Topielica. Antypowieść kryminalna. 3 - ZielonyKwiat
Proza » Historie z dreszczykiem » Topielica. Antypowieść kryminalna. 3
A A A
Od autora: Potencjalnego czytelnika uprzedzam, nauczona doświadczeniem, żeby z przymrużeniem oka do całej historii podchodził.
Klasyfikacja wiekowa: +18

    6.
    Z opresji wybawił go patolog.
    - Pani Goździkowa! – rzucił, nie patrząc na nią, a zerkając cały czas do notesu. - Pani Goździkowa! - gruchnął w końcu basem, bo tamta nie reagowała, i gdyby wzrok zabijał, kobiecina padłaby pewnie trupem. Nie padła. Stała nadal i nadal pochlipywała, choć siła pochlipywania zdawała się już nieco opaść. - Tyle razy mówiłem, żeby pani nie jeździła za mną! Ja mam żonę i dzieci – szepnął jadowitym głosem, rozejrzał się po obecnych i poprawiwszy fartuch, przybrał na powrót postawę zasadniczą. - Znów pani ukradła samochód Kowalikowi?!
    Nowakowski spoglądał zdezorientowany to na niego, to na nią. Na wszelki wypadek wycofał się nawet o pół kroku.
    Kobieta tymczasem przysiadła na zydelku stojącym tuż przy drzwiach i skryła twarz w rozcapierzonych dłoniach.
    - No bo mnie... – Zaniosła się histerycznym płaczem, ale w przerwach między jednym atakiem spazmu a drugim dało się co nieco zrozumieć: – tak strasznie wzrusza, kiedy widzę pana doktora w akcji. Jest pan taki…
    Nie skończyła. Znów panującą ciszę rozerwał na strzępy jej krzyk.
    Patolog pokiwał głową ni to z politowaniem, ni ze wzruszenia, i by ukryć to ostatnie, które coraz silniej manifestowało się na jego twarzy, odwrócił się gwałtownie na pięcie. Teraz miał widok już tylko na nieboszczyka, który fioletowiał z sekundy na sekundę.
    Nie było na co czekać. Trzeba było wziąć się ostro do roboty.
    - To moja sąsiadka – wyjaśnił jeszcze tylko nie wiadomo komu: technikom czy leżącemu między nimi mężczyźnie, któremu, jak i tamtym, było wyraźnie wszystko jedno. - Ma do mnie słabość i jeździ wszędzie, dokąd tylko wzywają.
    Karina Burak tymczasem, korzystając z tego, że uwaga wszystkich znów skupiła się na prawdziwym powodzie zgromadzenia, tężejącym między nimi coraz bardziej, podeszła do sierżanta, wyciągnąwszy w jego stronę dłoń. Ba! Obie. I do tego zwinięte w pięści! Jej chabrowe  oczy, być może z winy półmroku, przybrały kolor przedburzowego nieba.
    Zanosiło się na prawdziwą nawałnicę. Z piorunami.
    Nie wytrzymał napięcia. W odpowiedzi, zamiast chwycić jej prawicę… lub lewicę… wszystko zależało bowiem od refleksu… i uścisnąć, jak prawdziwy gentleman, jedną lub drugą, znów opuścił, zwyczajem nieśmiałej dziewoi, głowę. Na szczęście w pomieszczeniu było dosyć ciemno, w przeciwnym razie Burak dostrzegłaby niespodziewanie wykwitły na jego policzkach rumieniec.
    - Nie wybaczę ci tego nigdy – syknęła, rozglądając się, czy nikt jej nie słyszy.
    Nie słyszał nikt.
    Wszyscy, z wyjątkiem sierżanta, koleżanki Burak i sąsiadki patologa, zajęci byli, czym powinni: śledztwem.
    Nowakowski rumienił się tymczasem coraz bardziej.
    Powód był oczywisty.
    Pech chciał, że ich wieczór nie zakończył się, jak zaplanował. Co tam – zaplanował! Zjedli wprawdzie jajecznicę, wypili wino, Karina nawet, wedle powziętego zamiaru, skorzystała z jego łazienki i prysznica, a po północy, gdy już, już, po opróżnieniu jeszcze jednej butelki, o posiadaniu której on nawet nie wiedział, jego usta, po godzinach walki z samym sobą i z wrodzoną wstydliwością, miały wreszcie spocząć w romantycznym pocałunku na ustach koleżanki Burak, niespodziewanie zgasło światło. I nie byłoby wielkim problemem nawet to: ciemność wszak sprzyja intymności, gdyby nie inny, poważniejszy od tamtego, szkopuł. Nowakowski bowiem zapomniał, że to jego kolej zajmowania się psem: w tym samym ułamku sekundy drzwi do mieszkania stanęły otworem i wyrosła w nich zwalista postać jego eks-małżonki. Nie mógł zatem ryzykować. Edyta była mistrzynią kraju w kick-boxingu, a do tego ubzdurała sobie, że uratuje ich związek. Nie pozostawało mu zatem nic innego, jak przedstawić Karinę jako... nauczycielkę angielskiego. Edyta miała wprawdzie wątpliwości, czy północ to dobra pora na pobieranie nauk, ale Mateusz wyjaśnił jej, że najgorsza w życiu jest zwłoka, no bo życie przecież takie krótkie i takie tam… bzdury. Grunt, że Edytę przekonał... Nie do końca, bo z dwójki kobiet to Karina musiała wyjść, zbierając w pośpiechu pozostawioną w łazience odzież, a Edyta spędziła noc na kozetce w salonie, pilnując jego dobrego prowadzenia się w  okresie próby, jak nazywała separację, i wyszła dopiero nad ranem, i to tylko dlatego, że usłyszała w swoim mieszkaniu, znajdującym się dziwnym zbiegiem okoliczności tuż nad jego, podejrzany hałas.
    Psa mu w każdym razie zostawiła. Na tak zwany wszelki wypadek.

