Kryptonim Nawaho - Maciej Bienias
Proza » Historie z dreszczykiem » Kryptonim Nawaho
A A A

KRYPTONIM NAWAHO ciąg dalszy



X



Kolejny dzień powitał mieszkańców wojskowej bazy w Minot podmuchami północnego wiatru. Niósł on z sobą gruboziarnisty piasek pochodzący z otaczających bazę, bezbrzeżnych obszarów prerii. Osadzał się na okiennych szybach i przenikał do wnętrz budynków poprzez uchylone okna. Meldunki jakie napłynęły do centrum łączności radioliniowej i przekazane zostały nowo utworzonemu centrum koordynacji działań w ramach planowanej operacji, określały termin jej rozpoczęcia na dzień jutrzejszy. Informację tę przekazaną przez zespół mający monitorować jej przebieg Alice Wilson przyjęła z wyraźną ulgą. Nie skazywała jej na wyczekiwanie, co w jej uznaniu, było bardziej stresujące niżeli pozostawanie w stanie gotowości. W wyniku poczynionych ustaleń, we wczesnych godzinach popołudniowych wraz z generałem Clarkiem wyruszyć mieli do Parku Narodowego imienia Theodora Roosevelta i tam rozstając się, wyznaczyć moment rozpoczęcia szczegółowo zaplanowanej operacji.

Srebrny Dodge w sposób podobny jak czynił to przed kilkunastoma dniami pokonywał dystans pomiędzy bazą a Parkiem Narodowym, napotykając najpewniej to samo stado mustangów przebiegające drogę. Podobnie jak poprzednio, pasażerowie odruchowo skoncentrowali uwagę na niebieskich skałach beonitu. W sposób niczym też nie odbiegający od poprzedniego, samochód zatrzymał się przed obiektem gdzie oferowano bilety wstępu wraz z szeroką paletą przewodników i folderów. W identyczny też sposób odjechał w kierunku pamiętnego parkingu obwarowanego metalowymi barierkami. Nastolatka wyekwipowana w plecak, trzymając w dłoni pięciolitrowy zasobnik wody pitnej zeszła po schodach. Sondując grunt pod nogami, umiejętnie stawiała kolejne kroki, a każdy z nich zmierzał w kierunku kamienistych ostępów, gdzie przed kilkoma dniami utraciła głosowy kontakt ze swoim opiekunem. Ten śledząc każdy krok swojej podopiecznej, obserwował powolne oddalanie się jej sylwetki, malejącej na tle niezmiennych w swoim ogromie kamienistych skał. Niekiedy jeszcze dostrzegalne stawały się odblaskowe przywieszki na kieszeni plecaka, aż niepostrzeżenie zniknęły zupełnie. Generał odczekał jeszcze moment w nadziei że postać Alice ukaże się na którymś z tarasów rozlokowanych na kamienistych wyniosłościach, lecz w zamian dostrzegł tylko bezludny majestat przyrody pozostawionej samej sobie przez nieujarzmioną dłoń natury.


XI





Pokój konferencyjny, Biały Dom, Waszyngton, Dystrykt Kolumbia, USA.

