Czarne klawisze fortepianu - AntoniGrycuk
Proza » Miniatura » Czarne klawisze fortepianu
A A A
Od autora: Wielkość liter jak zwykle tu trochę rozjechana, ale nie chce mi się tego poprawiać.

Dobrze pamiętam tamten dzień. Ojciec przyszedł bardzo późno, z hukiem otworzył drzwi, krzycząc na cały dom, żeby natychmiast dać mu jeść. Oparł się o szafę, stanął na jednej nodze, próbując zdjąć but. Po chwili stracił równowagę i runął, rozbijając sobie głowę o szafkę z butami. Gdy wstawał, krew lała mu się na ubranie. Zaklął siarczyście. Cisnął zakrwawioną kurtką w kąt. Podeszła matka. Próbowała mu pomóc, ale wtedy ojciec jakby doznał otrzeźwienia, stanął na równe nogi i z całej siły uderzył mamę w brzuch. Zgięła się wpół, upadając na zakrwawioną podłogę. Gdy patrzyłem na to z dala, nie wiedziałem, co mam zrobić. Z jednej strony, nauczony przeszłymi jego wybuchami, potwornie się bałem, a z drugiej chciałem pomóc mamie. Podszedłem więc niepewnie, nie spuszczając z oczu ojca. Chwycił stojący w przedpokoju wazon i cisnął w moją stronę. Wazon rozbił się kilkanaście centymetrów ode mnie. Zamarłem ze strachu. Kątem oka zobaczyłem, jak matka próbuje powstrzymać ojca. Ten jednak, chwiejąc się, sięgnął po stojący w kącie jednonożny wieszak na ubrania i przygotowywał się, aby nim we mnie rzucić.

– Uciekaj! – zawołała mama zduszonym z bólu głosem.

To był dla mnie sygnał. Oraz rozkaz. Błyskawicznie odwróciłem się i zacząłem uciekać na strych, bo dobrze pamiętałem, że mogę zamknąć drzwi od środka, a nikt od zewnątrz nie otworzy. Gdy wbiegałem po schodach, zahaczyłem o wysoki drewniany próg. Upadłem, rozbijając sobie nos. Mimo to szybko się pozbierałem, wstałem i zamknąłem drzwi od wewnątrz. Zaszyłem się w najciemniejszy kąt. Usiadłem na zakurzonym stołku pod spadzistym dachem. Rękawem wytarłem zakrwawiony nos i łzy, które dopiero teraz zaczęły cieknąć. Z dołu wciąż dobiegały hałasy. Zacząłem się modlić, aby tata nie zrobił mamie krzywdy. Nadal się bałem, ale i czułem się winny, że nie mogę jej pomóc. Może gdybym był starszy, potrafiłbym powstrzymać ojca?

Kiedy zapanowała całkowita cisza, a ja do siebie doszedłem, powoli się rozejrzałem. Siedziałem w zakrwawionym ubraniu na okrągłym stołku stojącym przy jakimś meblu. Tuż ponad moimi oczyma zauważyłem litery, których dopiero uczyłem się w szkole. Powoli składałem to, co widzę, w słowa. Ale na próżno, w moim umyśle układały się dwa dziwne słowa połączone znaczkiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem: Steinway & Sons. To było pianino. Otworzyłem klapę i niepewnie nacisnąłem klawisz z lewej strony. Wydobył się bardzo gruby dźwięk, który przeraził mnie, tak bardzo bałem się, że usłyszy go tata i przyjdzie. Jednak poczułem coś silniejszego niż ten lęk, coś, co kazało mi sięgnąć do klawiatury jeszcze raz. Tym razem nacisnąłem klawisz po prawej stronie, który odezwał się tonem cienkim. Potem dotknąłem następnego i następnego. Doznałem uczucia zespolenia z pianinem. Coraz pewniej naciskałem kolejne klawisze, a każdy odzywał się innym dźwiękiem. Operowałem tylko białymi, bo wciąż w pamięci miałem słowa mamy, że białe jest dobre, a czarne złe. Z każdą chwilą czułem, jakby dźwięki wpływały w moje wnętrze, a ja pobudzony, reagowałem kolejnym naciśnięciem białego klawisza. Tworzyło się, czego wtedy jeszcze nie rozumiałem, sprzężenie zwrotne, gdzie moje pragnienia wywoływały dźwięki, te znów wpływały na mnie i pobudzały do kolejnych naciśnięć klawiszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy odważnie uderzałem w klawiaturę, wywołując całkiem sporą kakofonię, z której próbowałem wyłowić coś, co wyrażałoby mój aktualny stan. Biegałem palcami od lewej do prawej, czując się jak wirtuoz, jakich widywałem w telewizji.