    7.
    - Nowakowski, do cholery! – Wybudził go ze wspominek tubalny głos prokuratora. – Nie śpij na stojąco! Trzeba Arrrrona wzywać. Niech ciało zabierają.
    To był gwóźdź do trumny.
      - Ale ja jeszcze… - Mateusz dopiero teraz przypomniał sobie, po co tam był. I że nic jeszcze nie zrobił. I co więcej, próbował odsunąć moment przybycia pracownika zakładu pogrzebowego jak najdalej w czasie.
    Karina Burak tymczasem krzątała się przy ciele. Już wszystko zrozumiała, odtworzyła tak zwaną dynamikę zdarzenia i dzieliła się spostrzeżeniami z patologiem i drugim z techników. Pierwszy zajęty był uspokajaniem Goździkowej, która nadal beczała.
    - Agresor wszedł przez okno – perorowała, rzucając od czasu do czasu złe spojrzenia na Mateusza.
     - Na trzecie piętro?! - Z powątpiewaniem w oczach, tak jasnym, jak masowa eksplozja fajerwerków w sylwestrową noc, patrzył na nią prokurator, który dopiero teraz przyłączył się do grona słuchaczy. - Po elewacji? A to może jakiś pieprzony batman jest?!
    Wiedzieli dobrze, że jego obiekcje są uzasadnione. Nawet Mateusz, zanim wszedł do budynku, sprawdził fasadę: żadnych balkonów, żadnych balustrad ani elementów, metalowych i nie, które mogłoby posłużyć komuś do realizacji tak niecnego zamiaru. Nic! Jego zdaniem pozostawały tylko drzwi. Do takiego wniosku doszedł na samym początku, a teraz Burak wyskakuje z tym oknem?! A może jednak zszedł z dachu? Są ludzie, którzy to potrafią… lina, zaczepy, haki. Tylko… po co aż tak?
    I kim jest ten człowiek, który, leżąc między ich nogami, cierpliwie czekał na swoją kolej?
    - Wiadomo, co to za jeden? - zapytał od razu.
    Pierwszy z techników podał mu kartkę.
    - Wacław Tronek – odczytał pogrzebowym tonem. - Kierownik kombinatu rolniczego. Zawiadywał parkiem maszynowym. A po transformacji wykupił wszystko na własność.
    „Zamożny człowiek” – pomyślał. Teraz już rozumiał, skąd te bogactwa.
    Machnął ręką na technika i wskazał wideorejestrator.
    - Mam przeczucie – szepnął mu na ucho tak, by inni nie usłyszeli. - Zabierzcie do ekspertyzy.
    Tamten zrobił, jak mu sierżant poradził.
    Karina tymczasem miała już swoją wizję i nie wycofałaby się z niej za żadną cenę. Mateusz coś o tym wiedział. Widać to było zresztą po zaciśniętych ustach, które teraz wyglądały jak cienka, czerwona linia. Sierżant sztabowy Karina Burak była na najwyższych obrotach!
    Uwagę prokuratora pominęła milczeniem. Podeszła do okna, które było lekko uchylone, i nieznacznym ruchem trzymanej w ręku butelki wskazała ślady obuwia na parapecie. Miała rację! Żwir i błoto zdradzały nie tylko, że ktoś tamtędy wszedł, ale pozwalały również określić, na razie oczywiście tylko w przybliżeniu, rozmiar obuwia, typ i jego markę.
    I to, że za przestępstwem stała jedna tylko osoba.
    Jak to możliwe, że on tego nie zauważył? Zajęty był czym innym? „Cholera jasna, znów premia przejdzie mi koło nosa” - pomyślał i uśmiechnął się.
    - Jeszcze nie wiem, jak – powiedziała z przekąsem, wdzierając się niemal siłą do jego myśli. - Ale gdy tylko wyjdziemy, odpowiem na wszystkie wasze pytania. A potem, wiz-ja lo-kal-na – wyskandowała i posłała prokuratorowi tak wymowne spojrzenie, że on też, jak Nowakowski wcześniej, spuścił wzrok, chcąc się być może upewnić, czy na pewno, wychodząc z domu, zasznurował  buty… a skoro tak, to czy zapiął też rozporek.
    Czyżby, prowadząc poprzednie śledztwo, zapomniał o którymś z jego elementów? Mateusz przetarł oczy, ale nie zapytał o nic.
    - Z denatem czy może nie będziecie go tym razem fatygować? - Dobiegł go za to wesoły głos kogoś, kto dopiero przekroczył próg mieszkania.
    Teraz z kolei to on zacisnął dłonie. Być może dlatego, że Burak na widok  młodzieńca w stroju pracownika firmy pogrzebowej opierającego się nonszalancko o framugę drzwi uśmiechnęła się promieniście, zarumieniła i zrozumiałym dla wszystkich gestem przygładziła grzywkę.