Prezydent zamknąwszy od wewnątrz drzwi obwiódł pospiesznym spojrzeniem twarze zgromadzonych gości. Pośród nich rozpoznał doskonale znanych sobie doradców, jak i widzianych po raz pierwszy współtwórców projektu o kryptonimie Nawaho.
- Miło mi powitać zaproszonych ekspertów, pracujących w przeszłości nad projektem militarnym o kryptonie Nawaho.
- Z tą samą przyjemnością przychodzi nam powitać pana prezydenta – kilku ekspertów równocześnie wyraziło swój sąd.
- Nie dziwi chyba panów przyspieszony tryb w jakim zwołana została ta narada?
- Wszyscy zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji.
- Zważywszy na upływ czasu, szczególnie cennego w naszym przypadku, pozwolą panowie że przejdę do istoty problemu.
- Ależ oczywiście panie prezydencie – ozwały się zgodne opinie.
- Czy któryś z panów chciałby przedstawić własne spostrzeżenia i propozycje w związku z koniecznością jak najszybszego uporania się z zagrożeniem – zapytał prezydent przebierając pod stołem nerwowo nogami, jednocześnie obracając w palcach długopis.
- Pierwszą i fundamentalną propozycją jaka się nasuwa jest konieczność natychmiastowego przeciwdziałania, gdyż w ogólnym paraliżu jaki dotknął nasz sztab, nie jest to rzeczą oczywistą – oznajmił jeden ze stałych doradców prezydenta.
- Zgadzam się. Doznając kolejnego ciosu, nasza pozycja, a wraz z nią nasze morale znacząco się zachwiały, lecz nie są to konkrety panie Miller.
- Drugą propozycją jest przeprowadzenie kolejnej operacji stawiającej sobie za cel neutralizację przeciwników.
- To także nie jest odkrywcza propozycja – skonkludował prezydent.
- Zgodzę się, tyle tylko że nikt nie rozważył jej poważnie – zripostował rozmówca.
- Kierując się przekonaniem iż nie ma ona sensu – rzucił obojętnie prezydent - Ażeby rozważać ją poważnie musimy rozpoznać profil naszych prześladowców, stworzyć ich charakterystykę. Zacznijmy może od odpowiedzi na najbardziej narzucające się pytanie. Z jakich powodów jest ona dla nas niewidoczna?
- Za przyczyną użycia do ich skonstruowania tak zwanych metamateriałów zmieniających sposób poruszania się fal elektromagnetycznych, w tym także fal światła. Jak wiadomo człowiek widzi fale świetlne w zakresie 400 – 700 nano metrów i jest to tak zwane światło widzialne. Kompozyty użyte do budowy metamateriałów powodują załamywanie się światła widzialnego, a utworzona z nich osłona sprawia, że pokryty nią przedmiot omijają promienie elektromagnetyczne w tym światło widzialne, podobnie jak woda w rzece opływa gładki kamień. - objaśnił jeden z ekspertów.
- Będąc niewidzialnymi dla ludzkiego oka mogą bezkarnie korzystać z naszych laboratoriów, stacji eksperymetalnych i ośrodków badawczych. Nie muszą wcale ukrywać się na kamienistej pustyni w Dakocie, choć zapewne ten odludny skraj naszego państwa traktują jako miejsce, gdzie nic im nie zagraża. Udało im się przecież w tych warunkach spędzić ponad dwadzieścia lat i zdobyć wiedzę o naszej cywilizacji, w prawdzie nie pełną, jednak wystarczającą by zagrozić naszemu bezpieczeństwu i poczuciu stabilizacji. Zapewne w celu ustalenia uniwersalnego pisma odwiedzili niepostrzeżenie kilka bibliotek i archiwów, zapewne podobnie postąpili szukając sposobu udzielenia odpowiedzi na wysłany przez nas kosmiczny komunikat? A chcąc zbadać naszą anatomię, którąś z sal prosektoryjnych. Jak wiemy potrafią swobodnie przemieszczać się pomiędzy kontynentami, stąd tak częste kradzieże paliwa – wnioskował prezydent. Tak, teraz oczywistym staje się fakt za przyczyną czego na nasz kosmiczny komunikat odpowiedzieli ograniczając się do ziemskich środków wyrazu. Niemoc udzielenia odpowiedzi na to pytanie dotąd mnie nurtowała.
- W jaki sposób jednak zdołali odczytać nasz kosmiczny komunikat?
- Ja również nad tym myślałem i nie potrafię udzielić sensownej odpowiedzi – stwierdził prezydent. Być może posiedli umiejętność posługiwania się naszymi kosmicznymi technologiami, być może też o fakcie tym zostali poinformowani?
- Jednakże przez kogo?
- Tego także nie wiem, lecz jedno nie podlega wątpliwości w administracji służb bezpieczeństwa i najbardziej newralgicznych resortach każdego państwa działają szpiedzy i i wszelkiego rodzaju wywrotowcy. My także nie jesteśmy wolni od podobnych zagrożeń, najlepszym dowodem niech będzie infiltracja przez sowiecki wywiad najbliższego otoczenia prezydenta Delano Roosevelta, a także w późniejszym okresie struktur CIA. Miejmy nadzieję że już wkrótce uda się ten problem wyjaśnić – dodał prezydent koncentrując spojrzenie na trzymanym w dłoniach długopisie.
- Kolejny fakt nie podlega wątpliwości, użyte metamateriały są także niewidzialne lub prawie niewidzialne dla urządzeń termo - optycznych – załamują one bieg promieniowania podczerwonego – zaopiniował najstarszy z ekspertów.
- To z tej przyczyny kamery termo - optyczne wykryły tylko niewielkie źródło ciepła, jakie emitował obiekt słyszany w miejscach składowania głowic – skonstatował jeden z prezydenckich doradców.
- Musiał być to obiekt wzorowany na konstrukcji ciężkiego helikoptera zwanego czinuk, o kształcie zbliżonym do banana, opatrzonego kodem WH 88, powleczonego metamateriałem czyniącym go niedostrzegalnym dla ludzkiego oka.
- Ależ właśnie, teraz we właściwy sposób kojarzę fakty. W raporcie generała Clarka opisującym ogólną charakterystykę obiektu, dokonaną przez Alice Wilson, obok kształtu cygara była także mowa o kształcie banana. Że też wówczas musiałem właśnie skoncentrować się na tym pierwszym, co pokierowało nasze domysły w niewłaściwą stronę. Przecież to właśnie ten typ helikoptera, odkąd tylko wszedł do użytku, nasi żołnierze nazywali bananem – skonkludował prezydent.
- Tak właśnie panie prezydencie. Potrafi udźwignąć do dziesięciu ton, zważywszy że jedna głowica W 78 waży dwieście kilkadziesiąt kilo, jednorazowo byliby w stanie uprowadzić trzydzieści kilka głowic.
- W świetle ujawnionych faktów przedsięwzięcie to staje się wykonalne, na dodatek przy użyciu jednego, nazwijmy to helikoptera – w nieco melancholijnym tonie oznajmił jeden z doradców.
- Możemy uznać że wyjaśniliśmy kolejną niewiadomą, przejdę zatem do następnej i zapytam z jakich powodów egzemplarze broni automatycznej mogą być na zmianę widoczne i nie widoczne dla ludzkiego oka – prezydent rozwijał rozpoczęty wątek.
- To kwestia manipulowania nanostrukturą owych nanomateriałów. Pamiętam że wytworom sztucznej inteligencji zainstalowano rodzaj potencjometru, umożliwiającego określanie zakresu w jakim przybranie danej powłoki staje się możliwe.
- W następnej kolejności zapytam czy posiadając orientację co do obszaru gdzie przebywają egzemplarze broni autonomicznej nie warto byłoby poszukać tam skradzionych głowic? - Kontynuował prezydent.
- Nie radziłbym, najpewniej także one są dla nas nie widoczne. Nie sadzę by zrezygnowali z pokrycia ich cienką i elastyczną odmianą nanomateriału, którego całe zwoje zniknęły wraz ze wszystkimi egzemplarzami broni autonomicznej, jaka wymknęła się spod nadzoru naszej armii – w jednoznaczny sposób oświadczył najstarszy z doradców.
- Czy broń ta posiada jakieś słabe punkty, ograniczenia? – Zapytał bardziej stanowczym tonem prezydent, szybciej obracając w dłoniach długopis.
- Z pewnością nie może funkcjonować w środowisku wodnym. Niszczy ją ciśnieni wody o sile trzystu funtów na stopę kwadratową. Oznacza to że w wodzie o głębokości niewiele poniżej półtora metra staje się nieszkodliwa i na ogół oznacza to jej unicestwienie. Dodam że śmiertelną głębokością dla człowieka jest osiemnaście metrów – zaopiniował jeden z wojskowych ekspertów.
- Nie możemy przecież zwabić ich z pustynnych obszarów Dakoty Północnej do wybrzeża któregoś z oceanów, czy chociażby wielkich jezior – zauważył prezydent.
- Istotnie, można uznać to za operację niewykonalną.
- Cóż więc innego pozostaje, jeżeli jak rozumiem opady atmosferyczne im nie zagrażają – zapytał w poczuciu bezsiły prezydent.
- W istocie, dopóki opady nie przerodzą się w powódź, deszcz jest dla nich niegroźny.
- Trudno oczekiwać że w Dakocie Północnej nagle spadnie ilość deszczu porównywalna z burzą tropikalną na Florydzie, a tamtejsza preria przerodzi się w aquapark lub nowo orleański krajobraz podczas huraganu Katrina – dopowiedział prezydent w nieco bardziej optymistycznym tonie.
- W tamtym regionie nie możemy też spowodować sztucznej powodzi, ze względu na brak w pobliżu zapór i śluz czy też zbiorników retencyjnych.
- Czym więc rozporządzamy, bo nie chciałbym powiedzieć że po raz kolejny niczym. Mocarstwo które zdolne jest przeprowadzić najbardziej nawet złożoną operację militarną w dowolnym punkcie świata. Wysyła sondy badające najdalsze zakątki układu słonecznego, wysłało człowieka na księżyc, jako pierwsze skonstruowało bombę atomowa i wodorową, niezdolne jest do przeprowadzenia skutecznej akcji przeciwko tworowi własnej technologi, na terytorium własnego państwa?! Gdyby usłyszał o tym któryś z poprzedzających mnie prezydentów najprawdopodobniej zmieniłby konstytucję, zrezygnował z posady i udał się na pielgrzymkę do matki boskiej z Gwadelupy z intencją uwolnienia ojczyzny od śmiertelnego zagrożenia. Czy broń ta może funkcjonować podczas nocy? – Zapytał prezydent, wydobywszy się ze stanu rozemocjonowania w zamian pogrążając się w rozmyślaniach.
- Jak najbardziej. O ile w trakcie dnia zostaną naładowane baterie, co musi następować w sposób ciągły podczas całego dnia.
- Czy tego rodzaju baterie mogą wyczerpać się w zupełności? Mam na myśli konkretny przedział czasu, określony w latach, czy jest to 10, 20, 40, czy może 100 lub 1000 lat – prezydent zadając kolejne pytanie sprawiał wrażenie nieustępliwego.
- Tego rodzaju limit nie istnieje. Dopóki słońce nie zakończy swojego istnienia, lub też nie zostanie zastąpione innym źródłem światła, dopóty baterie te będą działać – odpowiedział najstarszy z ekspertów.
- W związku z poprzednim pytaniem nasunęło mi się kolejne. Wspomniał pan że baterie ładować się muszą podczas całego dnia.
- Tak właśnie.
- Na przestrzeni roku jednak dzień skraca się i wydłuża niemal po dwakroć.
- Podczas prac nad ich konstrukcją uwzględniliśmy i tę rozbieżność. Baterie zostały zaprojektowane w ten sposób by ładując się podczas najkrótszego jak i najdłuższego dnia w roku spełniały swoje funkcje.
- W jaki sposób zachowałyby się takie baterie gdyby nie docierało do nich światło przez kilka, lub kilkanaście minut w trakcie dnia?
- W takim przypadku baterie przestałyby działać i odcięły by energię zasilającą broń autonomiczną. Wówczas straciłaby ona na kilkadziesiąt minut swoje walory, lecz ładując je na przestrzeni kolejnych kilkudziesięci minut, energię tę w pełni by odzyskała.
- Przyszła mi do głowy pewna myśl – w euforyczny sposób oznajmił prezydent - Proszę sprawdzić kiedy nastąpi najbliższe zaćmienie słońca.
- Najpóźniej za kilka minut będę miał te dane – oznajmił jeden z doradców.
- Proszę się nie spieszyć, w zamian dwukrotnie się upewnić - zasugerował prezydent.
- Najbliższe zaćmienie słońca nastąpi w przyszłym roku w lipcu i trwać będzie trzy minuty i dwadzieścia sekund – udzielił odpowiedzi jeden z doradców wpatrzony w ekran smartfonu.
- Tak długo czekać nie możemy.
- Przy okazji sprawdzania tej informacji odruchowo przejrzałem mapę pogody. W interesującym nas obszarze za trzy dni ma dojść do krótkotrwałej lecz intensywnej burzy śnieżnej, podczas której zwykle, wiem to z doświadczenia szczególnie w grudniu zapada zmrok niczym nie ustępujący zaćmieniu słońca. Przeżyłem coś podobnego w Dakocie Południowej, doskonale pamiętam, w środku dnia pozapalały się wówczas wszystkie miejskie latarnie.
- Panowie, podobna okoliczność może się długo nie powtórzyć, proponuję by podczas mającej nastąpić burzy śnieżnej wykorzystać czasową dezaktywację naszych prześladowców i przeprowadzić zmasowany atak. W moim uznaniu to jedyny sposób zneutralizowania ich raz na zawsze.
We wnętrzu sali konferencyjnej zapadła kilknasto minutowa cisza.
- Muszę przyznać doskonały pomysł – zaopiniował doradca Wilkins.
- Istotnie, wydaje się to być jedyną szansą – dopowiedział jeden z ekspertów, tym bardziej że warunki pogodowe o jakich pan wspomniał na ogół niczym nie różnią się od mroków nocy.
- Byleby tylko tym razem nie dowiedzieli się o planowanej akcji – wyraził obawę specjalny prezydencki doradca.
- Miejmy nadzieję że tym razem Bóg nam dopomoże. Dopomógł nam podczas lądowania w Normandii gdzie o mały włos inwazja mogłaby zakończyć się całkowitą klęską, dopomógł nam podczas ewakuacji z Hanoi, miejmy nadzieję że i tym razem łut szczęścia przeważy szalę na naszą korzyść. W celu określenia miejsca ich przebywania posłużymy się umiejętnościami niewidomej dziewczyny obdarzonej umiejętnością echolokacji – oznajmił z narastającym entuzjazmem prezydent.
- Panie prezydencie, właśnie uświadomiłem sobie pewną rzecz, ona właśnie przebywa w tym obszarze ze specjalną misją, będzie to stanowić dla niej śmiertelne zagrożenie.
- Rzeczywiście, w ferworze ostatnich wypadków fakt ten gdzieś mi umknął.
- Czy w tej sytuacji decydujemy się na przeprowadzenie działań o charakterze zbrojnym?
- Decydujemy się, burza śnieżna nie powtórzy się w najbliższym czasie. Na szali znajduje się życie obywateli naszego kraju i możliwość powrotu arsenału jądrowego na właściwe miejsce – prezydent wywnioskował że nikt ze zgromadzonych współuczestników obrad nie podzieli jego decyzji - tej operacji nie można odłożyć na inny termin, na szczęście tego rodzaju decyzja nie wymaga zatwierdzenia przez kongres – zajął stanowcze stanowisko. Postaramy się przeprowadzić jej ewakuację, lecz okres trzech dni wydaje się zbyt krótki aby można było tego dokonać.
- Stanowczo za krótki. O ile także mi wiadomo tylko ona jako pierwsza w razie niebezpieczeństwa może nawiązać z nami kontakt – oznajmił z zaniepokojeniem odciśniętym na twarzy doradca Wilkins.
- Rozpoznanie przeprowadzimy zatem dostępnymi nam metodami, jeżeli natomiast nie udałoby się nam określić dokładnego położenia przeciwnika, pokryjemy ogniem większy obszar. W miejsce akcji skierujemy podobnie jak poprzednio sześć wyrzutni z dwunastoma pociskami w kontenerach startowych, umieszczone na trzech przyczepach holowane przez ciężkie pojazdy wysokiej mobilności Hemtt. Ilość rezerwowych pocisków ustalimy na dalszym etapie planowania. Uzbrojenie również i tym razem pracować będzie pod nadzorem systemu dowodzenia, naprowadzania i kontroli znanego już artylerzystom naszej armii. Na dopięcie wszystkich szczegółów mamy trzy dni.
- Przypomniałem sobie o jeszcze jednym fakcie wyjaśnienia którego nie zdążyłem zreferować. Otóż próbki farby ze statuy Waszyngtona jakie przesłano do naszego instytutu okazały się identyczne z farbą z użyciem termochromowego pigmentu, opracowaną specjalnie na potrzeby projektu „ Nawaho”. Znika ona pod wpływem określonej temperatury, zwykle w niższych temperaturach. Farbą to miano oznaczać cele przeznaczone do zniszczenia przez broń autonomiczną w sposób podobnie jak sama broń, nie pozostawiający po sobie śladu.
- Z tej przyczyny też napisy znikały nocą, gdy jesienne temperatury były najniższe, lecz fakt ten nie ma już dla nas większego znaczenia – zaopiniował wyraźnie podekscytowany prezydent.


Trzy dni później.

