ostatnimi rzekami. Słodkie uczucie miłości, było mi równie obce co radość z widoku uśmiechniętej rodziny.

Mojej rodziny.

Ich twarze były zamazane, pęknięte jak w szklanej ramce, na wpół już nieznane.

***

Miałem ostatni cel. Może dawniej uznałbym go za błahy, jednak dziś decyduje on o całym moim życiu. Musiałem jakiś mieć. Dzięki niemu zachowałem resztki człowieczeństwa.

Wróciłem do rodzinnego miasta, choć teraz przypominało raczej radioaktywne gruzowisko, szare i niegościnne. Niebo było ciemne, jednolite. Wraki opuszczonych w popłochu samochodów zardzewiały, a mieszkania z oknami wybitymi lub obrośniętymi gęstym kurzem zapomniały o wcześniejszych właścicielach.

Dziś były trumnami, schronieniem dla robactwa, dziwnych chwastów i mutantów.

Nie wiedziałem nawet, która była godzina, stary zegarek na moim nadgarstku dawno przestał działać. To i tak nie miało już znaczenia. Znaczenie miało tylko to, że z każdą chwilą zostawało mi coraz mniej czasu, moje ciało umierało.

Ja umierałem.

Musiałem się pospieszyć.

***

Doszedłem niemal do celu.

Stałem przed starą szkołą podstawową – miejscem dobrze mi znanym. Spędziłem w niej połowę życia, najpierw jako uczeń, później jako nauczyciel języka polskiego. Była moim drugim domem, może nawet bliższym, niż ten pierwszy, który znajdował się na ruchliwym osiedlu, dziś przypominającym jedynie zapomniany cmentarz.

Wszedłem ostrożnie do środka, uważając na zniszczone meble, na trupy nieznanych mi ludzi, porozrzucane niedbale niczym niechciane lalki, pozbawione szacunku.

Ludzi, którzy szukając tu schronienia, znaleźli jedynie śmierć.

Widziałem stary zegar ścienny, który nie odmierzał czasu, pozbawiony swego celu, jak wszystko inne. Czułem duszący zapach kurzu, rozkładu i wilgoci – zapach śmierci.

Mgliste wspomnienia ścierały się z brutalną rzeczywistością. Czasy mojego nauczania były wspaniałe, pełne rozmów, śmiechów i wyjątkowych znajomości. Zwykłych problemów, smutków, dziś wręcz absurdalnych.

Budynek szkoły przypominał mi teraz bardziej mroczny labirynt, aniżeli placówkę oświaty, w której niegdyś pracowałem. Dawniej była to wspaniała budowla, budząca podziw, jednak dziś pozostały po niej jedynie popękane ściany z czerwonej cegły, zarwane sufity i zniszczone posadzki.

Mimo to konstrukcja wciąż sprawiała wrażenie, jak gdyby podtrzymywały ją moce wykraczające poza zwykłe rozumowanie.

***

Usłyszałem szelest w oddali. Coś upadło, rozbiło się. Spojrzałem w głąb szkoły, a ziarno niepewności, może nawet pierwotnego strachu, zrodziło się w moim umyśle.

Ludzie czy potwory? Może jedno i to samo?

Ujrzałem dwa kształty, chyba mutantów, warczących i rozszarpujących jakieś marne zwłoki nieszczęśnika.

Zamarłem.

Potwory znajdowały się na korytarzu prowadzącym do schodów i nie zamierzały nigdzie odejść, zajęte jedzeniem. To teraz ich leże, ich żerowisko.

Mutanty były pozbawione oczu i miały odsłonięte mięśnie, zniekształcone, lecz silne. Ich długie pazury wyglądały jak ostre sztylety, a pożółkłe zęby przypominały rzędy igieł, z których skapywała ślina zmieszana z krwią.

Cholera, tylko nie to.

Musiałem wejść na samą górę, a nie posiadałem żadnej broni, niczego przydatnego. Byłem bezbronny, zdany na ich łaskę – mutantów lub bogów.

Modliłem się w duchu.

Istniały tylko dwa wyjścia. Obejść je w ciszy, licząc, że skupione na jedzeniu bestie nie zauważą jednego, żałosnego człowieka, próbującego prześlizgnąć się przez korytarz.

Mogłem też dać się im po prostu pożreć, zakończyć swój żywot tu i teraz, jako przegrany, bez osiągnięcia ostatniego celu. Odejść otoczony żałosnym skowytem i wszechobecnym bólem.

