Troll - Marian
Proza » Przygodowe » Troll
A A A

Brnąc w kopnym śniegu, schodziłem leśną stokówką. Na zboczu góry był kiedyś świerkowy bór, ale przed laty zniszczyła go wichura. Pozostały tylko samotne drzewa, a pomiędzy nimi wyrosły brzózki i inny leśny drobiazg. Tamta nagła śmierć lasu otworzyła szeroki widok na dolinę i przeciwległe pasmo.

Idąc tak i pasąc oczy zimową panoramą gór, nagle na zboczu powyżej mnie usłyszałem trzask łamanych gałęzi. Zatrzymałem się i spojrzałem na zarośla. Nic nie zauważyłem, a i trzask ucichł. Uspokojony, ruszyłem. Po chwili jednak ponownie usłyszałem ten sam odgłos. Wyraźnie coś szło lasem równolegle do mnie. Znowu stanąłem i znów zrobiło się cicho. „Pewnie jakiś jeleń lub dzik lezie tamtędy” – pomyślałem i krzyknąłem w stronę zarośli:

Hu! Ha! Wynocha!

Spodziewałam się usłyszeć odgłos uciekającego zwierzęcia, ale odpowiedziała mi cisza. „Pieprzy ci się na starość” – mruknąłem pod nosem i ruszyłem.

Niestety, słuch mnie nie mylił i po chwili znowu usłyszałem odgłosy przedzierania się przez za-rośla. Zrobiło się niemiło. Coś było w lesie i mnie śledziło, tylko co i po co.

Pierwsza myśl - zwierzę. A jeśli zwierzę, to przecież nie szło za mną po to, żeby zobaczyć, jak wyglądam na śniegu. Zwierzęta takich wrażeń nie potrzebują. Potrzebują natomiast papu, a o to zimą trudno. „Niedźwiedź!” – błysnęło mi pod czaszką i strach zmącił moje myślenie. Rzuciłem się do panicznej ucieczki, ale po kilku krokach potknąłem się i zaryłem twarzą w śnieg. Oczami wyobraźni widziałem już wielkie cielsko zwalające się na mnie. Nawet nie próbowałem wstać, zwinąłem się jak embrion i czekałem na atak. Nie nastąpił. Nie wiem jak długo leżałem, bo czas jakby się zatrzymał. W końcu wstałem, otrzepałem śnieg i rozejrzałem się. Wkoło była cisza.

Powoli wracałem do siebie i wtedy przyszła mi do głowy druga myśl - człowiek. Ktoś idzie za mną, tylko kto: zboczeniec, bandzior czy jajcarz chcący mnie nastraszyć? Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy mam przy pasku mój ukochany kozik i włączyłem myślenie. Zbok? Nie. Po co miałby szukać wrażeń po górach, skoro w miejskim parku i łatwej o nie i przyjemniej. Bandyta? Też nie. Co mógłby mi zabrać? Termos z kawą i trochę drobnych? Został więc tylko kawalarz, który zobaczył mnie samego na tym pustkowiu i postanowił postraszyć. Zawsze uważałem, że po górach chodzą fajni ludzie i dlatego na myśl o takim idiocie wściekłem się.

Bucu! – krzyknąłem w stronę lasu. – Wyjdź i pokaż się!

Odpowiedziała mi cisza. Machnąłem więc ręką i poszedłem dalej.

Gdzieś po półgodzinie, ze sto metrów przede mną na drogę wyskoczył wielki pies, a zaraz za nim z lasu wyszedł człowiek. Przypominający wilka pies rzucił się w moją stronę, ale odwołany przez pana, zawrócił i grzecznie został przy jego nodze. Człowiek tymczasem podszedł powoli do mnie.

Witaj! – powiedział jakby mnie znał od zawsze. – Dokąd to bogi prowadzą w taką zimę?

Schodzę do Wołkowa – odpowiedziałem, patrząc z niepokojem na psa, który na sztywnych nogach zaszedł mnie od tyłu.