Mężczyzna siedzący na obrotowym krześle w zaimprowizowanym centrum łączności, mieszczącym się w przyczepie ciężarowego samochodu, znużony monotonią pełnionej służby utkwił wzrok w ekranie monitora. Miał nadzieję dostrzec tam coś, czego nie widział przez ostatnich kilkanaście dni, odkąd zobligowany został dyrektywą zwierzchników do śledzenia miejsc pobytu głównej uczestniczki projektu „Odwet II”. Zdążył już przywyknąć do obserwacji zielonego punku wyznaczającego współrzędne pobytu nastolatki. Nie dostrzegając niczego innego wykonał kilka obrotów na krześle. Odepchnąwszy się od podłogi, raz jeszcze obrzucił ekran obojętnym spojrzeniem, kątem oka dostrzegając zmieniający się kolor obserwowanego punku, z zielonego przechodził w czerwony. Mężczyzna zatrzymał krzesło w półobrotu i usiadł vis a vis ciekłokrystalicznego ekranu. Śledzony punkt zdążył w tym czasie zmienić kolor na barwę sangwiny co oznaczało konieczności wszczęcia procedur udzielenia pomocy lub przejęcia uczestniczki akcji. Mężczyzna ten poddał wnikliwej obserwacji ukazujący się obraz. Sygnał nie powtórzył się, co stawało się jednoznaczne z chęcią nawiązania przez nastolatkę kontaktu głosowego, w celu zakomunikowania jakiejś istotnej informacji. Skoncentrował wzrok na czarnej słuchawce telefonu spoczywającej w zasięgu prawej dłoni. Wcisnął zakodowany numer łączący jego miejsce pracy poprzez łącze satelitarne z grupą szybkiego reagowania, utworzoną w celu udzielenia natychmiastowego wsparcia, ta niezwłocznie przystąpiła do interwencji. Przybyły na miejsce helikopter Little Bird dostrzegł dziewczynę siedzącą na jednym ze schodów prowadzących na taras widokowy. Zniżył lot i wylądował na niewielkiej powierzchni tarasu. Wkrótce nastolatka zniknęła w uchylonych drzwiach helikoptera, pozostawiając za pochylonymi plecami kamieniste ostępy Parku Narodowego. W zamian całą uwagę skoncentrowała na nieznanym sobie wnętrzu pojazdu.
Pierwsze minuty pobytu w bazie Minot sprowadziły na nią lawinę wspomnień kojarzących się pozytywnie z poczuciem bezpieczeństwa. Po wielokroć przechodziła wzdłuż i w szerz swoje miejsce zakwaterowania, z niedowierzaniem dotykając każdy napotkany na swojej drodze przedmiot, nie będąc jednocześnie pewną czy przynależy on do rzeczywistego wymiaru, czy jest tylko wyobrażeniem na jego temat. Zalecono jej by najbliższe godziny spędziła w warunkach umożliwiających zregenerowanie utraconych sił, toteż znużona nastolatka postanowiła niezwłocznie udać się na spoczynek.
Zbudził ją zawodzący jazgot emitowany przez startujące myśliwce F – 22. Wspomnienia ostatnich dni wciąż żywe i wyraziste, nie zezwalały dziewczynie na pozostanie w rozluźniającym letargu. W niedługi czas później usłyszała ciche pukanie do drzwi.
- Proszę chwilę poczekać nie jestem jeszcze gotowa.
- Bez pośpiechu – dobiegł cichy, znajomy głos.
Nastolatka w kilku wprawnych ruchach przebrała się w noszoną na co dzień garderobę i podeszła do drzwi.
- Kto tam?
- Generał Clark.
- Ach to pan generale proszę wejść – wyrzekła przekręcając klucz w zamku.
Gwałtowne, niekiedy niekontrolowane gesty dziewczyny zdradzały nienaturalną nadpobudliwość i podekscytowanie, natomiast wzrok generała skoncentrował się na włączonym odbiorniku telewizyjnym.
- Po raz pierwszy widzę byś uruchomiła telewizor.
- Niekiedy słucham wiadomości?
- Zwykle do tych celów używałaś radia.
- Źródło informacji pozostaje dla mnie bez znaczenia.
Dziewczyna odwróciła się w poszukiwaniu okularów pozostawionych ostatniego wieczoru na nocnym stoliku. Znalazła je bez najmniejszego trudu, założyła i stanęła naprzeciw opiekuna. Nienaturalność jakiej dopatrzył się w jej zachowaniu generał nakazała mu uważniej przyjrzeć się podopiecznej.
- Nie zamierzałem skracać ci zasłużonego odpoczynku, muszę ci jednak oznajmić że zebrała się komisja w celu zaprotokołowania twoich wniosków z przeprowadzonej operacji i zniecierpliwiona oczekuje twojego przybycia – zakomunikował generał, koncentrując uwagę na niecodziennym zachowaniu podopiecznej.
- O której operacji łaskaw jest pan generał mówić? O tej do której zostałam przygotowana czy może o tej która niemal nie pozbawiła mnie życia? Muszę przyznać że tych ostatnich kilkanaście dni odcisnęło na moim zdrowiu wyraźne piętno. Chciałabym a raczej żądam uzyskania niezbędnych informacji w związku ze zdarzeniami do jakich doszło w miejscu do którego zostałam wydelegowana – dziewczyna wyraziła w stanowczym tonie swoje oczekiwania, dając równocześnie upust narastającej irytacji.
- Czyżbyś miała na myśli ….
- Tak właśnie generale, militarną akcję którą tylko na skutek ogromnego szczęścia przeżyłam.
- Ze swej strony składam wyrazy współczucia, lecz nie ja wydałem rozkaz do jej przeprowadzenia.
- Domyślam się generale, lecz w jakiś sposób muszę dać wyraz swojemu poirytowaniu, nie mogę przecież wykręcić numeru do Białego Domu, zawezwać do telefonu prezydenta i używając niewybrednych słów zbesztać go za wydanie rozkazu do operacji zbrojnej zagrażającej mojemu życiu.
- Muszę przyznać że byłoby to raczej niewykonalne.
- Otóż właśnie panie generale. Dla tego też piętno jakie pozostawiła w mojej psychice ostatnia operacja, okaże się równie bolesne jak świadomość że wbrew szermowanym sloganom o szacunku dla życia każdego z naszych obywateli, nadal poświęcani są oni dla celów o rzekomo większym znaczeniu, w sposób czysto uznaniowy.
- Mam nadzieję że piętno to okaże się możliwe do zatarcia.
- Panie generale ja mogłam zostać rozerwana na strzępy! Czy pan to rozumie? Tam rozpętało się piekło, wszędzie wokół niósł się ryk salw artyleryjskich. Rozrywające się pociski wzbijały chmury skalnego pyłu. Odłamki rozrywanych kamieni świszczały wokoło mojej głowy. Z góry spadały większe grudy skał, sprowadzając kamienistą lawinę. Szczęśliwym zrzeczeniem losu udało mi się znaleźć rozstęp skalny, z niemałym trudem wsunęłam się do jego wnętrza i tylko dzięki temu przetrwałam bombardowanie.
- Rozumiem, w razie potrzeby z pomocą przyjdą ci kolejni specjaliści, tym razem likwidujący skutki stresu pourazowego.
- Zostałam pozostawiona samej sobie, tylko łut szczęścia zadecydował że uniknęłam przerażających skutków ataku.
- Wszystko to rozumiem.
- Niczego pan nie rozumie bo nie było tam pana.
- W zamian brałem udział w wielu innych operacjach militarnych, gdzie moje życie było narażone na podobne niebezpieczeństwa, a być może większe.
- Pan jest zawodowym wojskowym, ja cywilem – dziewczyna przesunęła okulary ku nasadzie nosa – doprawdy nie wiem w jaki sposób o wszystkim tym powiedzieć ojcu.
- Hm, zgodnie z prawem nic cię nie zwalnia od przysięgi zachowania wszystkich tych zdarzeń w tajemnicy.
- W tajemnicy, niech pan nie będzie cyniczny, lecz dość już na tym. Nie będziemy się licytować kto z nas brał udział w większej nawale ogniowej.
- Niech i tak będzie, a tymczasem ekspercka komisja oczekuje na twoje stawienie się w sali konferencyjnej.
- Wolałabym – w jej głosie dało się wyczuć ważenie decyzji – wolałabym osobiście zdać relację prezydentowi, przecież obiecał że w przypadku powiedzenia się operacji, osobiście mnie wysłucha, a nawet zezwoli wziąć udział w Radzie Bezpieczeństwa.
- Istotnie pamiętam takie obietnice – bez większego przekonania oznajmił generał.
- Czy zatem nie mówił tego poważnie? Dokonałam przecież rzeczy o którą mnie prosił, rzucając na szalę swoje życie.
- Wszystko co mówi prezydent należy traktować z najwyższą powagą.
- W takim razie prosiłabym o ustalenie terminu wizyty w Białym Domu.
- Być może uda się sprawić że zabierzemy się powrotnym lotem, razem z członkami komisji eksperckiej – z wyczuwalnym zawahaniem powiedział generał.
- Pan także planuje lot do Waszyngtonu?
- Nie możesz przecież wybrać się tam bez opieki, było nie było nadal jestem twoim prawnym opiekunem.
- Prawda.
- Tymczasem, zanim nie zapadną decyzje odnośnie naszego lotu do Waszyngtonu, możesz udać się do swojego pokoju i odpocząć po burzliwych przeżyciach.
- Zgoda.
- Zapukam gdy uzyskam jakieś informacje.
Dziewczyna bez konieczności odnajdywania punktów orientacyjnych dotarła do przydzielonego jej miejsca zakwaterowania. Położyła się na łóżku wyściełanym materiałem w kolorze khaki i zmrużyła powieki. Starała się usystematyzować doznania ostatnich dni, jednakże powstały w jej umyśle chaos, uniemożliwił przyporządkowanie doznanym zdarzeniom właściwego im czasu i towarzyszących im emocji. Zataczały one szerokie okręgi wokół postaci młodego mężczyzny, jakiego przed nieodległym czasem obdarzyła płomiennym uczuciem. Starała się wyobrazić jego rysy twarzy, przywołać jego gesty i sposób zachowania, odgadnąć czy on także w podobny sposób próbuje podsycać zapalony wówczas płomień młodzieńczej miłości. Młodzieńczej, jednak nie przemijającej w sposób szybki jak ona sama – starała się ulec własnym sugestiom. Nim zdążyła na dobre uporządkować myśli, usłyszała kilkukrotne puknięcie do drzwi.
- Z tej strony generał Clark.
- Domyśliłam się że to pan, proszę wejść.
- Nie chcę zakłócać odpoczynku, dla tego pokrótce oznajmię ci co udało mi się uzgodnić. Zapewniono mnie o możliwości przelotu samolotem przewożącym personel do Waszyngtonu. Za godzinę planowane jest zebranie w celu ustalenia szczegółów i sporządzenia koniecznych protokołów. Zebranie odbędzie się w pomieszczeniu numer 5 budynku w którym się znajdujemy. Powinnaś na nim zdać oprzyrządowanie w jakie cię wyposażono przed rozpoczęciem operacji.
- Będę gotowa – obojętnie odrzekła nastolatka.
- Zatem do zobaczenia.