Nie.

Ruszyłem powoli, uważając, gdzie stawiam kroki, zupełnie jak na polu minowym. Podłoga była wypełniona kawałkami szkła, puszkami i gruzem. Musiałem być cicho, przestałem nawet oddychać, a moje schorowane serce biło coraz ciszej, wolnej.

Czułem, jakby czas faktycznie stał w miejscu.

Usłyszałem przeraźliwy wrzask i znów zamarłem. Mutanty rzuciły się nagle na siebie, ignorując otaczający je świat. Jak wściekłe psy, walczące nad ostatnim kawałkiem mięsa. Prymitywne i brutalne.

Zatrzymałem się na chwilę i zakryłem usta drżącą dłonią. Nie wyczuły mnie. Miałem teraz szansę, nawet szczęście.

Ruszyłem i ominąłem je powoli, wychodząc na klatkę schodową, najciszej jak tylko mogłem.

Nareszcie.

Oparty o ścianę na półpiętrze, wdychałem łapczywie powietrze wypełniające moje płuca śmiercionośnymi cząsteczkami. Prawie się tam udusiłem.

Przeżegnałem się i ruszyłem ostatkiem sił po niszczejących schodach, trzymając się poręczy i uważnie patrząc pod nogi.

***

Czułem się jak intruz, gdy mijałem puste sale lekcyjne zatrzymane w czasie. Niegdyś tętniące życiem, śmiechem dzieci, troskliwymi uwagami nauczyciela – moimi uwagami. Wypełnione recytacjami dzieł Mickiewicza oraz Szymborskiej. Naukami Pitagorasa czy Newtona, nieśmiertelnych uczonych, dawniej wielkich i sławnych, dziś już małych, zapomnianych. Dosięgniętych przez wszechobecną bezwzględność śmierci, siłę potężną i obojętną.

Rozglądałem się w ciszy. Nawet myśli były oszczędne, jakby czczące pamięć zmarłych, rozumiejące powagę chwili.

Sala muzyczna – niegdyś rozbrzmiewająca dźwiękami fletów, pianina i starego magnetofonu, teraz przerażająco milcząca i spokojna. Martwa.

Widziałem zeszyty z notatkami, brutalnie przerwanymi w połowie zdania, nikomu już niepotrzebnymi. Widziałem podręczniki, zakurzone i zapomniane, desperacko pragnące przekazać zawartą w sobie wiedzę.

Nie było jednak nikogo, kto chciałby je przeczytać i czegoś się nauczyć.

Nie było już nauczycieli spacerujących między ławkami. Uczniów wysyłających sobie liściki, szepczących, zaczepiających się nawzajem. Rodziców siedzących w znudzeniu na dłużących się wywiadówkach. Przyjaciół i wrogów, kumpli i rywali, pierwszych miłości czy gorzkich rozczarowań.

Niczego.

Niemal nikt ostał się po sądzie ostatecznym, nuklearnej apokalipsie zatrzymującej wskazówki zegarów.

Wszyscy zginęli od razu lub zaledwie kilka lat później.

Zazdrościłem im.

***

Wszedłem po cichu do pomieszczenia na ostatnim piętrze szkoły. To tutaj. Miejsce teraz dla mnie święte. Moja dawna sala lekcyjna, z którą łączyło mnie tak wiele wspomnień, tych dobrych i złych. Pierwsze kartkówki, oceny, uśmiechy. Miłości, przyjaźnie, kłótnie.

To tutaj poznałem żonę, to tu później uczyłem naszego syna.

Wszystko wydawało się już takie nierealne, jakby pochodzące z innej rzeczywistości, zarówno bliskie, jak i dalekie.

Jednak to była ta sama sala co w dniu, w którym wszystko umarło. Biurko z moim ulubionym kubkiem i skórzany plecak zawieszony na fotelu, prezent urodzinowy od rodziców. Poodsuwane ławki z przyborami szkolnymi, przewrócone krzesła opuszczone w pośpiechu. Wiszące nad tablicą godło oraz zdjęcia wielkich literatów, pokryte delikatną warstwą kurzu i popiołu, zapomniane.

Zdawało mi się, że wciąż słyszałem echo dziecięcych okrzyków. Ich naiwnych pytań pozostawionych na zawsze bez odpowiedzi.

Podszedłem teraz do ławki syna, ostatniej w pierwszym rzędzie. Pamiętałem to dobrze, tak samo jak ostatnią obietnicę, którą mu złożyłem.

