Za głosem hieroglifów - Maciej Bienias
Proza » Historie z dreszczykiem » Za głosem hieroglifów
A A A


ZA GŁOSEM HIEROGLIFÓW

Tytułem wstępu, niezbędnego w przypadku niniejszej powieści, winien jestem nadmienić o wykorzystaniu kilku faktów historycznych do skonstruowania jej fabuły, są one następujące:

15 VII 1799 roku kapitan armii francuskiej Pierre Francois Bouchard dokonał przypadkowego odkrycia kamienia z Rosetty, będącego podstawą do odczytania egipskiego pisma hieroglificznego.

W 1822 Jean Francois Champollion odczytał pismo hieroglificzne.

W 1922 roku odkryto starożytne hinduskie miasto Mohendżo Daro, gdzie podczas późniejszych prac archeologicznych odnaleziono fosforyzujące szczątki ludzkie.
Zarówno spieszę donieść że fakty historyczne zawarte w monografii Jean Francois Champolliona, wszystkie miejsca i zależności astronomiczne, pochodzące z przekazów starożytnych Egipcjan odpowiadają rzeczywistości, natomiast pozostałe osoby, rzeczy i zdarzenia ( w tym pamiętnik Jean Francois Champolliona) stanowią wytwór wyobraźni, a jakiekolwiek ich podobieństwo do faktycznego stanu rzeczy jest czysto przypadkowe.

„ Jeżeli coś wydarzyło się raz, zgodnie z matematycznym rachunkiem prawdopodobieństwa wydarzyć się może po raz drugi”

Twierdza Rashid (Rosetta), Egipt 15 VII 1799 roku.

Poranne słońce wychyliło się zza pustynnych wydm niczym czerwona kula ognia zrodzona przez bezkresną linię widnokręgu, zdolną objąć najodleglejsze zakątki Sahary. Rozproszyło błąkające się tuż nad pustynnym piaskiem strzępy mroku i rozpoczęło powolną wspinaczkę po pochyłym sklepieniu ekliptyki. Czyniło to z wytrwałością żuka skarabeusza wtaczającego krągłą bryłę pokarmu na pagórki i wszelkie napotykane na swej drodze wyniosłości terenu. Wkrótce wzbiło się ponad szpaler palm daktylowych, potrząsających szorstkimi grzebieniami liści i ukazało pełnię nieprzeniknionej jasności.
Objawiło się na stronie świata, skąd do niedawna jeszcze dobiegały dźwięki bitwy pod piramidami, stoczonej przez wojska generała Napoleona Bonaparte z oddziałami Mameluków. Metaliczny brzęk damasceńskiej stali szabel i jataganów uderzającej w masywne klingi francuskich pałaszy, wtórował głuchym wystrzałom muszkietów i niósł się pustynnym wiatrem daleko na zachód. Nim zdążył opaść w odległej od piramid o niespełna 120 mil twierdzy Rashid, zdążył przemieszać się z ziarnami miałkiego piasku, unoszonymi przez pustynny wiatr. Lipcowe temperatury rozniecały żar zdolny rozpalić kamienne elementy fortu i sprawiały wrażenie rozgrzewania do białości pustynnych wydm. Gorące powietrze w odległej, horyzontalnej perspektywie, widziane oczyma francuskich żołnierzy, wykonujących prace fortyfikacyjne, wydawało przelewać się niczym gęsta ciecz z przepełnionych nią jezior, rozlewających swe wody na odległych obszarach nieboskłonu. Złudzenie podobnego mirażu potęgowało nieustępliwe poczucie pragnienia, nie dającego zaspokoić się niepełnymi miarkami wypijanej wody, ściśle racjonowanej za przyczyną zbyt szybko opróżnianych studzien.
Wyburzanie średniowiecznych fortyfikacji pochodzących z XV- go wieku w warunkach saharyjskiej aury, stawało się dla francuskich żołnierzy nienawykłych do pustynnego klimatu, ponadludzkim wysiłkiem. Występujące na czoło rzęsiste krople potu przysłaniały oczy. Uczucie suchości w gardle więziło głos, na długo po tym jak kształtujące go myśli zaprzątnięte były na ogół odmiennymi już treściami. Myśli te najczęściej zataczały szerokie okręgi wokół zrównoważonego klimatu ojczystej Francji. Żołnierze pochodzący z departamentów Flandrii, Pikardii, Arrasu, Il de France, Normandii powracali myślami do przyjemnego chłodu, niesionego morską bryzą znad morza Północnego. Mieszkańcy Ardenów, Wogezów, Alp wspominali niedoceniane wówczas zimowe chłody i rześkie powietrze wypełniające górskie doliny. Wywodzący się z obszaru Szampanii, Burgundii, Turenii, Burbonii, o umiarkowanym klimacie zezwalającym na doskonałą wegetację i urodzaj winorośli, wspominali wilgotne poranki, gorące aczkolwiek nie upalne dni i niezależnie od pory roku, chłodne wieczory. Mieszkańcy Prowansji, Andegawenii, Langwedocji z rozrzewnieniem przypominali sobie ciągłe utyskiwania na nieznośne letnie upały i konieczność schładzania rozgrzanego ciała w lazurowych wodach morza Śródziemnego. Czymże one były wobec słonecznej kąpieli w saharyjskim ukropie, mogącym pozbawić życia w ciągu kilku godzin każdego, kto nieopacznie oddaliłby się od obozu i zabłądził pośród niemożliwych do odróżnienia od rzeczywistości omamów Fata Morgany. Najmniej na swój los utyskiwali poborowi pochodzący z górzystej i rozpalonej słońcem Korsyki, nie doświadczając od dzieciństwa żadnej z zimnych pór roku, trudy pustynnej kampanii znosili bez dolegliwych skutków przystosowania się do tropikalnych warunków bytu.
Każde podniesienie kilofa wymagało od zmęczonych upałem saperów koncentracji wszystkich sił, pomimo to każdy cykl wznoszenia i uderzania ciężkim narzędziem sprawiał wrażenie dokonywania się w spowolnionym tempie. Miałka zawartość szpadli osypywała się po płaskich krawędziach, powodując że każdy niemal sztych kończył się jałowym wysiłkiem odrętwiałych ramion. Drobnoziarnisty, pustynny piasek sączył się do wykonanych z nadludzkim trudem podkopów miarowym strumieniem, niczym struga wody bezustannie podążająca na przód, napędzana pulsem tętniącego źródła i pochyłością terenu. W podkopach dokonanych pod murami średniowiecznego fortu żłobił z wytrwałością spadającej kropli głębokie osuwiska, pochłaniające po kolana, a niekiedy po pas przeklinających swój los francuskich żołnierzy. Doświadczający po raz pierwszy trudów pustynnej służby, zmitrężeni i wycieńczeni, zobligowani rozkazami usunięcia zmurszałych belek, rozsypujących się cegieł wypalonych na słońcu ponad trzysta pięćdziesiąt lat wcześniej, zrzucali na niższych stopniem, odpowiedzialność za brak postępu w pracach.