- Do zobaczenia – dodała w równie obojętnym tonie.
Godzinę tę Alice przeznaczyła na dokończenie rozpoczętych rozmyślań. Wspomnienia zdarzeń przemieszczające się po najświeższych warstwach pamięci, wyzwoliły w niej odruch sprzeciwu, ten zaś przerodził się w rządzę wzięcia rewanżu za doznane upokorzenie. Nagromadzone roszczenia domagały się przeistoczenia w czyny dające ujście negatywnym emocjom. Jeżeli w najbliższym czasie nie doczekają się one odwetu już nic nie będzie w stanie ich wymazać z mojej świadomości – poczyniła pospieszne konkluzje. Podniosła się z posłania w przekonaniu że musi doprowadzić do skutku powzięte postanowienia. Stanęła na równe nogi, uniosła plecak w jaki została wyekwipowana i pewnym krokiem podeszła do drzwi. W niedługim odstępie czasu stanęła przed kolejnymi, opatrzonymi numerem 5, zapukała.
- Proszę wejść.
Nastolatka uchyliła drzwi.
- Oto nasza bohaterka, cała i zdrowa.
- Tylko dzięki zwykłemu przypadkowi – odpowiedziała obojętnie.
- O wszystkim w naszym życiu decyduje przypadek – zripostował jeden z członków komisji.
- Mogłam się spodziewać tego rodzaju odpowiedzi – z wyczuwalną w głosie apatią odrzekła dziewczyna.
- Zgodnie z przepisami musimy przystąpić do inwentaryzowania ekwipunku jaki udało ci się wynieść z operacji, stanowiącego własność sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych – zadecydował kolejny z jej członków – w pierwszej kolejności zajmiemy się zawartością zestawu surwiwal. Akcesoria o numerach od jednego do 33.

- Wszystkie zachowały się w nienaruszonym stanie pomimo intensywnego użytkowania wielu z nich – odpowiedziała Alice zaglądając do wnętrza plecaka.

- Numer 34 - urządzenie pozycjonujące twoje położenie.
- Zaginęło podczas ostrzału.

- Numer 35 - kolczyk z nadajnikiem.
- Niestety zgubiłam go także podczas ostrzału.
- Przecież do samego końca pobytu na terenie parku Roosevelta wskazywał on twoje położenie.
- Nie wiem co mogło się z nim stać, byłam krańcowo wyczerpana, wcześniej narażona byłam na śmiertelne niebezpieczeństwo, ledwie uszłam z życiem – z narastającym wzburzeniem kontynuowała nastolatka.
- Dobrze, już dobrze takie rzeczy zdarzają się podczas tego rodzaju misji, tylko z jakich powodów nadal działał?
- Być może któryś z przelatujących ptaków zainteresował się małym, połyskującym przedmiotem na tle matowego i brunatnego poszycia – nastolatka starała się w przekonywający sposób umotywować przyczynę zguby.
- Zupełnie możliwe, w każdym razie nie istotne.
- Numer 36...
- Nie posiadam ponadto niczego co mogłoby stanowić własność rządową.
- Wobec tego nie będziemy dłużej pani zatrzymywać, relację z przebiegu operacji zda pani podczas wizyty w Białym Domu – w oschłym, służbowym tonie zaopiniował mężczyzna siedzący naprzeciw.
- Naturalnie.
- Czy państwo mają jakieś pytania?
Wewnątrz pomieszczenia zapadła długotrwała cisza.
- Zatem uznać chyba możemy nasze spotkanie za zakończona.
Wkrótce znużona nastolatka udała się na spoczynek. Zbudził ją sygnał alarmu obwieszczającego pobudkę we wszystkich pomieszczeniach mieszkalnych. Sprawiał wrażenia przenikania do najgłębszych zakątków ciała, wprawiając w drgania każdą z jego komórek. Stanąwszy pewnie na utrudzonych nogach, odruchowo sięgnęła po ubranie. Dokonała porannej toalety i w kilka minut później wchodziła już do stołówki, natykając się po drodze na generała Clarka.
- Jakże samopoczucie dzisiejszego poranka?
- Doskonałe – odpowiedziała z wymuszoną kurtuazją.
- Obserwując cię od wczoraj zauważyłem szereg zmian w twoim zachowaniu.
- Któż na moim miejscu zachowywałby się w sposób naturalny.
- Doskonale cię rozumiem, lecz gdyby każdy z nas, mam na myśli wojskowych rozpamiętywać miał uchybienia dowódców, najsilniejsza armia na świecie przestałaby istnieć.
- Jestem cywilem i prezydent z rozkazu którego tam się znalazłam, jest także cywilem.
- Jednakże zwierzchnikiem sił zbrojnych, najpotężniejszą osobą na świecie, decyzjom którego każdy z obywateli naszego kraju winien się bezwzględnie podporządkować.
- Nawet gdyby decyzje te miały skazywać niewinnego człowieka na zagładę! Na domiar kogoś kto dobrowolnie wyraził zgodę na udział w misji mającej uratować nasz kraj od śmiertelnego niebezpieczeństwa!?
- W każdym twoim słowie dostrzegam antypatię jaką darzysz głowę naszego narodu.
- Generale, połóżmy kres dalszym sporom, albowiem stają się one bezprzedmiotowe.
- Racja, nikt nie odwróci zaszłych wypadków, najistotniejsze że ręka opatrzności pozwoliła ci ujść z życiem, a twoje prawo do zadość uczynienia nie zostanie pominięte. Za kilka godzin będziemy w Waszyngtonie i znalazłszy się w gronie przywódców naszego kraju, odbierając z ich rąk podziękowania, twoje samopoczucie ulegnie poprawie. Możesz mi wierzyć.
- Postaram się – odparła dziewczyna w mało przekonywający sposób – choć tak naprawdę nie chciałabym mieć z nimi zbyt wiele do czynienia.
- Na podstawie czego śmiesz tak twierdzić?
- Unicestwili istoty od których sami mogliby się wiele nauczyć, nie dość na tym, mogliby na nowo zdefiniować istotę człowieczeństwa. Szesnastodniowy pobyt w środowisku wytworów naszych technologi, nauczył mnie na temat natury człowieka więcej, niż niemal osiemnaście lat spędzonych pośród ludzi. Zostałam bardziej zdezorientowana przez własny rząd niż oni zamierzali zmanipulować całe nasze społeczeństwo, do czego starano się mnie przekonać. Odkąd przeniknęłam do ich środowiska absurd życia pośród stworzonej przez nas cywilizacji, objawił się w pełnej jaskrawości i zrozumiałam że jest ono bardziej kruche niż wyznaczone mu biologiczne ramy i co najważniejsze następuje to za przyczyną naszej ułomnej natury.
- Znajdujemy się w kantynie bazy w Minot, tuż przed wylotem do stolicy. Nie jest to miejsce ani czas sprzyjające tym podobnym dywagacjom. Najwłaściwszym czasem i miejscem będzie gala w Białym Domu, poświęcona, o ile mi wiadomo odniesionemu triumfowi nad największym zagrożeniem ostatnich dziesięcioleci. Mamy teraz godzinę ósmą trzydzieści, wylot przewidziany jest na godzinę dziesiątą piętnaście. Pozostający do dyspozycji czas w zupełności wystarczy, by w spokoju spożyć śniadanie i spakować podróżne walizki. Proponuję abyśmy spotkali się na płycie lotniska na dwadzieścia minut przed odlotem, zgoda?
- Zgoda panie generale.
Boeing 737 zatoczył ostatni okrąg na pycie lotniska bazy w Minot, gotowiąc się do podjęcia czworga pasażerów. Wojskowy lot opatrzony kryptonimem M04 HJ zgodnie z pozwoleniem wydanym przez wieżę nawigacyjną rozpoczął się o wyznaczonym czasie i przebiegł zgodnie z oczekiwaniami.
Waszyngtońskie lotnisko powitało podróżnych nieodmiennie podmuchami wiatru przesączonego morską bryzą. Nim organizmy przybyszów z północnych stanów przywykłe do półpustynnego klimatu, zdążyły zaadaptować się do nowych warunków klimatycznych, mknęli już czarnym Cadilakiem w kierunku 1600 Pennsylvania Avenue, jednoznacznie kojarzoną przez amerykańskich obywateli z adresem Białego Domu. Starając się poddać obserwacji mijane kadry miejskiego pejzażu, nim zdążyli się spostrzec, ich oczom ukazała się majestatyczna, prezydencka siedziba. Drzwi uchylone przez kierowcę, równie szybko jak zostały otwarte, zamknęły się. Podróżni niepostrzeżenie znaleźli się w przeszklonym holu budynku, jaśniejącego w promieniach słońca. Jeden z dwojga ochroniarzy o budowie ciała boksera wagi ciężkiej, zagrodził im drogę. W kilku zdawkowych słowach nakazał podążać za sobą. Zwarta grupa czworga osób przeszła długim holem ku sali przyjęć. Ich rozbiegany wzrok, chcąc dotrzymać tempa emocjom towarzyszącym znalezieniu się w równie elitarnym miejscu i gronie, rozrzucał na boki badawcze spojrzenia. Omiatały one kolekcje obrazów, ukazujące podobizny zasłużonych mężów stanu amerykańskiej sceny politycznej, kilku prezydentów z wczesnego okresu, aż po sceny rodzajowe z amerykańskiej prowincji. Ochroniarz przystanął, tuż za nim czwórka przybyszów. Nakazał poddanie się procedurze wykrywającej przedmioty groźne dla bezpieczeństwa głowy państwa. Idąca na przedzie grupy Alice, przepuściła podążających tuż za nią wojskowych. Zwolniła, ci wyprzedzili ją dystansując o kilka kroków. Znalazłszy się w holu, stanęli przed bramką wyposażoną w wykrywacze metali, do złudzenia przypominającą system kontroli zainstalowany na cywilnych lotniskach. Z obojętnością obserwowała moment zawahania podczas którego generał Clark przystanął w pół kroku, usłyszawszy przenikliwy dźwięk stwierdzający wykrycie nie dozwolonych materiałów. Pozostali pasażerowie lotu M04 HJ nie bacząc na poddawanie generała wnikliwym przeszukaniom, zbliżyli się do urządzenia skanującego. Alice przystanęła tuż przed nim. Pracownik ochrony nakazał wyłożyć wszystkie metalowych przedmioty, ponadto wszystkie rzeczy przechowywane w kieszeniach na plastikową tacę. Alice Wilson odpięła kolczyki, zdjęła zegarek, z prawej kieszeni spodni wydobyła urządzenie zbliżone rozmiarem i wyglądem do smartfonu. Mężczyzna obsługujący skaner ujął w dłoń urządzenie i przyjrzał się mu podejrzliwym wzrokiem.
- Mój osobisty smartfon, mogę go chyba posiadać przy sobie?
- Zastanowił mnie jego nietypowy wygląd, ale naturalnie może pani wnieść go do Białego Domu.
Pozostałe przedmioty nie wzbudziły podejrzeń osób obsługujących urządzenie. Dziewczyna stając na uboczu wpięła kolczyki w uszy, pierścionek założyła na palec, elektroniczne urządzenie wsunęła do kieszeni spodni. Postąpiła kilkanaście kroków na przód, chcąc dołączyć do grona znajomych. Kolejnych kilkanaście kroków doprowadziło ich pod próg sali przyjęć, gdzie dwoje odźwiernych, stojących u naroży uchylonych drzwi, zapraszało prezydenckich gości do wnętrza.
- Proszę zająć miejsca opatrzone winietą każdego z gości – oznajmił odźwierny zachowując reguły najwyższej kurtuazji.
Przybysze znalazłszy się w podwojach przestronnego wnętrza jednej z dwu sal przeznaczonych na przyjęcia i bankiety doznali uczucia najbliższego mistycznym przeżyciom. Nie ośmielając się rozglądać na boki, rozchwianym krokiem, sprawiającym złudzenie unoszenia się ponad puszystym dywanem, zbliżyli się do długiego, prostokątnego stołu wypatrując winiet opatrzonych imieniem i nazwiskiem każdego z nich. Alice poszukując swojej, poprosiła o pomoc osobę znajdującą się najbliżej niej. Generał Clark przyszedł podopiecznej z pomocą. Oznajmił on że tuż obok znajduje się anons z napisem James Talbot, tłumacz. Na dźwięk tego imienia i nazwiska Alice przeniknął dreszcz, rozpoczynający swój bieg w górnych partiach ciała, kończący się gdzieś w okolicach stóp. Prezydenccy goście zajęli wyznaczone im miejsca. W niedługi czas potem do stołu zbliżyła się kolejna grupa przybyszów. Drugi z kolei szedł James Talbot, na widok Alice zatrzymał się i w kilku słowach powitał dziewczynę, nastolatka w okolicy splotu słonecznego uczuła ucisk, skąd po całym ciele rozeszło się przyjemne ciepło.
- Przeczuwałem że spotkamy się na uroczystej gali, doszły mnie słuchy o pomyślnym zakończeniu twojej misji – oznajmił tłumacz.
- Nie mogłam doczekać się czasu kiedy znów się spotkamy – wyrzekła przyciszonym głosem Alice.
- Przez cały ten czas nieustannie myślałem o tobie.
- Organizatorzy stanęli na wysokości zadania przydzielając nam miejsca koło siebie – kontynuowała nastolatka.
- Najwyraźniej gości posegregowano nie tylko pod względem specjalności, ale też wieku.
- Ja także o tobie myślałam, jednak o kontakcie telefonicznym nie mogło być mowy, podczas operacji nie zezwolono mi na posiadanie telefonu komórkowego – oznajmiła dyskretnie nastolatka uchwyciwszy pod stołem dłoń ukochanego.
- Zdążymy jeszcze nacieszyć się sobą do woli.
Po lewej ręce nastolatki miejsce zajął pułkownik Clark.
- Na moment was przeproszę, muszę udać się do toalety – oznajmił generał. Gdyby ktoś o mnie pytał, będę za kilka minut z powrotem.
- Proszę o uwagę głos zabierze prezydent – oznajmił jeden z prezydenckich doradców.
- Jak widzę stawili się już wszyscy zaproszeni gości którzy przyczynili się do zażegnania niebezpieczeństwa zagrażającego istnieniu naszego państwa – stwierdził prezydent zataczając spojrzenie wokół rozległej sali – możemy więc wznieść toast za nasz wspólny sukces.
Obsługa kateringowa wepchnęła na salę stoliki wypełnione kieliszkami do szampana. Otwieraniu butelek towarzyszyły wystrzały korków, jedne po drugich odbiwszy się od sufitu opadały na podłogę. Lśniące czystością kieliszki napełnione spienionym trunkiem zalśniły w blasku rozniecanym przez kinkiety i żyrandole. Wzniesiono toast.
- Kolejny z toastów proponuję wznieść za pomyślność pana prezydenta – zaproponował donośnym głosem jeden z doradców.
Następny toast opróżnił ostatnie z butelek przewidzianych na otwarcie gali.