Nagle usłyszałem silne uderzenie w drzwi. Zamarłem w bezruchu. Po drugiej stronie stał ojciec i szarpał za klamkę. Dobrze wiedziałem, że nie da rady otworzyć, bo wejście zabezpieczone było solidną zasuwą, do której nikt od dawna nie miał klucza. Mama kiedyś mówiła, że strych to najbezpieczniejsze miejsce w domu. Nagle ojciec krzyknął:

– Otwieraj, gówniarzu, bo cię zabiję!

Gdy tylko to usłyszałem, jeszcze większy strach przebiegł przez całe moje ciało i odruchowo zacząłem naciskać przypadkowe klawisze. Stworzyła się dziwna kłótnia pomiędzy ojcem a moimi palcami uderzającymi w klawiaturę. Jedna strona próbowała przekrzyczeć drugą, aż coś we mnie pękło i najsilniej, jak potrafiłem, zacząłem uderzać w czarne klawisze. Najpierw palcami, a gdy ojciec już walił z całej siły w drzwi, waliłem pięściami. Po raz kolejny zalały mnie łzy. Wytworzył się drugi świat w szczelnej bańce z czarnych złych dźwięków, które wezwałem przeciwko ojcu. Istniałem tylko ja, kakofonia i czarna siła.

Rok później, gdy tata siedział już w więzieniu, a ja regularnie chadzałem na strych, aby próbować wydobyć z białych klawiszy to, co tkwiło we mnie, mama urządziła moją pierwszą komunię. Spytała wcześniej, co chciałbym dostać. Rowerek, może zegarek, a może coś innego. Przytuliłem się do mamy i spytałem bardzo cichutko, czy trudno jest grać na pianinie. Odpowiedziała, że to tylko zależy od ucznia. Poprosiłem ją więc, aby znieść pianino na dół i aby mnie zaprowadzić do nauczyciela od pianin.

Pierwsza lekcja polegała głównie na tym, że nauczycielka próbowała przetłumaczyć mi, że uderzanie w przypadkowe klawisze nic nie da, a jeśli chcę się nauczyć grać, muszę delikatnie naciskać je pojedynczo. Na kolejnej lekcji pokazała, jak się gra gamę. Potem przyszedłem do domu i znów zacząłem od walenia w różne klawisze. Lecz po chwili przypomniałem sobie słowa nauczycielki, aby grać gamę. Nie wiem, ile to trwało, ale przestałem, gdy zapadał zmierzch, a do domu weszła mama.

Na którejś z kolei lekcji pani kazała mi nacisnąć czarny klawisz. Najpierw skuliłem się w sobie, a po którymś poleceniu nauczycielki uciekłem od pianina, bo nie chciałem jej zrobić krzywdy. Rozpłakałem się. Podeszła, przytuliła mnie i powiedziała:

– Nie bój się czarnych, one są takie same jak białe, tylko mają inny kolor, aby ułatwić granie.

Po kilku minutach dałem się przekonać. Ale wstąpiło we mnie coś niedobrego, bo wraz z tym, jak używałem czarnych, czułem coraz większą złość. I tak pod koniec lekcji nauczycielka musiała mnie uciszać, tak mocno bębniłem.

Rok później miałem pierwszy koncert. Siedziałem przed sporą publicznością w domu kultury i wykonywałem wyuczone na pamięć utwory. Za każdym razem, gdy grałem na czarnych klawiszach, używałem większej siły. Niektórzy później mówili, że mam swój własny styl, że będzie ze mnie wielki muzyk. Pamiętam, że podchodzili do mnie inni nauczyciele i gratulowali, mówiąc, że dawno nie widzieli tak zdolnego dziecka. W końcu podeszła mama, wzięła mnie z wysiłkiem na ręce oraz podniosła do góry, jakby chciała pokazać światu. W życiu nie widziałem na jej twarzy takiego wyrazu dumy i szczęścia. Była znów piękna mimo potężnej szramy ciągnącej się od czoła aż do kącika ust.