    8.
    Sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. I pognała do przodu jak koń na prerii.
    Waldemar Kopyto, bo tak nazywał się przybyły, o czym Mateusza zupełnie niepotrzebnie poinformował patolog, przy pomocy kolegi przyodział ciało nieboszczyka w czarny worek, umieścił go na noszach i, wezwawszy kierowcę, stojącego dotąd bezczynnie na tak zwanej stronie, odprowadził go spojrzeniem aż na schody.
    Sam pozostał wewnątrz. Czekał na Burak, która niczego im tego wieczoru już nie wyjaśniła. I nie pokazała. Technicy musieli jeszcze tylko zebrać materiał z elewacji, prokurator bowiem nie wykluczył i takiej hipotezy, choć idea latającego mordercy wydawała mu się nadto śmiała, a potem odpowiednio go spreparować, wyciągnąć wnioski, i też mogli się już zmywać.
    Mateusz Nowakowski wyszedł jako ostatni, za wszystkimi. Robił tak zawsze i zawsze przynosiło to efekty. Jedyne, co tym razem jednak znalazł, to ślady pomadki na futrynie drzwi do salonu. Nie mając pewności, czy technicy zabrali i stamtąd materiał, wyciągnął aparat i zrobił dwa zdjęcia. Powinno wystarczyć. Zresztą mieli tam jeszcze wrócić.
    Poszedł korytarzem w głąb mieszkania. Zajrzał do pozostałych pomieszczeń. W łazience, prócz męskich przyborów i jednego szlafroka, nie znalazł niczego, co wskazywałoby na obecność kobiety. To samo w szafie stojącej w przedpokoju i w drugiej, w sypialni.
    Może zatem sprzątaczka? - zaczęły się rodzić w jego głowie różne hipotezy. - Sprzątaczka przychodząca do roboty w makijażu? Czemu by nie? - zaśmiał się w duchu i wyszedł.
    Przystanął w drzwiach.
    W mroku widać było tylko przemieszczające się między autami cienie funkcjonariuszy. Samochody, jeden po drugim, zaczynały już opuszczać placyk przed budynkiem.
    Zbliżył się do jednego. Dał ręką znak kierowcy. Wysoki, chudy jak tyczka mężczyzna wysiadł.
    - Jak zwykle – mruknął, patrząc na Nowakowskiego z poirytowaniem. - Zabrał ze sobą.
    - To wiem. Pomysł?
    - Stalowa linka.
    - Nowy?
    Tamten kiwnął głową.
    - Trzeba sprawdzić jego historię. I rodzinę. Ach, i jeszcze jedno – rzucił, gdy tamten znów usiadł za kierownicą – Ślady na framudze?
    - Widziałem. Jutro będziemy mieli wszystko.
    - Idę pogadać z sąsiadami. – Nowakowski tym razem pozwolił mu wrócić do samochodu. - Ktoś u nich był?
    - Negatywne – rzucił tamten, uchyliwszy okno. -  Budynek pusty. Jakby zaraza przeszła.
    Nowakowski nie powiedział, że to dziwne. Uniósł tylko rękę.
    I mimo wszystko wrócił do środka. Przeszedł piętro po piętrze i spróbował raz jeszcze. Musiał być pewny. Dobijał się do wszystkich drzwi, jakby chciał obudzić martwych. Nic z tego. Technik miał rację: za każdym razem odpowiadała mu głęboka cisza.
    Wybiegł na świeże powietrze. Nagle poczuł tam, w środku, jakby się dusił. Odetchnął głęboko raz i drugi, i dopiero wtedy ucisk w piersi przeszedł.
    Zatrzymał się przy ogrodzeniu i wyciągnął pudełko papierosów. Zwykle tego nie robił, ale odkąd wpadł na pomysł, że z Kariną mogłoby go coś połączyć, zaczął się denerwować. A to nie był dobry znak.
    Zapalił i zaciągnął się dymem. Nie smakowało. Po raz ostatni palił jako szczyl i nie przyszło mu do głowy, że mity z młodości to tylko mity. Nic po latach nie smakuje tak samo.
    Jeszcze przez chwilę obserwował chłopaków z kryminalnego, aż uprzątnęli cały kram i zapakowali się do stojącej pod budynkiem nyski. Prokurator odjechał swoim wozem, a patolog, ciągnąc za sobą opierającą się Goździkową, która, jak to określiła, chciała jeszcze przez chwilę pouwalać się w oparach zbrodni, odjechał w stronę miasta.
    Po chwili zapanowała cisza.
    Tylko nad jeziorem, gdzie czerniały żerdzie zmurszałego pomostu, widać było dwa cienie. Bardzo blisko siebie.
    To dlatego został.
    Rzucił papierosa na ziemię i przydeptał go butem.
    „Raz kozie śmierć” – pomyślał, przetarł twarz dłonią i ruszył w ich kierunku.