To masz jeszcze kawałek – powiedział. – A jego się nie bój, nie ruszy cię – dodał, grożąc psu palcem.

Mój rozmówca wyglądał dziwnie. Był bardzo niski, a bujna broda sięgała mu prawie do pasa. Ubrany był w wyświechtany kożuch przepasany cienkim paskiem, a na głowie miał wyleniałą baranicę. Wyglądał jak skandynawski troll i nie budził zaufania. Wiało od niego czymś złym i naj-chętniej poszedłbym już dalej, ale nieznajomy nie pozwolił.

To mówisz, że idziesz do Wołkowa? Nie byłem tam już ruski rok, bo to nie mój teren. Mieszkam daleko stąd.

A gdzie? – zapytałem.

Tam – wskazał na południe. – Za Lisią Górą. Byłeś tam kiedyś?

Nie, bo to nie mój teren – odpowiedziałem, małpując mojego rozmówcę.

To wpadnij do mnie kiedyś – zaproponował. – Tam jest dolina, którą płynie Deszna, a na jej końcu stoi stara chata. To moja. Gdyby mnie nie było, to klucz znajdziesz pod kamieniem przed progiem. Zapraszam.

Poczułem się uspokojony, więc powiedziałem:

U góry ktoś łaził za mną po krzakach. To nie byłeś ty?

Ja? Nie. Dopiero co zszedłem z przełęczy, a do góry dopiero idę – usłyszałem w odpowiedzi i zabrzmiało to szczerze.

Na tym pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę.

Pod koniec lata postanowiłem zajrzeć do tajemniczej doliny za Lisią Górą. Z map wynikało, że nie ma tam żadnych szlaków turystycznych, a do najbliższej osiągalnej autem wioszczyny są około trzy godziny marszu. Mimo to postanowiłem tam pójść.

Był słoneczny dzień, gdy wszedłem w rozległą pustać zalaną morzem traw. Wzdłuż Desznej wiodła dawno zapomniana droga, przy której z rzadka rosły zdziczałe drzewa owocowe, świad-czące, że niegdyś mieszkali tu ludzie. Ludzie zaglądali tu i teraz, bo na ziemi widać było niewy-raźne ślady opon. Droga pięła się łagodnie pod górę, stawała się coraz mniej widoczna, a starej chaty wciąż nie było widać. W końcu zobaczyłem ją ukrytą pomiędzy starymi gruszami i jabło-niami. Była drewniana i stareńka - typowa chyża sprzed chyba stu lat. Otaczał ją rozwalający się płot ze sztachet, przy którym rosły półuschnięte krzewy porzeczek i agrestu. Jej ściany z belek nosiły jeszcze resztki bielenia. Dwa małe okna i drzwi wyglądały solidnie, a te ostatnie zamknięte były na wielką kłódkę. Przed progiem leżał płaski kamień i pod nim bez trudu znalazłem klucz.

Zdjąłem kłódkę, przestąpiłem próg i znalazłem się w innym świecie. Wewnętrzne ściany i sufity wyłożono starannie płytami gipsowo-kartonowymi i pomalowano na biało, a na podłogach były płytki i panele. Prawa izba była kuchnią-jadalnią. Mieściła czteropalnikową kuchenkę na gaz z butli, zlewozmywak, kredens i stół z czterema krzesłami. Izba lewa była sypialnią z dużym łóż-kiem, trzydrzwiową szafą, stolikiem i lustrem na ścianie. Całość wyglądała jak mieszkanie w bloku, a wiszące u sufitów lampy i telewizor na ścianie sypialni wskazywały, że był tam prąd elektryczny. Nie mogłem zajrzeć do części inwentarskiej, ale przypuszczam, że właśnie tam ukryta była cała maszyneria zasilająca dom w prąd i wodę. Wnętrze chaty tak nie pasowało do jej wyglądu zewnętrznego, tak raziło swoją miejskością, że aż nie chciało się w nim przebywać. Zamknąłem więc drzwi, klucz schowałem pod kamień i usiadłszy na progu, chciałem pomyśleć, co zrobić z resztą dnia.