Gdy miałem siedemnaście lat, wrócił tata. Mimo iż wciąż się go bałem, czekałem z utęsknieniem. Siedziałem przy zastawionym suto stole jak na szpilkach, gdy wszedł. Nie wytrzymałem, pobiegłem na strych, zamykając za sobą drzwi. Wziąłem do ręki wcześniej przygotowany syntezator i bezmyślnie zacząłem grać. Intuicyjnie nacisnąłem klawisz nagrywania. Grałem coś spokojnego, coś, co mi właśnie przyszło do głowy. Chciałem uciszyć emocje, by jak najszybciej powrócić do taty. Ale gdy tylko po drugiej stronie drzwi usłyszałem tatę, nie wytrzymałem i grałem coś bardzo chaotycznego, niespokojnego, używając jak najczęściej czarnych klawiszy. Jednak tata tym razem nie walił w drzwi, ale spokojnie pukał, a po chwili, gdy zdał sobie sprawę, że gram, zaczął wystukiwać rytm. Zjednoczyłem się z tym jego stukaniem; tworzyliśmy duet: pianino i instrument perkusyjny. Sam nie wiem, ile to trwało, ale w pewnym momencie mój syntezator wyświetlił komunikat o wyczerpaniu zasobów pamięci, która zużyła się na nagrywanie. Wtedy jakby emocje mnie dopiero dopadły i rozpłakałem się.

Zza drzwi usłyszałem cichutki głos taty:

– Wpuść mnie, proszę.

Niepewnie podniosłem się i po chwili otworzyłem drzwi. Za nimi stał tata. Pierwsze, co zrobił, to mnie przytulił. Z jednej strony czułem z nim więź, a z drugiej miałbym ochotę założyć mu słuchawki, podłączyć je do najpotężniejszego wzmacniacza, ten do syntezatora i uderzać z całej siły w czarne klawisze, tak mocno, aby mu głowa pękła. Uspokoiłem się dopiero, gdy chyba nie miałem już łez.

Godzinę później, po skończonym obiedzie, wyciągnął ze swojej torby piękny bukiet kwiatów dla mamy. Bez najmniejszych emocji przyniosła z kuchni wazon z wodą, włożyła kwiaty i jeszcze bardziej oschle podziękowała.

– Wiesz, Marku, jak byłem w szkole średniej, grałem trochę na perkusji – powiedział ojciec. – Może mógłbym do ciebie dołączyć? Byśmy coś razem zagrali?

Nie odpowiedziałem, bo nadal się we mnie kotłowało. Pokiwałem tylko głową dla świętego spokoju.

W najbliższym czasie tata poprosił mnie, abym mu nagrał na kasetę, to co nagrałem na syntezatorze, gdy wracał z więzienia. Potem odsłuchiwał tego wielokrotnie, samemu próbując wystukiwać coś rękami i nogami. Spędzał przy tym całe wieczory, gdy wracał z pracy, o którą teraz dbał należycie. Ani razu nie zdarzyło się, aby przyszedł pijany.

Rok później, gdy kończyłem średnią szkołę muzyczną, zasiedliśmy obaj na scenie. Ja do fortepianu, on do perkusji. Zaczęliśmy grać. Najpierw utwór spokojny, melancholijny, klasyczny. Po nim nauczyciel stanął przed mikrofonem i powiedział, że teraz zagramy moją własną kompozycję. Bardzo bałem się, że nie wyjdzie tak, jak ją sobie wyobrażałem. A tam była to ekspresja w czystej postaci, zderzenia tonów delikatnych z ostrymi, harmonia niepowtarzalna.

Zaczęliśmy spokojnie, z wyczuciem. Ja grałem melodię, a tata nadawał rytm. Gdy miało dojść do momentu, gdzie muzyka na chwilę zamiera, a potem znów budzi się z pełną mocą, tata uderzył z całej siły w talerze i krzyknął w moją stronę:

– A teraz mocno, w czarne!