    9.
    Stanął z nim twarzą w twarz.
    - Mateusz Nowakowski. – Wyciągnął dłoń. Cofnął ją i wyciągnął na powrót.
    Tamten przyglądał się przez chwilę jego manewrom, po czym odwzajemnił uścisk. Nie przedstawił się jednak.
    - Prokurator wpadnie do was jutro rano – sierżant zagaił, nie patrząc ani na niego, ani na Karinę. - Ja zresztą też. Czasem stary nawet mnie zaskakuje.
    Kopyto wyciągnął z kieszeni kurtki papierosa. Ruchem ręki zapytał Nowakowskiego, czy chce.
    Odmówił.
    - Zmarli też są gadatliwi. Trzeba tylko odpowiednio do nich podejść – rzucił żartobliwie. - Według pana co tam się stało?
    Nowakowski wzruszył ramionami. Odwrócił się twarzą w stronę jeziora. W nocy jego powierzchnia wyglądała jak jedna płachta obejmująca niebo, wodę i to, co tam za nią było.
    - Kuli kryształowej jeszcze nie mam. Dawali na razie tym na „m”. - Usłyszał za swoimi plecami ruch. Odwrócił się. Karina odeszła i usiadła na żerdzi. - Jeśli jest tak, jak pani sierżant myśli, ktoś rzeczywiście wszedł przez okno. Cel rabunkowy? - rzucił i zamyślił się. - Na pierwszy rzut oka widać, że niczego nie szukał. A może i nie zabrał. Albo jest pedantem i wszystko zaraz odkłada na miejsce.
    - Psychopata?
    Mateusz parsknął śmiechem.
    - Przeszkodziłem wam? - zmienił nagle temat.
    Waldemar zbliżył się do niego i stanął z nim ramię w ramię.
    - Pozory są cenne. - Mrugnął do niego okiem.
    - Być może. – Przez twarz sierżanta przebiegł grymas, który mówił co innego. - Ja w każdym razie wycofuję się do bazy.
    Znów wyciągnął rękę. Tamten jednak albo jej nie zauważył, albo udawał.
    Mijając Burak, kiwnął głową na pożegnanie.
    - Poczekaj. – Usłyszał za sobą jej głos. – Zabiorę się z tobą.
    - A co? Nie masz auta? - spytał. W jego głosie zabrzmiała nuta złości. Mimo to przystanął i poczekał.
    - Przyjechałam z technikami.
   Uśmiechnął się i rzucił szybkie spojrzenie na stojącego cały czas nad brzegiem jeziora mężczyznę.
   Było jeden do zera.

