Hotel Zbrodni 4/4 - Carvedilol
Proza » Historie z dreszczykiem » Hotel Zbrodni 4/4
A A A

Jan został sam. Usłyszał potwierdzenie od Kaśki i usiadł na desce klozetowej. Teraz pozostaje mu tylko czekać. Nie zamierzał nigdzie się stąd ruszać, dziewczyna pewnie za chwilę wróci.
Nim znalazł wygodną pozycję, zerwał się na równe nogi. Okienko zatrzasnęło się z hukiem. Złapał za klamkę, ale pomimo wysiłku, nie udało mu się jej nacisnąć.
Uwiesił się obiema rękami i pociągnął. Tym razem klamka poddała się, ale została mu w rękach i z impetem wpadł na ścianę zza plecami, boleśnie grzmocąc potylicą o kafelki i osuwając się na dno brodzika. W ciemności zamigotały mu przed oczami dziesiątki świecących punkcików. Zamrugał parę razy i wróciła ciemność, rozpraszana jedynie przez niewielką poświatę bijącą od okna.
Wstał powoli, szukając oparcia wyciągniętymi rękami. To się nie dzieje naprawdę, to niemożliwe. Czuł, jak wali mu serce, a po plecach spływa pot. Coś załomotało w czaszce i zaskrzypiało. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że skrzypienie dochodzi zapewne od strony drzwi. Zamkną mnie tu! Nigdy się stąd nie wydostanę! Jak oszalały rzucił się w stronę, gdzie powinno być wyjście, wymacał framugę i szybko zrobił parę kroków przed siebie. Drzwi trzasnęły, ale on zdołał uciec. Udało się! Tym razem byłem sprytniejszy! Tylko co dalej? – Stał przez chwilę, próbując wyłowić z ciemności jakiś kształt, ale przypomniał sobie, że w pokoju nie ma okna.
Ciemność, taka zupełna ciemność to zasłona, która zmienia nasze postrzeganie rzeczy błahych, wyolbrzymia je i czyni potworami krzesła, stoły i inne przedmioty na które się natykamy. Każdy drobny szelest, skrzypnięcie czy chrobotanie staje się straszliwym krzykiem nocnych mar.
Jan do tej pory stąpał mocno po ziemi, ale to czego dzisiaj był świadkiem pchało go w otchłań własnych strachów. Tego nie dało się zracjonalizować tanimi sztuczkami właściciela hotelu. Tu było coś złego. Bawiło się z nim w kotka i myszkę. Nie powinien tu nigdy wracać. Musi się stąd wydostać, musi. Nie może czekać na Kaśkę. Zresztą, co taka gówniara może, pewnie męczy się ze sprzętem albo jeszcze lepiej, zwiała i zostawiła go samego. Tak, na pewno tak zrobiła, a on głupi czeka na pomoc, która nie nadejdzie. Albo nadejdzie zbyt późno. Musi coś zrobić, musi.
Nad głową coś stuknęło parę razy, z głębi domu zaczęły dochodzić odgłosy trzaskających drzwi. Czy to miał być sposób właściciela na straszenie? Czy też to „coś” drwi sobie z niego? 
Gdyby miał siekierę, rozłupałby cały ten dom w drobne kawałeczki. Siekiera? To mu coś przypomniało. Zaraz, zaraz, ten kucharz, przecież to w jego plecy poleciał kuchenny toporek. Tak! To jest to! Wystarczy, żeby rozwalić jedną okiennicę.