Poczułem moc, której nie doświadczyłem nigdy! Błyskawicznie, stosując modulacje, przeszedłem do tonacji, gdzie używanych jest jak najwięcej czarnych, i zagrałem! W zasadzie nie pamiętam nic poza emocjami. Była muzyka złożona z melodii, rytmu i ekspresji. Tylko to ostatnie miało znaczenie! Każdy dźwięk kierowałem przeciwko ojcu, a on jeszcze bardziej mnie nakręcał, grając koncert perkusyjny swojego życia. Co nie zagrałem, on był jak echo, idealnie wpasowywał się w klimat granych przeze mnie dźwięków. Jakby szedł za mną przez całe życie, nie odstępując na krok, po to, aby pokazać, że jest wystarczająco silny, żeby w każdej chwili móc mnie pokonać. Widziałem nad sobą ekonoma oraz krytyka w jednej osobie. Ale spoglądał na mnie zza talerzy ze wzrokiem, w którym widziałem coś, co powodowało, że pierwszy raz w życiu czułem, że jestem w stanie z nim wygrać. Wspomnienia, które mnie wypełniały, przepełnione były moim lękiem oraz jego dominacją. Tymczasem teraz miałem wrażenie, jakby ojciec chciał, abym go pokonał, abym pierwszy raz odważył się mu przeciwstawić. A może to taki pozór, aby mnie podpuścić, a gdy podejdę wystarczająco blisko, pokonać raz na zawsze? Lecz poczułem, że mam tego wszystkiego dość! Dość bycia pod jego rozkazami, dość bycia tym słabszym, bo tak się w głębi czułem! Uderzyłem więc w klawisze w sposób niezaplanowany, niemal chaotyczny, aby go zaskoczyć i pokonać. To zabrzmiało wręcz jak harmoniczna kakofonia, kompletna arytmia. Poczułem, że przesadziłem, że to, co właśnie zagrałem, to dowód na moją chęć walki. Ale nie miałem nic do stracenia: albo pokonam go teraz, albo nigdy, w końcu ten koncert to moje królestwo. Uderzyłem więc po raz kolejny i kolejny, za każdym razem zmieniając skalę melodyczną. Może za którymś razem ojciec ciśnie pałeczkami, bo nie wytrzyma. Wtedy ja wstanę, ukłonię się i po raz pierwszy pokażę mu, kto jest prawdziwym wygranym. Ale tata spoglądał na mnie zza tych swoich talerzy, ze świdrującym wzrokiem, zupełnie jakby to on mnie prowokował. Ponownie kolejny raz zalałem się łzami, w których tym razem zawierała się wściekłość na tatę, odreagowanie wszystkiego, z czym żyłem od lat, i improwizacja godna arcymistrza.

Nawet nie zauważyłem, gdy skończyliśmy. Cała publiczność wstała oraz biła brawo na stojąco. Jedni krzyczeli z zachwytu, inni gwizdali, dając do zrozumienia, że zbyt szybko skończyliśmy. W końcu wstałem i ja. Ukłoniłem się odruchowo. Spojrzałem na tatę. Pierwszy raz widziałem w jego oczach pasję życia. W jednej chwili przestał być agresorem i tyranem, a stał się człowiekiem pełnym emocji. Pierwszy raz szanowałem go jako człowieka i ojca.

Po chwili podszedł do mnie nauczyciel oraz szepnął na ucho:

– Krew.

Najpierw nie wiedziałem, o co chodzi, ale spojrzałem sobie pod nogi i zobaczyłem skapującą krew z mojej dłoni. Z emocji uszkodziłem sobie prawą rękę, nawet nie wiem o co.

Mama stała w pierwszym rzędzie i biła brawo, spoglądając raz na mnie, raz na niego. Ona też była z niego dumna. W końcu weszła na scenę oraz wcisnęła się między nas. Tylko miała dziwnie spuszczoną głowę.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 16.11.2021 15:32 · Czytań: 146 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 7
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
JOLA S. dnia 19.11.2021 12:17
Antoni,

to historia męska, trochę szorstka, ale nie pozbawiona autentycznych wzruszeń.

Dobrze narysowana, z wyczuciem, tylko pozornie prosta.


Dobrze się czyta, ale czy pozostanie ze mną dłużej? :)

Serdeczności

JOLA S.
AntoniGrycuk dnia 19.11.2021 22:21
Dzięki, Jolu.