Egipska wyprawa dowodzona przez młodego generała Napoleona Bonaparte od początku wywoływała w podległych mu żołnierzach złe przeczucia, nieprzyjemne skojarzenia i wewnętrzny sprzeciw. Desant pod Aleksandrią potwierdził wszelkie obawy. Pierwsza fala pustynnego powietrza jaka omiotła ogorzałe, żołnierskie twarze, niosła z sobą wszystko czego obawiali się podczas śródziemnomorskiego rejsu. Stała się zapowiedzią spadku wydolności organizmów, ograniczenia zdolności bojowych, pojawienia się tropikalnych chorób jak i tych dobrze im znanych czyli dyzenterii i szkorbutu. Dwustu kilometrowy przemarsz w kierunku Kairu w niedoświadczonym nigdy dotąd upale, bez manierek z niezbędnym zapasem wody, w jakie nie zdążył wyposażyć ich Bonaparte, z każdym kilometrem stawała się drogą cierniową, Via Dolorozą prowadzącą wprost na szczyt usypanej z pustynnego piasku Golgoty. W zamian młody generał nakazywał opadającym z sił żołnierzom, pokonywać pustynne wydmy w pełnym umundurowaniu, dla dodania sobie energii natomiast, zachęcał do zagryzania sucharów, zatykających oschłe z pragnienia gardła. W ich pamięci świeże jeszcze były sceny rywalizacji o pierwszeństwo dostępu do wody przy nielicznie napotykanych studniach, opróżnianie ich po samo dno, pochłanianie wszelkich plonów mijanych plantacji w dolinie Nilu i późniejsza epidemia dyzenterii. Jeszcze głębiej utkwiła w pamięci bitwa z Mamelukami u podnóża piramid. Kiedy to wskazujący na nie Napoleon zawołał „Żołnierze, patrzy na was czterdzieści wieków historii”, starając się w ten sposób zagrzać podkomendnych do boju. Ci po stoczonej bitwie z trudem doszukiwali się słów zdolnych oddać podziw nad niebywałymi umiejętnościami młodego dowódcy, skutecznie zawiadującego walką. Dokonywał tego na przemian stojąc na ośmiofuntowej armacie, to siedząc w siodle jabłkowitej, arabskiej klaczy i tylko korzystna kompilacja jego niepodważalnych, dowódczych talentów, władnych podnieść podupadające żołnierskie morale, wykorzystać atuty obcego sobie terenu, sprawiły że Francuzi nie tylko oddalili widmo nadciągającej klęski w ostatniej fazie militarnych zmagań lecz bitwę tę zakończyli chwalebnym zwycięstwem.
Nie zdążyli jeszcze ochłonąć po stoczonej batalii, otrzeć niewiernej krwi z kling pałaszy, przeczyścić luf muszkietów i pistoletów z czarnoprochowych, obfitych złogów, opatrzyć zbolałych i okaleczonych nóg, gdy kolejnym etapem umacniania pozycji Bonapartego w Egipcie miała być bitwa w obranie twierdzy Rashid, a kolejnym z wyzwań dla żołnierzy stała się konieczność jej ufortyfikowania. Mordercze tempo prac podyktowane było spodziewaną turecką ofensywą, zmierzającą do wzięcia odwetu za przegraną bitwę. Fortyfikowanie ruin twierdzy, a raczej jej budowa od podstaw stawało się wyzwaniem nie mniej trudnym niż bitewne zmagania. Rozżarzone słońce, porywisty pustynny wiatr, nawiewający ziarna piasku do oczu, pomiędzy zaciśnięte wargi, za rozchylone kołnierze koszul, do szczelnie zapiętych na wszystkie klamry butów stanowiły przeciwności, jakie utrudzeni żołnierze odczuwali w dwójnasób. Przepocone koszule przywierały do rozgrzanych ciał, ciężkie krople potu zawisały na powiekach oczu, gromadziły się ponad wargami, zawiązywały się na regulaminowych brodach, a ich zmierzwione włosie stawało się lepkie od zasychających wydzielin skóry. Sunące stróżki potu nie omijały zagłębienia pomiędzy piersiami, spływały po splocie słonecznym i rozmywały się na brzuchach. Prawdziwym dopustem boskim wydawała się możliwość zdjęcia z głów futrzanych barmycw, w nielicznych przypadkach ochłodzeniu ciała sprzyjał także biały kolor saperskich fartuchów, skutecznie odbijający promienie afrykańskiego słońca.
Ostrze półkoliście zakończonego szpadla jednego z gwardyjskich saperów zadźwięczało metalicznym pogłosem, jak gdyby napotkać miało na swej drodze przedmiot równie twardy jak ono samo, po czym cały szpadel osunął się na dno wykopu. Osypujący się na boki piasek odsłonił niewielki wycinek czarnej powierzchni wypolerowanego kamienia. Saper, zaciekawiony nietypową barwą minerału, odgarnął kilka garści miałkiego piasku. Spróbował podważyć i usunąć napotkaną przeszkodę, drzewiec szpadla ugiął się wydając ostrzegawczy trzask, stworzona naprędce dźwignia okazała się zbyt krótka i krucha. Ukazujący swoje prostopadłościenne kształty, czarny skalny monolit pozostał niewzruszony. Uwagę gromadzących się wokół gwardyjskich saperów przykuły płytkie żłobienia, nieznanego im pochodzenia i przeznaczenia, jaśniejące na tle hebanowo czarnego głazu.

- Kapitanie Bouchard, kapral Millard natrafił na jakiś nienaturalnie wyglądający kamień - ozwał się zachrypły głos któregoś z saperów - kapitanie Bouchard jest pan gdzieś w pobliżu?

- Jestem, jestem, nie wiem tylko w jakim celu podnosicie taki rwetes, zaatakowali nas Turcy, czy Mamelucy, a może wszyscy jednocześnie - wyrażał swoje niezadowolenie kapitan, zmuszony do pokonania kilkudziesięciometrowej odległości w najgłębszym piasku, zapadając się po cholewy wysokich butów.

- Kapitanie Bouchard, chcąc rozłupać zmurszały w tym miejscu fundament muru, wbiłem głębiej szpadel a gdy poczułem większy opór, mocniej nacisnąłem drzewiec i spod piasku wyłoniło się.... pan określi to najwłaściwiej, kamień, nagrobek, tablica...., - oznajmił kapral Millard stojącemu nad nim przełożonemu.. Pochodzący z Perpignan kapral - wysoki i barczysty osiłek przykucnął na zmęczonych nogach, wyraźnie zmęczony zmaganiami z wykopem.