Nie udało mi się, bo w tejże chwili podjechała wypasiona terenówka, a z niej wysiadł gospodarz. Był to ten sam człowiek sprzed pół roku, ale jakże odmieniony. Ubrany był w markowe ciuchy, nosił okulary w cienkiej oprawie, a brak czapki ukazał jego leninowską łysinę. Łysy, z długą brodą i w okularkach przypominał Koszałka-Opałka, znanego z ilustracji do książki Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i o sierotce Marysi". Nie był jednak dobrotliwym krasnoludkiem, bo zobaczywszy mnie, wyraźnie zdenerwowany warknął:

Co pan tu robi? To teren prywatny.

Cześć! Nie poznajesz mnie? Spotkaliśmy się zimą w górach nad Wołkowem. Zapraszałeś mnie – starałem się odświeżyć jego pamięć.

Nad Wołkowem? – zdziwił się brodacz. – Nie byłem tam już ruski rok. To nie mój teren. Nigdy pana nie widziałem, a już na pewno nie jesteśmy na ty.

Zatkało mnie i wydukałem tylko:

No, to ja już sobie pójdę. Cześć!

Tak będzie najlepiej. Żegnam – odpowiedział gospodarz i zajął się opróżnianiem bagażnika.

Dzień i tak miałem już zepsuty, więc postanowiłem wracać. Po drodze zastanawiałem się nad dziwnym zachowaniem zmotoryzowanego trolla. Czyżby naprawdę mnie nie poznał? A może poznał, ale z jakichś powodów moja wizyta mu nie pasowała. Mógłby jednak mnie jakoś po ludzku odprawić, a nie rżnąć głupa. A może to nie był on? Może jego brat bliźniak?

Moje rozmyślania przerwał warkot silnika. Po chwili dogoniła mnie znana już terenówka, a brodaty kierowca zza kierownicy zawołał:

Czekaj stary! Wskakuj! Wracamy do mnie.

Wtedy już drugi raz tego samego dnia mnie zatkało. Brodacz tymczasem ciągnął dalej:

Co? Udało mi się ciebie nabrać. Lubię tak czasem robić sobie jaja z ludzi i patrzeć na ich reakcje. Mam talent aktorski i nieźle mi to wychodzi. Nie?

Musiałem mieć jakąś durną minę, bo kierowca powiedział:

No co tak patrzysz, jakbyś mnie pierwszy raz zobaczył. Wsiadaj!

Ogarnęła mnie wściekłość. Najchętniej wyciągnąłbym kurdupla z auta i rozkwasił mu pysk o drzwi. Opanowałem się jednak i nagle obudził się mój talent aktorski.

Nie. Nigdy pana nie widziałem, a już na pewno nie jesteśmy na ty – wyrecytowałem obojętnym tonem. – Żegnam – dodałem i ruszyłem przed siebie.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Marian · dnia 03.07.2021 10:34 · Czytań: 321 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 6
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 05.07.2021 18:22 Ocena: Bardzo dobre
Ciekawe opowiadanie, w baśniowym klimacie. Uczyniłbym jednak bohatera bardziej zaszokowanym pierwszym spotkaniem.

Pozdrawiam
Marian dnia 06.07.2021 11:20
Dzięki Marku za wizytę i komentarz.
"Uczyniłbym jednak bohatera bardziej zaszokowanym pierwszym spotkaniem."
Może faktycznie byłoby tak lepiej, ale już się stało.
Afrodyta dnia 12.07.2021 08:39 Ocena: Bardzo dobre
Podoba mi się Twoje opowiadanie. Uwagę zwraca zakończenie utworu, które zaskakuje nie tylko czytelnika, ale także bohatera. Niespodziewana zamiana ról, bohaterowi daje przewagę wewnętrzną, o odbiorcę zachęca do refleksji.
Marian dnia 24.07.2021 21:06
Afrodyto, przepraszam za późną odpoqiedź.
Dziękuję za odwiedziny i komentarz.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 25.07.2021 07:01 Ocena: Bardzo dobre
Marianie.
Twoje opowiadanie przeczytałem po raz drugi. Po pierwszym czytaniu chciałem skomentować, ale nic nie przyszło mi do głowy. Teraz, po ponownym czytaniu, zastanowiłem się, kim mógł być karłowaty brodacz. Dlaczego mieszka na odludziu? Skąd jego atrybuty, jednak dowodzące pewnej zamożności? W końcu wypasiona terenówka kosztuje niezłą kasę, agregat prądotwórczy też.

Przypomniał mi się pewien znajomy. Prowadziłem go jako juniorka w szkółce bokserskiej. Pochodził z zabiedzonej rodziny. Nie mogę powiedzieć, do boksu się przykładał, miał talent. Nagle w latach 70-tych rzucił pięściarstwo i zaczął zarabiać dużą kasę. Zmieniał samochody na coraz bardziej wypasione. Podobnie do mnie z pięściarstwa przerzucił się na tenis i jak ja zapragnął swego syna wyszkolić na tenisowego championa.
Nie krył się ze swoim bogactwem, wręcz pysznił. Kupił luksusową willę.
Mnie (swojego byłego trenera) zaczął traktować z lekceważeniem. Czasem z pogardą. Był złośliwy i przy każdej okazji wbijał mi szpilki.
- No ładnie malujesz, ale nie umiesz rysować ludzi - dociął mi, kiedy na ścianach kortowej kawiarni zawisły moje rysunkowe dowcipy dotyczące śmiesznych tenisowych sytuacji. Powiedział to głośno w wypełnionej tenisowej kawiarni.
Zabolała mnie jego złośliwość jak cholera.
Parę lat później, kiedy dział promocji wałbrzyskiego urzędu miasta zamówił u mnie serię grafik, którymi promował miasto w wielu zakątkach świata, by ściągnąć inwestorów do tworzącej się strefy ekonomicznej, poczułem się pewniej.
Złośliwość i chamstwo mojego bokserskiego wychowanka, wygarnąłem mu przy wódce.

Wiesz jak się zachował? Poszedł w zaparte.
- Ja nigdy czegoś podobnego nie mówiłem! - próbował mi wmówić.
I tu przypomniał mi twojego brodato-łysego złośliwca. Ale nie tylko bohatera powyższego opowiadania także słynnego noblistę Bolka, który wbrew niezbitym dowodom był esbeckim kapusiem, czego się wypiera w myśl zasady: "jak złapią cię za rękę na kradzieży, mów, że to nie twoja ręka".
Potrudziłem się i pojechałem do wrocławskiego IPN-u - byłem ciekaw, kto na mnie nadawał. Wychowanek okazał się tajnym współpracownikiem SB.
Może właśnie tak twój "koszałek opałek" zdobył nieskromny mająteczek?

Trolla czytało mi się wartko, jest sprawnie napisany.

Pozdrawiam
Marian dnia 25.07.2021 10:55
Kazjuno, dzięki za odwiedziny i obszerny komentarz.
Chyba każdy z nas ma takiego swojego boksera, który się wywyższa i kopie pod nim dołki.
Jeśli chodzi o IPN, to też kiedyś miałem zamiar sprawdzić, kto pode mną kopał, ale dałem sobie spokój. Temu komuś bym nie mógł zaszkodzić, a niepotrzebnie bym się denerwował. Więc to olałem.
Pozdrawiam.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Afrodyta
24/10/2021 14:15
Najbardziej spodobała mi się puenta Twojego wiersza, niby… »
ApisTaur
24/10/2021 14:10
ajw Dawno Ciebie nie czytałem (siebie też). ;) Ale miło… »
Nuria
24/10/2021 14:10
Rozumiem. Ważne, że czytałaś i zostawiłaś ślad słowem.… »
Afrodyta
24/10/2021 14:09
Wodniczko, dziękuję za odwiedziny i za wypowiedziane przez… »
ApisTaur
24/10/2021 13:32
Zbigniew Szczypek Dzięki Zbyszku za czytanie i ciekawy… »
Zbigniew Szczypek
24/10/2021 11:30
Witaj Apisie Troszkę przypomina mi się żart: "Jak się… »
gitesik
24/10/2021 10:33
Bardzo oryginalne skojarzenia i połączenie zawiedzionej… »
gitesik
24/10/2021 10:19
To fajnie że się podoba. To mi uświadamia że warto dalej… »
gaga26111
24/10/2021 10:10
Czytam to sobie bez pierwszej strofy mimo że wnosi ona swoim… »
gaga26111
24/10/2021 10:01
Miło cie widziec ajw :) dziękuję:) »
ajw
23/10/2021 22:43
Myslę, że w życiu nie warto dryfować, bo łatwo trafić w ręce… »
ajw
23/10/2021 22:38
Jest w nim esencja. Życie nie jest łatwe ani proste, dlatego… »
ajw
23/10/2021 22:34
Zaintrygował mnie ten wiersz, dużo w nim treści, choć nie za… »
annakoch
23/10/2021 22:32
Jak dla mnie, zbyt wyrafinowany tekst, za mało prawdy i… »
ajw
23/10/2021 22:30
Czasami wpadamy w rutynę i ciężko się z niej wykaraskać.… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/10/2021 18:56
  • A tu macie konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 23/10/2021 18:54
  • Czas ucieka a tu trzeba coś napisać. Śmiałkowie pióra, do dzieła, nie dajcie się prosić, bo czeka kozacka sława i zacne nagrody muzyczne. Zatem to nic trudnego, jak napisać miniaturkę, czyż nie?
  • Dobra Cobra
  • 23/10/2021 18:16
  • Słodki Kaz, niech Ci się darzy, a książka niech osiągnie sukces na miarę nagrody Nike (choć trzeba napisać wiele wydumanych rzeczy, by zdobyć tę nagrodę).
  • Kazjuno
  • 23/10/2021 06:08
  • Wybacz Dobra Cobro, że spóźniłem się z podziękowaniem za ciepły wpis. Już od dawna głowię się nad fenomenem zimnokrwistego pełzacza z tak cieplutkim sercem. Thank you very much!
  • mike17
  • 22/10/2021 18:03
  • Jeszcze miesiąc do końca nadsyłania prac na konkurs dla prozaików MUZO WENY 10. Zbierzcie się do kupy i piszcie. [link]
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 12:40
  • Wiadomix, że morderców swoich mamy. Ale w porównaniu z tymi Zachodnimi to zawsze nam brakowało polotu...
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:10
  • A jak mnie zamordują, to niech ktoś o tym napisze, Polska nie Skandynawia, swoich morderców mamy (tzn. autorów kryminałów)
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:08
  • Dobra Cobra w takim razie i ja tuszę, że muszę coś dodać, zacznę od usunięcia starych tekstów i dodam ponownie, sprawdzę czy trafią na te same półki
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 08:02
  • Carvedilol, przypływ weny oczywiscie. Skończyło się radosne letnie hasanie, a jako, że tu nie Riviera - trzeba zabić jakoś coraz krótsze dni. Skandynawowie w takim czasie mordują, u nas się tworzy;)
  • mike17
  • 21/10/2021 15:15
  • Przypominam, że MUZO WENY 10 nadal czekają na Twój tekst. To tylko napisanie miniaturki pod piosenkę :) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:33
Najnowszy:delzy91d
Wspierają nas