Ty akurat uważasz tę prozę za męską, ale znam kobietę, która napisała, że tekst ją poruszył na długo. Tak więc każdy inaczej odbiera opowiadania. Inna kobieta napisała, że uroniła kilka łez. I myślę, że proza tak powinna mieć, aby na każdego działać inaczej.

Pozdrawiam
mozets dnia 20.11.2021 23:14
Historia , która nazwałbym przekornie: "Od patologii do geniusza". To skojarzenie nie przypadkowo nasunęło mi się na myśl. Jeden z najbliższych członków mojej rodziny jest kuratorem wydziału karnego sądu i ma koleżankę , która z kolei jest kuratorem dla nieletnich.
Czasem zupełnie niechcący słucham ich rozmów jak wcinają ciastka w drugim pokoju i omawiają trudne przypadki. Obydwie namiętnie są związane ze swoją pracą . Gdyby nie potrzeba snu (i wcinania ciastek) mogłyby tę tematykę ciągnąć 25 godzin na dobę. Nie pomyliłem się - 25 godzin. Czas "rozciąga" się im przy tej dyskusji.
Ad rem:
Większość i fachowców ( j/w) jak i amatorów penitencjarnych dociekań uważa że : patologia rodzi patologię.
W związku z opowiadaniem j/w. i zderzeniem opowieści molów sądowych sądzę ,że nie zawsze.
Co jednak potwierdza regułę, że patologia itd. aetc.
Wyjątki zawsze potwierdzają regułę.
Wtedy kuratorzy dostają niesamowitego "boosta" w potwierdzeniu sensu wykonywanej pracy.
Autor jakby chciał uprzytomnić mi , że powtórki "Janka Muzykanta" i dzisiaj się zdarzają i u najgorszej patologii może się znaleźć Steinway na strychu.
Większość rodzin patologicznych nie ma jednak strychu, lecz tylko piwnicę 1,2m x 2m.
Tam wchodzi tylko rower i całkiem pokaźna kolekcja butelek po piwie i żołądkowej gorzkiej.
Gdyby więcej osób miało strych - moje kuratorki straciły by pracę.
cbdo.
AntoniGrycuk dnia 21.11.2021 15:03
Dzięki, Mozets.
Może patologia to zbyt dużo, bo jednak ojciec pracował, matka tez nie wykazywała skłonności dna, ja nazwałbym to poważną rodzinną dysfunkcją, ze skłonnością do patologii. Patologię zarezerwowałbym dla rodzin, gdzie oboje rodziców jest zdegenerowanych.
A zwykle to prawda, że patologia rodzi patologię, tak samo jak dysfunkcja - dysfunkcję. Zło jest zaraźliwe...

Pozdrawiam.
Afrodyta dnia 24.11.2021 10:33 Ocena: Świetne!
Przepiękna opowieść wypełniona silnymi emocjami, które udzielają się czytelnikowi. Poszukiwanie siebie i własnej drogi przez, najpierw małego chłopca, znajdującego się w przemocowej sytuacji, doświadczającego głębokiego cierpienia, poczucia winy, bezradności wobec zdarzeń, których jest świadkiem i uczestnikiem. Utwór świetnie pokazuje sprzeczność uczuć bohatera względem ojca, z jednej strony potrzeba miłości i zrozumienia, z drugiej złość, która objawia się raz rozgoryczeniem i łzami, innym razem jakimś rodzajem agresji skierowanej może przeciwko sobie, czemu być może na początku służy "gra" bohatera na pianinie odkrytym na strychu. Instrument i muzyka ostatecznie okazują się sprzymierzeńcem, dzięki nim bohater znajduje drogę do siebie i do swoich emocji, dokonując ostatecznego zwycięstwa. Tak rozumiem końcowy koncert, jako wewnętrzne uwolnienie siebie od trudnej, toksycznej relacji z ojcem. Wydaje się bowiem, że bez względu na to, co jeszcze mogłoby się wydarzyć, to coś się zmieniło, destrukcyjny wpływ ojca stracił na sile, jego władza już nie sięgnie tak daleko. Poruszający tekst. W trzeciej części wkradła się literówka, chodziło pewnie o "klawisz z lewej strony", coś umknęło, albo jest za dużo w pierwszym fragmencie zdania: "Ponownie kolejny zalałem się łzami"( końcówka czwartego akapitu, licząc od końca utworu). Pozdrawiam ciepło.
purpur dnia 24.11.2021 15:33 Ocena: Świetne!
No Antoni... No! No!