Nie mogłem go zawieść. Co byłby ze mnie za ojciec? Człowiek?

Ominąłem szeroką dziurę w podłodze i podszedłem do ławki. Znajdował się na niej pożółkły zeszyt, podręcznik, a także piórnik z logo ulubionego klubu piłkarskiego syna. W nim – stary zegarek kieszonkowy, który dostał ode mnie, tak jak ja od swojego ojca. Leżał w zapomnieniu, czekając cierpliwie na właściciela.

Tak bardzo chciał go z powrotem. Obiecałem, że znajdę ten zegarek, wcześniej, jak syn jeszcze żył. Musiałem dotrzymać słowa, nawet jeśli go już nie było i jedynie patrzył na mnie z góry.

Nigdy mnie nie zawiódł.

Ja też nie mogłem.

Wziąłem zegarek do ręki i przytuliłem do piersi. Poczułem przyjemne wibracje, jakby obcej siły wypełniającej moje chłodne wnętrze przyjemnym ciepłem. Silne poczucie déjà vu wypełniło mój umysł, odrywając od rzeczywistości, choć nie na długo. Zupełnie jak w dziwnych, niespokojnych snach z czasów, kiedy jeszcze mogłem śnić.

Po chwili otworzyłem delikatnie klapkę zegarka i zamarłem.

To niemożliwe. Działał.

Jego wskazówki poruszały się rytmicznie, żywe, jak wszystkie wspomnienia z nim związane. Pamiętał tak wiele miejsc, tak wiele osób. Był już porysowany, delikatnie zardzewiały, a szybka lekko pęknięta. Przekazywano go w mojej rodzinie od niepamiętnych czasów, z pokolenia na pokolenie, ojciec synowi, kultywując tradycję i zaklinając w nim naszą magię – jak widać, wciąż żywą i obecną.

Teraz znów miałem go ja, ostatni z rodu.

Przyjrzałem mu się dokładniej i spostrzegłem, że wskazówki odmierzały czas do tyłu, jakby na przekór wszystkiemu, przeciwstawiając się rzeczywistości. Patrzyłem na nie w otępieniu, wracając pamięcią do dawnych chwil, do domu rodzinnego, do deszczowego wieczora, kiedy dostałem go od ojca.

Dzień moich piętnastych urodzin.

Pamiętałem to teraz dokładnie. Wszystko. Wrzawę przygotowań do uroczystej kolacji, prezenty, śmiechy kuzynów i kuzynek, zapach jabłecznika oraz mocnych perfum mojej matki chrzestnej.

Mogłem poczuć je nawet w tej chwili.

Kaszlnąłem przerywając ciszę, plując ciemną krwią na zeszyt syna. Moje obumierające płuca znów dały o sobie znać, jakby zniecierpliwione tym, że jeszcze żyję, choć nie bardziej niż ja sam.

Jeszcze trochę, pomyślałem. Nie mogę tego tak zostawić.

Rozejrzałem się po sali ostatni raz, rzucając tęskne spojrzenia, po czym wyciągnąłem z kieszeni kurtki pełną butelkę oleju oraz małe pudełeczko zapałek. Zachowałem to właśnie dla tej chwili. Nie mogłem zostawić tego miejsca na pastwę plugawych mutantów czy szabrowników, bezczeszczących jego święte wspomnienia.

Moje wspomnienia.

Odkręciłem nakrętkę butelki i rzuciłem ją na ziemię, rozlewając ciecz na ławki, krzesła, meble, kończąc na swojej kurtce. Nie było tego wiele, ale powinno wystarczyć.

Zapaliłem zapałkę. Spojrzałem w hipnotyzujący blask jej płomienia, który zdawał się do mnie szeptać zachęcająco w dziwnym, aczkolwiek znajomym języku. Zrób to, niech płonie. Oczyść to miejsce.

Rzuciłem ją gwałtownie na pobliską ławkę, a ta powoli zajęła się ogniem. Zapaliłem kolejną i kolejną, powtórzyłem ten proces jeszcze kilka razy, aż pudełko stało się puste.

Je również cisnąłem w ogień.

Płomienie pochłaniały coraz większą część sali, zajęły podłogę, drewniane tablice z gazetkami na ścianach, obrazy, zdjęcia. Patrzyłem na nie, jakbym był w mistycznym transie, odcięty od wszystkiego, pozwalając, by mną zawładnęły.