Z nową nadzieją rzucił się przed siebie, machając wyciągniętymi rękami, gdy odnalazł drzwi, z ulgą stwierdził, że te nie stawiają oporu. Teraz prosto, tu był korytarzyk, trzeba dojść do rogu, skręcić w prawo, tam będzie zbroja – przypominał sobie w myślach drogę. Kiedy palce w końcu trafiły na zimny metal, poczuł się jakby wygrał na loterii. Dobrze idzie. Musi przejść przez hol, potem w jadalni znaleźć schody i na dole przybitego do drzwi mężczyznę. To nie będzie bezczeszczenie zwłok, to będzie tylko pożyczenie sobie jednego narzędzia. Jego droga do wolności. Zresztą, trupowi to już przecież wszystko jedno. Przerwał rozważania, gdy coś miękkiego otarło się o jego policzek. Wrzasnął i odskoczył, instynktownie zaciskając pięści, gotowy do ataku.
Ręce drżały mu jak w gorączce, ale nie potrafił tego powstrzymać. W głowie czuł dudniące pulsowanie, słyszał własny świszczący oddech. Jeśli ktoś tu jest, na pewno go słyszy.
– No już! – wrzasnął. – Nie chowaj się!
Przez dłuższą chwilę stał i wyczekiwał. Ale dom jakby zamarł. Otaczała go tylko ciemność i absolutna cisza. Co wcale go nie uspokoiło. W końcu jednak zrobił powolny krok naprzód. W pewnym momencie natrafił na coś ręką. Złapał ów przedmiot i zaczął badać. Szereg podłużnych cienkich listewek na wspólnym trzonku. Coś jak… liść? Paprotka? Przypomniał sobie, że jakieś zielsko zwisało z umieszczonej wyżej na ścianie doniczce. W biegu, przy skąpym źródle światła, nie zwracał uwagi na takie detale, ale coś na pewno wisiało, jakaś roślina, tego był pewien.
Odetchnął głęboko i otarł spocone czoło rękawem kurtki. Dobra nasza, idziemy dalej – odnalazł ścianę i jedną ręką sunął po niej, drugą, wysuniętą badał przestrzeń przed sobą.
W pewnym momencie coś zaświeciło po jego prawej stronie. Obrócił głowę i zobaczył własne odbicie w lustrze. Tylko jego vis-a-vis miało rozżarzone na czerwono oczy, które rozjaśniały mrok, umożliwiając zobaczenie czegokolwiek.
Jan ze zdziwienia i strachu otworzył usta, ale lustrzane odbicie nie było wierne właścicielowi. Jego twarz z czerwonymi oczami uśmiechała się w dzikim, złym grymasie. Przyszło mu na myśl jedno słowo – tryumfującym.
Uderzył prawą ręką i poczuł jak szklana tafla poddaje się pod naciskiem. Nie zobaczył już, jak odłamki ranią mu skórę, bo odbicie i poświata zniknęły. Zaklął, wyciągnął dwa kawałki lustra z dłoni, ale czuł jak krew się sączy. Nie miał nic pod ręką, więc rozebrał się do pasa, rozdarł podkoszulek i obwiązał pasem materiału uszkodzoną kończynę. Zacisnął mocno, z trudem zawiązał węzeł, posługując się jedyną wolną ręką, ale w końcu się udało.
Zwariowałem – skwitował w myślach. – Albo to z niewyspania. A może to tylko sen, może zasnąłem w pracy i za chwilę mnie obudzą. Albo za kółkiem i śpię teraz gdzieś w rowie.
Sam przed sobą nie chciał przyznać, że w ciemno wziąłby każdą z opcji, byle jak najszybciej opuścić to straszne miejsce.
Dalsza droga przebiegła bez niespodzianek, choć dwa razy musiał wracać, bo źle zapamiętał trasę i poszedł za daleko. W końcu zaczął schodzić po drewnianych stopniach. Znalazł zimne już ciało, tkwiące ciągle na drzwiach. Do wyboru miał pięć noży i jeden toporek. Nie zastanawiał się ani chwili. Wyrwał jedyne pomocne narzędzie bez żadnych wyrzutów sumienia. Na szczęście lewą ręką posługiwał się całkiem dobrze. Oby tylko kucharz dobrze je naostrzył – wyraził życzenie i natychmiast zapomniał o martwym mężczyźnie. Już wdrapywał się po schodach ku drodze do wolności. Do pierwszego okna, którego okiennicę potraktuje bardzo ostro, sądząc po ostrzu, które pieścił przez chwilę opuszką palca, zanim zrobił pierwszy krok z nowo odzyskaną nadzieją.