- Najwyższa już pora ażeby przejść do oficjalnej części naszego spotkania, a za razem utajnionej i podsumowującej dokonania ostatnich dni – zajął stanowisko prezydent – nie widzę sprzeciwów, uznać więc mogę tę część naszego spotkania za rozpoczętą. Proponuję oddać głos jako pierwszej Alice Wilson, osobie bodaj najbardziej zasłużonej w naszym gronie, gdyby nie jej odwaga i poświęcenie, nie świętowalibyśmy zwycięstwa nad największym zagrożeniem ostatnich dziesięcioleci. Bardzo proszę, może pani wygłosić swoją przemowę.
- W pierwszej kolejności chciałabym ofiarować panu prezydentowi z okazji pomyślnie przeprowadzonej operacji pewien przedmiot, a raczej talizman który jak wierzę uchronił mnie przed niebezpieczeństwami misji jaką pełniłam, mianowicie ten skromny kolczyk. Tym samym chciałabym ażeby prezydent podczas pełnienia pozostałej części kadencji był chroniony w równy sposób – mówiąc to nastolatka zbliżyła się do głowy państwa i przekazała mu upominek.
- Bardzo miło mi przyjąć ten dar.
- To mnie będzie miło gdy prezydent zachowa go na pamiątkę akcji.
- A teraz może już pani wygłosić swoją prelekcję.
- Już na samym wstępie chciałabym zaznaczyć że nie mieliśmy do czynienia z zagrożeniem, a wręcz ze zjawiskiem mogącym się przyczynić do uchronienia naszej ludzkiej zbiorowości przed samozniszczeniem – oznajmiła dziewczyna zająwszy uprzednio przydzielone jej miejsce.
Pośród zgromadzonymi gośćmi zapadła niezręczna cisza, przedłużająca się ponad zwykłą w podobnych okolicznościach miarę. W czasie tym generał Clark powrócił i usiadł na wyznaczonym mu miejscu, w najbliższym sąsiedztwie Jamesa Talbota.
- Czy ktoś o mnie pytał?
- Nie panie generale – oznajmił tłumacz.
- Na jakiej podstawie śmie pani wygłaszać podobne niedorzeczności. Oni zamordowali co najmniej troje obywateli naszego kraju, dalszych siedmiuset siedemdziesięciu uprowadzili, miejsca przetrzymywania których nie udało się nam ustalić, sprofanowali nasze cmentarze wojenne. Dopuścili się kradzieży części naszego arsenału atomowego – zabrał głos prezydencki doradca Wilkins, początkowo w nieśmiałym tonie z każda sekundą jednak podnosząc ton i temperaturę wypowiedzi.
- Nie mogę temu zaprzeczyć, wprawdzie zamordowali kilku obywateli, jednakże w celu przeprowadzenia sekcji, stawiających sobie za cel szczegółowe poznanie naszej anatomii.
- Czy równie enigmatyczny cel może uświęcać tak brutalne środki? - Kontynuował swój sprzeciw doradca.
- Nie był to enigmatyczny cel panie Wilkins, w ten sposób zamierzali wyodrębnić gen odpowiedzialny za naszą wewnątrzgatunkową agresję i wyeliminować go. Czyż rząd Stanów Zjednoczonych nie dopuszczał się w historii zbrodni na własnych obywatelach chcąc osiągnąć wyższe, społeczne lub militarne cele? Za przykład posłużyć może eksplozja nuklearna o kryptonimie Buster – Jangle na poligonie Nevada z 1951 roku. Wasz rząd najlepiej wie ilu z sześciu i pół tysiąca żołnierzy zobligowanych do obserwacji wybuchu zmarło na skutek choroby popromiennej.
- W tamtym okresie zimnej wojny była to konieczność historyczna.
- Czy my dzisiaj, jako ludzkość znacznie bardziej zwaśniona i uzbrojona nie stanowimy dla siebie zagrożenia o tysiąckroć większego, nie stanęliśmy na progu konieczności historycznej bardziej jeszcze nieprzewidywalnej i nieodwołalnej za razem? Czy może tylko tego nie chcemy dostrzec.
- Tamta operacja zakończyła się sukcesem.
- Sekcje przeprowadzone przez wytwór waszych naukowo – przestępczych praktyk także osiągnęły sukces. Ich badania wykazały że źródło naszej agresji tkwi w najstarszych ewolucyjnie partiach mózgu, w obszarze jądra migdałowego. Potwierdzili nasze przypuszczenia że zakończona sukcesem agresja, w ludzkich mózgach powoduje wydzielanie się substancji nagradzającej która sprawia jednocześnie przyjemność, w czym ani o cal nie ustępujemy zwierzętom. Potwierdzili to za pomocą neuroobrazowania które przeprowadzili w waszych laboratoriach, o czym wy nie mieliście pojęcia.
- Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego podstawowym celem każdego organizmu jest przetrwanie. Zwierze jest agresywne gdy poluje, walczy o pozycję w stadzie. Ludźmi w analogicznych sytuacjach rządzi instynkt samozachowawczy – ripostował prezydencki doradca Wilkins.
- To prawda zwierzę nieustannie krzywdzi i jest krzywdzone lecz nigdy nie morduje na skalę właściwą człowiekowi. Oni właśnie zamierzali uwolnić nas od tej przypadłości. Dotąd uważaliśmy że agresja i empatia leżą na przeciwległych biegunach. Jeśli ktoś jest empatyczny nie byłby zdolny do zadania ból, jeśli ktoś natomiast wyrządza drugiemu krzywdę, najprawdopodobniej musi być wyzbyty empatii. Badania jakie przeprowadzili w waszych instytutach na kilkorgu ludzi potwierdziły że w równym stopniu za agresję i empatię odpowiadają struktury zlokalizowane w tej samej części mózgu, a empatia jest lustrzanym odbiciem agresji – podtrzymywała swoje stanowisko dziewczyna. - Tworząc broń autonomiczną obdarzyliście ją bezcennym darem, podarowaliście jej życie, jednakże nie potrafiliście zaszczepić w niej emocji w tym empatii i jej równoważnika - agresji, z tego powodu nie stanowią wobec siebie zagrożenia. Zupełnie nieświadomie stworzyliście gatunek wewnątrz którego nigdy nie doszłoby do konfliktu, ani też do pomówień o brak współczucia, gdyż tam gdzie nie istnieje agresja empatia staje się zbyteczna, rzecz jasna gdybyście nie zdecydowali się go unicestwić, a przy okazji również i mnie.
- Na jakiej podstawie wysuwa pani podobne wnioski?
- Zdążyłam poznać ich zachowanie i właściwości podczas pobytu w ich gronie. Oni wystąpili ze szlachetnym celem uchronienia nas od zgubnych następstw naszej natury, chcieli byśmy byli podobni do nich i nie zagrażali swojemu istnieniu – oznajmiła dziewczyna starając się powstrzymać przypływ emocji. Czy zatem nie lepiej w zamian za łożenie ogromnych nakładów na nowe rodzaje broni, sprawić ażeby człowiek był równie nieagresywny jak oni? Nawet gdyby miało zająć to czas dwu, trzech pokoleń, dysponujecie przecież wystarczającymi technologiami i laboratoriami, co oni zdążyli udowodnić. Opracowali nawet metodę przeprowadzenia operacji takiej na wielką skalę, na poziomie gatunkowym niestety wy bezpowrotnie zniszczyliście ją wraz z nimi.
- Pozwoli pani dojść do głosu komuś innemu? Prezydent zapewne chciałby również coś powiedzieć - doradca Wilkins starał się przerwać monolog dziewczyny.
- Nie dokończyłam jeszcze. Chcąc wyjaśnić fenomen ludzkiej agresji doszli do wniosku że zmiany w naszych mózgach nie nadążyły za rozwojem cywilizacji, neurologiczne mechanizmy nie uległy tak zasadniczym przemianom. Dla tego też człowiek współczesny kulturalny, wychowywany do życia w cywilizowanym świecie ograniczającym przemoc, co najbardziej nas dziwi, na pierwotnym, biologicznym poziomie mózgu, wciąż potrzebuje agresji. Co najbardziej jednak paradoksalne zmieniające się wraz z rozwojem cywilizacji warunki życia, wydawać by się mogło czynią agresję mniej potrzebną niż kiedyś. Nic jednak bardziej mylnego. W stuleciu poprzedzającym nasze, co w szczególny sposób zainteresowało wasz wytwór inżynieryjny, gatunek nasz doprowadził do wojen, ludobójstw, katastrof humanitarnych, pozbawiając życia znaczną część całej naszej zbiorowości, co mogłoby się równać tylko skutkom kosmicznego kataklizmu. Gdzie jeszcze stulecie wstecz, po setkach lat postępu, tak brutalne wojny wydawały się nieprawdopodobne, dla tego też z takim zainteresowaniem rozkopywali cmentarze z obu wojen światowych. Dałam się ponieść emocjom, lecz dopiero pobyt pośród nich pozwolił dostrzec mi absurd relacji między ludzkich, czy też międzypaństwowych jak wolicie je nazwać, dostrzegając jednocześnie absurd mojego przyszłego życia w jakie dopiero wkraczam, a na samą myśl o przyszłości jaka mnie czeka, przenika mnie niedoświadczony wcześniej lęk. Jest to tym bardziej dla mnie absurdalne że dopiero gdy odzyskałam wzrok, mogłam na własne oczy zobaczyć obraz wojny, wprawdzie na ekranie telewizora, ale jednak. Tak, nie przesłyszeli się państwo, dając próbkę swoich bezinteresownych i szlachetnych intencji, uczynili coś przed czym wzbraniały się instytucje rządzonego przez was państwa. W oparciu o tajne technologie wykradzione z waszych laboratoriów przywrócili mi wzrok.
Pośród zgromadzonymi gośćmi ozwały się odgłosy niedowierzania.
- Oddajcie głos komuś innemu, ta dziewczyna postradała zmysły – ozwały się głosy protestu.
- Proszę o ciszę – wnioskowała dziewczyna - tajny wytwór waszego militaryzmu pozwolił mi na nowo cieszyć się widokiem świata. Nie poprzestając na tym, zażegnał widmo nawracającej choroby nowotworowej która wiązała się z jego utratą. Wszystkiego tego dokonali przy udziale technologi które zastrzegliście do swoich utajnionych celów, głęboko skrywając przed społeczeństwem możliwość uleczenia najstraszliwszych chorób współczesności, zastrzegając je na potrzeby armii. Potraktowaliście ich istnienie dążące do zdobycia niezbędnej życiowej autonomii w jedyny właściwy sobie sposób, poprzez agresję i destrukcję.