Kapitan Bouchard pochylił się nad wystającym ponad powierzchnię piasku fragmentem ociosanego i wypolerowanego kamienia. Przesunął wewnętrzną stroną dłoni po porowatej powierzchni odłamanych górnych narożników, po czym skierował ją na żłobienia wykonane z dużą precyzją w równych odstępach pomiędzy sobą. Czynność tę powtarzał po wielokroć, chcąc usunąć z grawerunków ostatnie ziarna piasku, dając jednocześnie wyraz swojemu podziwowi nad spolerowaniem z niebywałą precyzją, rozległej powierzchni twardego materiału. Wydobytym z pochwy bagnetem usiłował dokonać jakiegokolwiek rytu, jednakże ostry szpikulec oślizgiwał się po gładkiej powierzchni kamienia przy każdej próbie zagłębienia się w nim, pozostawiając jedynie ledwie dostrzegalną rysę. Raz jeszcze przyłożył palce prawej dłoni do regularnie rozmieszczonych żłobień i uważniej przyjrzał się inskrypcjom.

- Według mnie jest to rodzaj starożytnego pisma, ażeby uzyskać niepodważalną pewność i podjąć próby odczytania, poślijcie gońca do głównego obozu w celu zawiadomienia kogoś z ekipy naukowców.

- Tak jest kapitanie Bouchard - zapewnił któryś z podoficerów, gromadzących się w szerokim półokręgu.
- Zanim przybędą naukowcy podejmijmy próbę wydobycia kamienia, z pewnością nie tkwi on głębiej niż pozostały budulec fundamentów. Potrzebnych jest kilku dodatkowych saperów ze szpadlami i zwój wytrzymałych powrozów.

Sprowadzeni saperzy pod czujnym okiem kapitana Boucharda zabrali się ochoczo do usuwania piasku, osypującego się wokół wykopu. Z każdym kolejnym sztychem szpadli, obtłukujących się o siebie w wąskim leju, na dolnej powierzchni kamienia ukazywać się poczęły kolejne wersy rozpoznawalnego dla kapitana Boucharda, greckiego alfabetu. Oddzielała je linia o szerokości jednego, niezapisanego wersu od regularnych acz niemożliwych do odczytania znaków nieznanego mu pisma. Zaciekawiony żołnierz, starał się odtworzyć przechowywany w pamięci kształt znanych sobie liter, jednakże nie był on zbieżny ani z zapamiętanymi znakami arabskich zapisów, widywanych na ulicach Aleksandrii, ani też z żadnym ze wschodnich alfabetów z cyrylicą włącznie. Przesunął wzrok ku górze, dostrzegł teraz wyraziściej kolejną, tym razem słabiej zarysowaną linię, rozgraniczającą trzecie pole, pokryte znakami nasuwającymi większe skojarzenia z miniaturowymi obrazami, niżeli literami. Rozbiegany wzrok zatrzymywał się na klęczących postaciach, skierowanych prawym profilem w jego stronę, na wizerunkach noża bądź sierpa, słońca, najrozmaitszych sylwetek ptaków, od niewielkich sów i kaczek, poprzez ibisy do większych profili gęsi i i przysiadłych na gałęzi sępów i sokołów. Przypatrywał się z niesłabnącym zainteresowaniem wizerunkom pełzających węży, skarabeuszom, pękom lotosu, kiełkującym zbożom, łodziom o półkolistych burtach, rozwartym oczom, ramionom zgiętym w łokciach, misom i czarom. Starał się doszukiwać pobieżnych skojarzeń pomiędzy ukazanymi wizerunkami, niemniej jego ukształtowany na potrzeby wojskowości umysł, nie mający nigdy wcześniej do czynienia z kreatywną dedukcją, nie doszukiwał się skojarzeń ze znanymi sobie literami, słowami czy też frazami. Zestawione ze sobą symbole w niemym bezruchu i niewzruszonej egzotyce, nie zdradzały żadnych ukrytych w nich treści.

Naruszony w posadach kamień nieznacznie drgnął pod naporem kilkunastu silnych ramion. Usunięcie kilku kolejnych sztychów szpadli wypełnionych wilgotnym piaskiem ukazało dolną krawędź płaskiej, czarnej bryły. Podczas gdy ostrza szpadli spotkały się pod jej nasadą, kamienny blok nieznacznie przechylił się na jeden z boków.

- Zawiążcie w górnej części potrójnie spleciony powróz i równomiernie ciągnijcie w naszą stronę - zakomenderował oschłym głosem kapitan Bouchard, odczuwający zmęczenie i wycieńczenie nieustannym, kilkudziesięcio minutowym przebywaniem w otwartym słońcu i bardziej jeszcze narzucającą się potrzebę zaczerpnięcia kilku łyków wody.

Bezzwłoczne wykonanie rozkazu przyniosło oczekiwany skutek. Ciężka, kamienna bryła poddana sile ramion kilkunastu gwardyjskich saperów zachwiała się i runęła na część czołową, wzbijając w powietrze pylistą chmurę miałkiego piasku. Saperzy rozstąpili się na boki, wypuszczając z dłoni szorstki splot konopnego sznura. Wydobyty kamień w swej istocie nie okazał się długi, ani też opasły. Tylna część wolna była od zapisów, w zamian starannie splantowana i wygładzona. Kapitan Bouchard zaintrygowany jego ciężarem, a bardziej jeszcze treścią ukrytą w wygrawerowanych symbolach obserwował obelisk z niesłabnącym zainteresowaniem.

Zza piaskowej chmury wzbitej końskimi kopytami, wyłoniły się sylwetki dwu jeźdźców zmierzających galopem w kierunku grupy saperów, obstępujących kamienną płytę rozległym okręgiem. Dwójka mężczyzn w cywilnych ubraniach zsiadła z siwych klaczy czystej krwi arabskiej . Jeźdźcy strzepnęli kurz z atłasowych fraków pobrzękujących mosiężnymi klamrami. Zawiązali poluźnione pod szyjami koronkowe żaboty, z bufiastych rękawów koszul wysączyli po kilka stróżyn jasnego pyłu, na środek głów przesunęli czarne, jedwabne cylindry. Młodszy z nich łagodnym ruchem dłoni trzymającej atłasową chustę, starał się osuszyć ociekający po szyi pot, wywołujący nie przyjemne uczucie przywierania do karku wysoko wywiniętego kołnierza. Starszy, w celu poprawienia prezencji rozwiązał opadającą nazbyt nisko apaszkę ze wzorzystej mory po czym zawiązał ją na powrót. Zaczerpnąwszy kilka głębszych wdechów przez przysłonięte chustami usta, przybysze oznajmili że pochodzą z ponad stu sześćdziesięcio osobowego grona naukowców, sprowadzonych przez generała Bonaparte do Egiptu w celu katalogowania wszelkich poczynionych odkryć, po czym pochylając się, bliżej przyjrzeli się leżącemu kamieniowi.

- Po drugiej stronie kamiennego bloku widnieją ciągi znaków, najpewniej pochodzące z któregoś ze starożytnych alfabetów. Jeden z nich określić można jako grecki - oznajmił przybyszom kapitan Bouchard.