 
Katarzyna uruchomiła radio, po dwóch trzaskach zawołała:
– Halo! Potrzebuję pomocy, czy słyszy mnie dyspozytor z komendy?
Parę sekund trzasków i nic.
– Halo, słyszy mnie ktoś?
– Tu Mateusz, kim jesteś?
– Katarzyna, dzwonię z samochodu Jana… nie znam nazwiska, jest policjantem. Jest uwięziony w Hotelu Zbrodni. Popełniono morderstwa, a on siedzi tam w środku, przyjedźcie jak najszybciej… – rzucała nieskładnie.
– Jakie morderstwa? Niech pani poprosi Jana Bawolaka, to policyjna częstotliwość, bez głupich żartów.
– Przecież mówię, że jest uwięziony. Drzwi i okna zamknięte. Nie ma jak się wydostać.
– No dobrze, wyślemy tam kogoś, ale na razie nie mam wolnego patrolu…
– Potrzebujemy pomocy natychmiast! – przerwała mu. – Tu są trupy. Jan mnie uratował, a teraz sam potrzebuje pomocy!
– Tłumaczę, że nie mam kogo wysłać…
– To niech pan kogoś ściągnie, w środku jest też ciało ministra Malika, może to przyspieszy proces.
Mateusz zaklął siarczyście, chrząknął i dodał:
– Spróbuję ściągnąć kogoś z dalszych jednostek.
– To niech pan nie próbuje, tylko ściąga, bo ja zaraz zawiadomię media, ciekawe, kto przybędzie pierwszy.
– Ja pier… – Katarzyna nie usłyszała całości komentarza, bo przerwała połączenie. Jej groźba była bez pokrycia, ale nie panowała nad emocjami. Musiała zrobić, co w jej mocy, aby zdobyć wsparcie.
Nagle usłyszała łomot, jakby ktoś rąbał drewno, a potem głośny trzask i zobaczyła w oświetleniu reflektorów, jak jedna z okiennic odrywa się i z hukiem ląduje na ziemi. A razem z nią mężczyzna, w którym rozpoznała Jana. Wyskoczyła z wozu i pobiegła w jego stronę.
Policjant leżał na plecach, z prawej ręki zawiniętej w kawałek materiału sączyła się krew. Próbował się podnieść, ale z okrzykiem bólu padł z powrotem na deski.
– Pomogę ci. Przytrzymaj się mnie. – Wyciągnęła rękę.
– Zostaw. Musisz zrobić coś ważniejszego, ja nie dam rady.
– Nie wygłupiaj się, wsiądziemy do samochodu, ja poprowadzę.
– Dopadł mnie! – krzyknął. Twarz wykrzywił mu grymas bólu, ale rozwichrzone włosy i przerażone oczy nadawały mu wygląd szaleńca. – W końcu mnie dopadł.
– Kto? – zapytała Katarzyna, przestraszona robiąc krok w tył.
– On. – Wskazał ręką. – Ten dom.
 Kobieta popatrzyła na drewnianą willę bez słowa.
– Musisz spalić ten cholerny budynek. Inaczej to się nigdy nie skończy. Ratuj siebie, mnie już pochwycił.
– Najpierw stąd znikajmy, jutro wrócimy i zrobimy co zechcesz…
– Nie! – przerwał jej stanowczo, a coś w jego głosie kazało Katarzynie wierzyć, że nie zmieni zdania. – W bagażniku mam kanister. – Z trudem wydobył z kieszeni zapalniczkę, stękając przy każdym ruchu. – Łap! I zrób to! Szybko!