Pośród osobami zasiadającymi wokół stołu dały się słyszeć poszepty niedowierzania, przechodzące w dezaprobatę. Alice Wilson chcąc uwiarygodnić swoje słowa budzące z upływem każdej minuty gorętsze reakcje, zdjęła z oczu przyciemnione okulary.
- Bez najmniejszego trudu mogę wyliczyć wszystkich panów zasiadających od lewa do prawa i od prawa do lewa, bez konieczności posługiwania się umiejętnością echolokacji. - Mówiąc to zatoczyła nieco niewprawne jeszcze spojrzenie rozbieganymi oczyma wokół sali – Tym razem potrafię także opisać kolor waszej garderoby, kolor waszej skóry i barwę ścian i wszystkie inne barwy świata, składające się na jego niepowtarzalne piękno. Za przyczyną utajnienia podobnych technologi i ograniczenia ich do celów militarnych, chciano mnie tego pozbawić. Nie koniec na tym.
- Odbierzcie jej głos – zgodnie zawtórowało kilka głosów.
- Proszę o ciszę, – kontynuowała dziewczyna - rozpętana przez was nawała ogniowa podczas zaćmienia słońca, pogrążyła w płomieniach wszystko w zasięgu wzroku. Skazaliście mnie na pewną śmierć. Instynktownie schroniłam się w jednym ze skalnych rozstępów i tylko dzięki temu przeżyłam. Androidy nie mając zaszczepionego poprzez ewolucję podobnego instynktu, płonęli na moich oczach jak pochodnie. Ryk salw artyleryjskich zagłuszał wszelkie inne dźwięki. Płomienie przetaczały się przez pobojowisko, chmura skalnego pyłu zawisła w powietrzu. Odłamki kamieni świszczały wokół moich uszu. Oberwane skały sprowadziły kamienną lawinę.
- Broń autonomiczna wymknęła się spod kontroli, posiadła umiejętność samoreplikacji i zaczęła stanowić śmiertelne zagrożenie. Zdążyłem zapoznać się z jej intencjami analizując szczegóły supertajnego projektu Nawaho. Wkrótce mianowali by się oni kolejnym ogniwem w ewolucji człowieka i uzyskali siły niezbędne do eliminacji ludzi.
- Jeżeli ktokolwiek jest zdolny do eliminacji kogokolwiek to tylko my sami, w sposób w jaki wyeliminowaliśmy swoich przodków neandertalczyka, człowieka z Cromagnon, denisowczyka, a później siebie nawzajem, obrazy wojny jakie zobaczyłam wczorajszego dnia na ekranie telewizora wstrząsnęły mną do głębi. Tylko my ludzie traktujemy agresję jako motor postępu. Mniej zaawansowane technologie służące do zabijania toruję drogę bardziej zaawansowanym, najlepszym dowodem na potwierdzenie tej tezy są istoty którym zawdzięczam wzrok. Wszystko co oni w waszym odczuciu uczynili złego, dokonywali w imię naszego dobra, chcąc uchronić nas od szybko postępującej samozagłady.
- Byliśmy im potrzebni, wręcz niezbędni do wykradania nam kolejnych bardziej zaawansowanych technologi niż broń jądrowa i obrócenia ich przeciw nam.
- Jeżeli byliśmy im do czegokolwiek potrzebni, to tylko do postawienia sobie naszego militaryzmu jako antywzoru do naśladowania.
- Chcieli uczynić nas bezbronnymi, ażebyśmy mogli stać się ofiarą pierwszego lepszego wrogiego państwa, zdolnego przelecieć nad Atlantykiem bądź Pacyfikiem.
- Wykradli większość głowic widząc że ich twórcy stanowią dla siebie dalece większe zagrożenie niż super skuteczne maszyny do zabijania, które wypowiedziały wam posłuszeństwo, nie chcąc zabijać.
- Broń autonomiczna jaka wymknęła się spod naszej kontroli stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo jako że nie zdążono zaszczepić jej moralności ani też umiejętności rozpoznawania wroga, kogo ma bronić, a kogo unicestwiać. W momencie gdy człowiek zabija drugiego człowieka nawet z dużej odległości, nie nawiązując z nim relacji emocjonalnej, musi stawić czoła wielu dylematom, z podstawowym na czele: czy odbieranie prawa do życia w tym konkretnym przypadku jest uzasadnione? Z tobą obeszli się w sposób niezwykle łagodny, zapewne też nie bez przyczyny, z pewnością musiałaś zaoferować im coś w zamian. Proszę abyś zdradziła co takiego?
Na twarzy dziewczyny ukazał się rys zawahania.
- Zobowiązałem się do …...
Pośród słuchaczami zapadło przedłużające się milczenie.
Nastolatka ważąc kolejne słowa dłuższym spojrzeniem obrzuciła sylwetkę prezydenta, spojrzeniem zdradzającym zatajanie istotnego faktu. Generał Clark znając sposób zachowania dziewczyny i zwykle przejawiane przez nią reakcje, śledził każdy ruch, gest i grymas jej twarzy. Wkrótce też zapytał donośnym i stanowczym głosem.
- Czy dziewczyna przekazała cokolwiek prezydentowi podczas mojej nieobecności? Czy ktokolwiek z państwa zauważył by Alice ofiarowała najmniejszy nawet przedmiot prezydentowi ? – Powtórzył głośniej chcąc zjednać sobie większy posłuch.
- Tak, ofiarowała mu kolczyk, jako rodzaj talizmanu który przyniósł jej szczęście podczas operacji w Parku Narodowym imienia Roosevelta – oznajmił jeden z doradców łamiącym się głosem, zdradzając objawy paraliżującego zdezorientowania.
W najdalszych zakątkach sali konferencyjnej rozległ się przenikliwy sygnał charakterystyczny dla urządzenia wykrywającego metal. Zgromadzeni na sali goście skierowali spojrzenia w stronę źródła dźwięku, powodującego u każdego z nich przenikliwy dreszcz. Generał Clark zdecydowanym krokiem podszedł do detektora metalu. W momencie gdy dźwięk ustał, poczuł na plecach podmuch powietrza, jak gdyby wzniecić go miała energia biegnącego człowieka. Alice dyskretnym ruchem dłoni położyła na stole obok siebie urządzenie zbliżone wyglądem do smartfonu, kilka sekund później urządzenie zniknęło. Generał Clark skierował wzrok na prezydenta.
- Panie prezydencie niech pan ucieka, jest pan w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Niech pan mi zaufa, opuści Biały Dom i uda się do jednego z bunkrów – wykrzyknął gromkim głosem generał – Niech pan ucieka – powtórzył.
- Dokąd mam uciekać, z jakich powodów? - Niedowierzanie prezydenta mieszało się z rozważaniem decyzji o ucieczce. Prezydenccy ochroniarze rutynowo rzucili się na zwierzchnika, chcąc osłonić go własnymi ciałami. Prezydent przygnieciony ich ciężarem z trudem wydobywał z siebie pojedyncze słowa. Jedno z poleceń nakazywało podjecie natychmiastowej ucieczki tajnym korytarzem, pod lewym skrzydłem Białego Domu. Kolejne, zgodnie z procedurami o zagrożeniu w obrębie rezydencji, nakazywało ewakuację prezydenta do bunkra przeciwatomowego, mieszczącego się pod wschodnim skrzydłem prezydenckiej siedziby. Jeden z ochroniarzy Secret Service uchylił drzwi, dotąd niedostrzegalne przez żadnego z gości, na tylnej ścianie sali jadalnej. Czwórka mężczyzn zbiegła stromymi schodami prowadzącymi w dół. Pojedynczy ciąg schodów zakrzywiał się pod kątem prostym na odcinku piętnastu stopni.
Pod wpływem nagłego impulsu Alice podniosła się z krzesła i pobiegła w kierunku ewakuacji. Przeszła przez drzwi ledwie widzialne tle ściany o barwie weneckiego różu, po czym zbiegła w dół, pokonując po dwa stopnie jednocześnie. W ślad za nią podążył James Talbot. Pracownicy Secret Service usłyszawszy odgłosy kroków nierozpoznanych osób wypowiedzieli kilka donośnych słów, odbitych echem od ścian pogrążonego w półmroku korytarza.
- Jest to tajne przejście, nikt oprócz prezydenta i jego ochrony nie ma tutaj wstępu. Jeśli natychmiast nie zawrócicie otworzymy ogień.
- Muszę zakomunikować prezydentowi bardzo ważną informację.
- Jeśli nie zawrócicie będziemy strzelać – dobiegł z dołu głos zniekształcony pionowymi połaciami ścian.
Alice przyspieszyła kroku, spojrzała w dół za najbliższym załomem schodów powiewały poły marynarki jednego z prezydenckich ochroniarzy. Ten dostrzegłszy cień podążającego za nim człowieka, kilkakrotnie wystrzelił ku górze z pistoletu. Rozbłysk wystrzałów rozświetlił półmrok gęstniejący wraz z każdą kondygnacją. Rykoszetujące po ścianach pociski zakończyły swój śmiercionośny taniec gdzieś u podnóża schodów. Alice przystanęła, wyczekała moment w którym zamilkły odgłosy kroków poprzedzających ją mężczyzn. Zza jej pleców dobiegło echo zniekształconych słów tłumacza.
- James natychmiast zawracaj do sali jadalnej, znajdujesz się w śmiertelnym niebezpieczeństwie – krzyknęła tak głośno na ile tylko potrafiła. - Nie doczekawszy się odpowiedzi pokonała kolejne dwa załomy schodów. Zza ledwie dostrzegalnego zaułka na poziomie najbliższego korytarza dostrzegła uchylone drzwi. Z niewielkiej szczeliny pomiędzy drzwiami a futryną, przenikało światło. Uważnie nasłuchując pokonała kilkadziesiąt kroków, dzielących ją od obserwowanego miejsca. Tuż przed drzwiami przystanęła, chcąc upewnić się że nie napotka tam któregoś z prezydenckich ochroniarzy. Nie dosłyszawszy żadnych dźwięków uchyliła drzwi, poprzez nie weszła do wnętrza niezbyt rozległego pomieszczenia. Jest to z pewnością prezydencki bunkier przeciwatomowy – poczyniła pośpieszne wnioski. Uważnie rozejrzała się wokół ścian określających wnętrze. Zatrzymała wzrok na okrągłym narodowym godle przytwierdzonym do jednej z dłuższych ścian. Krótsze z nich wypełniały ekrany telewizorów wmontowane w drewniane panele. Stanęła naprzeciw prostokątnego stołu. Dostrzegła kolejne drzwi. Ich niedomknięta, masywna połać, jednoznacznie wskazywała na przyczynę ich otwarcia, natomiast kilkunasto calowy przekrój sugerował niebagatelną wagę, toteż z całych sił pociągnęła je ku sobie. Drzwi wydawszy z siebie metaliczny zgrzyt, nieznacznie uchyliły się. Dziewczyna z trudem przecisnęła się przez powstałą szczelinę. Z razu pospieszny krok przerodził się w bieg. Wiązka matowego światła rozrzucana przez niewielkie żarówki z trudem wystarczała do rozpoznania długiej, poziomej drogi, na odległość kilku najbliższych kroków. Odniosła wrażenie przemieszczania się wąskim, kopalnianym szybem. Dobiegło ją echo kroków kilkorga ludzi, dochodzące zza nieodległego zakrętu. Przyspieszyła kroku, dostrzegła sylwetki czworga mężczyzn przemierzających biegiem podziemny korytarz. Zza jej pleców dobiegało echo urywanych słów tłumacza, na moment zatrzymała się, jednakże nie potrafiła określić ich sensu.