- Czy w jakiś sposób można odwrócić ten głaz? - Zapytał jeden z naukowców odkaszlując pył uwięzły w gardle.

- Będzie to możliwe, musimy tylko zawiązać liny na drugim z końców, postawić kamień na jednym z boków i przeważyć na czoło. Ten niepozorny kamień waży co najmniej kilkaset kilo - oznajmił w rzeczowy i obrazowy sposób kapitan Bouchard, wspomagając się gestami dłoni.

- Skoro już zadaliśmy sobie ten trud i przejechaliśmy szmat pustyni, warto spróbować, choć śmiem powątpiewać byśmy poczynili jakieś epokowe odkrycia - obojętnym tonem powiedział starszy z naukowców.
- Na rozszyfrowanie czeka nieprzebrana ilość znacznie bardziej monumentalnych znalezisk, niż fragment bazaltowego obelisku – dodał młodszy z lingwistów, obrzucając obojętnym wzrokiem leżący kamień.
- Jesteśmy żołnierzami nie archeologami, nie byliśmy w stanie określić jego wartości, odkrycie wydało mi się zasługiwać na bliższą uwagę.
- Spróbujcie unieść kamień do góry - zaordynował starszy z naukowców.

Utrudzeni saperzy przystąpili do zacieśniania węzłów na górnej, obłupanej części kamiennej płyty. Kilka energicznych pociągnięć za liny wykonanych zbiorowym wysiłkiem pozwoliło wytrącić kamień ze statycznej pozycji i wprawić go w wahliwy ruch, w dalszej kolejności zaś unieść i osadzić na jednym z boków. Przechylenie obelisku na powierzchnię czołową nie nastręczało już nadmiernych trudności, jedno silniejsze szarpnięcie, wsparte energią trojga popychających żołnierzy sprawiło że kamienny blok na powrót ujawnił zawarte w nim zapisy. Nim jeszcze opadł pył wzniecony podmuchem upadającej płyty, dwójka naukowców zbliżyła się do niej na wyciągnięcie ręki i zatopiła wzrok w wersach alfabetycznych zapisów, wyłaniających się zza rzedniejącej chmury piasku.

- Bez wątpienia starożytna Greka - oznajmił przyklękający lingwista, wodząc palcem po wygrawerowanych liniach liter w dolnej części kamienia.
- Czarny egipski bazalt - wyraził swoje spostrzeżenia drugi z nich.

- Ten zapis w powyższym polu wydaje się być pismem demotycznym jakim posługiwano się w Dolnym Egipcie w trzecim okresie przejściowym, a także w epoce późnejszej, w okresie greckim i rzymskim w celach handlowych i administracyjnych. Posłużyło ono także do spisywania korespondencji i aktów prawnych, stosowano je przy okazji sporządzania podręcznych notatek. Nazwę tę po raz pierwszy wprowadził Herodot dla odróżnienia go od pisma hieratycznego i hieroglificznego - starszy z naukowców dzielił się spostrzeżeniami z młodszym.
- Z kolei od czasów okresu ptolemejskiego zaczęto go używać do zapisu tekstów naukowych, literackich a nawet religijnych do czasu gdy został wyparty przez Grekę, a w mowie przekształcił się w język koptyjski - dopowiedział młodszy z nich, suwając palcami po żłobieniach identycznej głębokości.

- Wszystkie moje przypuszczenia odnoszące się do pisma demotycznego, potwierdza horyzontalny zapis od prawej do lewej i piktogramiczny charakter wykonywania znaków. Mają one znaczenie ideologiczne, jak również niosą ze sobą informacje o fonetyce. Sens pisma wynika z odpowiedniego sposobu zestawiania z sobą poszczególnych rodzajów znaków. Wszystkie przypuszczenia zdają się prowadzić do niepodważalnych wniosków, pozwalających mówić o kolejnym przykładzie zapisów w demotyce. Natomiast zapisy w górnym polu noszą wszelkie znamiona pisma hieroglificznego, najstarszego pisma starożytnych Egipcjan używanego do zapisów najważniejszych spraw państwowych i świętych tekstów, na przykłady którego napotkaliśmy na ścianach piramid i na przedmiotach oferowanych na aleksandryjskich targach przez rabusiów starożytnych grobowców - rozwijał swoje spostrzeżenia bardziej zaawansowany wiekiem lingwista, starając się wytrząsnąć resztki piasku z siwiejących włosów.

- Grekę jesteśmy w stanie odczytać bez najmniejszego trudu, pismo demotyczne najpewniej także. Przetłumaczenia Greki mogę podjąć się tutaj i teraz, rzecz jasna w szkicowym zarysie.

Podstarzały naukowiec przykląkł i zbliżył twarz do idealnie płaskiej powierzchni kamienia, bystre spojrzenie przesuwało się po kolejnych wersach. Spotęgowana koncentracja umysłu powodowała że rozchylone usta wypowiadały równomierne cykle zrównoważonych w brzmieniu słów.
- „ Niniejszy dekret sporządzają kapłani miasta Memfis 27 marca roku 196 przed naszą erą dla uczczenia faraona Ptolemeusza Piątego z okazji pierwszej rocznicy koronacji w związku z doznanymi od niego dobrodziejstwami. Faraon wraz z wstąpieniem na tron ogłosił amnestię oraz obniżył podatki a także podniósł dochody kapłanów” W ten sposób może brzmieć wyryty tekst w najogólniejszym znaczeniu. Zgodnie z moimi przypuszczeniami płyta ta stanowiła część steli umieszczonej w którejś ze świątyń na polecenie kapłanów, najpewniej gdzieś w pobliżu wizerunku faraona – oznajmił mężczyzna stając niepewnie na nadwyrężonych nogach.

- Jeżeli w tych trzech językach został zapisany ten sam tekst, a najprawdopodobniej tak się stało, domyślasz się chyba do czego zmierzam? Jeżeli potwierdzą się moje przypuszczenia znaleźliśmy się na najlepszej drodze do odczytania hieroglificznego pisma starożytnych Egipcjan. Wystarczy tylko zestawić ze sobą odczytane słowa greckiego alfabetu, dołączyć do nich treść zawartą w znakach pisma demotycznego i doszukać się tych samych sensów w regularności i powtarzalności obrazków pisma hieroglificznego. Pozostaje tylko ubolewać że najbardziej kluczowa dla odkryć część, zapisana hieroglifami została odłupana. Z moich pospiesznych wyliczeń wynika że zawiera tylko czternaście linijek hieroglifów.

- O ile zdążyłem prawidłowo przeliczyć trzydzieści dwie linijki zapisu demotycznego i trzydzieści cztery linijki zapisu greckiego - dopowiedział młodszy wiekiem językoznawca.