Jeśli Katarzyna miała wątpliwości, to kolejne wydarzenia szybko je rozwiały. Nagle drewniane sztaby zaczęły się unosić, a okiennice otwierać i zamykać niczym ptasie skrzydła w locie. Z wnętrza dochodziły coraz to nowe dźwięki: jęki, świsty oraz cała gama trzasków i łomotów.
 Gdy i drzwi dołączyły do tego teatru, podjęła decyzję. Oblanie benzyną nie stanowiło problemu, zaczęła od drzwi, wlewając nieco paliwa również za próg, gdy skrzydła się rozchylały. Potem zrobiła tak, jak na filmach, tworząc długą strużkę oddaloną kilkanaście metrów od domu. Podniosła z ziemi gałązkę, której końcówkę owinęła kilkoma chusteczkami. Podpaliła naprędce utworzoną prowizoryczną pochodnię i przytknęła do miejsca, gdzie znajdowała się niewielka kałuża benzyny.
Ogień wystrzelił mocnym płomieniem i błyskawicznie skierował się w stronę drewnianej willi. Gdy zajęły się drzwi, potężna fala buchnęła, liżąc swoimi językami ściany. Idealny materiał na ognisko – pomyślała. Stała tak w bezpiecznej odległości przez dobrą chwilę, przypatrując się z fascynacją widowisku. Pożar rozprzestrzeniał się zadziwiająco szybko, nie sądziła, że w ciągu sekund można uzyskać taki efekt.
Nagle ponad dotychczasowe odgłosy i trzask płomieni przebił się straszny, nieludzki krzyk. Jakby dom wpadł w gniew.
Katarzyna oprzytomniała, odwróciła głowę i zobaczyła, że Jan podniósł się sam i powoli zmierza w jej stronę. Z daleka widziała w jego oczach czerwone odbicie płomieni. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to nie refleksy, a źródło czerwieni pochodzi z wnętrza gałek. Mężczyzna utkwił w niej wzrok, patrząc z pełną nienawiści miną.
Bez namysłu rzuciła się biegiem do samochodu. Ledwo zamknęła drzwiczki i przekręciła kluczyk, zdała sobie sprawę, że jest w pułapce. Przedtem zaparkowała w taki sposób, aby reflektory oświetlały wejście, a w związku z tym z tyłu znajdował się inny samochód. Mogła ruszyć tylko do przodu, a na jej drodze znajdował się już Jan. Nie da rady go ominąć. Spojrzała na twarz wybawiciela. Oczy płonęły czerwonym blaskiem, ale brakowało w niej ciepła. To nie Jan – pomyślała. – To ten dom.
Wcisnęła z impetem gaz i samochód gwałtownie ruszył. Łupnęło, gdy ciało Jana zetknęło się z maską, przeleciało na bok i upadło w trawę. Zatrzymała się i spojrzała we wsteczne lusterko. Nawet teraz dobrze widziała czerwone oczy, gdy postać wyprostowała się i zaczęła iść w jej stronę.
Już miała ruszyć dalej, uciec stąd jak najszybciej, ale ogarnęła ją złość, która przeważyła strach. Wrzuciła wsteczny i ponownie staranowała intruza. Potem poprawiła jeszcze dwa razy i dopiero wtedy poddał się i nie wstał więcej. Czekała jednak czujnie w samochodzie, a ogień zdążył w tym czasie opanować całą potężną budowlę.
 Ten człowiek uratował ci życie, nie możesz go tak zostawić, sprawdź przynajmniej, czy żyje – podpowiadał jeden głos głowie Katarzyny. To demon, nie rób głupstw, uciekaj, nawet nie waż się do niego podchodzić! – ripostował drugi.
Przypomniała sobie długie godziny spędzone w ciemności w kuchni, gdyby nie Jan być może tkwiłaby tam jeszcze wiele dni, aż skończyłyby się zapasy, a potem umarłaby z głodu. Ale teraz żyje, nie po to się wydostała, żeby dać się zabić przez jakąś zmorę.