- Panie prezydencie, proszę mnie posłuchać, musi pan natychmiast.....- urwała w pół zdania.
Słowa dziewczyny zagłuszyło kilka pistoletowych wystrzałów, utkwiły w zmurszałej ścianie na tyłach korytarza, kilkanaście metrów za jej plecami. Odwróciła się, na jej tle dostrzegła zarys sylwetki ukochanego mężczyzny. Jakiś czas jeszcze w uszach nastolatki wibrował pogłos, przelatujących tuż obok niej pocisków. Przywarła plecami do wilgotnej ściany. Odczekała aż uciekinierzy i napastnicy za razem, znikną za kolejnym załomem korytarza. Gdy tylko dochodzące stamtąd echo kroków zacichło, podbiegła tam. Na końcu korytarza dostrzegła zamykane drzwi wraz z przenikającym do jego wnętrza dziennym światłem. Przegrywało ono w zmaganiach z półmrokiem podziemnego korytarz i z wolna ulatywało na zewnątrz, przez malejący prześwit zamykanych drzwi. Tak szybko na ile to tylko możliwe podbiegła do nich, a zaparłszy się nogami o skruszałą nawierzchnię chodnika, naparła na nie całym ciałem. Z wolna otwierające się drzwi oblała fala powracającego światła. Zmrużyła powieki, chcąc oswoić z nim nawykłe do półmroku źrenice. Niemal na oślep przedarła się przez gęstwinę roślin pnących się po ściennej elewacji. Z trudem wydobywała stopy spomiędzy splątanych łodyg, skutecznie przysłaniających dotąd jedno z ewakuacyjnych wyjść z Białego Domu. W momencie gdy rozchyliła powieki dostrzegła czwórkę mężczyzn zmierzających w kierunku fontanny. Całą energię skoncentrowała na jak najszybszym biegu. Krótko przycięta trawa rezydencjalnych trawników, równych jak stół, umożliwiła rozwiniecie prędkości graniczących z możliwościami młodego organizmu. Dystans pomiędzy grupką mężczyzn a podążającą ich śladem dziewczyną począł w sposób zauważalny maleć. Odwróciła się, w niewielkiej odległości za nią biegł James Talbot.
- Panie prezydencie.......
Dostrzegła odwracającą się sylwetkę jednego z ochroniarzy. Wkrótce potem rozbłysk w lufie pistoletu. Usłyszała świst przelatującego ponad jej głową pocisku, po chwili drugi i kilka kolejnych. Przywarła całym ciałem do miękkiej, trawiastej nawierzchni. Pociski rozerwały w pobliżu kępkę trawy, ukazując czerń spulchnionej ziemi. Poderwała się na równe nogi i bardziej jeszcze przyspieszyła bieg. Instynktownie uchylała się przed chaotycznie oddawanymi w jej kierunku salwami. Zbliżyła się na odległość celnego pistoletowego strzału. W pobliżu grupki uciekinierów zamajaczyła biała sylwetka fontanny, ozdabiającej prezydencki ogród od strony południowego tarasu.
- Panie prezydencie musi mnie pan wysłuchać. - Pracownicy Secret Service zatrzymali się w bezruchu z lufami pistoletów zwróconymi w jej kierunku. Przylgnęła do murawy trawnika.
- Panie prezydencie niech pan wyrzuci ofiarowany przeze mnie kolczyk do fontanny, to tylko może uratować panu życie. - Obserwowała jak trójka ochroniarzy wydobywa z kieszeni rezerwowe magazynki i wyrównując oddech przeładowuje broń. W tym czasie prezydent wydobył z kieszeni marynarki kolczyk, pospiesznym krokiem zbliżył się do fontanny i niepewnym ruchem dłoni wrzucił złotą ozdobę do misy. Wygładzone lustro wody rozwarło się, wydając z siebie ciche chlupnięcie. Kolczyk pomknął wahliwym ruchem w dół i osiadł na dnie. W kilkanaście sekund później rozległ się o wiele bardziej donośny dźwięk, jak gdyby wydany przez wskakującego do wody człowieka. W chwilę później zaległą ciszę zakłócił tylko poszum słupa wody wyrzucanego ku górze. W niewielkiej odległości bielała majestatyczna sylweta statuy Waszyngtona.
- Nie strzelajcie, schowajcie broń – zakomenderował prezydent – a wy możecie już wstać - polecił – zbliżając się do leżącej na trawie dziewczyny i tuż za nią młodego mężczyzny – zostałaś aresztowana pod zarzutem próby zabójstwa prezydenta Stanów Zjednoczonych. Zostaniesz zakuta w kajdanki w mojej rezydencji, przy każdej próbie ucieczki otworzymy ogień.
Cisza jaka zapanowała pośród gośćmi Białego Domu na skutek nieprzewidzianego zachowania Alice Wilson, a także późniejszych wydarzeń z wolna ustępowała miejsca niesmiałej wymianie dialogów.
- Nikt z panów nie przewidziałby chyba podobnego biegu wypadków?
- Skądże, choć w prezydenckiej siedzibie bywam od z górą dwudziestu kilku lat.
- Na zachowanie dziewczyny z pewnością miało wpływ nagłe odzyskanie wzroku. Ludzie widzący mając kontakt od wczesnego dzieciństwa ze sprawozdaniami z konfliktów zbrojnych zdążyli przywyknąć do widoku wojen w tym jej skutków, a możliwości adaptacyjne człowieka pozwalają pomniejszyć jej wydźwięk i znieść jej koszmar – zabrał głos jeden z wojskowych doradców.
- Dla kogoś kto widział je po raz pierwszy, istotnie mogły wywołać szok – dopowiedział kolejny z nich.
- Który na długo jeszcze może nie pozwolić na odnalezienie się w pokojowej, czy też na wpół pokojowej rzeczywistości.
- Cóż, gdyby nie wojny nie byłoby historii ludzkości
- Spójrzcie przez okna, w oddali na tle statuy Waszyngtona pojawiła się sylwetka prezydenta.
- Tak to najpewniej prezydent – dodał ktoś z obserwatorów.
Na trawniku w okolicach fontanny pojawiło się kilku kolejnych funkcjonariuszy Sicret Serwice. Otoczyli dziewczynę zwartym szpalerem. Jeden z nich zatrzasnął na jej nadgarstkach kajdanki, kilku kolejnych odprowadziło ją do wypełnionej gośćmi sali przyjęć.
- Zanim w prezydenckiej siedzibie stawi się prokurator generalny ażeby przedstawić ci zarzuty, możesz usiąść na zajmowanym dotąd krześle – zarządził prezydent.
Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie prezydenta.
- Przysługuje ci prawo do posiadania adwokata, czy zamierzasz wynająć go, czy też ma on zostać przydzielony z urzędu?
- Ani prywatny adwokat, ani tym bardziej z urzędu nie będzie mi do niczego potrzebny.
- Radzę ci podjąć szybką decyzję, gdyż jak się domyślasz będziesz sądzona jako człowiek dorosły. Gdyby na skutek wnoszonych apelacji miało to nie nastąpić, poczekamy gdy osiągniesz pełnoletność. Z utęsknieniem będę odliczał każdy dzień do czasu osiągnięcia przez ciebie pełnoletności, wówczas staniesz przed sądem i z pewnością skazana zostaniesz na jedyny możliwy wyrok. Wszelkie wnioski o złagodzenie kary z najwyższą przyjemnością odrzucę. Osobiście będę asystował przy wykonaniu wyroku - wyrzekł prezydent z narastającą furią. Z satysfakcją i lubością obserwował będę podziałkę na konsoli dozującej coraz większe natężenie elektryczne, a wkrótce potem kłęby dymu unoszące się nad twoim ciałem przytwierdzonym do śmiercionośnego krzesła. Gdyby zaś zasądzona ci śmierć dokonać się miała poprzez zastrzyk trucizny, napawał się będę konwulsjami jakie wstrząsną twoim ciałem. W obu tych przypadkach na mojej twarzy nie drgnie żaden mięsień odpowiedzialny za okazanie współczucia, nie ukaże się najmniejszy grymas zwiastujący empatię.
- Nim jednak osiągnę pełnoletność, nim zostanę osądzona, nim jeszcze do Białego Domu przybędzie prokurator generalny, a z moich dłoni zostaną zdjęte kajdanki, obecni tutaj wysłuchają wszystkiego co mam do powiedzenia.
- Najpewniej doznałaś pod wpływem nadmiaru emocji zaburzenia świadomości lub może na skutek szoku spowodowanego wystrzałami, innych, groźnych umysłowych aberracji.
- Nie przesłyszeli się państwo, czynności o jakich powiedziałam nastąpią we wskazanej przeze mnie kolejności.
- Gdyby ktoś nie dosłyszał powtórzę raz jeszcze, najpierw zostaną zdjęte mi kajdanki, w dalszej kolejności powiem o kilku rzeczach, bez wątpienia interesujących wielu z panów.
- Nie czas, ani tym bardziej miejsce na urządzanie podobnych kpin.
- To jawne żarty z najwyższych funkcjonariuszy państwowych. Przypominam że ich obraza grozi karą dziesięciu lat pozbawienia wolności.
- Ostatecznie mogę zmienić kolejność, najpierw zakomunikuję najważniejszą wiadomość jaką mam panom do zakomunikowania, w dalszej kolejności dopiero zostanę rozkuta. - Wzburzenie kilku współpracowników prezydenta przerodziło się we wrzawę. - Czy ja mogę dojść do głosu? - stanowczym tonem zapytała dziewczyna.
- To już są jawne kpiny z majestatu państwa.
- Zapewne wielu z panów zainteresuje miejsce gdzie broń autonomiczna ukryła uprowadzone głowice jądrowe, a tak się składa że jestem jedyną osobą w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, której miejsce to jest znane. Jeśli spadnie mi choć jeden włos z głowy, nikt nigdy ich nie odnajdzie.
Pośród dostojnikami państwowymi zapadło przedłużające się milczenie. Do ich świadomości poczęły docierać domysły powiązane z logicznym następstwem wypadków.


