PANDORA - RAPORT W SPRAWIE PANDEMII część 1 - miki
Proza » Inne » PANDORA - RAPORT W SPRAWIE PANDEMII część 1
A A A
Od autora: Opowiadanie podzielone jest na dwie części. Pierwsza wyjaśnia problem w jakim się znaleźliśmy na skutek nieprzemyślanych działań. Pokazuje z czym muszą obecnie zmierzyć się naukowcy, by zapobiec globalnej katastrofie. W drugiej znajdziecie wyjaśnienie jak doszło do powstania pandemii i dlaczego ma taki a nie inny przebieg.
Klasyfikacja wiekowa: +18

                                                                                       PANDORA

 

                                                                        RAPORT W SPRAWIE PANDEMII

Krótkie wprowadzenie.

Większość świata spała jeszcze spokojnie lub dopiero budziła się ze snu wczesnym rankiem 17 listopada 2019 roku, gdy media na wszystkich kanałach ogłosiły, że w Chinach, w mieście Wuhan, w prowincji Hubei ogłoszono stan epidemii. Pierwsze doniesienia były już wcześniej, że ludzie zapadają na jakąś dziwną chorobę a lekarze rozkładają ręce. Objawy choroby bardzo przypominają początek grypy, lecz późniejszy jej rozwój przebiega nieco inaczej i w wielu przypadkach kończy się śmiercią. Europa przyjęła tą wiadomość ze spokojem. Straszono nas już Ebolą, wirusem SARS 2, świńską i kurzą grypą. Na szczęście w naszym klimacie te wirusy nie rozwinęły się. Więc czemu teraz miałoby być inaczej? Chińczyków jest dosyć – mówili niektórzy – jak ich choroba nieco przetrzebi wyjdzie im to na zdrowie. Świat obserwował poczynania państwa środka w walce z epidemią żywiąc nadzieję, że nakładane na społeczeństwo twardą ręką restrykcje zapobiegną rozprzestrzenieniu się zarazy. Na początku lutego 2020 roku wirusolog Chiński opracował raport, z którego wynikało, że wirus COVID 19 jest wynikiem sztucznego połączenia materiału genetycznego dwóch wirusów przenoszonych przez nietoperze i został wyprodukowany w laboratoriach Wuhan. W całej rozciągłości poparła go inna chińska wirusolog zajmująca się tym problemem. Gremia naukowe nigdy nie zaakceptował tego raportu i oficjalnie nigdy nie został on opublikowany. W żadnym naukowym piśmie. Oficjalna wersja udowadniała naturalne pochodzenie wirusa. W drugiej połowie lutego COVID 19 przekroczył granicę Chin. Szybko rozprzestrzenił się w Korei Południowej, Iranie i Włoszech zbierając obfite żniwo. Na początku marca WHO ogłosiła pandemię podając, że jej epicentrum znajduje się obecnie w Europie. W tym samym miesiącu świat obiegła wiadomość, że wirus jest już obecny na wszystkich kontynentach oprócz Antarktydy. W wielu krajach bagatelizujących zagrożenie, zachorowalność zaczęła przekraczać wydolność służby zdrowia. Lekarze z powodu wyczerpania się zapasów sprzętu i leków wielokrotnie zmuszeni byli podejmować decyzje któremu pacjentowi pomóc a który na pomoc nie może liczyć. Już wtedy wirusolodzy sygnalizowali, że wiosenna pandemia to dopiero preludium. Prawdziwe oblicze wirusa zobaczymy dopiero jesienią. Bywa, że naukowcy mylą się w swoich prognozach, lecz nie tym razem. Jak się okazało ich przewidywania były całkowicie trafne. Oderwijmy się teraz od tego co każdy sam mógł wokół siebie zaobserwować lub dowiedzieć z prasy, radia i telewizji. Aby zrozumieć czym jest COVID 19, skąd się wziął i dlaczego ma taką a nie inną naturę musimy cofnąć się do dalszej i tej nieco bliższej historii.

 

LEKCJA HISTORII

 

Na początku lat siedemdziesiątych zaobserwowano, że zaczyna kurczyć się warstwa ozonu znajdującego się w stratosferze nad obydwoma biegunami naszej planety. Szybko odkryto, że winę za to ponosi freon. Substancja powszechnie używana jako czynnik chłodzący w lodówkach, zamrażarkach, klimatyzacji oraz do wyrobu kosmetyków i farb w sprayu. Używano jej powszechnie od połowy lat pięćdziesiątych. Tania w produkcji i doskonale spełniająca rolę, do której została stworzona, ale zabójcza dla naszej atmosfery. Sytuacja nie była wtedy jeszcze alarmowa, lecz niepokojąca. Szybko opracowano nowe technologie całkowicie eliminując ten związek chemiczny z użytku. Wydawało się, że w porę podjęta reakcja zakończyła się sukcesem. Niestety. Szybki rozwój gospodarczy spowodował nowe zagrożenie dla nadwątlonej atmosfery. Tym razem odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi nadmierna emisja dwutlenku węgla uwalnianego przez przemysł i motoryzację a także gospodarstwa domowe w dużej mierze używające pieców węglowych. Drugim gazem niszczącym naszą osłonę atmosferyczną jest podtlenek azotu. Powstaje on podczas produkcji i używania nawozów sztucznych oraz przy wytwarzaniu wielu chemikaliów. Trzecim równie groźnym jest metan. Ten gaz z kolei jest produktem ubocznym przemysłowej hodowli zwierząt. Szybko rosnący popyt na mięso wymagał zaspokojenia. Wymyślano coraz to nowe metody masowej produkcji zwierząt nie bacząc na konsekwencje. Naukowcy wywierali presję na rządy państw – szczególnie tych wysoko rozwiniętych – o zmniejszenie emisji gazów, a rządy zasłaniały się koniecznością zaplanowanego wzrostu PKB podejmując jedynie pozorne działania nie mające większego znaczenia. Chyba słów kilka warto by teraz powiedzieć do czego jest nam potrzebny ozon w atmosferze. Warstwa ozonowa jest swego rodzaju filtrem zatrzymującym dziewięćdziesiąt osiem procent promieniowania UV które w nadmiarze docierając na ziemię jest niebywale szkodliwe dla wszystkiego co żywe. Gdyby nie on, spłonęlibyśmy żywcem. Natomiast dwutlenek węgla i metan zatrzymują na ziemi ciepło dostarczone przez słońce i powodują powolne podwyższanie temperatury na naszej planecie. To w skrócie, ale powinno wystarczyć.

                   W latach osiemdziesiątych trudno doszukać się jakiejkolwiek zmiany na lepsze. Kontynuowana jest polityka poprzedniej dekady, czyli. ciągła pogoń za wzrostem gospodarczym, można by rzec za wszelką cenę. Z punktu widzenia czystej ekonomii ograniczanie emisji gazów cieplarnianych musiałoby się odbyć kosztem produkcji przemysłowej, a to nie wchodziło w grę.

                  W latach dziewięćdziesiątych zaobserwowano niepokojąco szybkie topnienie lodowców na obu biegunach i w wysokich partiach gór. Konferencja zwołana przez ONZ doprowadziła wreszcie do podpisania przez większość państw uczestniczących porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Jak się okazało wkrótce, deklaracja deklaracją a rzeczywistość to co innego. Nikt nie przestrzegał zawartego porozumienia. Zaczęto więc nakładać kary na kraje przekraczające swoje limity emisji. Cóż z tego, skoro zysk wypracowany przy przekroczeniu był większy niż nałożona kara. W końcu doszło do tego, że wysoko rozwinięte kraje najpierw wpłacały przewidziane taryfą kwoty a następnie już bez dodatkowych sankcji pompowały do atmosfery Co 2. Dozwolone zostało również wzajemne odkupywanie od siebie przyznanych limitów. Powstał w ten sposób swoisty rynek handlu tym gazem. Jednakże dwutlenek to nie jedyny nasz problem. Drugim czynnikiem równie niepokojącym jest ilość metanu uwalnianego do atmosfery w sposób niekontrolowany. Jak wcześniej wspomniałem metan jest produktem ubocznym powstającym przy hodowli zwierząt a konkretnie z ich odchodów. Natomiast popyt na produkty mięsne ciągle rośnie. W latach dziewięćdziesiątych nikt nie miał pomysłu co zrobić z tym fantem. Dwutlenek węgla do spółki z metanem uzyskały miano gazów cieplarnianych.

                    Na przełomie wieków zdaliśmy sobie wreszcie sprawę z kolejnego problemu jaki sami sobie stworzyliśmy. Zaczynamy tonąć w śmieciach i choć mienią się one tysiącem barw i odcieni to nadal są to śmiecie, których nie możemy zakopać w ziemi. Czas ich rozkładu to setki, a niektórych tysiące lat, do tego po rozłożeniu większość z nich staje się toksyczna. Utylizacja jest kosztowna i ktoś musi za to zapłacić, a pozyskiwanie ich jako surowiec wtórny też wiąże się z wieloma problemami i kosztami. Dlatego choć przepisy odnośnie gromadzenia i przetwarzania śmieci mamy dobre to z racji kosztów z nimi związanych i tak tysiące ton odpadów zalegają w lasach na pustkowiach, lub spoczywają na dnie akwenów wodnych trując środowisko i wodę. Pojawił się jeszcze jeden rodzaj śmiecia, który daje się nam mocno we znaki. Wysłużona elektronika, świetlówki, baterie. Śmiercionośna trucizna, która zaczęła trafiać do ziemi i pomimo wielu apeli nadal trafia. Niestety w genotypie człowieka jest chyba zapisana sekwencja niechęci do ponoszenia kosztów związanych z pozbyciem się rzeczy nikomu już nie potrzebnych. Rozpoczął się handel śmieciami i nie chodzi tu o pozbycie się papierków po cukierkach, lecz przede wszystkim o wysoko toksyczne poprodukcyjne odpady zakładów chemicznych, radioaktywne odpady z elektrowni atomowych czy wycofywane z użytku materiały uznane za szczególnie szkodliwe, przeterminowane chemikalia, środki ochrony roślin i kosmetyki. Państwa wysoko rozwinięte zaczęły sprzedawać te śmieci krajom biedniejszym, te zaś nie mając możliwości ich utylizacji do dziś składują je w zamkniętych kopalniach lub zakopują   bezpośrednio w ziemi, postępując według zasady. Czego nie widać tego nie ma.

                      To Chińczycy jako pierwsi zauważyli problem przeludnienia na swoim terytorium wprowadzając bezwzględny zakaz posiadania więcej niż jednego dziecka. Ustalając od tej reguły nieliczne wyjątki. Zwrócili tym uwagę świata, że to właśnie rosnąca ciągle liczba ludności jest naszym głównym problemem. Z tego powodu zmuszeni jesteśmy produkować coraz więcej żywności, artykułów przemysłowych i innych dóbr konsumpcyjnych. Z tego powodu rośnie zużycie wody pitnej, której zapasy błyskawicznie się kurczą, i wreszcie z tego powodu rosną nam góry śmieci.

                      Rozwój naszej cywilizacji, coraz doskonalsze sposoby radzenia sobie z wszelkimi chorobami, rozwój farmacji, technika pozwalająca w miarę normalnie funkcjonować osobom niepełnosprawnym spowodowały, że przestała działać naturalna selekcja, wszechobecna w świecie istot żywych. Żyjemy coraz dłużej, a więc nasze społeczeństwo ciągle się starzeje. By to zrównoważyć wprowadzamy programy mające na celu zachęcenie małżeństw do posiadania większej ilości dzieci, po to by liczba osób konsumujących budżet nie była większa od liczby osób przynoszących mu dochód. Stworzyliśmy w ten sposób swoiste perpetuum mobile które niestety pcha nas na skraj przepaści. Nasza planeta nie jest z gumy. Nie da się rozciągnąć. W końcu trzeba będzie powiedzieć stop.

 

STYCZEŃ DWA TYSIĄCE OSIEMNAŚCIE

 

Gdańsk. Małe mieszkanie w kamienicy na Starym Mieście. Na drzwiach wizytówka J.J Kolberg. W kuchni krząta się kobieta. Ze względu na porę dnia łatwo można się zorientować, że przygotowuje kolację. Słysząc odgłos klucza wkładanego do zamka nastawia czajnik i idzie do przedpokoju. Dzień dobry kochanie – zwraca się do mężczyzny w drzwiach. Dzień dobry Jadwisiu, chociaż jego jedynym atutem jest chyba tylko to, że się kończy – odpowiada mężczyzna, wiesza palto na wieszaku i obejmuje żonę. Słodki pocałunek kończy scenę powitania. Widzę, że miałeś ciężki dzień. Umyj ręce i chodź do kuchni. Kolacja czeka. Po kilku minutach obydwoje siedzą przy stole. No opowiadaj co się wydarzyło, że wyglądasz jak z krzyża zdjęty? Mężczyzna dokończył jeść swoją kanapkę i zaczął mówić. Połowę dzisiejszego dnia zaliczyłem jako pracownik fizyczny w archiwum. Niedawno przeniesiono je na czas remontu do innego pomieszczenia, robiąc przy tym taki bałagan, że nic nie idzie znaleźć a tych papierów są chyba tony. Jak wiesz za trzy dni lecę do Nowego Yorku na spotkanie komisji klimatycznej i musiałem odnaleźć kilka ważnych dokumentów a teraz mnie łupie w krzyżu. Chyba się starzeję. Kobieta zaśmiała się i poprosiła. Dopij herbatę, weź prysznic i idź do łóżka. Ogarnę tylko kuchnię i przyjdę do ciebie. Sprawdzimy, czy jesteś już bardzo stary, czy jeszcze do czegoś się nadajesz? Dwie godziny później, wtuleni w siebie leżą w łóżku ciężko oddychając. No widzisz – odzywa się kobieta. Nie jesteś wcale stary. Dopiero teraz mogę przyjąć do wiadomości, że jesteś zmęczony. Mężczyzna mocniej przycisnął do siebie żonę i szepnął do ucha – kocham cię Jadwisiu, kocham, kocham. Siódma trzydzieści. Powietrze w sypialni zadrżało poruszone dźwiękiem budzika. Mężczyzna nie otwierając prawie oczu machnął ręką i wyłączył natręta. Zapalił nocną lampkę i spojrzał na żonę. Nie spała już. Podciągnęła wyżej kołdrę, obróciła się na bok i powiedziała. Dzisiaj ty robisz kawę, a na śniadanie zjadłabym jajeczko na miękko. Jan z uśmiechem na twarzy pokiwał głową założył szlafrok i pomaszerował do kuchni. Po kilkunastu minutach oboje siedzą przy stole racząc się śniadaniem. Miałeś mi opowiedzieć o tym waszym spotkaniu. Czego się po nim spodziewasz? – poprosiła Jadwiga. Jan dokończył swoje jajko, zgniótł skorupkę i wytarł serwetką usta. Od jakiegoś czasu kochanie zaczynam obserwować, że wierzchołki naszej władzy na poważnie zaczynają traktować postępujące zmiany w klimacie. Dostajemy coraz więcej raportów z innych placówek naukowych, robimy coraz więcej analiz i sporządzamy coraz więcej prognoz na nadchodzące lata. Myślę, że wyjazd Karola na Grenlandię też ściśle się z tym wiąże. Oczywiście musiałeś przypomnieć mi z samego rana, że nasz synek wyruszył na niebezpieczną wyprawę – z wyrzutem w głosie powiedziała Jadwiga. Nasz synek ma trzydzieści lat, wie co robi i ma ze sobą świetną ekipę, a poza tym za dziesięć dni wraca.

                  Kilka minut po jedenastej w gabinecie profesora Konrada siedziało czterech mężczyzn. Jeden z nich właśnie wrócił z Arktyki przywożąc najnowsze wyniki badań. Rozmowę rozpoczął profesor. Panowie chyba powinniśmy czuć się zaszczyceni, że to Polska Akademia Nauk została poproszona o sporządzenie tych analiz. Jureczku, mów co przywozisz. Czekaliśmy na ciebie z niecierpliwością. Wezwany do tablicy wyjął z teczki płytkę CD i położył na stole. Na tej płycie mamy nagranie szczeliny powstałej w wyniku pęknięcia lodowca kontynentalnego. Ta szczelina powiększa się mniej, więcej o milimetr w skali miesiąca, lecz z czasem zacznie przyspieszać. Temperatura na powierzchni lodu wzrosła o 0,2 stopnia w stosunku do ubiegłego roku zaś temperatura na głębokości dwudziestu metrów o 0,03 stopnia. Tu macie obliczenia sporządzone na podstawie odczytu wszystkich czujników jakimi dysponujemy w tym rejonie. Nie jest dobrze panowie. Jasiu musisz wymóc na tych wszystkich twardogłowych, żeby uznali zmiany w klimacie jako priorytet. Po obejrzeniu materiału filmowego i zapoznaniu się z przedstawionymi tabelami profesor podsumował. Jeżeli teraz nie weźmiemy się za to na poważnie to o kant dupy można rozbić wszystkie inne starania. Janku powiedz im to jak już tam będziesz. Mało naukowy język jakiego użył profesor dobitnie podkreślał powagę sytuacji.

                   Silniki samolotu mruczały jednostajnie w planowym rejsie do Nowego Yorku. Na pokładzie Polski naukowiec Jan Kolberg przeglądał papiery wyjmowane z teczki trzymanej na kolanach. Coś dopisywał, coś skreślał. Wreszcie zamknął ją i oparł głowę na podgłówku fotela. Cichy gong w głośnikach i słowa kapitana oznaczały, że zbliżają się do lotniska. W hali przylotów tak jak było napisane w zaproszeniu czekał na niego kierowca, który zawiózł go do hotelu i umówił się na jutrzejszy poranek. Zmęczony podróżą Jan wziął szybki prysznic, nastawił budzik i wsunął się do łóżka a sen tylko na to czekał. 

                      Sala obrad plenarnych w siedzibie ONZ. Wszyscy zaproszeni od jakiegoś czasu siedzieli już na swoich miejscach czekając na przewodniczącego. Wreszcie jest. Krótkie powitanie, przypomnienie celu zgromadzenia i wywołanie pierwszego prelegenta. Głos zabierze teraz klimatolog, dr. Jan Kolberg z Polskiej Akademii Nauk. Witam wszystkich przybyłych na dzisiejsze obrady – rozpoczął dr. Kolberg. Od razu rozpocznę mocnym uderzeniem. Żarty się skończyły. Jeszcze kilka lat temu sądziliśmy, że ocieplenie klimatu do stopnia zagrażającego życiu na ziemi to odległa przyszłość. Obliczyliśmy sobie w sposób naukowy, że mamy jakieś sto lat by coś wymyślić, coś zmienić lub przygotować się do najgorszego. Nie tak dawno na skutek szeroko pojętej obserwacji środowiska wprowadziliśmy korektę do naszych obliczeń i skróciliśmy ten czas prawie o połowę. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że te dane są już nie aktualne. Zostało nam może trzydzieści lat. Mam tu oczywiście na myśli możliwość zamieszkiwania naszej planety w takiej formie jak robimy to obecnie. Jedynie na biegunach może potrwać to dłużej. Skrawki ich lądu po stopnieniu lodowców będą jednak tak niewielkie, że nie mamy na co liczyć. Poziom móż i oceanów podniesie się jak wiemy o jakieś sześć metrów i wszystkie kontynenty zostaną poważnie okrojone z suchego lądu. Tak do końca nie znamy mechanizmu, który tym wszystkim kieruje, dlatego nasze obliczenia nie są dokładne. Największą zmorą obecnych czasów jak wiecie jest emisja gazów cieplarnianych. Umyślnie nie użyłem słowa nadmierna, bo każda emisja, nawet minimalna jest w naszej sytuacji nadmierna. Tak naprawdę, żeby dać sobie jakiekolwiek szanse powinniśmy natychmiast przestać całkowicie emitować do atmosfery Co 2 i metan. Nietrudno jednak zgadnąć, że wiązałoby się to z niemal całkowitą rezygnacją z produkcji przemysłowej i hodowli zwierząt. Ten temat jednak przybliżą wam mądrzejsi ode mnie w tych zagadnieniach.  Każde ograniczanie jedynie nieco oddali i tak nieuchronną katastrofę. Niestety gazy to nie jedyne nasze zmartwienie. Kilka tygodni temu od lodowca kontynentalnego oderwała się ogromna bryła lodu o powierzchni wielu kilometrów i zsuwa się powoli w kierunku oceanu. Zresztą zobaczcie sami. Na białej ścianie za plecami prelegenta ukazało się ogromne pole lodowe sfilmowane z lotu ptaka. Śnieżny widok wypełniał cały kadr filmu. W pewnym momencie kamera uchwyciła szczelinę w lodzie. W miarę jak obraz przybliżał się, robiła się coraz szersza i dłuższa. Głośny jęk zdziwienia zakończył projekcję. To, że w końcu ta masa lodu stopnieje możemy jakoś przeżyć. Skomentował doktor. Gorszy jest fakt, że nie będzie jej tam, gdzie była do tej pory. Jaki to będzie miało wpływ na zmianę klimatu dowiecie się państwo już za chwilę. Ja zaznaczyłem jedynie problem, który musimy omówić. Na razie dziękuję za uwagę i zapraszam do późniejszej dyskusji.

                    Po tej wypowiedzi głos zabrał rosyjski astrofizyk, laureat nagrody Nobla Anatolij Korniłow. Widzicie państwo, tak jak zaznaczył mój poprzednik to, że ta masa lodu roztopi się i zasili wody móż i oceanów samo w sobie stanie się już katastrofą, lecz o tym będą mówili moi koledzy nieco później. Ja chcę wyjaśnić wam problem jaki nas czeka, gdy nie będzie jej już w miejscu, w którym spoczywała przez tysiąclecia. Jak wam wiadomo ziemia nie jest idealną kulą. Jej kształt jest nieregularny i przyjmując poziom móż jako wykładnik zerowy, wysokość lądów w różnych jej miejscach jest różna i zamyka się w skali od zera do ponad ośmiu tysięcy metrów. Powierzchnia naszej planety zmieniała się dość długo, czasem nawet gwałtownie przez miliony lat nim przybrała obecną formę. W tym czasie oś jej obrotu również zmieniała się właśnie ze względu na zmieniającą się masę w różnych jej punktach. Kiedy czynniki górotwórcze wyhamowały i zewnętrzna skorupa zastygła oś obrotu ustabilizowała się i tylko dlatego mogły zaistnieć na niej czynniki sprzyjające powstaniu życia. Tyle w kwestii przypomnienia wiadomości zaczerpniętych z podstawówki. Teraz wejdziemy na wyższy poziom wiedzy. Swoją nieprzemyślaną działalnością spowodowaliśmy proces ocieplania klimatu, a co za tym idzie topnienie mas lodowych na obu biegunach i w wysokich górach. Dla dyletanta wzrost średniej temperatury rocznej o pół stopnia brzmi śmiesznie, lecz w tak skomplikowanym i delikatnym ekosystemie jaki panuje na ziemi ma on katastrofalne skutki. Jeśli mówimy o lodowcach pamiętajmy, że mówimy o setkach miliardów ton wody uwięzionej w zmarzlinie w konkretnych punktach naszego globu. Kiedy ta masa roztopi się i rozpłynie po całej planecie środek ciężkości ziemi ulegnie zmianie, a co za tym idzie jej oś obrotu również się zmieni a bieguny wypadną w innym miejscu niż są obecnie. To już się dzieje, i to nie tylko za sprawą globalnego ocieplenia. Przemysł wydobywczy również przykłada do tego swoją rękę. Wydobywanie i przemieszczanie ogromnych mas różnych surowców kopalnych również zakłóca kruchą równowagę. Istnieje jeszcze jedno realne zagrożenie wynikające z zmiany osi. Nasza planeta może nieznacznie zwolnić lub przyspieszyć swoje obroty. Ten proces może nastąpić w bardzo krótkim czasie. Co nam wtedy grozi? Po pierwsze wydłuży się lub skróci nasz ziemski dzień. To nie powinno być problemem. Problemem będzie fakt, że wody, które opływają lądy jeszcze długo będą obracać się z poprzednią prędkością a to oznacza, że ruszą, przelewając się nawet przez wysokie góry. Niektórzy naukowcy twierdzą, że taka sytuacja miała już kiedyś miejsce. Według nich tak wyglądał biblijny potop. Tyle tytułem wstępu do późniejszej dyskusji.                                         

                     Miejsce na mównicy zajął teraz John Bolt, wybitny biolog, ekspert pracujący dla ONZ. Uważnie ogarnął wzrokiem zgromadzonych zanim rozpoczął swoją przemowę. To co powiedzieli moi przedmówcy na temat topnienia czapy lodowej to wszystko prawda. Niestety nie cała. Musimy pamiętać, że wieczna zmarzlina składa się prawie w stu procentach z wody słodkiej. Kiedy tak ogromna ilość tej wody zmiesza się ze słoną wodą morską obniży się stopień zasolenia wszystkich oceanów. Badania przeprowadzone na zwierzętach morskich w ostatnich dziesięciu latach jasno dowodzą, że obniżenie ilości soli zawartej w okalających ziemię wodach nawet o ułamek promila spowoduje powolne wymieranie organizmów żywych. Największe spustoszenie będzie widoczne w ilości zawartego w wodzie planktonu i zwierząt drobnych które są na samym dole łańcucha pokarmowego. Jeżeli tak się stanie zakłócony zostanie cały porządek ekosystemu i na każdym szczeblu wspomnianego wyżej łańcucha zacznie brakować pożywienia. Wraz z wymieraniem kolejnych gatunków zwierząt morskich i my odczujemy narastający niedobór żywności. To nie jest jednak koniec złych wieści. Na skutek wzrostu temperatury i zmiany składu chemicznego wód oceanicznych całkowitemu obumarciu ulegną rafy koralowe. Pamiętajmy o tym, że to na ich skomplikowanej konstrukcji wypiętrza się ponad poziom morza tysiące mniejszych i większych wysp. Gdy koralowce przestaną budować swoje szkielety, podłoże, na którym stoją   ulegnie erozji a to co teraz jest na powierzchni zacznie się zapadać. Jeśli dodamy do tego wzrost poziomu wody będziemy mieli miliony ludzi do przeniesienia na stały, już przeludniony i okrojony ląd. Widzę, że robicie notatki. To dobrze, będą potrzebne w późniejszej dyskusji. Chwilowo wyczerpałem temat, z którym chciałem państwa zapoznać. Pora, aby swoją wizję apokalipsy przedstawił ekspert do spraw emisji dwutlenku węgla.

                   John Bolt opuścił mównicę a jego miejsce zajął Clark Wood laureat prestiżowej nagrody Atom w dziedzinie fizyki i chemii, ekspert przy ONZ do spraw emisji gazów cieplarnianych. Dzień dobry państwu. Nazywam się Clark Wood. Od dwudziestu lat zajmuję się problemem wpływu gazów cieplarnianych na naszą atmosferę. Wiecie zapewne, że największą szkodę czynią w niej dwutlenek węgla i metan. Przodującym producentem dwutlenku są zakłady przemysłowe pochłaniające ogromne ilości energii, to znaczy cały przemysł ciężki, transport zużywający ogromne ilości paliwa, zakłady produkujące energię elektryczną w oparciu o starą technologię spalania a także gospodarstwa domowe używające tradycyjnych pieców węglowych. Metan natomiast jest przede wszystkim produktem ubocznym przemysłowej hodowli zwierząt. Od lat pracujemy nad wyeliminowaniem najbardziej energochłonnych technologii w przemyśle i zastąpieniem ich nowymi, mniej szkodliwymi dla środowiska. Jeśli chodzi o energetykę celem naszych prac jest pozyskiwanie prądu w stu procentach ze źródeł odnawialnych. Takich jak woda, wiatr i energia słoneczna. To jednak potrwa jeszcze trochę, a my musimy zrobić coś już. Przespaliśmy sporo czasu ciesząc się wzrostem gospodarczym, nie myśląc o skutkach naszej działalności. Lecz jeśli teraz zamknęlibyśmy cały przemysł to trudno będzie mówić o kryzysie gospodarczym, bo nastąpi globalna katastrofa gospodarcza. To tyle odnośnie emisji dwutlenku węgla. Przejdźmy teraz do metanu, drugiego gazu, który niszczy naszą atmosferę. Jak wspomniałem na początku odpowiedzialna za taki stan rzeczy jest przemysłowa hodowla zwierząt. To z ich odchodów uwalniane są tysiące ton tego gazu, którego w żaden sposób nie da się odseparować i unieszkodliwić. Alternatywą dla hodowli jest produkcja mięsa w sztucznych warunkach laboratoryjnych lub całkowita rezygnacja z jego spożycia. Syntetyczna hodowla tkanki mięsnej jest już faktem, lecz na masową produkcję przyjdzie nam jeszcze poczekać. Ze spożycia mięsa możemy zrezygnować natychmiast, lecz jeżeli do katastrofy gospodarczej która wystawi na pastwę losu setki milionów bezrobotnych dodamy widmo głodu to nie wiem czy komuś z tu obecnych wystarczy wyobraźni by ogarnąć to co może się wydarzyć. Do tego rezygnacja z hodowli zwierząt spowoduje podwojenie liczby ludzi pozbawionych zajęcia likwidując kolejne miejsca pracy. Chciałbym móc powiedzieć, że mamy sytuację patową, lecz niestety tak nie jest. Zaliczyliśmy regularnego mata i to nasze ruchy spowodowały, że przyjdzie nam pewnie przewrócić króla. 

                        Po tej wypowiedzi wśród zgromadzonych na Sali powstał lekki szum, który przerwał przewodniczący obrad. Poprosił o ciszę i powiedział. Złych wieści będzie więcej. Pamiętajmy jednak o tym, że to, że tu siedzimy i rozmawiamy jest dobrą wiadomością. Miejsce dla mówców zajął teraz Ron Yang ekspert światowej organizacji zdrowia. Już na wstępie muszę powiedzieć, że badania, które prowadzimy od lat dają zatrważające wyniki. Jeszcze nie do końca poznaliśmy skutki stosowania w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych środków ochrony roślin pod nazwą DDT a już nowe trudno rozkładalne związki chemiczne, w tym mikro plastik, przeciwutleniacze i różnego rodzaju stabilizatory stają się częścią składową naszego organizmu. Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie określić jak wielki wpływ mają one na stan naszego środowiska i zdrowia, lecz odkładając się w naszych tkankach są przekazywane kolejnym pokoleniom. Używając języka ściśle naukowego zmienia się nasz skład chemiczny, a co za tym idzie organiczny. Co się z tym wiąże jeszcze nie wiemy. Przewidujemy jedynie, że będą to zmiany nie pożądane. O jeszcze jednym czynniku, który ma niewątpliwy wpływ na całą naszą populację muszę tu wspomnieć. Myślę o telefonii komórkowej. Jej rozwój w ostatnich dwudziestu latach można powiedzieć zdominował nasze życie. Promieniowanie towarzyszące rozmowie telefonicznej ma niewątpliwy wpływ na nasze zdrowie a skutki jego działania być może poznamy dopiero za kilka lat a może za kilka pokoleń. Już dziś jednak musimy mieć świadomość, że będą to zmiany nieodwracalne. Nie mamy również pojęcia jaki wpływ mają telefony komórkowe na środowisko. Niektórzy przypisują im masowe ginięcie pszczół, inni samobójstwa waleni wypływających na plażę. Pewnie kiedyś się tego dowiemy, na razie jednak nic nie robimy by tę prawdę poznać. Jeszcze kilku specjalistów z różnych dziedzin zabierało głos w tej dyskusji, lecz żaden nie wniósł niczego nowego. Ich wypowiedzi pokrywały się z tym co wcześniej już powiedziano, jedynie rozszerzając temat. Na tym zakończymy relację z obrad ekspertów. Wszystkie konferencje i spotkania w obecnej dekadzie dotyczące nas i naszej planety brzmią w mniej więcej takiej samej tonacji. Niewiele dobrych wiadomości, a złych przybywa. Tylko czasem rozmowy są spokojne i wyważone a czasem burzliwe i pełne emocji. Pocieszające jest niewątpliwie to, że wreszcie dostrzegliśmy problem i coś zaczęliśmy robić, tylko czy to wystarczy i czy nie jest za późno.                     

                    Doktor Kolberg wracał do domu mocno zawiedziony spotkaniem rady klimatycznej. Leciał do Nowego Yorku pełen nadziei, że wreszcie nastąpi przełom w stereotypie myślenia, że skoro do tej pory jakoś to było to dalej też się nam upiecze. Niestety postępy w rozmowach nie były tak owocne jak się spodziewał. Chociaż od czasu, gdy mówiło się tylko, że będziemy, musimy, powinniśmy, zmiana jest zauważalna. Najbardziej cieszył się jednak z zaproszenia do Waszyngtonu. Za pięć tygodni w Białym Domu dojdzie do spotkania sześciu najwybitniejszych ekspertów z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czół się wręcz dumny z tego wyróżnienia. Silniki mruczały miarowo. Ocean został gdzieś za horyzontem a w dole pojawił się ląd. Przejrzystość powietrza była idealna więc doskonale widział ze swego okna w samolocie zielone połacie lasów, nitki szos i wstęgi rzek wijące się w dole. Co jakiś czas mógł też zobaczyć odbicie słońca w migoczącej powierzchni jezior i rozlewisk. To wszystko tu zostanie, kiedy nas już nie będzie – myślał. Ten piękny kolorowy świat pozbędzie się wreszcie swojego śmiertelnego wroga. To nie Veliciraptor był największym drapieżnikiem na ziemi. On zabijał tyle ile mógł zjeść. To człowiek jest najokrutniejszym wytworem ewolucji. Zabija dla zabawy, dla sportu, dla pieniędzy, trzebi gatunki, o których niewiele wie a które uznał za szkodniki. Może natura podjęła słuszną decyzję, że chce się go pozbyć.

                       Na lotnisku w Warszawie czekała na doktora żona Jadwiga. Witaj kochanie jak minął lot, mocno trzęsło? Cześć słoneczko. Mieliśmy wybitne szczęście. Tylko raz nad oceanem wpadliśmy w jakiś nieprzyjazny front, ale nie trwało to chyba nawet minutę. Poza tym doskonale. A jak wrażenia z waszego spotkania? Gestem dłoni Jan pokazał żonie niezdecydowanie. Opowiem ci później, teraz już jedźmy. Jestem zmęczony, bo w samolocie nie zmrużyłem oka. Pięć godzin niespełna trwała ich podróż nim zaparkowali pod domem. Było tuż przed dwudziestą drugą.  Teraz idziesz się wykąpać, a ja zrobię coś lekkiego do zjedzenia – powiedziała Jadwiga i dodała. Karol jest już w Szwajcarii. Dzwonił. Jak wrócisz z łazienki to ci opowiem. Oboje małżonkowie siedzieli przy stole spożywając późną kolację. No mów co tam u naszego syna – zapytał Jan? U niego wszystko w porządku. Zebrali mnóstwo danych które potwierdzają twoją teorię, że lody na Grenlandii pękają a temperatura rośnie. Przeżyli też jakąś przygodę, lecz szczegółów nie zdradził. Mówił, że opowie nam po powrocie.

                                                          PIĘĆ DNI PÓŹNIEJ

MIESZKANIE PAŃSTWA KOLBERGÓW

Nareszcie jesteś synku. Tak się martwiłam. Mów co was tam spotkało? Mamo wszystko skończyło się dobrze. Szczegóły opowiem wam po obiedzie, jestem głodny jak wilk. W Warszawie nic nie zjadłem, bo nie zdążyłbym na pociąg. Już podaję syneczku. Wszystko jest gotowe. Obiad upłynął w milczeniu tylko Jadwiga co chwilę spoglądała na syna. Na jej twarzy malowało się zatroskanie. To było pycha mamo, jak zwykle. Karol pogładził matkę po włosach i dodał.  Warto było poczekać, teraz mogę opowiadać. Po pysznym, obfitym posiłku domownicy rozsiedli się wygodnie. Nasze czujniki są rozmieszczone na Grenlandii w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od bazy. Zaczęliśmy od tych najdalej wysuniętych na północ, żeby wykorzystać sprzyjającą pogodę i wszystko szło jak po sznurku. Zostały nam ostatnie dwa na południowym zachodzie. Niestety pogoda zaczęła się załamywać. Śnieżyca ograniczała widoczność do kilku metrów. Zostało nam do przejechania jakieś pięć kilometrów, gdy jeden z kolegów stwierdził, że musi za potrzebą. Zatrzymaliśmy nasz ciągnik, on otworzył drzwi i krzyknął do tyłu, natychmiast do tylu. Nasz kierowca nie pytał o nic tylko wycofał pojazd spory kawał wstecz. Gdy wysiedliśmy zobaczyliśmy przed sobą ogromną dziurę w lodzie. Jej dna nie było widać. Włos nam się zjeżył i wróciliśmy do bazy. Gdyby nie potrzeba kolegi niechybnie wpadlibyśmy do tej szczeliny i nikt nie wiedziałby nawet gdzie nas szukać. Wygląda na to, że Grenlandia zaczyna się rozpadać. Jadwiga ukryła twarz w dłoniach a Jan zwiesił głowę i zastygł w tej pozycji. Dość długą ciszę przerwały jego słowa. Dzięki ci Boże, że ocaliłeś naszego syna. Jadwiga dodała od siebie. Amen.

                                               MARZEC 2018 WASZYNGTON

SPOTKANIE DORADCÓW PRZY GABINECIE PREZYDENTA STANÓW ZJEDNOCZONYCH

Sześciu mężczyzn siedzących przy owalnym stole poderwało się jednocześnie, gdy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł prezydent. Szybkim krokiem przemaszerował przez całą jego szerokość, przywitał zgromadzonych i poprosił by usiedli. On sam również usadowił się wygodnie w skórzanym fotelu i ogarnął wszystkich wzrokiem. No to słucham – powiedział i dodał. Doszły mnie słuchy, że raport, na który czekaliśmy jest już gotowy. Tak panie prezydencie – odparł sekretarz stanu. Mam go przed sobą i chętnie go wszystkim przedstawię. Proszę niech pan zaczyna – zachęcił prezydent. Sekretarz wyjął z teczki plik papierów i rozdał wszystkim kopie raportu. Sam wziął jeden z nich do ręki i zaczął czytać. Zebrani słuchali uważnie wertując jednocześnie wzrokiem własne egzemplarze, co jakiś czas kręcąc z niedowierzaniem głowami. Po blisko godzinnym odczycie sekretarz przewrócił ostatnią kartkę mówiąc – i to by było na tyle. W pokoju zapanowała cisza. W słowach, które przed chwilą wszyscy wysłuchali nie było ani jednej nuty optymizmu, wręcz odwrotnie. Wiało z nich chłodem apokaliptycznej wizji. Nie wiem czy dobrze zrozumiałem – zapytał prezydent? Ten raport przewiduje, że pomiędzy rokiem 2045 a 2050 nastąpi kryzys, po którym życie na ziemi stanie się prawie niemożliwe. Dobrze pan zrozumiał – odparł sekretarz. Tak właśnie będzie. Czyli że co -podjął znowu prezydent. Za około trzydzieści lat czeka nas definitywna zagłada i nie ma od tego odwrotu? Teoretycznie możemy próbować się bronić, lecz warunki są raczej nie do przyjęcia, a poza tym nie mamy żadnej pewności czy nasze działania odniosą pozytywny skutek – stwierdził jeden z doradców. Niech pan wyjaśni, co pan ma na myśli – poprosił prezydent. Żeby dać sobie jakiekolwiek szanse – podjął temat doradca – musielibyśmy w ciągu najbliższych dwóch lat zamknąć prawie cały przemysł ciężki, ograniczyć do niezbędnego minimum transport samochodowy oparty na paliwach płynnych, zmniejszyć pogłowie zwierząt hodowlanych o jakieś siedemdziesiąt procent, a energię elektryczną produkować jedynie w oparciu o źródła odnawialne. To jeszcze nie wszystko – wtrącił drugi doradca. Trzeba by w ciągu najbliższych kilku lat wymyślić sposób racjonowania wody pitnej z którą również robi się spory problem. Cisza jaka zapanowała jednoznacznie wskazywała na powagę sytuacji. Mam tu przed sobą wyliczenia odnośnie skutków wprowadzenia planu, o którym przed chwilą usłyszeliśmy – odezwał się kolejny doradca. Wynika z nich, że na skutek redukcji w przemyśle pracę utraciłoby około trzydzieści procent osób w wieku produkcyjnym. Kolejne dziesięć procent padłoby ofiarami ograniczeń w transporcie i dystrybucji paliw, do tego około dziesięć procent z przemysłu wydobywczego, wreszcie piętnaście procent pozostałoby bez pracy w rolnictwie, po zmniejszeniu pogłowia zwierząt hodowlanych. Po zsumowaniu wychodzi, że wprowadzając w życie plan ograniczeń stworzymy sześćdziesięcio procentowe bezrobocie. Mówca zakończył swoje wywody i odłożył notatki. To jeszcze nie koniec panie prezydencie – odezwał się następny doradca. Na skutek drastycznej redukcji pogłowia zwierząt hodowlanych będziemy mieli na rynku spory niedobór żywności. Jeżeli dodamy do tego spadek produkcji roślinnej spowodowany zmianami klimatycznymi i obniżenie wydolności łowisk na morzach i oceanach niechybnie zagrozi nam widmo głodu. Prezydent, który do tej pory słuchał uważnie z wysoko poniesionym czołem, oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach. Tkwił w takiej pozycji kilka chwil po czym podniósł głowę i stwierdził. To był prawdziwy kubeł zimnej wody, czy ktoś ma jakieś pocieszające wiadomości? Pytanie niestety pozostało bez odpowiedzi. Więc jaki mamy plan – znów zapytał prezydent – i czy w ogóle jakiś mamy.

                  Teraz chyba moja kolej – odezwał się mężczyzna siedzący tuż obok głowy państwa. Mniej więcej od dwóch lat wraz z grupą naukowców pracuję nad stworzeniem optymalnego planu awaryjnego. Naszym głównym celem jest wypracowanie sposobu na przetrwanie gatunku ludzkiego. Mój poprzednik na tym stanowisku uważał, że ratunku powinniśmy szukać jedynie w kosmosie, czyli na księżycu, przyjaznej życiu obcej planecie lub stacji orbitalnej. Księżyc byłby dobrym rozwiązaniem ze względu na niewielką odległość od ziemi, z której nadal mogli byśmy czerpać niektóre zasoby, jak woda czy tlen.  Nie wykluczam takiej możliwości, lecz jestem zwolennikiem szukania ratunku tu na ziemi. Jedno jest pewne. Którąkolwiek z tych dróg pójdziemy i tak szanse przeżycia otrzyma ledwie garstka wybrańców. Mówiący na chwilę zamilkł i zaczął przeszukiwać skórzaną teczkę. Wyjął z niej jakiś dokument i trzymając przed oczami kontynuował. W ostatnim czasie wraz z kolegami przeprowadziliśmy kilka symulacji. Program komputerowy został zaopatrzony we wszelkie możliwe dane o zmianach klimatycznych począwszy od roku 1960 do chwili obecnej. Przy jego pomocy poddaliśmy obróbce dwa podstawowe czynniki. Lecz zanim przedstawię wam ich wyniki chcę byście wiedzieli, że są to rozważania czysto teoretyczne. Te dwa czynniki to liczba ludności i czas jaki pozostał nam do chwili przewidywanej katastrofy. Liczbę mieszkańców ziemi szacuje się na siedem i pół miliarda a czas który nam pozostał to około trzydzieści lat, bo mamy rok 2018 a z naszych wyliczeń wynika, że katastrofa nastąpi około roku 2050. To są dane na chwilę obecną. Mam przed sobą tabelkę sporządzoną na podstawie naszych symulacji z których wynika. Jeżeli do roku 2023 liczba ludności zamieszkująca ziemię spadła by do czterech i pół miliarda, a co za tym idzie zmniejszyłaby się produkcja wszystkiego co szkodzi środowisku to data katastrofy oddali się do roku 2072. Posuńmy się nieco dalej. Jeżeli w okresie od 2023 do 2040 nastąpiłby dalszy spadek liczby mieszkańców naszej planety o półtora miliarda widmo zagłady przesuwa się na rok 2090. I teraz najciekawsze. Jeżeli pomiędzy 2040 a 2090 uda się zmniejszyć populację o kolejny miliard to wszystko wskazuje na to, że apokalipsa oddali się aż do 2210 roku. Te wszystkie wyliczenia są zrobione oczywiście w oparciu o zmniejszającą się liczbę zanieczyszczeń wraz z zmieniającą się liczbą ludności.  Dalszych obliczeń nie robiliśmy, bo to byłoby wróżenie z fusów. Zdaję sobie sprawę, że całe te rozważania naszpikowane są zwrotami „jeżeli”, lecz mając przed sobą wizję walki o przetrwanie nielicznej garstki gdzieś na jakiejś stacji orbitalnej musimy mieć świadomość, że możemy pokusić się o coś więcej, a przynajmniej powinniśmy spróbować. Mówca zakończył swój monolog i wyglądał jakby zeszło z niego powietrze. W niewielkiej przestrzeni pokoju wisiało całe mnóstwo pytań, lecz chyba nikt nie wiedział, jak zacząć. Zaczął prezydent. Proszę mi wyjaśnić co miał pan na myśli mówiąc, że możemy pokusić się o coś więcej? Miałem na myśli fakt, że zamiast ratować garstkę obywateli ziemskich możemy spróbować uratować około jedną czwartą obecnej populacji. Znaczyło by to jednak, że tej drugiej części musimy się jakoś pozbyć – zauważył prezydent. Jak pan to sobie wyobraża? Kto ma zadecydować o tym kto przeżyje a kto musi odejść, bo przecież tyle ludzi nie umrze nagle w sposób naturalny w tak krótkim czasie. Jak do 2023 roku pozbyć się trzech miliardów ludzi? To jest tylko pięć lat. Mamy ich wyrżnąć, otruć czy utopić, a może w jakiś inny wymyślny sposób unicestwić? Niedawny przedmówca prezydenta trzęsącym głosem powiedział. Ja tylko zwróciłem uwagę, że zamiast ratować garstkę możemy ocalić jedną czwartą obecnej ludności świata. Po tych słowach zaległa cisza, która aż dzwoniła w uszach. Przerwał ją Ron Yang ekspert światowej organizacji zdrowia mówiąc. Zgadzam się z moim przedmówcą. Wyhamowanie przemysłu do stopnia o jakim on wspomniał daje nam poważne szanse na oddalenie widma zagłady a w konsekwencji może nawet na jej zażegnanie. Warunkiem jednak jest zmniejszenie liczby ludności. Zapytał pan panie prezydencie o stronę techniczną programu redukcji ludności. Odpowiem panu tak. Wraz z kolegami z Oksfordu robiliśmy w zeszłym roku podobne wyliczenia jak te które przed chwilą słyszeliśmy. Ich wynik nasunął nam pytanie. Jak to się stało, że jest nas aż tyle? Na początku dwudziestego wieku nasza populacja wynosiła 1,7 miliarda by w chwili obecnej osiągnąć liczbę 7,5 miliarda, a więc cztery i pół razy więcej. Przez niespełna sto dwadzieścia lat przybyło nas prawie sześć miliardów. Czy to znaczy, że nagle zaczęliśmy mnożyć się jak króliki? Oczywiście że nie. W ubiegłych stuleciach czynnikiem regulującym liczbę ludności były przede wszystkim choroby. Co jakiś czas pojawiała się epidemia dżumy, cholery, ospy, tyfusu lub grypy zbierając obfite żniwo. Jeśli żadna z epidemii nie odwiedzała nas zbyt długo wybuchały wojny, które też są niezłymi regulatorami. W dwudziestym wieku udało nam się ujarzmić większość chorób a w drugiej jego połowie osiągnęliśmy jak na razie trwały pokój. Gdy dodamy do tego rozwój farmacji dający nam duże szanse w walce z innymi chorobami oraz rozwój techniki ratującej życie to mamy odpowiedź, dlaczego jest nas tak wiele. Powody które wymieniłem sprawiają, że żyjemy coraz dłużej. Nie odpowiedział pan na moje pytanie – zniecierpliwił się prezydent. Tak, ale cały czas zmierzam w tym kierunku. Jak powiedziałem wcześniej, w poprzednich stuleciach to choroby przeprowadzały wśród ludzi naturalną selekcję eliminując przede wszystkim jednostki słabe, podatne na zachorowania. Powstawała w ten sposób luka, którą wypełniały następne pokolenia a później cykl powtarzał się. Myślę, że w oparciu o te spostrzeżenia należałoby stworzyć sposób zredukowania liczby ludności. Kolejny raz cisza podkreślała powagę prowadzonych rozmów.

                    Po dłuższej przerwie pierwszy odezwał się przedstawiciel NASA Adam Foks. Koledzy, ta rozmowa zmierza w kierunku ustalenia sposobu eksterminacji w pierwszej jej fazie blisko jednej trzeciej społeczeństwa. Przepraszam, ale chyba nie to było celem naszego spotkania. Zjawiłem się tu, ponieważ od pięciu lat jestem kierownikiem zespołu zajmującego się projektem bazy roboczo nazwanej bazą przetrwania na powierzchni księżyca, lub też na powierzchni ziemi, jeżeli warunki będą na to pozwalały. Baza będzie miała budowę modułową z powtarzających się elementów ułożonych w kształt plastra miodu z nieograniczoną możliwością rozbudowy. Drugi nasz zespół pracuje z kolei nad przystosowaniem do zamieszkania tuneli wydrążonych w górach w okresie zimnej wojny. Oba te projekty na papierze są już na ukończeniu i sądzę, że nad tym powinniśmy skupić całą uwagę.  Dla ilu osób przewidziano tam miejsca – zapytał prezydent? W sumie dla około siedmiu tysięcy, być może więcej, bo jak wcześniej mówiłem projekt księżycowy może być rozbudowywany prawie bez ograniczeń. Pamiętać jednak trzeba o zabezpieczeniu wody, pożywienia i tlenu.

Więc mówi pan, że unicestwienie jednej trzeciej ludzkości jest nie do przyjęcia, bo jest niehumanitarne. Do rozmowy włączył się dr. Kolberg. Gdybym nie znał całości zagadnienia pewnie bym się z panem zgodził. To fakt, że nikt prócz Boga nie ma prawa decydować kto będzie żył, kto nie, ale proszę mi powiedzieć kto wskaże tych wybrańców, którzy przeżyją w pańskich kapsułach czasu? Będzie musiała o tym zadecydować społeczność międzynarodowa oczywiście. A co z tą resztą, dla której zabraknie miejsca. Chwilę trwało nim padła odpowiedź. Reszta w rękach Boga lub natury. Zależy w co kto wierzy. Pańskiemu rozumowaniu brakuje nieco konsekwencji – podjął znowu dr. Kolberg. Twierdzi pan, że wyeliminowanie na wstępie programu około jednej trzeciej społeczeństwa jest niehumanitarne jednocześnie proponując ratunek dla kilku tysięcy i skazując na śmierć blisko sto procent populacji. Nie widzi pan w tym jakiegoś zgrzytu?

Pałeczkę w dyskusji przejął znowu Ron Yang, ekspert światowej organizacji zdrowia. Chyba domyślam się o co toczycie spór panowie. Na wstępie do naszych rozważań musimy przyjąć tezę, że nie ma idealnego, ani humanitarnego wyjścia z zaistniałej sytuacji. W każdym rozwiązaniu trzeba kogoś poświęcić. Pic polega na tym kto ma wskazać wygranych i przegranych i ilu ich będzie w ostatecznym rozrachunku. Może naprawdę należałoby to zostawić w rękach natury. Niech ona zdecyduje. Co ma pan na myśli – zapytał prezydent? Skoro na przestrzeni wieków sprawdzała się metoda selekcji naturalnej zostawmy to w rękach wirusów i bakterii. Niech przeżyją jednostki silne, odporne na zakażenia, rokujące dużą nadzieję na zdrowe społeczeństwo. W jaki sposób chciałby pan to osiągnąć – zapytał dr. Kolberg. Uwalniając demona – odparł Ron Yang. Wszyscy zgromadzeni w pokoju spojrzeli po sobie i widać było, że nie do końca rozumieją. Proszę rozwinąć temat – poprosił prezydent. To proste. Powinniśmy uwolnić któryś z wirusów które sprawdziły się już w ziemskich warunkach a których mamy całą gamę w naszych zamrażarkach i poczekać co zdziała a w odpowiednim momencie powiedzieć stop. A jeśli po raz drugi nie uda nam się powstrzymać wywołanej sztucznie epidemii co wtedy – zapytał ktoś. Oczywiście jest to spore ryzyko, lecz możemy też stworzyć bestię, którą będziemy mieli na smyczy i w kagańcu i to my zdecydujemy, kiedy ją okiełznać. Technologie, które posiadamy pozwalają nam na to. Panowie – przerwał prezydent – ta rozmowa zeszła na tory, o których jeszcze dziś rano bałbym się pomyśleć. Teraz boję się, że jak nie poukładam sobie tego wszystkiego w głowie to mogę stracić orientację. Wiem, że miało to być spotkanie jednodniowe, ale nikt nie przewidział takiego rozwoju sytuacji. Co wy na to, żeby ze względu na późną porę skończyć na dziś i spotkać się jutro przed południem? O bilety powrotne do swoich domów nie musicie się martwić. Będziemy mieli całą noc na przemyślenie tematu i może ten chaos uda nam się poukładać. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to dobry pomysł. Zapraszam was w takim razie jutro o dziewiątej na wspólne śniadanie. Przy jedzeniu zawsze świetnie mi się rozmawia chociaż moja mama mówiła, że to nieładnie. Spotkanie zakończyło się salwą śmiechu.

                   Wchodząc do hotelu Jan Kolberg rzucił okiem na duży ścienny zegar wiszący w holu. Dwudziesta druga pięć. To znaczy, że w Gdańsku jest teraz pięć po czwartej. Za wcześnie – pomyślał. Zadzwonię jutro. Niech mój skarbeniek się wyśpi. W pokoju szybko uporał się z toaletą i położył do łóżka. Leżąc na wznak analizował całą dzisiejszą rozmowę. Lecąc na to spotkanie w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał nawet że dyskusja będzie tak konstruktywna i rzeczowa, chociaż sposób rozwiązania problemu jaki się dzisiaj wyłonił przyprawiał o ciarki na plecach. Było w niej jak to powiedział prezydent sporo chaosu, lecz chyba wszyscy zaskoczeni byli tematem w jakim przyszło im uczestniczyć. Jan długo nie mógł zmrużyć oka starając się poukładać niespójne myśli. Tuż przed pierwszą nastawił w telefonie budzik na siódmą, zgasił kinkiet wiszący nad łóżkiem i wsunął pod kołdrę. Szóstą pięćdziesiąt wskazywał zegar, gdy Jan siedział w swoim domu, w wygodnym fotelu przed telewizorem i oglądał stary polski film „Lotna”. W pewnym momencie, gdy sygnał trąbki wezwał do kawaleryjskiej szarży przepadł gdzieś fotel, zniknął telewizor. Jan siedział na łóżku i zastanawiał się, gdzie jest i co tu robi. Po kilku sekundach świadomość wróciła i zaczął się śmiać. Przecież to budzik. A swoją drogą to ciekawe, że jego sen tak trafnie wyprzedził dźwięk ustawionego alarmu. Jeszcze nie zbadaliśmy do końca ludzkiego umysłu a już mamy zniknąć z powierzchni ziemi – pomyślał? Spojrzał na zegarek. Była równo siódma. Leżąc wygodnie w łóżku wybrał numer do żony. Jadwiga chyba czekała na telefon, bo odebrała niemal natychmiast. No mów kochanie co tam u ciebie, jak przebiegają rozmowy. Myślałam, że wczoraj zadzwonisz. Jadwisiu wczoraj skończyliśmy bardzo późno i nie chciałem cię budzić w środku nocy. Wieści mam fantastyczne. Po raz pierwszy są to poważne rozważania nad naszą przyszłością. Po raz pierwszy ktoś słucha zdania naukowców i lekarzy. Po raz pierwszy zastanawiamy się jaką obrać drogę by przetrwać. Zresztą wszystko dzieje się po raz pierwszy. Za chwilę jadę na kolejne spotkanie z prezydentem. Wszyscy jesteśmy zaproszeni do niego na śniadanie. Nie przylecę więc zgodnie z planem. Kiedy wracam, dam ci znać później. Jadwiga wysłuchała relacji nie przerywając mężowi. I tak dowie się wszystkiego po jego powrocie. Spisz się na medal kochanie, czekam na ciebie i całuję. Jan spojrzał na zegarek. Piętnaście po siódmej. Już czas – pomyślał. Poranna toaleta trwała dłużej niż zwykle. Przecież musi jakoś wyglądać. Nie co dzień jada się śniadanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Starannie ułożone włosy, twarz gładka jak pupa niemowlaka i odpowiednio dobrana garderoba, to efekt porannych zabiegów.  O siódmej pięćdziesiąt pięć Jan siedział w hotelowej kawiarni racząc się poranną kawą. Na wprost jego oczu na przeciwległej ścianie wisiała kopia obrazu Władysława Podkowińskiego Szał Uniesień. Czy to przypadek, że właśnie ten obraz znalazł się przed jego oczami. Może tak, może nie. Patrząc na niego nie mógł się oprzeć wrażeniu, że oszalały koń wygląda jak symbol rozwścieczonej natury a naga kobieta trzymająca się kurczowo jego szyi to człowiek próbujący nie dać się zrzucić. Bardzo na czasie – pomyślał z ostatnim łykiem i wyszedł z kawiarni. O ósmej pięćdziesiąt dr. Kolberg przekroczył ostatnią linię ochrony w Białym Domu i podążał wąskim korytarzem za śliczną młodą kobietą z plakietką Asystent Gościa. W pokoju, do którego weszli był już Ron Yang. Ledwie zdążyli zamienić kilka słów, gdy zjawili się pozostali zaproszeni a zaraz po nich także i prezydent. Po krótkim powitaniu gospodarz poprosił, by wszyscy usiedli. Zaraz podadzą nam coś do jedzenia. Zdążyliście się wyspać? zapytał. Ja nie bardzo. Moje myśli nie chciały się wyłączyć. Za dużo wrażeń. W tym momencie drzwi otworzyły się i błyskawicznie stół zapełnił się jadłem. Smacznego, jedzcie puki ciepłe – poprosił prezydent. Kilka pierwszych minut upłynęło w ciszy. Myślę, że poukładałem sobie wszystkie wczorajsze informacje – zaczął gospodarz – i jestem dziś lepiej przygotowany do dyskusji. Wczoraj zasygnalizowaliście dwa warianty rozwiązania naszego problemu i sądzę, że obydwa powinniśmy szczegółowo omówić. Żeby jednak znów nie wprowadzać chaosu nie mieszajmy ich dzisiaj. Omówmy najpierw wersję przewidującą bazę pozaziemską. W takim razie to ja chyba muszę zacząć.

                   Do tablicy zgłosił się przedstawiciel NASA Adam Foks. Jak już wczoraj wspomniałem od pięciu lat pracujemy nad projektem bazy, którą będzie można budować zarówno na księżycu jak i na ziemi. Jej nadrzędnym celem w obu przypadkach jest izolowanie mieszkańców od niekorzystnej dla organizmów żywych atmosfery zewnętrznej. Oczywiście wyposażenie tej ziemskiej będzie się bardzo różnić od wyposażenia księżycowej i nad tym w tej chwili pracujemy. W najbliższym czasie przeprowadzimy badania nad przydatnością księżycowego gruntu do upraw roślinnych. Niedawno naszymi pracami zainteresował się Elon Musk. Miliarder filantrop zaciekawiony badaniem kosmosu. Wygląda na to, że wkrótce rozpoczniemy współpracę. On ma pieniądze, my technologię i doświadczenie. Chwilę przerwy w tym monologu wykorzystał prezydent. Proszę nam powiedzieć, dlaczego chcecie budować coś na księżycu, korzystając w tej wersji z zasobów ziemskich zamiast zbudować coś solidnego tutaj na miejscu by mieć wszystko pod ręką? Po krótkiej ciszy odpowiedź. To nie jest tak że my chcemy. W naszym projekcie musimy uwzględnić wszystkie wersje wydarzeń, a jedna z nich mówi, że na skutek zmiany swej osi ziemia może zmienić prędkość obrotu. Wody okalające suchy ląd zrobią to samo, lecz dopiero po jakimś czasie. Grozi nam wtedy biblijny potop jak za czasów Noego, a my musimy być na to przygotowani. Nikt nie wie jak wysoka będzie wtedy woda i jak długo się utrzyma zanim wszystko ustabilizuje się. Nie mamy nawet podstaw by przypuszczać, że choćby Mont Everest oprze się wysokiej fali. Poza tym nikt nie wie, gdzie wypadną nowe bieguny. Tak więc chcemy budować arkę, lecz nie taką jak w filmie „2012”. W tym filmie nie ma jednej ważnej rzeczy, która niestety nas dotyczy. Brakuje w nim zabójczej atmosfery, która według nas może zapanować na ziemi, dlatego naszą arkę chcemy budować poza nią. Jak macie zamiar zapewnić zaopatrzenie w tlen, wodę i żywność dla bądź co bądź sporej grupy ludzi? – dopytywał prezydent. Tlen i wodę pozyskiwać będziemy z zasobów ziemskich. Już dziś pracujemy nad technologią, która nam to umożliwi. W naszym kraju funkcjonują już dwie eksperymentalne instalacje, które na razie produkują tlen na potrzeby służb medycznych a inżynierowie obmyślają sposób gromadzenia go w izolowanych zbiornikach i wysłania na orbitę. Jeśli chodzi o wodę to nasze badania ograniczają się jedynie do sposobu transportu jej w ogromnych ilościach do instalacji oczyszczających na powierzchni księżyca. Tak, ale niedawno wspomniał pan, że może nam zagrozić potop, a więc na całej powierzchni ziemi dostępna będzie tylko woda z móż i oceanów? Wtrącił pytanie Ron Yang z organizacji zdrowia. Oczywiście. Proszę wziąć jednak pod uwagę, że na księżycu będzie nam brakowało wielu pierwiastków, a także zwykłej soli, które tam w naturze nie występują i właśnie w procesie oczyszczania wody słonej mamy zamiar odzyskiwać je produkując wodę pitną. W fazie prób są już oczyszczalnie odzyskujące powtórnie każdą kroplę zabrudzonej wody łącznie z naszymi płynami fizjologicznymi.  Sprytnie – skomentował prezydent. No to mielibyśmy pokrótce załatwioną sprawę powietrza i wody, a jak z żywnością? Jacob teraz twoja kolej powiedział Adam Foks wskazując siedzącego naprzeciwko. No tak, to moja działka – odezwał się wskazany.

                     Nazywam się Jacob Grey. Kieruję zespołem opracowującym sposób wyżywienia obywateli księżyca. Tak roboczo nazywamy szczęściarzy, którzy tam zamieszkają. Jak wszyscy wiemy nasze menu składa się w zasadzie z trzech elementów. Masy roślinnej, masy mięsnej i wody. Wodę już omówiliśmy, przejdźmy więc do masy roślinnej. Te prace idą dwutorowo. Pierwsza – hodowla roślin w przestrzeni kosmicznej, druga – w zmienionych warunkach atmosfery ziemskiej. Mamy już spore osiągnięcia w tym temacie. W specjalnie zaprojektowanych inspektach hodujemy już rośliny, które oprócz walorów odżywczych produkują wcale nie małe ilości tlenu, pochłaniając dwutlenek węgla, którego będziemy mieli w nadmiarze. Oczywiście inspekty projektowane są tak aby sprawdzić się zarówno w warunkach ziemskich jak i księżycowych. Te prace są naprawdę dalece zaawansowane by nie powiedzieć na ukończeniu. Nasz poligon doświadczalny rozlokowaliśmy na pustyni Mojave w Arizonie. Tam odnaleźliśmy iście księżycowe warunki. To by było na tyle jeśli chodzi o produkcję roślinną. W naszych magazynach gromadzimy również materiał genetyczny roślin i zwierząt, które uważamy za przydatne w późniejszym czasie. Produkcję tkanki mięsnej z pojedynczych komórek, mamy już opanowaną. Niedługo ta technologia będzie możliwa na szeroką skalę. Tak jak mówiliśmy wcześniej. Trwają prace nad adaptacją schronów z okresu zimnej wojny w wysokich partiach górskich. Przewidujemy nie tylko umieszczenie tam pewnej ilości ludzi. Tworzymy w tych tunelach szczelnie zamknięte pomieszczenia mające przechować wszystko co mogło by być w przyszłości dla nas cenne. Nasiona roślin, komórki zwierząt, a także wszelkie informacje mogące mieć jakiekolwiek znaczenie. Zgromadzimy tam też gotowe racje żywnościowe o bardzo długim terminie ważności, sięgającym kilkudziesięciu lat. To na wypadek, gdyby na początku coś poszło nie tak. W przypadku, gdyby oceany zalały całą ziemię ludzie przetrwają tam około roku, może trochę dłużej. To powinno wystarczyć by wody opadły. Nasze zapasy natomiast będą bezpieczne przez wiele lat. To chyba wszystko co miałbym na razie do powiedzenia. Widzę, że kwestia zaopatrzenia jest w zasięgu naszych możliwości – podsumował prezydent. Przejdźmy więc teraz do równie ważnego problemu. Według jakiego klucza, kto i kiedy ma zdecydować o wyborze osób do zasiedlenia naszej arki.

                   Jest to dla nas ogromny problem, szczególnie moralny, i chyba nawet większy niż sprostanie warunkom technicznym umożliwiającym przeżycie – odezwał się John Bolt biolog. W chwili obecnej sporządzamy listę profesji, które będą niezbędne do utrzymania życia w naszej bazie. Ponad wszelką wątpliwość w pierwszej kolejności decydować będą warunki zdrowotne kandydatów. Następnym równie ważnym czynnikiem będzie ich przydatność ze względu na zawód i umiejętności. Na początku wybierane będą osoby nie obciążone rodzinami. Przepraszam co pan ma na myśli – spytał gwałtownie prezydent? Dlaczego preferujecie kawalerów i panny? Panie prezydencie, ludzie, których przesiedlimy znajdą się w zupełnie nowym środowisku. Do tej pory obcym. Na miejscu będą mieli do rozwiązania całe mnóstwo problemów, o których my w tej chwili nie mamy pojęcia. Ci ludzie muszą mieć czysty umysł wolny od stresu. Sądzi pan, że mogliby skupić się na pracy przeżywając emocje po utracie bliskich. Przecież nie możemy zabrać całych rodzin. Takie wyjątki oczywiście też się zdarzą, lecz będziemy starali się ich unikać. W porządku, rozumiem – wtrącił prezydent – widzę, że myślicie o wszystkim. Sporą część mieszkańców tego księżycowego osiedla muszą stanowić również ludzie doskonale znający jego budowę, umiejący wszystko naprawić. Oni będą stanowili trzon obsługi technicznej. Drugie pytanie brzmiało kto ma dokonać wyboru? Sądzimy, że powinno zrobić to międzynarodowe gremium naukowców wydelegowanych przez rządy krajów, z których pochodzą. Na razie tylko tyle. Ostatnie pytanie. Kiedy? Na pewno nie należy zrobić tego zbyt wcześnie, bo wieści szybko się rozchodzą i choćby nie wiem jaką objąć je tajemnicą i tak będą przecieki. Zbyt wielu ludzi musi być w to zaangażowanych. Frustracja ludzi, którzy nie znajdą się na liście szczęśliwców może zagrozić całemu projektowi.  Nie możemy jednak czekać też na ostatnią chwilę, bo musi to być decyzja przemyślana. To nie będzie nagrywanie filmu i drugiego ujęcia nie będzie. Sądzę, że mamy jeszcze sporo czasu na podjęcie odpowiednich działań. Rozumiem, że to o czym mówiliśmy ogólnie macie rozebrane na detale i dopracowujecie każdy z nich z osobna tak aby pasowały do całości – zauważył prezydent – i zapytał. Czy zdążyli panowie już się posilić? Skinieniem głów obecni potwierdzili ten fakt. Przejdźmy więc teraz do mojego gabinetu by omówić drugą wersję naszych przygotowań.

                  Po kilku minutach wszyscy siedzieli wygodnie w skórzanych fotelach. Naprzeciwko nich prezydent za swoim dębowym biurkiem przekładał coś z jednego końca blatu na drugi. Podniósł w końcu wzrok na siedzących przed nim i powiedział. Który z panów mi powie jak do 2023 roku zredukować liczbę ludności o trzy miliardy. Mnie nie wystarcza wyobraźni. Ron twoja działka – prawie jednocześnie powiedziało kilku z pośród obecnych – czym wzbudzili ogólną wesołość. Nie ma się z czego śmiać panowie, bo jest to problem, który spędza mi sen z powiek – odpowiedział Ron Yang. Ekspert Światowej Organizacji Zdrowia. Ludzkość od zawsze bała się zarazy, która pojawiała się nie wiadomo skąd i zabierała z sobą tysiące a czasem miliony osób. Dziś taka powszechna epidemia mogłaby paradoksalnie przyczynić się do naszego przetrwania. Tu właśnie trafiamy na zgryz, z którym nie możemy się uporać. Przyzwyczajeni jesteśmy do ratowania choćby jednego życia, a teraz by przetrwać musimy poświęcić tak wiele istnień. Jak już ktoś kiedyś powiedział w naszych rozmowach, nikt oprócz Boga nie ma prawa do decydowania o czyimś życiu lub śmierci. Nie może więc to być decyzja, która personalnie wyznaczy osoby do unicestwienia. Wczoraj już wspomniałem, że najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby, aby zadecydowała natura, oczywiście całkowicie pod naszą kontrolą. W laboratoriach biologicznych mamy niezliczoną ilość wirusów i bakterii, z których w odpowiedni sposób możemy skorzystać. Wiąże się z tym oczywiście pewne niebezpieczeństwo, że nie zapanujemy nad obudzonym demonem, kiedy uznamy, że to już czas, dlatego skłaniam się ku wersji, że trzeba stworzyć coś nowego. Coś nad czym będziemy mieli pełną kontrolę, od początku do końca.

               Ron Yang wertował papiery wyciągane z tekturowej teczki co wykorzystał John Bolt biolog. Niedawno przeczytałem w Internecie, że podobno Chińczycy pracują nad takim właśnie wirusem. Niestety nie zapisałem sobie nazwiska młodego reportera, który o tym donosił. Dziś ten reportaż zniknął z sieci i wszystkie materiały na ten temat diabeł ogonem nakrył. Po dziennikarzu również nie ma żadnego śladu. Z racji doświadczenia wiem, że jeśli coś objęte zostaje tajemnicę to jest to przeważnie prawda. Niewątpliwie trzeba to wyjaśnić. Czy chcecie mi powiedzieć, że Chińczycy nas wyprzedzili – spytał prezydent, czy oni prowadzą własne badania nie informując opinii publicznej? A czy my będziemy informowali? – zapytał Ron Yang dodając po chwili. Prawdopodobnie mówimy o tym artykule. Na stole wylądowało kilka spiętych kartek. Jakiś czas temu ja też przeczytałem go w Internecie i od razu wydrukowałem. Dziś faktycznie w sieci nie ma po nim śladu. Znalazłem jednak coś bardziej zastanawiającego. Ten młody reporter życiem zapłacił za swoją odwagę, drukując artykuł, co niewątpliwie potwierdza prawdziwość tych informacji. Nie przygotowałem kopii dla każdego. Później wydrukuję wam po egzemplarzu. Teraz streszczę co zawiera. Młody człowiek. który go opublikował twierdzi w nim, że w laboratorium biologicznym Wuhan w chińskiej prowincji Hubei prowadzone są prace nad skrzyżowaniem dwóch wirusów pochodzenia zwierzęcego. W tych pracach chodzi o to, by nowy wirus był w stanie pokonywać barierę gatunkową i mógł być wykorzystywany jako broń biologiczna. Trudno powiedzieć jak ten który to opisał wszedł w posiadanie tych ważnych informacji. W swoim artykule pisze, że chińscy badacze największe nadzieje wiążą z wirusami przenoszonymi przez nietoperze. Pierwotnie próby robiono z wirusami ptasimi. Równolegle do prac nad ostatecznym kształtem wirusa pracowano nad lekarstwem i szczepionką które będą w stanie go zwalczyć. W 2002 roku sądzili, że mają gotowy produkt i po wielu próbach na zwierzętach postanowili przeprowadzić eksperyment na więźniach, którzy prawdopodobnie przepłacili to życiem. Okazało się, że ani lekarstwo, ani szczepionka które w eksperymentach na ptakach działało doskonale, nie działa na ludzi. Pamiętacie epidemię SARS z 2002 roku. Zanim zdążono zniszczyć cały materiał dotyczący nieudanego eksperymentu wirus wymknął się z wydawałoby się szczelnego laboratorium i zaatakował. Na szczęście udało się go w miarę szybko opanować. Porażka nie zraziła chińskich biologów. Teraz pracują nad krzyżówką wirusów pobranych od nietoperzy. Niestety nic więcej na ten temat nie wiem choć bardzo się starałem. Myślę panie prezydencie, że pytanie do Chińczyków powinno być skierowane na szczeblu rządowym. Na pewnym etapie i tak będziemy musieli porozmawiać z nimi o naszych planach. Wszyscy siedzący wygodnie w fotelach trzymali w rękach jakieś papiery i wyglądało jakby uważnie je studiowali. Były to jednak pozory. Bardziej prawdopodobne było to, że każdy z nich głęboko zatopiony w swoich myślach trawił najświeższe informacje. Spotkanie trwało już ponad sześć godzin i na twarzach obecnych widać było zmęczenie. Poprawcie mnie, jeśli będę w błędzie – poprosił prezydent. Jako plan A powinniśmy przyjąć redukcję liczby ludności, obserwując dokładnie środowisko pod kątem zmian jakie to przyniesie. W tym samym czasie nie zaprzestajemy przygotowań do planu B będącego naszą ostatnią tarczą obrony. To w telegraficznym skrócie. Nasze przygotowania powinniśmy rozpocząć jednak od rozmów z Chińczykami. Głowy zebranych podniosły się znad ściskanych w rękach papierów. Tak panie prezydencie. Należy to dokładnie przemyśleć i od tego zacząć. Nie muszę chyba przypominać, że ani jedno słowo, nawet jeden przecinek, w zdaniu które tu padło nie może ujrzeć światła dziennego. W naszych rękach jest los ludzkości – zakomunikował na koniec prezydent. A teraz wracajcie bezpiecznie do domów i dodał – mamy co robić i o czym myśleć.                                                                                       CDN

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
miki · dnia 16.12.2021 20:04 · Czytań: 175 · Średnia ocena: 2 · Komentarzy: 4
Komentarze
Dobra Cobra dnia 22.12.2021 16:17 Ocena: Przeciętne
Ale żeś się napracował, miki...

Oczywiście my, Polacy (jak i nasi amerykańscy partnerzy), wiemy, jak ten wirus przeskoczyła z nietoperza na człowieka: https://youtu.be/KNMRD9nCASw

Szczerze to zmęczyłem sie tą opowieścią. Przerażająco długie bloki tekstu bez żadnych wcięć, zły zapis dialogów, pomieszanie czasów.... Trzeba by się nad tym pochylić.

Początek to jakby czytanie wikipedii, później pojawia się polski bohater, który - jak sądzę - będzie kowbojem następnej części i wyzwoli świat od końca świata. Ale przecież to się nie uda. Bo nie może się udać, bo nie ma takiej woli politycznej. I tego nikt nie zmieni.

Temat nie do wygrania. Chyba, że dokonasz jakiegoś cudu prozatorskiego... Bo może masz coś niespodziewanego w zanadrzu. Zawsze wszak należy mieć taką nadzieję.

Na razie suche fakty i drętwe rozmowy. Nie zachęca to do lektury


Ukłony,

DoCo
miki dnia 22.12.2021 19:44
Dzięki za szczerość Do Co. Ten polski kowboj, jak słusznie przypuszczasz niczego nie rozwiąże. Jeśli będziesz chciał wszystkiego dowiesz się z drugiej części, pod warunkiem że w końcu wypuszczą ją z poczekalni. Tkwi tam już dwanaście dni. Podejrzewam że są zaskoczeni zakończeniem tej opowieści i nie wiedzą co z tym zrobić. Pozdrawiam. Wesołych świąt.
Dobra Cobra dnia 23.12.2021 09:56 Ocena: Przeciętne
Wesołych :)
skroplami dnia 09.01.2022 10:22
Dwutlenek węgla ściągają z atmosfery i osadzają na dnie mórz i oceanów pewnego rodzaju rośliny lub podobne, dawna informacja nie chce mi się sprawdzać (efekt cieplarniany podczas czytania początkowej części powyższego tekstu :( ) produjując z niego lub za pośrednictwem około 80% tlenu w atmosferze ziemskiej, pozostałe około 20% tlenu produkują lasy i rośliny. Poszukaj autorze w realnych a nie fikcyjnych źródłach, to wyniki naprawdę naukowych badań znane dod dziesiątek lat. Metan zagrożeniem:)? Cofnij się więc wieki temu gdy ziemia "zamieszkiwana" była przez tysiące a może setki tysięcy gatunków zwierząt tworzących gazy cieplarniane. Pozostała z nich garstka, ilościowo i wiele gatunków całkowicie, prawie, wybito (patrz np. bizony). Produkowały gazy cieplarniane :)? Tak, w ogromnych ilościach. I? I nic, planeta żyła i kwitła. Jesteś autorze propagatorem fikcyjnych bzdur a nie prawdy, w obu powyższych tematach. Innym tematem zanieczyszczanie lasów itp., tu się zgadzam, ludzie bywają bez wyobraźni ale patrząc na domy, mieszkania co najmniej połowy, ludzie w ogromnej części to brudasy uwielbiający taplać się we własnych śmieciach, nawet w swym łóżku. To naszej planecie nic a nic nie przeszkadza ;).
Nie wiem czy zmienię zdanię o Tobie, oczywiście osobiste :), rzucę dziś także okiem na część nr dwa tego sofistycznego pleple.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Darcon
17/01/2022 17:15
Podążanie swoją własną drogą nie powinno zależeć od zdania… »
Darcon
17/01/2022 17:08
Podobało mi się. :) Płynne dialogi, czyta się szybko, a i… »
KatarzynaKoziorowska
17/01/2022 16:41
Nurio, tak jak napisałam w wiadomości prywatnej, dziękuję Ci… »
Mareczek
17/01/2022 16:25
Fajna ta zimowa miłość.Wiersz nastraja… »
Carvedilol
17/01/2022 14:38
Dobra Cobra oczywiście, juz dawno prognozowano,że covid… »
Jacek Londyn
17/01/2022 14:34
Edyto, dziękuję za świetny komentarz. Ocena wystawiona… »
Nuria
17/01/2022 13:52
......................ożesz, ale ja ma skojarzenia.… »
Nuria
17/01/2022 13:39
Podzielam zdanie Floriana Konrada. czcigodna… »
Niczydar
17/01/2022 13:19
przyszycguzik Dziękuję za uwagi. Istotnie masz rację,… »
EDyta To
17/01/2022 12:50
Tacy właśnie jesteśmy. Ze szczepionkami czy bez. Świetnie… »
EDyta To
17/01/2022 12:24
Anno, a ja jestem pod wrażeniem Twojego komentarza :) Dawno… »
EDyta To
17/01/2022 12:21
Świetne. Pozdrawiam. »
Jacek Londyn
17/01/2022 11:26
Z tym mandatem... pewnie wiesz lepiej. Praca w służbach? :)»
AntoniGrycuk
17/01/2022 08:56
Tak na pierwszy rzut oka to trochę zbyt dużo przysłówków,… »
AntoniGrycuk
17/01/2022 08:48
niezapłacony - piszemy razem Jak brakuje wódy, to jeszcze… »
ShoutBox
  • ZielonyKwiat
  • 17/01/2022 17:14
  • Jasne, że szukałam. O Dialogu wiem. Dziękuję
  • Carvedilol
  • 17/01/2022 15:18
  • eria Spróbuj "Dialog"
  • Carvedilol
  • 17/01/2022 14:39
  • ZielonyKwiat w czasopismach to najłatwiej w wersji online, ale czy to wersja papierowa, czy wirtualna, wszędzie trzeba najpierw zgłosić tekst, szukałaś stron "czasopsima + dramat"? każda ma inne kryt
  • ZielonyKwiat
  • 16/01/2022 15:29
  • AntoniGrycuk, dziękuję za odzew. Pytałam jednak o możliwość opublikowania (np. w czasopismach). W konkursach nie biorę udziału.
  • AntoniGrycuk
  • 16/01/2022 15:18
  • Nie ma sprawy, nic nie chcę za tę poradę, jest za free ;)
  • AntoniGrycuk
  • 15/01/2022 22:51
  • ZielonyKwiat, poszukaj na aktualnekonkursy.pl, tam bywają konkursy na dramaty, na ksiązki, na opowiadania. Masz szanse.
  • ZielonyKwiat
  • 15/01/2022 19:01
  • Ktoś wie, gdzie można opublikować dramat/ sztukę teatralną?
  • Dobra Cobra
  • 15/01/2022 18:53
  • Oka, po prostu wyczytałem w Twoim wpisie cierpienie i poszedłem Ci na pomoc. A spacery i odetchniecie świeżym powietrzem zawsze aktualne dla kazdego. Pozdrawiam
  • AntoniGrycuk
  • 15/01/2022 15:29
  • DoCo, naprawdę, nie bierz tego do siebie, że ja w ten sposób pojmuję literaturę kobiecą. Niepotrzebnie tak sie przejmujesz. Wyjdź sobie na spacer, odetchnij świeżym powietrzem.
Ostatnio widziani
Gości online:37
Najnowszy:Gallina3
Wspierają nas