Moje serce również płonęło.

Nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, jakby desperacko mówić, że już dość. Oparłem się o półkę z książkami i zsunąłem powoli na podłogę. Zaczęło mi się kręcić w głowie, mdlić. Powstrzymałem się jednak od wymiotów.

Usłyszałem jakieś przerażające dźwięki dobiegające z korytarza, wściekłe i bezmyślne, zbliżające się z każdą chwilą.

Zignorowałem je.

Ogień był coraz wyższy i gorętszy. Zdominował niemal całą salę, nie oszczędzając niczego, rycząc jak na stosie ofiarnym. Czułem, że patrzę na boga z dawnych mitologii, wyłaniającego się z zapomnienia, surowego i potężnego.

Zbliżał się nieubłaganie w moją stronę.

Byłem na niego gotów.

Poczułem, jakbym przenosił się w inne miejsce, jakby wszystko wokół mnie wracało do swej dawnej świetności, do ruchliwego życia. Dziura w podłodze zniknęła, ławki były czyste i błyszczące, na oknach wisiały kolorowe ozdoby z papieru. Blask słońca przebijał się przez szyby, oświetlając rośliny doniczkowe, które sam czasem podlewałem.

Zadzwonił dzwonek.

Czułem się teraz jak w domu, ciepło nostalgii otuliło mnie niczym kochająca matka, wybaczająca niewdzięcznemu synowi dawne grzechy i słabości. Pocałowała mnie z czułością, choć nie wiedziałem, czy na to zasługiwałem.

Nie umrę tutaj samotny, niepochowany i zapomniany. Miałem setki myśli, pamiątki ciepłych chwil, radosnych momentów, które płonęły w moim sercu. Spełniłem obietnicę, dotarłem do celu i zachowałem człowieczeństwo.

Nie byłem sam.

Widziałem w płomieniach coraz wyraźniejsze odbicia dawnych wydarzeń, dawnego siebie – niemal zapomniałem, jak niegdyś wyglądałem. Zdrowy, może nawet przystojny.

Adam.

Tak kiedyś miałem na imię.

Umrę tutaj odkupiony, otoczony ogniem wspomnień, dawnych marzeń, uśmiechami bliskich, schowanymi głęboko w umyśle, teraz dobrze widocznymi. W znajomym miejscu, swoim drugim domu, ściskając zegarek syna, który mam nadzieję podarować mu w innym, lepszym świecie.

Widziałem teraz wyraźnie jego radosną twarz. Rafał. Tak bardzo go kochałem.

Czyjś śmiech wypełnił salę, lecz tylko na chwilę. Należał do mojej Ani?

Zamknąłem oczy, a zagubiona łza spłynęła po moim policzku. Skąd się tam wzięła?

Wszystko nagle ucichło i zgasło, a zegarek przestał odmierzać czas.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
DanielKurowski1 · dnia 28.01.2021 20:40 · Czytań: 452 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 6
Komentarze
Jacek Londyn dnia 29.01.2021 08:51
Cześć. Na razie ograniczę się do początkowego fragmentu.

Gdy opadły płatki popiołu, gdy ustały krzyki, umarły ostatnie rośliny i zwierzęta...

Ci, którzy przeżyli przypominali bardziej brudne karaluchy niż ludzi - sprzeczność w stosunku do treści poprzedniego zdania

Koniec świata był jak zegar, który przestał odmierzać czas. - czy to dobre porównanie? chyba nie, świat po końcu świata był jak zegar... to już lepiej

Szybkie i niemal bezbolesne, wpędzające w chwilowy szok, który ostatecznie przechodził w pustkę. - przechodził? chyba nie, raczej przechodzi, może nawet przeszedł

Tyle na razie, wrócę :)

JL
DanielKurowski1 dnia 29.01.2021 14:02
Gdy opadły płatki popiołu, gdy ustały krzyki, umarły ostatnie rośliny i zwierzęta...

Ci, którzy przeżyli przypominali bardziej brudne karaluchy niż ludzi - sprzeczność w stosunku do treści poprzedniego zdania

To odnosi się do ludzi, a w pierwszym zdaniu chodziło o same rośliny i zwierzęta.