Dawno mnie nie było. Dawno również nie czytałem niczego twojego.

Wielkie zaskoczenie Anotoni!

Tekst świetny! Świetnie napisany - zarazem realny, codzienny, tu-i-teraz, ale przepełniony emocjami i odczuciami. I do tego nie pozowliłeś sobie na żadne wybryki, żadne karkołomne zwroty, rozpędzenia, przesady.

Do tego historia jest historią. Wydaje się to oczywiste, ale tylko pisząc coś samemu jesteśmy świadomi ile to wysiłku trzeba włożyć, aby moja historia mogłą się stać historią kogoś innego.

Do tego on jest całością - jest tu świetny początek, mądry środek i koniec. Koniec na jaki zasługuje to opowiadanie!

Jestem pod wielkim wrażeniem. Widzę jak wiele się nauczyłeś, jak fajnie dopracowałeś swój warsztat. Toż to inny Antonii zupełnie!

Chylę czoła!

Świetny tekst!

Jedno pytanie tylko:

"Widziałem nad sobą ekonoma oraz krytyka w jednej osobie."

Dlaczego akurat ekonoma?
AntoniGrycuk dnia 24.11.2021 16:00
Dzięki Wam za czytanie i komentarz.

Afrodyto:
Tak, końcowy koncert jest to poniekąd uwolnienie się od relacji z ojcem. Czasem trzeba czasem samemu poczuć co nieco, aby się właśnie uwolnić. A rozdźwięk między bliskością a chęcią walki bywa w każdym z nas. I niestety, często jedynie doświadczając tego, co za sobą niesie własne zwycięstwo, można się uwolnić od takich relacji, ale też zależy od człowieka.
I dziękuję za poprawki, już wprowadzone.

Purpur:
Dziękuję za te słowa, to dla mnie wiele znaczy.
Czemu ekonom? Kiedyś mianem ekonoma nazywało się człowieka pilnującego, a wywodzi się to z tego, że pierwotnie ekonom znał się na prowadzeniu majątku szlacheckiego (wcześniej królewskiego) i to on wszystkiego doglądał.

Pozdrawiam Was!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wodniczka
30/11/2021 19:49
Witaj. Bardzo ciekawa przestrzeń literacka. Podoba mi się.… »
mike17
30/11/2021 18:35
Mój ulubiony Autorze, znów dałeś pokaz prawdziwej liryki… »
aniat.
30/11/2021 17:46
Leocassandra- Dziękuję. Jest mi niezmiernie miło.… »
ZielonyKwiat
30/11/2021 17:34
Dziękuję za komentarz i dobre słowo. Ot, to taka zwykła… »
ApisTaur
30/11/2021 16:32
Wiolin Ja tylko na chwilę. Mało czasu ;) Całość… »
Marek Adam Grabowski
30/11/2021 15:30
Bardzo udane opowiadanie! Fabuła ciekawa i mądra, chociaż… »
Andrzej Baka
30/11/2021 09:43
Dziękuję! Tak, dzisiejsze newsy są bardzo ulotne i żyją… »
marekg
29/11/2021 23:39
Pysznie , lekko , poetycko ,aż pachnie słowem. »
ZielonyKwiat
29/11/2021 23:29
Cześć, to ja też popróbowałam swoich sił. A oto efekt. Mam… »
Afrodyta
29/11/2021 21:21
Podoba mi się Twój wiersz. W bardzo liryczny sposób… »
Afrodyta
29/11/2021 21:12
Bardzo podoba mi się Twój wiersz, ma w sobie jakąś… »
voytek72
29/11/2021 21:11
Wydaję mi się że te wszystkie lub i albo na początkach strof… »
Afrodyta
29/11/2021 20:57
Mam poczucie, że wiersz odwołuje się do konkretnej sytuacji,… »
Yaro
29/11/2021 20:50
Miło mi , że się podoba:) »
Afrodyta
29/11/2021 20:46
Zatrzymujący wiersz, pokazujący dramatyczną sytuację… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:29
Najnowszy:Dumanyhujm
Wspierają nas