- Jeżeli wyzwanie to okaże się możliwe do wykonania, będziemy w stanie poznać myśli twórców najwyższych i najrozleglejszych budowli w dziejach świata. Z samych tylko bloków składających się na trzy najwyższe piramidy, jak wyliczył Bonaparte można by zbudować mur okalający Francję o wysokości ponad trzech metrów. Wreszcie będziemy mogli stworzyć spójną wizję najwspanialszej bodaj i najpotężniejszej cywilizacji, jaka współtworzyła naszą historię i zapisała się nieprzebrzmiałymi zgłoskami w historii świata. To może być przełomowy etap w rozwoju Orientalistyki, w naukach związanych z historią starożytną, z archeologią.

- Należy jak najszybciej zabezpieczyć ten kamień i przewieść go do Aleksandrii bądź do Kairu, stamtąd musi trafić do Francji. Niezwłocznie trzeba zawiadomić Instytut Egipski oraz francuską placówkę naukową, koordynującą całość prac badawczych na terenie Egiptu. Napoleon Bonaparte w całej swojej przewidywalności okazał się po raz kolejny niezrównany, zapraszając na egipską wyprawę prawie dwustu naukowców, po raz kolejny też w decyzji tej musiał być wiedziony przeczuciem dokonania nieprzemijających czynów. Kapitanie Bouchard jeżeli zdarzenia potoczą się zgodnie z założeniami, przyczyni się pan do rozwiązania jednej z największych zagadek starożytności, znajdzie pan swoje miejsce w historii współczesnej - oznajmił podstarzały naukowiec stając naprzeciw kapitana Boucharda.

- Nieprawdaż że warto było przebyć konno nieodległą, pustynną drogę? - Zagadnął kapitan Bouchard.

- O doniosłości odkrycia tak szybko na ile to będzie możliwe powiadomimy generała Napoleona Bonaparte, ażeby niezwłocznie wydał rozkazy co do dalszego postępowania ze znaleziskiem. Po raz wtóry okazujemy wyrazy wdzięczności kapitanie Pierre Francois Bouchard - zakrzyknął starszy z naukowców dosiadając siwej, arabskiej klaczy, szamoczącej się na zbyt krótkim uwięzie.
Dwójka jeźdźców pozostawiła po sobie zasłonę pustynnego pisaku wraz z niknącymi śladami końskich kopyt, na bezustannie przemieszczających się saharyjskich wydmach. Wydobywające się z końskich chrap rytmiczne parskanie, niesione porywistym wiatrem, słyszalne było jeszcze w niedługi czas po tym, gdy jeźdźcy skryli się za niewyraźnym konturem odległej wydmy. Ostatnie ślady ich obecności zatarł gwałtowny podmuch wiatru, nawiewający kolejne warstwy ulotnego pyłu na zagłębienia powstałe pod naporem końskich kopyt.