Resztę faktycznie mogę zmienić, dzięki
Jacek Londyn dnia 30.01.2021 11:41
Wróciłem. :)
Chyba udało Ci się zrobić, co zamierzałeś - jak dla mnie opisów jest w sam raz tyle, by oddać klimat. Tekst napisany jest solidnie pod względem techniki, może tylko te fragmenty można by poprawić:

Ich twarze były zamazane, pęknięte jak w szklanej ramce, na wpół już nieznane. - ?

Tak się kiedyś miałem na imię. - się na aut

Syn tak bardzo chciał go z powrotem. Obiecałem, że go znajdę, wcześniej, jak jeszcze żył. Musiałem dotrzymać słowa, nawet jeśli już go nie było i jedynie patrzył na mnie z Góry. trochę go-go się tu robi

On nigdy mnie nie zawiódł. - bez on

Ja też nie mogłem.


Mam wątpliwości co do treści:

- przedstawiasz wędrówkę do przeszłości, bo przecież szkoła, rodzinne miasto, miejsce w którym żył bohater opowiadania i jego rodzina.
To rozumiem, warto umrzeć w dobrym miejscu. Jego spalenie, unicestwienie też jest zrozumiałe, choć wcześniej niezamierzone; bohater nie przyniósł ze sobą narzędzi do tego, znalazł je na miejscu.

- jest to również wędrówka podjęta po to, by odnaleźć zegarek podarowany synowi, spełnienie danej obietnicy.
Obietnica spełniona? Nie zabierze się rzeczy materialnych na tamten świat. Jeśli coś przeniknie dalej to myśl. A przecież chyba Autorowi chodziło o to, że ten zegarek ojciec
postanawia zwrócić synowi w lepszym świecie, na Górze (po co z dużej litery?).

- zegarek pozostawiony w szkole, w piórniku - czy to właściwe miejsce dla najważniejszej pamiątki rodzinnej?

- zegarek porusza się do tyłu

Czy to realny ruch, czy tylko wyobrażenie znalazcy czasomierza. Myślę, że to drugie. Pozwala na uruchomienie wspomnień, cofnięcie się w czasie. Ale czy tego procesu nie inicjuje samo pojawieniu się w miejscu, gdzie tak wiele się wydarzyło?

W sumie dużo pytań, może fantasy na tym polega, by zostawiać temat otwarty, nie szukać logiki, niekoniecznie znaleźć właściwe odpowiedzi? Ja jakoś bardziej wolę trzymać się ziemi. :)

Najbardziej przekonuje mnie zatarcie śladów po sobie, zlikwidowanie "swojego" miejsca, bo nie zasłużyło na to, by inni je zbezcześcili. Szczególnie, że ci inni to mutanty.

Się rozpisałem :)

Kończąc, pozdrawiam
JL
DanielKurowski1 dnia 31.01.2021 15:36
Odnośnie treści:

Cytat:
Obietnica spełniona? Nie zabierze się rzeczy materialnych na tamten świat. Jeśli coś przeniknie dalej to myśl. A przecież chyba Autorowi chodziło o to, że ten zegarek ojciec
postanawia zwrócić synowi w lepszym świecie, na Górze (po co z dużej litery?).


Tutaj bardziej chodziło mi o symbolikę odnalezienia zegarka. Bohater potrzebował jakiegoś celu w życiu, złożył niegdyś obietnicę, że odnajdzie pamiątkę, jednak rodzina zmarła. To nie powstrzymało go przed kontynuowaniem wędrówki i pokazaniu (sobie i rodzinie, która według niego obserwuje go z zaświatów), że jest w stanie go znaleźć (i zrobiłby to, gdyby syn przedwcześnie nie umarł).

Co do podarowania w innym, lepszym świecie - bohater tak uważał, chciał umrzeć w pozytywnym przeświadczeniu, z nadzieją i wizją spotkania rodziny.

Cytat:
To rozumiem, warto umrzeć w dobrym miejscu. Jego spalenie, unicestwienie też jest zrozumiałe, choć wcześniej niezamierzone; bohater nie przyniósł ze sobą narzędzi do tego, znalazł je na miejscu.