Wrzuciła jedynkę i ruszyła, nie zdążyła jednak zjechać ze wzniesienia, gdy gwałtownie zahamowała i zawróciła.
Zatrzymała samochód, nie gasząc silnika, tak aby w każdej chwili tylko wskoczyć i mieć możliwość odjazdu.
– Żyjesz?! – krzyknęła w stronę leżącego ciała.
Nie uzyskawszy odpowiedzi zbliżyła się, dzierżąc w ręce lewarek. Przy łunie bijącej od pożaru, nie potrzebowała dodatkowego źródła światła. Szturchnęła czubkiem buta nogę Jana, ale ten wciąż leżał z zamkniętymi oczami. Powoli schyliła się, gotowa w każdej chwili uderzyć. Odczekała moment, a potem ucisnęła tętnicę szyjną dwoma palcami. Z ulgą wyczuła puls, może dość wolny i słabo napięty, ale świadczący, że tli się w nim jeszcze życie.
Delikatnie uniosła prawą powiekę i ujrzała przekrwione, ale poza tym zupełnie normalne oko. Ze świstem wypuściła powietrze. Dopiero teraz poczuła, że jej nerwy były napięte jak postronki. Kucnęła i parę razy klepnęła Jana po twarzy, niestety bez reakcji. Przypomniała sobie kurs pierwszej pomocy, ułożyła ciało w pozycji bocznej ustalonej i wsunęła rękę pod koszulę chwytając skórę na owłosionej piersi. Zrobiła fałd, pociągnęła i przekręciła.
Jan zawył z bólu, odwrócił się i spojrzał na nią zamroczony. Przez chwilę trwali nieruchomo, wpatrując się w siebie. Katarzyna podniosła lewarek, przygotowana na najgorsze.
– Udało ci się – wystękał, próbując się uśmiechnąć. – Spaliłaś gnoja.
– Do rana zostaną tylko zgliszcza – powiedziała twardo. – Przepraszam cię za to, że cię przejechałam.
– Ty mnie? – Wydawał się szczerze zdziwiony. – Faktycznie, czuję się, jakby przejechał po mnie walec, chyba nie dam rady się podźwignąć. Pamiętam tylko, jak wypadłem razem z okiennicą. Potem rozmawialiśmy i… i… ciemność. Nie pamiętam więcej.
– Może to i lepiej. – Katarzyna wsunęła rękę pod plecy pokiereszowanego Jana. – Złap się mnie, spróbujemy wstać.
Pierwsza próba skończyła się na kilku krzykach i cierpiący zsunął się ponownie na ziemię.
Katarzyna podjechała samochodem, otworzyła tylne drzwiczki i dopiero po kilku próbach przy wysiłku obu stron i wtórze nieustających jęków i okrzyków boleści, udało się ulokować mężczyznę na kanapie.
Tym razem bez wahania odjechali z tego padołu zła. Pewnie niedługo będzie tu policja i straż, Jan jednak w pierwszej kolejności potrzebował opieki lekarskiej.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Katarzyna co chwilę zerkała do lusterka, bądź odwracała głowę, żeby zobaczyć, czy z pasażerem wszystko porządku. Bała się przyznać przed sobą, że po prostu sprawdza, czy jeszcze żyje.
W pewnym momencie Jan podjął opowieść, przerywaną od czasu do czasu rzężeniem albo dłuższą chwilą postękiwań, gdy próbował znaleźć wygodniejszą pozycję.
– To prawdziwy hotel zbrodni. I nie mam na myśli tylko tych, które wydarzyły się obecnie.
– Tak, słyszałam coś o tym, ale to było wiele lat temu.