Rozkazy jakie nadeszły wkrótce ze sztabu dowództwa egipskiej ekspedycji dotyczyły jak najszybszego i jak najbezpieczniejszego przetransportowania bazaltowego kamienia do Kairu. Sprowadzone w tym celu wielbłądy i juczne muły pod nadzorem beduinów doświadczonych w pustynnym transporcie, utworzyły szeroki okrąg wokół kamiennej steli, spoczywającej w pozycji horyzontalnej. Brodaci saperzy przeczesując palcami zmierzwione brody zastanawiali się nad sposobem w jaki najszybciej, przy utracie jak najmniejszej ilości sił, zdolni będą umieścić kilkuset kilogramowy kamień na powierzchni nośnej sań, wykonanych z akacjowych żerdzi, niczym nie różniących się od stosowanych w czasach starożytnych.
Pomoc okazana przez beduinów przyczyniła się do sprawnego załadunku. Przechylony na jeden z boków bazaltowy głaz bez sprzeciwu poddawał się następującym szybko po sobie komendom, wydawanym przez kapitana Boucharda. Kolejny przechył pozwolił umieścić go na wytrzymałych żerdziach akacjowego drewna. Opór jaki stawiały węzły zadzierzgnięte na konopnych linach, ściśle opasujących oba krańce płaskiego kamienia, stanowił wystarczającą antywagę, by wspólnym wysiłkiem beduinów i saperów wciągnąć kamień na sanie. Wystarczyło już tylko przytwierdzić linami do poprzeczek bazaltowy monolit, popędzić uderzeniami bata ospałe muły, by karawana jako kurs mogła obrać nieodległe nabrzeże Rosetty. Tam uzyskawszy wsparcie pracowników ramp przeładunkowych, przy udziale portowych żurawi dokonano sprawnego przeładunku, skąd kamień wyruszył w jednodniowy rejs w górę Nilu, wprost do kairskiego portu.
Znalezisko zdeponowano w miejscu składowania wielu innych archeologicznych artefaktów. Bazaltowa stela spoczęła pod rozłożystą, bawełnianą plandeką w oczekiwaniu przybycia zaproszonych orientalistów, specjalizujących się w odczytywaniu starożytnych pism. Podobną propozycję złożono lingwistom pozbawionym cenzusu naukowych tytułów, którym próby odszyfrowania zapisu wyrażonego hieroglifami, nie wydawały się wyzwaniami przekraczającymi ich umiejętności. W oczekiwaniu na odpowiedź mającą nadejść z Francji odnoszącą się do terminów przystąpienia do odczytu, bazaltowy głaz tkwił niewzruszenie pośród mumii kotów, pawianów i byków. Na powrót znieruchomiał pomiędzy doskonale zachowanymi rydwanami, mogącymi bez większego trudu zostać podpiętymi do któregoś z francuskich bądź beduińskich wierzchowców i pomknąć bez najmniejszego zgrzytu osi w odległą, pustynną przejażdżkę, niczym przed czterema tysiącami lat, gdy dosiadał je któryś z faraonów podczas myśliwskich bądź też wojennych wypraw. Wokół rydwanów rozstawiono rezerwowe koła i komplety zapasowych uprzęży. W najbliższym sąsiedztwie kamiennej tablicy znajdowały się wzorzyste, wielobarwne sarkofagi, skrywające mumie egipskich dostojników. Spośród chaotycznego składowiska wyzierały ostrza włóczni i pęki strzał wydobyte z komnat grobowych, miniaturowe, bajecznie kolorowe rytualne barki w których faraonowie mieli udawać się w zaświaty. Na wiekach sarkofagów spoczywały złote naszyjniki i bransolety inkrustowane lapis – lazuli, karneolem, wielobarwnym kryształem. Wykonane techniką witrażu wisiory w kształcie sokoła z rozpostartymi skrzydłami, a pośród nich, na centralnym miejscu nakrycia głowy, które po wstępnych ocenach mogły być koronami faraonów. Jedna z nich biała z kulisto zakończonym szczytem, kolejna błękitna, ozdobiona świętą kobrą – ureuszem, unoszącą łeb na szerokiej szyi, trzecia wydawała się być czymś w rodzaju chusty uformowanej w geometryczne kształty, zdobnej w poziome pasy w kolorze indygo. Obok koron spoczywały złocone insygnia faraoniej władzy – krótka laska pasterska o haczykowatym zakończeniu i trójrzemienny bicz – Nechecha symbol władzy nad Górnym Egiptem. Misternie wykonane gładziki do papirusu z kości słoniowej okutej platyną. Zwinięte w kłębek kobry połyskujące miejscami płatkowanym złotem, a w innych miejscach lśniące szkliwioną powierzchnią. Rozstawione wokół sarkofagów, postacie naturalnej wielkości w owalnych nakryciach głowy, rzucały podejrzliwe spojrzenia szeroko rozwartymi oczyma, podkreślonymi wyrazistym makijażem. U ich stóp poniewierały się głowy rogatych krów wykonane z twardego drewna i złoconego stiuku. W nieregularnym półokręgu rozstawiono trzy rytualne, hebanowe łoża, inkrustowane kością słoniową i szkłem ołowiowym. Pomiędzy nimi rozrzucone były wzorzyste szkatuły, naczynia z kalcytu i trudne do rozpoznania owalne zasobniki na artykuły spożywcze. Wokół składowiska obojętnie przechadzali się wartownicy odziani w sukienne, granatowe mundury gwardii napoleońskiej, podtrzymując osuwające się z ramion muszkiety. Ich wzrok przytępiony jaskrawym słońcem, machinalnie omiatał zgromadzone bogactwo - nieprzebrany, naukowy materiał badawczy, bezcenne materialne dziedzictwo kultury czterech tysiącleci cywilizacji dorzecza Nilu.
Niewłaściwe skoordynowanie działań na rozległych obszarach dzielących Francję od Egiptu, spowolnienie wymiany informacji na śródziemnomorskim szlaku komunikacyjnym przyczyniły się do powstania okoliczności w których oczekujący na badaczy czarny bazaltowy głaz spoczął w bezruchu na kolejne miesiące, otaczany kolejnymi znaleziskami. Opóźnienia w przekazaniu rozkazów i dyrektyw podyktowane wojną, bądź też zorganizowanie wyprawy badawczej złożonej z samych tylko lingwistów i orientalistów przysparzało zbyt wiele trudności lub może wszystkie te przyczyny razem, spowodowały że planowana naukowa ekspedycja nie dotrzymywała kolejno wyznaczanych jej terminów. Widziane dzień po dniu bezcenne skarby przestały wywierać należny im podziw. Znużeni wartownicy, pociągając kolejny łyk wody z manierki, najpewniej w skrytości ducha odliczali czas do kolejnej zmiany warty. Bardziej zaciekawieni byli odgłosami jakie wydaje targany porywami wiatru jasnoszary brezent, niżeli unikatowością bezcennych zbiorów. Ocierając pot z czoła, otwarcie sarkali na trudy afrykańskiej ekspedycji. Przeklinali napoleońskie plany oczekiwania w Kairze na morską konfrontację z Brytyjczykami, złorzeczyli używając najwymyślniejszych przekleństw jakie znał język francuski i używali ich galijscy przodkowie. Szukając właściwego określenia na najgorszy w ich uznaniu z ziemskich klimatów, prześcigali się w wyszukiwaniu słów wystarczająco dosadnych. Z nieskrywaną odrazą spoglądali w słoneczny dysk, ogromniejący z każdą przedpołudniową godziną, powlekający powierzchnię widzianych przedmiotów aurą nieprzeniknionego blasku. Dla odmiany każdą wieczorną godzinę witali z narastającym entuzjazmem, wyczuwając przypływ zbawiennego chłodu. Godziny na pograniczu wieczoru z nocą nieodmiennie studziły ich euforię, gdy okazać się miało że wieczorny chłód przeradzał się w równie nieznośne jak dzienny upał – nocne, przenikliwe zimno. Wówczas okrywając szyję postawionym kołnierzem munduru przemierzali chroniony teren, zapatrzeni w wyraziste gwiazdozbiory, rozsiane gromadami na bezchmurnym, afrykańskim niebie, niknące dopiero na sklepieniu pustyni z nieboskłonem. Przy wnikliwszym spojrzeniu różniły się rozmiarami i jasnością roztaczanej aury, wiele z nich pulsowało nierównomiernym blaskiem, inne jeszcze świeciły światłem stałym, na przemian to przygasały, to rozbłyskiwały, to bledły w hipnotycznym transie. Zapatrzeni w niebo wartownicy zadawali sobie wówczas pytania, jakie zapewne, przynajmniej raz w życiu zadał sobie każdy świadomy swojego bytu człowiek. Czy gdzieś, tam wysoko znajduje się życie, czy też jesteśmy w tym unikatowym i niepowtarzalnym zjawisku, zupełnie odosobnieni. Czy po dokonaniu życia doczesnego istnieje siła zdolna przemienić je w byt wiecznotrwały i przenieść w roztaczające się ponad ich głowami gwiezdne przestrzenie, ku niebiosom, w myśl religijnych przesłań, czy też ludzkie życie kończy swój bieg na powierzchni ziemi? Czy owe niebiańskie przestrzenie posiadają gdzieś wyraźny początek i koniec, czy też są pozbawione go w zupełności?