 

koniec

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ZielonyKwiat · dnia 23.11.2021 19:10 · Czytań: 109 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 11
Komentarze
purpur dnia 24.11.2021 14:18
Plus jest taki - ze nareszcie coś się dzieje! Zaczynają robić COŚ na miejscu zbrodni, poza jakimiś wydurnieniami :D

Ale..

No naprawdę nie wiem, po co fan doktora na miejscu zbrodni i kto go tam wpuścił...

Za malo mi tutaj jakiegoś faktycznego śledztwa - od razu z powietrza jakieś wnioski, niepoparte niczym! Jeden idąc na miejsce zbrodni - nie wiedzac wiele - ogląda budynek ( no możę jakiś super detektyw się trafił - wizjoner? ),a drugi ( druga ) z powietrza zgaduje że przez oikno - są ślady na parapecie, ale nikt jej nie wierzy (!) jakoś tak trochę dziwnie... Nie uważasz?

między nimi mężczyźnie, - aha... to znaczy, że już wiemy?

Nie wybaczę ci tego nigdy... - musiałem czytać ze dwa razy aby doweidzieć się co włąściwie się stało... I ponownie... Sierżant idze na miejsce zbrodni - jest tam masa osob, do tego jest kobitą, i chce urzadzać przy ciele jakieś sceny?

Ale gdy tylko wyjdziemy, odpowiem na wszystkie wasze pytania... - a skąd zna te odpowiedzi - my się nieczego nie dowiedzieliśmy?

Wybiegł na świeże powietrze. Nagle poczuł tam, w środku, jakby się dusił. Odetchnął głęboko raz i drugi, i dopiero wtedy ucisk w piersi przeszedł. - czemu to? Bo mieszkanie puste? Daj znac jakoś czytelnikowi - z esię przestraszył, żę odczuł niepokój itpd itd Bo tak, to zakładam, że facet ma problemy z sercem...

pudełko papierosów. - czuję się zaproszony na spotkanie - no musisz mi pokazać pudełko z pamierosami :D Paczkę papierosów jeśli już :p

Zwykle tego nie robił, - aha... czyli zwykle tego nie robi, czyli nie pali, aha... palił w młodości... aha i dwadzieścia lat nosi przy sobie fajki... ekchem!

Mam nadzieję, że nie obrazisz się na mnie za powyższe! Te wypunktowania nie mają na celu żadnej złośliwości! Chciałem tylko pokazać, jak odczytuję twoją treść czytelnik - nie niedoceniaj nas (:D) ja układając sobie twoje słowka tworzę sobie świat - który ty masz w głowie. Dasz za mało, będzie pusto, dasz za bardzo swoje - mi będzie zgrzytać... Wybrałaś sobie przynajmniej otoczkę kryminału - musisz się więc stosować do jego zasad - nie może być wszystko podane na tacy, za oczywiste, albo za bardzo ukryte. Daj nam poobserwowac troche prace - po to czytamy, to nas interesuje...

Masz na pewno lekkość w prowadzeniu czytelnika - troszkę może uciekasz na boki i czasami się gubię, ale nie za bardzo ( gapa ze mnie to fakt :). Dialogi też wydają się iść w dobrą stronę - nie sa jakoś przesadnie sztuczne, brzmia dobrze.

Jest więc spory potencjał :D

A reszta się pojawi...

Cieplutko pozdrawia - naczelana maruda - Pur!
ZielonyKwiat dnia 24.11.2021 14:24
No i widzisz?
Już niczego więcej nie napiszę! Postanowiłam.
A z tymi papierosami... to przecież są takie w pudełeczkach, czy już nie ma?
Fan doktora jest bardzo potrzebny, bo będzie (miał być, bo teraz już nie będzie, bo przecież już niczego nie napiszę) postacią kluczową.
;)
Pozdrawiam
purpur dnia 24.11.2021 14:28
Po pierwsze, nie powinnaś się zrażać marudzeniami jednego czytelnika!

Będą ich setki, baaa, tysiące, wiec jeden głosik możę co najwyżej popiszczeć w tłumie :)

Po drugie, zakładam, że nie masz dorobku dzisiątek ksiażek i wystawiasz tutaj tekst, aby ktoś, niekoniecznie mądry (!), go przeczytał i powidział ci, co włąściwie dostał!

Pisząc, nie wiemy czy ktoś to odczyta tak jak chcemy... Nie wiemy czy zrozumie, tak jak ma to zrozumieć.

Robimy błędy! A ja robie ich setki - ale jeśli ktoś mi o nich nie powie - to ja się tego nie dowiem!!!

Ale oczywiście to twój wybór!

PS Cygara są w pudełkach, papierosy są w paczkach - miekkich i twardych. Mozę o to drugie chodziło. Tak czy siak, nigdy nie kupuje się fajek w pudełkach -no chyba, że karton nosił przy sobie :D

PS2 Pisz! Bo jak nie to! TO !!! TOOOOO!!!!

Hmmm...

No nie wiem co zrobię... Ale będzie to straszne, paskudne i z syropem z ananasów! A przecież nikt nielubi syropu z ananasów!!!
ZielonyKwiat dnia 24.11.2021 14:43
Dobry pomysł. Z tymi kartonami. Jakiś pokątny handel tytoniem zaraz tu wyjdzie.
Nie, nie, już postanowiłam. Nie będę pisała. Znikam na zawsze.
Hej!
Jacek Londyn dnia 25.11.2021 21:03
Cześć.

Czytam, czytam i zaczynam się zastanawiać, czy to tekst o zbrodni i śledztwie, czy o stosunkach męsko-damskich. Burak i sierżant, patolog i jego sąsiadka zaczynają grać pierwsze skrzypce. Pewnie dlatego to powieść antykryminalna.

W niektórych momentach niepotrzebnie szarżujesz, może ma to rozbawić czytelnika, ale działa wprost przeciwnie.

Tytuł nie powinien rozgrzeszać Autorki - potrzebna jest elementarna wiedza z dziedziny kryminalistyki i patologii, żeby podjąć się pisania podobnego tekstu. Weźmy choćby stężenie pośmiertne. Występuje z reguły już po dwóch godzinach od zejścia, nieraz natychmiast, a tu delikwent tężeje z chwili na chwilę i nabiera głębszego odcienia fioletu. :)

W niektórych zdaniach za dużo słów, można bardziej prosto.

Do następnego odcinka

Pzdr
JL
ZielonyKwiat dnia 25.11.2021 21:07
Jacek Londyn
"Czytam, czytam i zaczynam się zastanawiać, czy to tekst o zbrodni i śledztwie, czy o stosunkach męsko-damskich."

Spieszę z odpowiedzią: o stosunkach damsko-męskich (żywych i nie tylko).

"potrzebna jest elementarna wiedza z dziedziny kryminalistyki i patologii, żeby podjąć się pisania podobnego tekstu. Weźmy choćby stężenie pośmiertne. Występuje z reguły już po dwóch godzinach od zejścia, nieraz natychmiast, a tu delikwent tężeje z chwili na chwilę i nabiera głębszego odcienia fioletu"

Dodam jeszcze tylko, że stężenie pośmiertne po kilku dniach ustępuje.

"Do następnego odcinka"

Aha, i kolejnych części nie będzie.
Dzięki za lekturę i wszystkie uwagi. Były bardzo cenne, z wyjątkiem jednego: zarozumiałości.

Pozdrowienia
Jacek Londyn dnia 25.11.2021 21:18
A to mi się dostało. :)
mozets dnia 26.11.2021 10:18
Zielony Kwiecie.
Nie znikaj. Pisz dalej. Jest coś w Twoich tekstach co pozwala pomimo wzruszania ramionami, krzywienia ust i odczucia banału czytać to jednak do końca. Masz charakter - co uwidacznia się w tekstach.
Warsztatowo (jak i u mnie ) jest często słabo.
Styl niewyszukany ale sprawia wrażenie jakbyś bała się powiedzieć coś od siebie i powtarzasz stereotypy już wyklepane.
Powtarzam -ja sam jestem marnym literatem - ale wyczuwam, kto jest oryginalny i nie zżyna z bibliotek.
W Twoim pisaniu jest ukryty podskórny ciekawy nurt.
W komentarzach jesteś odważna i nie sposób nie zauważyć w nich odwagi i inteligencji, refleksu, spostrzegawczości.
Więc wykorzystaj to w pisaniu i nie myśl, że wszyscy inni co pisali przed Tobą, to guru literatury. Wielu z nich to przeciętni stukacze szukający pomysłów np. w naszych niezdarnych próbach.
Są sprytni i często udaje się im z naszych "bebełków" wytopić w miarę interesujący pomniczek - DLA SIEBIE...
ZielonyKwiat dnia 26.11.2021 12:39
Mozets,

po przeczytaniu Pańskiego komentarza za bardzo nie wiem, jak to ugryźć: to pochwała czy przygana?
Jeśli pochwała, to oczywiście dziękuję.
Ja tam się nie czepiam tego, co ludzie piszą (i mówią), ale jak widzę sprzeczności, to nie przechodzę obojętna.
Czytam, co niżej, i analizuję:

mozets napisał:
Styl niewyszukany ale sprawia wrażenie jakbyś bała się powiedzieć coś od siebie i powtarzasz stereotypy już wyklepane.
Powtarzam -ja sam jestem marnym literatem - ale wyczuwam, kto jest oryginalny i nie zżyna z bibliotek.


No to jak to jest? Jestem oryginalna czy nie?
Aha, i nie musi Pan odpowiadać. Co więcej: odpowiedź jest, mam wrażenie, niewskazana, bo to byłaby już tylko zbędna polemika.
A komentarze pod tekstem temu wszak nie służą, prawda?
Jeśli ma Pan konkretne uwagi do tekstu, to chętnie nad nimi się pochylę.

Pozdrowienia

PS Pisać będę dalej, ale niekoniecznie tu.
mozets dnia 26.11.2021 15:16
Jo nie Pan - ino Muniek Mozets.
Uwagi do tekstu - życzliwe, z sympatią. Wydają mi się prawdziwe. Nie zżynasz z Agaty Christie. Ja jestem bardzo oschły na zewnątrz - więc wyjaśniam - generalnie pochwała.
Co do uwag - tak postępuje przyjaciel. Ten co tylko chwali - kłamie i nie jest przyjacielem.
Moje uwagi nie są osądem. Są próbą odczytania tekstu - jak wiadomo to sprawa bardzo subiektywna.
Chyba nie chcesz bym fałszywie wieszał na Twoim tekście ozdóbki - jak na choince.
Na takie traktowanie na pewno nie zasługujesz. Szacunek dla Twojej pracy nie pozwala mi kłamać. Pisz dalej.

Muniek.
ZielonyKwiat dnia 27.11.2021 13:26
Jacek Londyn,
"A to mi się dostało."
Zupełnie niepotrzebnie się uniosłam, za co biję się w piersi.

Mozets,
dziękuję za komentarz.

ZK
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ZielonyKwiat
01/12/2021 11:22
Dobry wiersz, trochę Morsztyna przypomina, ale to nie jest… »
Pustelnik
01/12/2021 11:05
No bo wiesz, sam „niebyt” jest już w jakiś sposób bierny,… »
ZielonyKwiat
01/12/2021 10:32
Cześć, Cytuję: "Nie z każdej pajęczyny zdołamy uwinąć… »
wodniczka
30/11/2021 19:49
Witaj. Bardzo ciekawa przestrzeń literacka. Podoba mi się.… »
mike17
30/11/2021 18:35
Mój ulubiony Autorze, znów dałeś pokaz prawdziwej liryki… »
aniat.
30/11/2021 17:46
Leocassandra- Dziękuję. Jest mi niezmiernie miło.… »
ZielonyKwiat
30/11/2021 17:34
Dziękuję za komentarz i dobre słowo. Ot, to taka zwykła… »
ApisTaur
30/11/2021 16:32
Wiolin Ja tylko na chwilę. Mało czasu ;) Całość… »
Marek Adam Grabowski
30/11/2021 15:30
Bardzo udane opowiadanie! Fabuła ciekawa i mądra, chociaż… »
Andrzej Baka
30/11/2021 09:43
Dziękuję! Tak, dzisiejsze newsy są bardzo ulotne i żyją… »
marekg
29/11/2021 23:39
Pysznie , lekko , poetycko ,aż pachnie słowem. »
ZielonyKwiat
29/11/2021 23:29
Cześć, to ja też popróbowałam swoich sił. A oto efekt. Mam… »
Afrodyta
29/11/2021 21:21
Podoba mi się Twój wiersz. W bardzo liryczny sposób… »
Afrodyta
29/11/2021 21:12
Bardzo podoba mi się Twój wiersz, ma w sobie jakąś… »
voytek72
29/11/2021 21:11
Wydaję mi się że te wszystkie lub i albo na początkach strof… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:Wilisoyhg
Wspierają nas