– Dokładnie szesnaście lat temu, pół mojego życia. Ja jestem jedynym, który przeżył poprzednią masakrę. ­– Katarzyna ze zdumieniem zerknęła na pokiereszowanego mężczyznę. – Miałem szczęście, że pobiegłem po prezerwatywy na stację benzynową. Bo gdy wróciłem… oni… już nie żyli. Cała piątka moich przyjaciół. Od kiedy wstąpiłem do policji badałem tę sprawę. Nigdy jednak nie przemogłem się, aby tu wrócić. Coś mnie powstrzymywało. Aż do dziś, kiedy mnie tu oddelegowano. Nie powinienem tu przyjeżdżać. Ale mam nadzieję, że pokonaliśmy tę złą siłę. Nie wiem, jak wytłumaczyć, to co się tam stało, ale wiem, że to samo musiało się wydarzyć szesnaście lat temu. A już wtedy ta rudera uchodziła za nawiedzoną. Bo to nie była pierwsza zbrodnia, jaką tam popełniono.
– Jak to? Tego nie wiedziałam.
– Za młoda jesteś. Ja zresztą też wtedy dokładnie nie wiedziałem, co się wydarzyło, to było jeszcze przed moim urodzeniem, krążyły jakieś plotki, ale nikt nie wiedział na pewno, a wiesz, jak to jest z plotkami, w miarę lat urastają do niebotycznych rozmiarów. Jednak praca w policji ma swoje plusy, udało mi się co nieco ustalić. Ta willa powstałą w czasach PRL-u. Była własnością niejakiego Mariana Marusowicza. – Katarzyna posłała pytające spojrzenie, nie odrywając rąk od kierownicy. – Tak, tak, to nieprzypadkowa zbieżność, to był ojciec Seweryna. W tamtych latach wielka szycha. Gdy szczytem marzeń przeciętnej polskiej rodziny było własne M3 i meblościanka, on wybudował tutaj prawdziwą rezydencją. Jak na tamte czasy luksusową, to mało powiedziane. A jak myślisz, skąd wziął na to pieniądze? Wzbogacając się na ludzkim cierpieniu postawił ekskluzywny pałac. Zależało mu na spokojnym miejscu z dala od wścibskich oczu. – Przerwał, zanosząc się kaszlem. Katarzyna włączyła górne światło i podała mu chusteczki. Kiedy spojrzała ponownie, z niepokojem zauważyła, że są zabarwione na czerwono.
– Z rozmów, które przeprowadziłem, powoli układała się pewna całość – wznowił opowieść. – Marusowicz przyjeżdżał tutaj, aby urządzać balangi dla kolegów prominentów albo na kameralne imprezy tylko w towarzystwie kochanki i szofera. Podobno nawet żona nie wiedziała o tym miejscu. Ale wiedział szofer i chyba zakochał się w żonie szefa, bo zdradził tajemnicę owego miejsca i nawet ją tutaj przywoził. Nie wiem, czy był tak głupi, czy zakochany, chociaż często to idzie w parze, że spodziewał się, iż uda się zachować romans w sekrecie. Na pewno znalazł się niejeden „życzliwy”, który „uprzejmie poinformował” towarzysza o schadzkach. Do willi prowadziła tylko jedna droga, i nie dało się ominąć tej wioski w dole. A ludzie głupi nie są, ani nie byli. Ktoś pewnie spodziewał się nagrody ze strony Marusewicza za donos. Ale to tylko moje przypuszczenia. Faktem jest, że podczas jednej z takich romantycznych wycieczek, towarzysz Marian zaczaił się i nakrył gołąbeczki na gorącym uczynku. Dokumenty z tej sprawy nie zachowały się, ale dotarłem do ludzi, którzy to pamiętali. Porąbał ich ciała na kawałeczki i spalił w kominku. Oczywiście sprawa nie wyciekła na zewnątrz, partyjni działacze byli nieskazitelni. Jakiś przeciwnik wykorzystał sytuację, aby się go pozbyć, jednak dzięki znajomościom postawiono mu jedynie ultimatum, czyli ciepła posadka od zaraz w Związku Radzieckim. Nie miał wyboru, musiał wyjechać, ale ziemia i willa pozostały jego własnością. Nikt się nią nie zajmował, dlatego powoli zamieniała się w ruinę. Zaczęły krążyć pogłoski, że dom jest nawiedzony. Pewnego dnia szóstka nastolatków, aby zadać temu kłam wyznaczyła sobie za punkt honoru spędzić tam noc na imprezie. A przy okazji zainicjować życie seksualne. I wyszedł z tej imprezy cało tylko niejaki Janek Bawolak, dogorywający teraz na tylnej kanapie własnego samochodu, wieziony przez nieznaną małolatę, której jednak nie brakuje ani odwagi, ani rozumu. Dziękuję.
Po tej tyradzie umilkł i tylko od czasu do czasu zajęczał, gdy samochód podskoczył mocniej na wybojach. Katarzyna też nie była w nastroju na pogawędki. Cieszyła się, że koszmar się skończył, ale czuła, że to zostanie w niej na długo. Zostawiała za sobą tylko miejsce zła, ale w sercu na pewno powstaną trudno gojące się blizny po koszmarnych przeżyciach.
Co chwilę zerkała w lusterko. W pewnym momencie zobaczyła, że Jan usiadł. To dobrze – pomyślała. – Będzie żył.
Spojrzała jeszcze raz i ujrzała w odbiciu dwa czerwone ogniki.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 28.03.2021 20:07 · Czytań: 194 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
EDyta To dnia 29.03.2021 14:20
W przerwach między częściami obejrzałam (też na raty) film Claytona z 1961 roku
"W kleszczach lęku". Film i Hotel Zbrodni zapewniły mi taką dawkę dreszczyku, że po podobną lekturę prędko nie sięgnę. To chyba sukces, Autorze? :)

Czytało się z zapartym tchem. Dzięki za mocne wrażenia.

Pozdrawiam.
wiosna dnia 29.03.2021 15:02
Powiem szczerze, że gdybym staranowała kogoś samochodem cztery razy, nie sprawdzałabym raczej czy żyje. Ten fragment i później rozmowa w aucie nie są dla mnie wiarygodne. Człowiek tyle razy potrącony może dojść do samochodu i jeszcze opowiadać długą historię? Wiem, że później okazało się, że jednak to nie był Jan, ale coś co zawładnęło jego ciałem, ale mimo wszystko do tego fragmentu odniosłam się sceptycznie.
Poza tym dobrze się czytało:) Przejrzałabym na Twoim miejscu tekst od strony literówek i takich tam :)
Pozdrawiam:)
Carvedilol dnia 29.03.2021 16:38
Edyta To

dzięki za komentarz, jeśli faktycznie choc jedna "gąska" pojawiła się u Ciebie, to i tak dla mnie sukces

wiosna

chyba faktycznie przeszarżowałem, może przez to zakończenie słabe, pewnie dałbym radę zmienić, ale to już na spokojnie
pod katem literówek przeglądam parę razy, zanim oddam, ale zawsze coś sie może trafić
a z tymi takimi tam, to często jeszcze sobie nie radzę

dzięki Wam za dotrwanie do końca
pozdrawiam ciepło
Carvedilol
Madawydar dnia 26.05.2021 12:34 Ocena: Bardzo dobre
Ciekawa mroczna historyjka. Schemat horroru trochę "oklepany" . Dom z przeszłością, z własną tajemnicą, to dość częsty temat tego gatunku. Jednak pomysł, dobrze napisany tekst i sama akcja bez zarzutu.