W dotychczasowym życiu nie mieli nazbyt wielu możliwości uważniejszego przyjrzenia się im. Odkąd w wieku szesnastu, siedemnastu lat wstąpili w szeregi armii podczas codziennych musztr i pozorowania walki, wczesnych pobudek i dyżurów do późnej nocy, niekiedy tylko zdobywali się na zadarcie głowy ku górze i zatoczenie wzrokiem szerszego okręgu, zaciekawieni aktualnym wyglądem ciał niebieskich. Wyjątek stanowić mógł śródziemnomorski rejs, kiedy to organizm nie nadwyrężony żołnierskim całodziennym trudem, mógł pozwolić sobie na skrócenie czasu nocnego spoczynku i baczniejszą obserwację nocnego firmamentu, jeśli tylko nie wzbudziło to sprzeciwu przełożonych.
Wydelegowani do pełnienia monotonnej warty na powrót mogli oddać się obserwacjom nocnego nieba. Znużeni czynnością tą, kierowali wzrok ku ziemi, zatrzymując go na zabytkach starożytności. W migotliwym spektaklu roziskrzonych gwiazd, rozciągającym świetlną poświatę na chroniony przez nich teren, zgromadzone eksponaty wydawały się poruszać rozpoczynając nowe życie, tchnięte w nie gwiezdną energią. Wiązki matowego blasku przemieszczające się po twarzy Ozyrysa, powodowały złudzenie przymykania jednego oka i otwierania drugiego z nich. Ramiona znajdujące się w strefie światła wydawały się unosić ku górze, a opadać i zamierać te znikające w pomroce cienia. Wizerunki boga Anubisa znalazłszy się we właściwym punkcie światłocieniowej gry powodowały przemawiające do wyobraźni złudzenie otwierania długich, szakalich pysków, szczerzenia zębów i bezszelestnego ich zamykania. Rozbłyski gwiezdnej iluminacji spływające na ponad dwu metrowych rozmiarów personifikacje boga Seta, osuwając się po jego antylopim pysku stwarzały wyraźną sugestię drgania warg i poruszania nozdrzami. Drewniane rzeźby Horusa, jego ptasia głowa i zakrzywiony dziób w przysłonie gwiezdnego blasku zdawał się rozpoczynać swój monotonny klekot, na złudzenie którego wartownicy oglądali się za siebie. Dwunożne, figuratywne przedstawienia boga Chruma o rozłożystych rogach byka, robiły wszystko by powrócić do właściwej sobie pozycji i rozpocząć ślepy bieg na przód z pochylonymi ku ziemi rogami, omiatając otoczenie przekrwionym spojrzeniem. Bardziej kruche i delikatniejsze w budowie upostaciowienia boga Thota i jego twarz zakończona dziobem ibisa, w pokazie gwiezdnych fajerwerków zdawała się rozpościerać skrzydła i wzbijać do podniebnego lotu. Zmęczeni wielogodzinną wartą strażnicy, mogliby przysiąc że na tle pulsującego blasku, wszystkie one poruszają nieproporcjonalnie długimi stopami, by przemieścić się w znanym tylko sobie kierunku, najpewniej z powrotem do wnętrza ogołoconych świątyń. Omamieni świetlnym igrzyskiem strażnicy, zadzierali głowy ku górze chcąc doszukać się pochodzenia cudotwórczej aury, jednakże dostrzegali tylko nieogarnione skupiska roziskrzonych punktów i niekiedy spadającą jedną z gwiazd, kończącą swój lot gdzieś na pustynnych pustkowiach. Doszukiwali się przyczyn ułudy tej w zaburzeniach własnego wzroku, doświadczaniu iluzji na kształt nocnej fata morgany, przemęczenia, czy też strachu. Strach ten pojawiał się na myśl o znalezieniu się w pojedynkę czy też w towarzystwie drugiego z wartowników, przebywającego zwykle po przeciwnej stronie namiotu, w środku nocy pośród nieprzebrnionych piasków Sahary, pod niebem nawisłym od ciężaru gwiazd, gdzie bezkres rozciągającej się wokół pustyni, powodował złudzenie znalezienia się w centralnym jej punkcie. Będąc wystawionym na działanie żywiołów z których każdy kolejny budził niekłamany respekt i wydawał się być groźniejszy od poprzedniego, szeroko rozwarte oczy doszukiwały się wokół nie tylko rabusia, lecz także ożywionych tworów wyobraźni. Wśród wartowników najmniej nawet skłonnych do refleksji, jedyny w swoim rodzaju nastrój saharyjskiej nocy sprawiał, że ich myśli nabierały wyrazistości i poczynały krążyć wokół zasłyszanych w trakcie dnia, opowieści. Przywoływali w pamięci ich wątki przewodnie, pobudzały one ich wyobraźnię na tyle bardzo, że wszędzie wokół, pośród pagórkowatych wydm, rysujących się w oddali oaz, starali się dostrzec przywoływane w opowieściach miejsca i postacie. Słyszeli opowieści berberysów o burzach piaskowych zdolnych przysypać karawanę, a nawet całą armię, jak pięćdziesięciotysięczną, perską pod dowództwem Kambezysa w starożytnych czasach. Na temat jej zaginięcia pośród armijnymi korpusami krążyły opowieści, wywołujące przyspieszoną akcję serca i występowanie większych kropel potu na czoło, niżeli te powstające na skutek afrykańskich upałów. Domyślali się że cała ekspedycyjna napoleońska armia, nie przekraczająca łącznie z oddziałami pomocniczymi trzydziestu pięciu tysięcy żołnierzy, mogłaby przestać istnieć w przeciągu godzin, być może nawet minut. Nieobce im były relacje o trąbach powietrznych zdolnych przenosić na duże odległości ludzi wraz z jucznymi zwierzętami i wszystkim co zawierały przytroczone ładunki. Dowiadywali się o wędrujących wydmach, zmieniających otoczenie na tyle znacząco, że zaskoczeni nagłą zmianą krajobrazu wędrowcy tracili orientację w terenie i zmierzali w nieznanym sobie kierunku, aż do czasu gdy wyczerpały się ostatnie zapasy wody, a dromadery ostatecznie opadły z sił. Wiedzieli o kilkudniowym, nietypowym zachowaniu generała Bonapartego w wyniku spędzenia nocy w najwyższej z piramid, o jego tajemniczej niemocy następnego dnia i niemożności podjęcia żadnej z wojennych decyzji. Wiadomość o jego niecodziennym zachowaniu rozeszła się szeroką famą, opowiadano o niej podczas nocnych ognisk, dłuższych przemarszów, postojów na koński popas i monotonny żołnierski posiłek. Wiedzieli także o niechęci Napoleona do powracania myślami do owych wypadków, o wygrażaniu podwładnym natychmiastową degradacją, jeżeli nie zaprzestaną zadawania kłopotliwych pytań.
Wartownicy, znalazłszy się sam na sam ze wspomnieniem zdarzeń tych i opowieści, w każdym zawodzącym nawoływaniu szakala, pojedynczym, chrapliwym odgłosie Oryksa doszukiwali się ingerencji irracjonalnych sił, wywodzących się spoza znanego im świata, a narastające poczucie strachu paraliżowało nogi. Poszukiwali wówczas sylwetki grenadiera czy też muszkietera, wyznaczonego tej nocy również do pełnienia warty i wbrew regulaminowi wspólnym krokiem przemierzali osuwisty grunt wokół składowiska archeologicznych eksponatów.
Pełnienie na przemian nocnych i dziennych wart powodowało zachwianie poczucia linearnego postępu czasu i wrażenie utraty nadzoru nad jego upływem. Dnie i noce, a także naprzemienna ich kolejność, następowały po sobie w sposób nie budzący dociekań nad istotą ich przemijania. Najistotniejszy okazywał się moment przejęcia warty przez kompana, regulaminowy posiłek i potrzeba regeneracji wyczerpanych upałem sił podczas zasłużonego snu. Tygodnie i miesiące naruszające codzienny rytm wyniesionych z Francji nawyków przyczyniały się do powolnego wytwarzania się poczucia, że czas regulowany dotychczasowymi rytuałami i przyzwyczajeniami nie znajdował tutaj zastosowania. Fajkowy tytoń palony w każdej chwili wytchnienia w warunkach pustynnych upałów najzupełniej tracił smak, żar dobywający się z cybuchów parzył spieczone usta. Zarządzany odpoczynek nie przynosił ukojenia, poprzez fakt niemożności znalezienia chociażby piędzi cienia. Mijający szybko czas regulowany był przez dzienny spadek aktywności i jej wzrost podczas nocnych chłodów. Czas wolny od wart oznaczał mimowolne pogrążanie się w błogim letargu, wzorem wszystkich żywych organizmów zamieszkujących tę część Afryki z pustynnymi waranami, biczogonami, fenkami, skoczkami pustynnymi, skorpionami. Kolejne miesiące pozbawione indywidualnych cech, splatały się w jednolity węzeł czasu, nanizując na niego codzienne zbiórki, capstrzyki, manewry, warty, posiłki i sen.