CDN

PS. Drodzy czytelnicy, prosiłbym o zamieszczanie OCEN i KOMENTARZY. Zachęcam również do zakupu mojej powieści MATEMATYCZNY WZÓR NA ISTNIENIE BOGA dostępnej w cenach promocyjnych w większości księgarń internetowych. Dziękuję i pozdrawiam autor.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Maciej Bienias · dnia 23.05.2021 09:26 · Czytań: 313 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
Jacek Londyn dnia 27.05.2021 11:31
Dzień dobry.

Zareagowałem na prośbę przekazaną DUŻYMI LITERAMI w post scriptum, stąd też poniższy komentarz. :)
Zastrzegam, że nie czytałem poprzednich części, więc nie będę oceniał spójności i logiczności opisywanej historii. Skoncentruję się na tym, co od czytania odstręcza.

Od dawna nie spotkałem w prezentowanym w PP tekście tylu braków interpunkcyjnych, w szczególności w zakresie przecinków. Trzeba nad tym popracować, bo wygląda nieciekawie.

Jest wiele opisów (zauważyłem, że dokładasz, gdzie tylko możesz, opisową "watę";), a wiele wybrzmiewa po prostu śmiesznie, choć nie było takiego pisarskiego zamysłu; przykłady poniżej:

Sondując grunt pod nogami, umiejętnie stawiała kolejne kroki, a każdy z nich zmierzał w kierunku kamienistych ostępów, gdzie przed kilkoma dniami utraciła głosowy kontakt ze swoim opiekunem. Ten śledząc każdy krok swojej podopiecznej, obserwował powolne oddalanie się jej sylwetki, malejącej na tle niezmiennych w swoim ogromie kamienistych skał. Niekiedy jeszcze dostrzegalne stawały się odblaskowe przywieszki na kieszeni plecaka, aż niepostrzeżenie zniknęły zupełnie. Generał odczekał jeszcze moment w nadziei że postać Alice ukaże się na którymś z tarasów rozlokowanych na kamienistych wyniosłościach, lecz w zamian dostrzegł tylko bezludny majestat przyrody pozostawionej samej sobie przez nieujarzmioną dłoń natury. - odchodzi... odchodzi... powolnie... aż znika; to dość nużące dla czytelnika, fragment wytłuszczony rozbawia,

wyruszyć mieli do Parku Narodowego imienia Theodora Roosevelta i tam rozstając się, wyznaczyć moment rozpoczęcia szczegółowo zaplanowanej operacji. - rozstając się, mogli uścisnąć sobie dłonie; wygląda, że wyruszyli, by się rozstać :)

Mówiąc to zatoczyła nieco niewprawne jeszcze spojrzenie rozbieganymi oczyma wokół sali - przeczytaj to sam jeszcze raz i pewnie też się uśmiechniesz

Pośród nich rozpoznał doskonale znanych sobie doradców, jak i widzianych po raz pierwszy współtwórców projektu o kryptonimie Nawaho.
- rozpoznał pasuje tylko do pierwszej części zdania.

Krótko mówiąc - jest masa rzeczy do poprawy.

pzdr
JL
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
27/06/2022 20:48
Msz sens życia, to coś więcej poza przetrwaniem, ale… »
Yaro
27/06/2022 19:09
Jezus chce byśmy się cieszyli, radowali miłość jest radością… »
Materazzone
27/06/2022 17:27
Jak dla mnie zbyt...proste? Może nie, raczej zbyt łatwe w… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:37
Nie lubię żartów z religii (nie twierdzę, że taki był… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 15:35
Dobrze napisane i fabuła fajna. W obydwu przypadkach sukces… »
Marek Adam Grabowski
27/06/2022 09:14
Dzięki! Zawsze miło cię widzieć. Pozdrawiam »
Marian
27/06/2022 07:25
Ciekawie napisane. Zgadzam się z tulipanowką, przeżyła, bo… »
Yaro
26/06/2022 13:42
Dziękuję Kasiu:)Pozdrawiam:) Duszku akurat Jezus pokazał… »
Marek Adam Grabowski
26/06/2022 09:32
Spoko. Przy okazji polecam moje ostatnie opowiadanie.… »
Marian
26/06/2022 07:44
Marku, dzięki za odwiedziny i komentarz. Akapit zaraz usunę. »
wolnyduch
25/06/2022 21:29
z pewnością nawet Jezus nie był ideałem, ale to świadczy o… »
wolnyduch
25/06/2022 21:26
Jeśli ktoś nie oglądał filmu pt. "Przełęcz… »
wolnyduch
25/06/2022 21:22
Witaj Katarzyno/Kasiu, jeśli można?... Dziękuję za… »
wolnyduch
25/06/2022 21:16
Piękne obrazowanie, czytałam z przyjemnością, pozdrawiam… »
Marek Adam Grabowski
25/06/2022 15:19
Ciekawe i dobrze napisane opowiadanie. Oddajesz magiczny… »
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:Trollformel 0
Wspierają nas