Pozdrawiam

Mad
Carvedilol dnia 26.05.2021 13:57
Madawydar

Dziękuję zbiorczo za wszystkie 4 komentarze po każdą z części
Wątek oklepany co zaznaczyłem na początku, ale chciałem przenieśc to w nasze polskie realia
miło mi, że dobrnąłeś do końca

pozdrawiam
Carvedilol
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
24/10/2021 13:32
Zbigniew Szczypek Dzięki Zbyszku za czytanie i ciekawy… »
Zbigniew Szczypek
24/10/2021 11:30
Witaj Apisie Troszkę przypomina mi się żart: "Jak się… »
gitesik
24/10/2021 10:33
Bardzo oryginalne skojarzenia i połączenie zawiedzionej… »
gitesik
24/10/2021 10:19
To fajnie że się podoba. To mi uświadamia że warto dalej… »
gaga26111
24/10/2021 10:10
Czytam to sobie bez pierwszej strofy mimo że wnosi ona swoim… »
gaga26111
24/10/2021 10:01
Miło cie widziec ajw :) dziękuję:) »
ajw
23/10/2021 22:43
Myslę, że w życiu nie warto dryfować, bo łatwo trafić w ręce… »
ajw
23/10/2021 22:38
Jest w nim esencja. Życie nie jest łatwe ani proste, dlatego… »
ajw
23/10/2021 22:34
Zaintrygował mnie ten wiersz, dużo w nim treści, choć nie za… »
annakoch
23/10/2021 22:32
Jak dla mnie, zbyt wyrafinowany tekst, za mało prawdy i… »
ajw
23/10/2021 22:30
Czasami wpadamy w rutynę i ciężko się z niej wykaraskać.… »
Yaro
23/10/2021 22:24
pomerdały bezbożne może , że wierzący jestem tak czy tak nie… »
voytek72
23/10/2021 22:19
ta niekonsekwencja w rymowaniu, w połączeniu z prostym… »
voytek72
23/10/2021 22:11
Na chwilę, ale jednak zostanę adwokatem diabła, a więc:… »
voytek72
23/10/2021 21:48
Kolejny... tutaj się nie do końca odnajduję. Sprawnie i… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/10/2021 18:56
  • A tu macie konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 23/10/2021 18:54
  • Czas ucieka a tu trzeba coś napisać. Śmiałkowie pióra, do dzieła, nie dajcie się prosić, bo czeka kozacka sława i zacne nagrody muzyczne. Zatem to nic trudnego, jak napisać miniaturkę, czyż nie?
  • Dobra Cobra
  • 23/10/2021 18:16
  • Słodki Kaz, niech Ci się darzy, a książka niech osiągnie sukces na miarę nagrody Nike (choć trzeba napisać wiele wydumanych rzeczy, by zdobyć tę nagrodę).
  • Kazjuno
  • 23/10/2021 06:08
  • Wybacz Dobra Cobro, że spóźniłem się z podziękowaniem za ciepły wpis. Już od dawna głowię się nad fenomenem zimnokrwistego pełzacza z tak cieplutkim sercem. Thank you very much!
  • mike17
  • 22/10/2021 18:03
  • Jeszcze miesiąc do końca nadsyłania prac na konkurs dla prozaików MUZO WENY 10. Zbierzcie się do kupy i piszcie. [link]
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 12:40
  • Wiadomix, że morderców swoich mamy. Ale w porównaniu z tymi Zachodnimi to zawsze nam brakowało polotu...
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:10
  • A jak mnie zamordują, to niech ktoś o tym napisze, Polska nie Skandynawia, swoich morderców mamy (tzn. autorów kryminałów)
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:08
  • Dobra Cobra w takim razie i ja tuszę, że muszę coś dodać, zacznę od usunięcia starych tekstów i dodam ponownie, sprawdzę czy trafią na te same półki
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 08:02
  • Carvedilol, przypływ weny oczywiscie. Skończyło się radosne letnie hasanie, a jako, że tu nie Riviera - trzeba zabić jakoś coraz krótsze dni. Skandynawowie w takim czasie mordują, u nas się tworzy;)
  • mike17
  • 21/10/2021 15:15
  • Przypominam, że MUZO WENY 10 nadal czekają na Twój tekst. To tylko napisanie miniaturki pod piosenkę :) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:50
Najnowszy:delzy91d
Wspierają nas