- Traktat pokojowy podpisany. Ostatnie wiadomości, nie wydano rozkazów do obrony Kairu, Bonaparte podpisał traktat pokojowy w Aleksandrii, wkrótce będą tutaj angielskie wojska, wracamy do Francji - zakrzyknął entuzjastycznie jeden z wartowników, któregoś z rześkich poranków tuż po zakończeniu służby.
- Wrócimy do Francji lub też trafimy do brytyjskiej niewoli - ozwał się głos wartownika zataczającego szeroki łuk wokół pozłacanych sarkofagów mumii staroegipskich dostojników i kilku doskonale zachowanych rydwanów.

Przybyli wkrótce brytyjscy żołnierze okazali się nadzwyczaj pokojowo usposobieni i wyrozumiali, w każdym szczególe przestrzegając reguł traktatu pokojowego, nie dopuszczali się wobec poddających się aktów przemocy, nie próbowali wyrównywać osobistych rachunków krzywd. Poddający się Francuzi nie oczekując na wydane komendy z nieupozowaną obojętnością składali bezpośrednio na pisaku skałkowe muszkiety, oficerowie wydobywali zza pasów pistolety, odpinali pochwy wraz z szablami i pałaszami po czym rzucali je z brzękiem na stertę karabinów. Na wysmaganych słońcem twarzach Francuzów odciskał się grymas bliższy zadowoleniu niż strachowi. Wszyscy oni wykonywanymi gestami zdawali się wyrażać opinię że każdy, najmniej nawet przewidywalny los, wszystko co może spotkać ich z rąk Brytyjczyków, będzie lepsze od niewygód pełnienia służby w niegościnnym dla europejczyka klimacie.
Brytyjscy żołnierze przy całej swojej przystępności zobowiązani byli postanowieniami traktatu pokojowego do nieustępliwej egzekucji jego punktów. Wszystkim znajdującym się w obozie Francuzom oznajmiono że od chwili obecnej znaleziska te na mocy traktatu pokojowego z Aleksandrii z 24 – go lipca 1801 – go roku stanowią własność korony brytyjskiej, a wszelkie próby zawłaszczenia najmniejszego choćby z nich poczytane będą jako zamach na królewski stan posiadania. Zabrać mogą natomiast wszystkie szkice, notatki i opracowania naukowe – oznajmił brytyjski oficer, stojący na pustej beczce po prochu strzelniczym. W miejscu zdeponowania archeologicznych zbiorów wyznaczono warty. Tym razem żołnierze w czerwonych kubrakach, przepasani białymi szarfami, krzyżującymi się na piersiach i plecach, z muszkietami wspartymi o barki, poczęli pełnić warty wokół bezcennych zbiorów.
Brytyjski kolonel dowodzący miejscowym garnizonem, na usilne prośby francuskich archeologów, chcąc podtrzymać atmosferę powściągania wzajemnej niechęci, wyraził przyzwolenie na dokonanie kilku drukarskich odbitek pisemnej zawartości bazaltowego głazu odnalezionego w Rosettcie, bezowocnie oczekującego jak dotąd na dokonanie naukowych ekspertyz francuskich językoznawców. Tkwił on nieruchomo, pogrążony w pustynnym piasku, pochylony na jeden z boków w oczekiwaniu na mający już wkrótce nastąpić transport do któregoś z doków rozładunkowych wschodniego Londynu. Po spolerowanej powierzchni obelisku, w niedalekiej już przyszłości nazwanego kamieniem z Rosetty, pokrytej bruzdami hieroglificznych rytów, wersami pisma demotycznego i greckimi literami, w miarę zmieniających się pór dnia, przemykał cień niczym po tarczy słonecznego zegara, osłaniając jedne z zapisów to znowu przysłaniając kolejne z nich.

PS. Drodzy czytelnicy, chciałbym zachęcić do zapoznania się z moją debiutancką powieścią MATEMATYCZNY WZÓR NA ISTNIENIE BOGA dostępną w promocyjnych cenach w większości księgarń internetowych. Dziękuję i pozdrawiam autor.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Maciej Bienias · dnia 31.10.2021 17:10 · Czytań: 144 · Średnia ocena: 2 · Komentarzy: 1
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 09.11.2021 17:06 Ocena: Przeciętne
Przykro mi, ale będę marudził. Opowiadanie jest napisane pseudo-poetyckim języku (np." niczym czerwona kula ognia zrodzona przez bezkresną linię widnokręgu"";) w XIX-wiecznym stylu. Sama fabuła też nie zachwyca. Temat egipskich tajemnic jest wytarty. Poza tym wyjątkowo słaba zacząłeś, najpierw publicystyczny wstęp, potem niepotrzebnym opis. Gratuluję jednak samego debiutu. Książki w prawdzie nie kupię, ale doceniam, że ją wydałeś.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ZielonyKwiat
01/12/2021 10:32
Cześć, Cytuję: "Nie z każdej pajęczyny zdołamy uwinąć… »
wodniczka
30/11/2021 19:49
Witaj. Bardzo ciekawa przestrzeń literacka. Podoba mi się.… »
mike17
30/11/2021 18:35
Mój ulubiony Autorze, znów dałeś pokaz prawdziwej liryki… »
aniat.
30/11/2021 17:46
Leocassandra- Dziękuję. Jest mi niezmiernie miło.… »
ZielonyKwiat
30/11/2021 17:34
Dziękuję za komentarz i dobre słowo. Ot, to taka zwykła… »
ApisTaur
30/11/2021 16:32
Wiolin Ja tylko na chwilę. Mało czasu ;) Całość… »
Marek Adam Grabowski
30/11/2021 15:30
Bardzo udane opowiadanie! Fabuła ciekawa i mądra, chociaż… »
Andrzej Baka
30/11/2021 09:43
Dziękuję! Tak, dzisiejsze newsy są bardzo ulotne i żyją… »
marekg
29/11/2021 23:39
Pysznie , lekko , poetycko ,aż pachnie słowem. »
ZielonyKwiat
29/11/2021 23:29
Cześć, to ja też popróbowałam swoich sił. A oto efekt. Mam… »
Afrodyta
29/11/2021 21:21
Podoba mi się Twój wiersz. W bardzo liryczny sposób… »
Afrodyta
29/11/2021 21:12
Bardzo podoba mi się Twój wiersz, ma w sobie jakąś… »
voytek72
29/11/2021 21:11
Wydaję mi się że te wszystkie lub i albo na początkach strof… »
Afrodyta
29/11/2021 20:57
Mam poczucie, że wiersz odwołuje się do konkretnej sytuacji,… »
Yaro
29/11/2021 20:50
Miło mi , że się podoba:) »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:Dumanyhujm
Wspierają nas