Bohater przyniósł ze sobą olej i zapałki - miał je w kieszeni kurtki

Dziękuję za komentarze, błędy poprawiłem ;)

Pozdrawiam
Darcon dnia 06.02.2021 20:46
Przeczytałem opowiadanie już kilka dni temu, ale nie mogłem odpowiednio trafić z czasem, żeby napisać komentarz. Tekst pamiętam, więc to na plus. Wiele opowiadań umyka mi już na drugi dzień. Post apokalipsa to jeden z moich ulubionych tematów, ale też często słabo opisywanych w literaturze. Prawie każdy utwór albo walczy z zombiakami, albo opiera się na przemyśleniach egzystencjalnych. Przez to niestety postapo mocno mi zbrzydło.
I nie inaczej jest u Ciebie, chwyciłeś się za ten drugi nurt. "Co by było gdyby?" i inne pytania, czy też przemyślenia stawiane sobie przez takich bohaterów. Ale o dziwo, wyszło całkiem nieźle. Nie przesadziłeś z bohaterstwem, uniknąłeś patosu, a działania i reakcje bohatera wydają się realne i możliwe do zaistnienia. Przyznaję, że byłem tym trochę zaskoczony. Nabierasz wprawy, takiej ogólnej, literackiej, a to na pewno dobrze. Może utwór nie targnął mną mocno emocjonalnie, ale też nie rozczarował. A w przypadku takiej literatury to bardzo dużo.
Pozdrawiam.
DanielKurowski1 dnia 07.02.2021 15:09
Bardzo dziękuję za komentarz, Darcon! ;)
No tak, opisałem tutaj typową wizję nuklearnego post-apo (bardziej, by nie przesadzić z dziwnością i tak zwanymi ''plot holes'', gdyż chciałem zrobić świat całkiem zatrzymany w czasie, z budynkami w pół zawalonymi, których gruzy zatrzymały się w powietrzu jak na zatrzymanym filmie).

Ćwiczyłem tutaj takie właśnie bardziej obrazowe opisy - otoczenia i emocji bohatera. Moim zdaniem jest coraz lepiej, sam to widzę i widzą to też osoby stąd lub z NF - mam tam już 4 głosy na to opowiadanie, więc mam nadzieję, że wszystko idzie w dobrym kierunku, choć jeszcze nie jest idealnie ;)

Jest mi niezmiernie miło, że jednak mimo wszystko ktoś to docenia!

Jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz i pozdrawiam! ;)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
18/08/2022 22:38
Re: Ola Rymy msz, nie są złe, tylko wersyfikacja mogła… »
wolnyduch
18/08/2022 22:29
Bardzo klimatyczny wiersz, z domieszką subtelnego erotyzmu,… »
wolnyduch
18/08/2022 22:25
Cała przyjemność po mojej stronie, miłej reszty tygodnia… »
wolnyduch
18/08/2022 22:24
Wiersz pełen autentycznej szczerości, co msz jest ważne, z… »
Aleksandra Kaczmarek
18/08/2022 22:22
Witam Pobranie rymy żeby pasowały bardziej. A co do treści… »
wolnyduch
18/08/2022 21:52
Fakt, że jest tutaj rym przez cały wiersz, zatem rada kolegi… »
wolnyduch
18/08/2022 21:46
Witaj Abi Tak, jakaś przeszłość i przyszłość, to fakt, a… »
wolnyduch
18/08/2022 21:40
Rozumiem, w każdym razie udana świeżynka, jeśli o mnie… »
Abi-syn
18/08/2022 20:50
Alex czytam, potykam się o Ciebie: Ja żaden znawca, no… »
Abi-syn
18/08/2022 20:35
Co byłoby nietaktem, Dżek, Twój komentarz więcej niż na… »
Abi-syn
18/08/2022 20:23
... nie wymagaj ... Wiersz kwitnie emocjami: " nie… »
Abi-syn
18/08/2022 20:16
Duszku, świeżynka powstała w trakcie wyjazdu, znów… »
KatarzynaKoziorowska
18/08/2022 17:05
Wolnyduchu, bardzo Ci dziękuję za jakże wyczerpujący… »
wolnyduch
18/08/2022 12:29
Oryginalna poezja o życiu, cóż, bajką to ono nie jest, warto… »
wolnyduch
18/08/2022 12:18
Tak sobie raz jeszcze czytam Twój wiersz Brytko i tak sobie… »
ShoutBox
  • akacjowa agnes
  • 14/08/2022 20:07
  • Wiedziałam, że na coś się przydam i bez moich życzeń, mogłoby być dużo gorzej ;)
  • Dobra Cobra
  • 14/08/2022 09:59
  • Dzięki Twemu życzeniu miałam naprawdę dobrą noc. A i długi weekend też niczego sobie ;) Pozdrawiam
  • akacjowa agnes
  • 13/08/2022 21:54
  • Dobrej nocy, portalowcy :) Miłego długiego weekendu
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas