Dezinformel (część III). - Florian Konrad
Proza » Długie Opowiadania » Dezinformel (część III).
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

II. Putrefigatura

Niemal na samym środku naszego ryneczku, no dobra — nie będę się bawić w szumne i na wyrost, nieprzystające nazwy — niemal na samym środku głównego placu naszej, oplecionej grubą liną obwodnicy, mieściny, w średniej wielkości, ale dość gęsto zaludnionego miasteczka, stoi... czop. Śmierdniczy. Nie oszalałem i nie zgrywam się — kikucię, nieco ponad półmetrowe, według legendy będące pozostałością pręgierza, dybów, albo stosu, na którym niewysłowione męki cierpieli wszelkiej maści kacerze, odstępcy, nieprawomyślni wrogowie jedynie słusznej wiary, ustroju.
Patyś, złamany, buro-brudny, wystaje nieśmiało spomiędzy kocich łbów, wychyna, wychynuje, wyrasta pomiędzy łysymi jajami kamulców, nieco nieśmiało wyłazi z ziemi, jakby wstydził się swojej karlej i szpetnej natury, pokracznej fizjognomii.
I capi, i roztacza naokoło fetor psującej się, stryplałej ryby, padlinośmierdy pochwognilne, serowość siakąś zalatującą nieco ni to niedomytym psem, ni to wyjątkowo stęchłym błockiem, upławinami jakimiś, przetrawionym i wyrzyganym miodem z pokrzywy, galaretą krupniczą. Cieleśnie waniajet, zwierzęco, gnilnie, post-życiowo, to znowu rozpaskudza się czysto technicznie, fabrycznie, niby kwasem z akumulatorów poradzieckich czołgów, starych statków, mazutem ropostężałym, amoniakalizmem.
Przywykliśmy, mieszkańcy miasteczka, w tym moja skromna osoba, do stałej, odwiecznej obecności śmierdulca. Jest, był, będzie aż do krańca świata — to przecież oczywiste. Wandale-autochtoni ze strachu nie próbowali wyrywać patysia, przyjezdnym — nawet to do łowy nie przychodziło. Co poniektórzy turyści może i zastanawiali się przez sekundę-dwie, co tak śmierdzi, ktoś tam rozejrzał się w poszukiwaniu źródła fetoru, ale... to tyle. Nie obrosły legendą, nie opisywany przez blogerów-łowców sensacji, dziennikarzy-paranormalsów, nie znany szerzej poza naszą mieściną kikutek nie przykuwał niczyjej uwagi.
Oczywiście gdyby fama o jego przeklętej naturze, ciążącej nad nim klątwie rozpełzła się poza granice miasteczka, rozchlustała się do łów przeróżnistych foliarzy, astrolubych, odklejonych od rzeczywistości i myślących magicznie ludzi, gdyby wzbudził sensację, przeklęty i śmierdzący kawałek drewna, co na każdego, kto go dotknie zsyła nieszczęście — pewnie można by się spodziewać najazdu turystów, niedowiarków-macaczy, chcących jak najorganoleptyczniej przekonać się o cudownych, czarnomagicznych właściwościach patyka, który nawet nie zyskał jakiejś szczególnej nazwy, nie istnieje, dajmy na to, w powszechnej świadomości jako Diabelski Kikut, Drewienko Diaboliczne, czy coś w tym stylu. Nie nazwaliśmy go nijak... chyba ze strachu. Lepiej nie poruszać jego tematu, omijać go szerokim łukiem. Jest — trudno, trzeba przywyknąć. Po kiego wywoływać wilkołaka z lasu, wspominać o — dosłownie! — czortostwie? Jeszcze wylezie z kijaszka, spadnie na nieroztropnego chlapacza ozorem, najgorsze.
Dzieci się tylko poinstruuje, od najmłodszych lat nagładzie się do głów kaszojadom, że to jest "be", nie można, niech ich ręka boska broni tego dotykać, choćby paluszkiem, bo potem tego paluszka przez parę miesięcy nie odmyją, będzie im waniał — i tyle.
...nawet najbardziej zżulali pijacy u nas uważają, by przypadkiem nie wleźć, nie zahaczyć butem, czy — nie daj, Panie — nie wywalić się na przeklęty ćwierćkijek.
Nikt nie chce skończyć jak Krzysiek Kujawa, czołowy patykosceptyk, którego przeokrutnie pokarało. Jak facet wzięty w przeklęte, patycze, niewidzialne szpony i rozszarpany nimi od środka.
Jak koleś, któremu kijaszek zaczadził mózg.
Chichrał się, czterdziestoparoletni niedowiarek, księgowy w Poli-Trans-Hurcie,z klątwy, wszem i wobec ogłaszał, że udowodni ciemnogrodczykom, w jakim omamieniu żyją, jakimi zabobonami się karmią.
On? Światły był w swoim mniemaniu, oświecony ateistycznie, wyswobodzony z oków wiar wszelakich, wolny od mitów, nie wierzący w nikogo o nic poza sobą.
Chciał przychojraczyć, cwaniak, pokazać żonie i znajomym, że nie boi się takiego duperelka, ledwie widocznej spomiędzy kamulców patyczyny, jest przecież normalnym, dwudziestojednowiecznym, cywilizowanym człowiekiem, piśmiennym i umiejącym liczyć, znającym się na ekonomii, polityce i w ogóle w miarę na wszystkim, całkiem ogarniętym gościem, nie zabobonną babą borową ze Średniowiecza, czego ma się bać i przed czym żywić respekt — przed titititi — tym? O — zaraz pokaże, gdzie ma to cholerne drewienko, którego tak się obawia całe miasteczko, przed którym drży każdy, od starego do małego.
Opluje, więcej: pójdzie w dresach, zsunie je, wypnie się i wsadzi sobie w tyłek święty-przeklęty-diabelski patyczek.
I choć ostrzegali go, ze "nie wariuj", "bój się Boga", że będzie jak z królikiem w filmie Monty Pythona o świętym Graalu, zniszczy cię, rozszarpie, pokarze cię, zobaczysz" — uparł się, pan księgowy, na co dzień — w miarę poważny, niegówniarski i niepranksterski, zawziął się, mąż Celiny i ojciec ojciec dziesięcioletniego Maciusia, postanowił zadrwić z zabobonniarstwa współmieszkańców mieściny.
Zrobił to. Z samego rańca, coby niepotrzebnych świadków nie było, wczesnym, trupiobladym świtem zakradł się, niemal na paluszkach na wyludniony o tej porze placyk, kucnął i... poszło. Z impetem w głąb.
— Krzychu... naprawdę zwariowałeś... — jęknął, kręcąc głową z niedowierzaniem, Sebastian Milewski, najlepszy kumpe pana księgowego-demaskatora zabobonów, gdy ten mu opowiedział o wyczynie. Uwierzył, lokalnemu mythbusterowie; Krzysiek, na co dzień poukładany, logiczny, trzeźwo myślący, miał w sobie rys szaleństwa, głęboko ukrytego ducha jackassu, błazeńskiej i destrukcyjnej wariackości. Demon siakiś był uwięziony w ciele garniturowca i tylko czekał na odpowiedni moment, by wyjść, objawić się, pokazać całą swą niszczycielską moc.
I sprawdziły się, wypowiedziane w złą godzinę słowa "naprawdę zwariowałeś". Wziąła go, pochłonęła, bezwzględnie i w całości, ciężka i nieuleczalna... unia hipostatyczna. Zemścił się na prześmiewcy, obalaczu mitów, antyreligijnym kpiarzu, przeklęty półkijek, oczadził go. Transcendentalnie.
Siedział sobie, jak co dzień, w jednoosobowym, jednobiurkowym pokoju na pierwszym piętrze biurowca Poli-Trans-Hurtu. liczył, księgowił, zaksięgowywał, buchalterzył poli-trans-hurtowe kwoty, dodawał i odejmował grube dziesiątki tysięcy złociszy, kiedy go wzięło — jak najdosłowniej — za pysk. Pochłonęło na całego poczucie jedności, współistotności, współdzielenia formy z każdym znajdującym się w pokoju sprzętem.
Dwoistość natury — ludzkiej i meblowej, obie — tak samo ważne, dopełniające się wzajemnie, świadomość, że w takim samym stopniu jest się człowiekiem, co kubkiem, monitorem, klawiaturą, kawą we wspomnianym kubku, okołoreligijne, para-judeochrześcijańskie odurzenie wzięło Krzyśka w swoje łapska.
Schylał się poczciwie nad papierzyskami, to znowu wgapiał w tabelki na monitorze kompa, gdy nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, gdy nagle dotarło do niego, ze równocześnie JEST tymi tabelczyskami, każdą z wyświetlanych na ekranie cyfr, że w równym stopniu, co9 dajmy na to wątroba, nerki, lub trzustka częściami jego ciała, więcej — elementami składowymi jestestwa, są kółka krzesła obrotowego, jarzące się na pół-żółto świetlówki, oraz faktury, bruliony, wydruki, drukarka, kartridże w niej, ziemia i paprotka w stojącej na parapecie doniczce.
Każda z natur — ludzka i nieożywiona pozostawała w ciele Krzysztofa niezmienna, nie łączyła się z drugą, nie były one jednak rozdzielone, w żadnym stopniu rozłączne.
Jedność w dwoistości — tyle samo było w nim człowieka, co mebla, rzeczy, np panelu podłogowego, lub klamki. Współistotność, współwystępowanie dwóch natur. Żywy i należący do przyrody nieożywionej, realny i wirtualny pan księgowy, rzeczywisty i wyświetlany na monitorze Krzysztof, siedział niejako w swoim wnętrzu. I wrastał, coraz bardziej zespalał się z otoczeniem. Regał był nim, biurko, faktury i segregatory — również.

Rozglądał się, półotępiały, po swych częściach składowych, wodził wzrokiem po... sobie. Jakby przeglądał się w lustrze, zarazem — patrzył na wynik tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, jakby trzymał przed oczami kliszę rentgenowską.
On — tak różny, polimorficzny w swojej jedności, odrębny i monolityczny. On — panteista i bóg, swój własny wyznawca, mający nieograniczoną władzę nad materią. On w wielu stanach skupienia. Wszystko-ON.
Idyllę-auto da fe, onanistyczne wgapianie się, podziwianie "swoich" półek i jarzeniówek przerwała Agata Florhauser, sekretarka w Poli-Trans-Hurcie, która śmiała wejść niemal w głąb Krzyśka-bluźniercy, zburzyć spokój panujący w jego wnętrzu.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Florian Konrad · dnia 08.07.2021 20:54 · Czytań: 194 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 4
Komentarze
Dobra Cobra dnia 08.07.2021 22:05 Ocena: Świetne!
Jestem, słodkie czytanie i pięknie podane. Zwroty stylistyczne i rytm zdań przejdą do legendy na pisarzopedii .

Odchodzę syty.


Zdaję się, że do następnej części...


Pozdrawiam,

DoCo
Florian Konrad dnia 09.07.2021 00:24
Dziękuję serdecznie i pozdrawiam również. Tak, do następnej części :D
JOLA S. dnia 09.07.2021 09:21 Ocena: Świetne!
Otóż jest część III. Czyta się. Lepsza od poprzedniej.

Ciekawa historia, dobra, zamknięta proza wychodząca poza trącące myszką konwencje, pozbawiona emocjonalnej szarpaniny.
Wymowny znak temperamentu narratora.
Każda, kolejna zawiera to, co obiecuje.

Brawo!

Pozdrawiam serdecznie

JOLA S.
Florian Konrad dnia 09.07.2021 11:58
Dziękuję serdecznie. W założeniu fragmenty nie są oczywiście odrębnymi częściami, pokroiłem to opowiadanie jedynie na potrzeby portali internetowych. Cóż, jeden fragment jak się okazuje - bardziej mi wyszedł, inny mniej. Tak bywa nawet z rozdziałami w powieściach :D
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
24/10/2021 13:32
Zbigniew Szczypek Dzięki Zbyszku za czytanie i ciekawy… »
Zbigniew Szczypek
24/10/2021 11:30
Witaj Apisie Troszkę przypomina mi się żart: "Jak się… »
gitesik
24/10/2021 10:33
Bardzo oryginalne skojarzenia i połączenie zawiedzionej… »
gitesik
24/10/2021 10:19
To fajnie że się podoba. To mi uświadamia że warto dalej… »
gaga26111
24/10/2021 10:10
Czytam to sobie bez pierwszej strofy mimo że wnosi ona swoim… »
gaga26111
24/10/2021 10:01
Miło cie widziec ajw :) dziękuję:) »
ajw
23/10/2021 22:43
Myslę, że w życiu nie warto dryfować, bo łatwo trafić w ręce… »
ajw
23/10/2021 22:38
Jest w nim esencja. Życie nie jest łatwe ani proste, dlatego… »
ajw
23/10/2021 22:34
Zaintrygował mnie ten wiersz, dużo w nim treści, choć nie za… »
annakoch
23/10/2021 22:32
Jak dla mnie, zbyt wyrafinowany tekst, za mało prawdy i… »
ajw
23/10/2021 22:30
Czasami wpadamy w rutynę i ciężko się z niej wykaraskać.… »
Yaro
23/10/2021 22:24
pomerdały bezbożne może , że wierzący jestem tak czy tak nie… »
voytek72
23/10/2021 22:19
ta niekonsekwencja w rymowaniu, w połączeniu z prostym… »
voytek72
23/10/2021 22:11
Na chwilę, ale jednak zostanę adwokatem diabła, a więc:… »
voytek72
23/10/2021 21:48
Kolejny... tutaj się nie do końca odnajduję. Sprawnie i… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/10/2021 18:56
  • A tu macie konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 23/10/2021 18:54
  • Czas ucieka a tu trzeba coś napisać. Śmiałkowie pióra, do dzieła, nie dajcie się prosić, bo czeka kozacka sława i zacne nagrody muzyczne. Zatem to nic trudnego, jak napisać miniaturkę, czyż nie?
  • Dobra Cobra
  • 23/10/2021 18:16
  • Słodki Kaz, niech Ci się darzy, a książka niech osiągnie sukces na miarę nagrody Nike (choć trzeba napisać wiele wydumanych rzeczy, by zdobyć tę nagrodę).
  • Kazjuno
  • 23/10/2021 06:08
  • Wybacz Dobra Cobro, że spóźniłem się z podziękowaniem za ciepły wpis. Już od dawna głowię się nad fenomenem zimnokrwistego pełzacza z tak cieplutkim sercem. Thank you very much!
  • mike17
  • 22/10/2021 18:03
  • Jeszcze miesiąc do końca nadsyłania prac na konkurs dla prozaików MUZO WENY 10. Zbierzcie się do kupy i piszcie. [link]
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 12:40
  • Wiadomix, że morderców swoich mamy. Ale w porównaniu z tymi Zachodnimi to zawsze nam brakowało polotu...
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:10
  • A jak mnie zamordują, to niech ktoś o tym napisze, Polska nie Skandynawia, swoich morderców mamy (tzn. autorów kryminałów)
  • Carvedilol
  • 22/10/2021 11:08
  • Dobra Cobra w takim razie i ja tuszę, że muszę coś dodać, zacznę od usunięcia starych tekstów i dodam ponownie, sprawdzę czy trafią na te same półki
  • Dobra Cobra
  • 22/10/2021 08:02
  • Carvedilol, przypływ weny oczywiscie. Skończyło się radosne letnie hasanie, a jako, że tu nie Riviera - trzeba zabić jakoś coraz krótsze dni. Skandynawowie w takim czasie mordują, u nas się tworzy;)
  • mike17
  • 21/10/2021 15:15
  • Przypominam, że MUZO WENY 10 nadal czekają na Twój tekst. To tylko napisanie miniaturki pod piosenkę :) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:51
Najnowszy:delzy91d
Wspierają nas