Czarne róże - ZielonyKwiat
Proza » Obyczajowe » Czarne róże
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

1.

  - Znów podrożały? - zdziwiła się.
  Od dwóch lat przychodziła do tej samej szklarni i nigdy nie czuła się tak oszukana. Zaplanowała, że prócz trzech mieszanych weźmie dziesięć czerwonych i pięć białych, bo te gorzej schodziły, a okazało się, że może sobie pozwolić tylko na siedem takich i trzy inne. Westchnęła, położyła na stoliku odliczoną kwotę i jak co ranek skierowała się ku szklanemu pomieszczeniu.
  - Ułożyłam przed wejściem – burknęła do niej, zabierając pieniądze, otyła kobieta. Przypominała jej matkę, ale w przeciwieństwie do tamtej nie miała w sobie nic matczynego. - Z tamtych wybierz. I nie szwendaj się po szklarni, bo mi jeszcze zarazę jaką rozniesiesz. I tak już padła cała grządka.
  Nie odezwała się tym razem ani słowem. Musiałaby jej wygarnąć za wszystkie, gdy okazywało się, że kwiaty nie dotrwały nawet do południa. Płatki opadały, jakby stara przytwierdziła je klejem. Kto wie, jakich szachrajstw dopuszczała się wiedźma...
  Westchnęła. Nie mogła nic zrobić. Stara miała i tak ceny niższe niż inni. Brakowało jej tylko sumienia. Nie wiedziała, że pięć mniej oznacza, że kolejnego dnia będzie musiała iść spać głodna. A może ona też miała swoje problemy? – pomyślała, rozglądając się po gospodarstwie. Szybko jednak zmieniła zdanie. Dom na plecach pięciu szklarni był tak wielki, że nie było zza niego widać ani skrawka nieba...
  Zapakowała towar i wyszła na ulicę.
  Z zazdrością spojrzała na dorożkę, która zatrzymała się przed bramą. Ktoś z niej wysiadł i była wolna. Wystarczyło tylko machnąć ręką… Zwiesiła głowę, zarzuciła kosz na plecy i poszła przed siebie. Przynajmniej oszczędzi w ten sposób pięć centów – pomyślała.
  Droga, licząca wszystkiego pięć kilometrów, wiodła przez dzielnicę biedoty. Znała je na pamięć: domy z oknami zasłoniętymi czymkolwiek, dymy snujące się z na poły zrujnowanych kominów, wygłodniałe dzieci wyglądające kogoś, kto im rzuci piątaka...
  Kiedy doszła na plac, zbliżała się już ósma. Dzwon na katedrze wydał z siebie ostatni gong i wraz z nim placyk wokół pompy obsiadły jak na dany sygnał gołębie. Tylko dorożki objeżdżające bocznymi uliczkami od czasu do czasu wprawiały je w popłoch. Unosiły się wówczas, zataczały dwa, czasem więcej kółek, i znów siadały, jak wcześniej.
  Miejsce, w którym handlowała zazwyczaj, było zajęte. Dziewczyna z jabłkami już ustawiła swój stragan. Kłócić się z nią nie było sensu. Tamte z drugiej strony miasta były bardziej zajadłe. Wystarczyło z nimi zadrzeć, a nie wiadomo skąd pojawiali się chłopcy.
  Chcąc nie chcąc stanęła z drugiej strony katedry. Cień był tak gęsty, że nawet odrobina światła, które zdołało się przebić, nie zmniejszała chłodu. Zawiązała chustę pod brodą. Nie pomogło.
  Patrzyła na tamtą z zazdrością.
  Ludzie zatrzymywali się przed nią, kupowali i szli dalej. Nie minęła godzina, a jej kosz świecił pustkami. Wiedziała, że po małą przyjdzie jej brat. I jeszcze kilku innych. Tych bała się najbardziej. Musiała poczekać na odpowiedni moment. Zgarnęła swój towar, gotowa, by zająć jej miejsce...
  Nie zdążyła. Ubiegła ją inna, która przytargała skądś dwie chusty obwarzanków.
  - Obwarzanki! Obwa….! - zaczęła krzyczeć.
 - Dwie poproszę – wyrwał ją z rozmyślań zachrypły głos mężczyzny, który zatrzymał się tym razem przed jej koszem. - Czerwone.
  Nim zdołała zapakować, wrzucił do kosza dwie monety. Podała mu kwiaty i zajęta szukaniem pieniędzy nie zauważyła, że tamten już się oddalił. Oszukał mnie – westchnęła, znalazłszy wreszcie krążek. Brakowało pięćdziesięciu centów. Mężczyzna był jednak na tyle daleko, że nie było sensu go gonić. I tak powiedziałby, że kwota była właściwa, a tylko ona zgubiła resztę.
  Trzy kupił ktoś dla córki. Ponoć miała urodziny i lubiła właśnie takie: musiały być róże. Czerwone.
  - Pani rozumie, moja córa skończyła szkołę. Wróciła do domu i dziś… rozumie pani… właśnie dziś przyjeżdża kawaler. Kwiaty muszą być. Musowo – dodał ze ściśniętym gardłem, trzymając monetę kurczowo między palcami.
  Słuchała jego opowieści w milczeniu. Czasem ktoś niósł kwiaty matce, ktoś inny żonie. Czasem ludzie zwierzali jej się lub zwyczajnie, podając pieniądze, życzyli dobrego dnia. Czasem nie mówili nic. Takich było więcej.
  Nikt jednak nie pytał jej o nic. O to, jak sobie radzi, czy czegoś jej trzeba. A skąd? I po co? Kogo by to mogło interesować? Skoro sprzedawała tylko kwiaty? Wpisała się w tamten krajobraz jak kamienice, katedra, ratusz, pompa i nawet gołębie. Była. A może nawet, gdyby któregoś dnia przestała przychodzić ze swoimi różami, nikt nie zauważyłby jej braku.
  Nikt w każdym razie o nic jej nie pytał.
  Ostatnią różę wzięła jakaś zakochana para. On patrzył na nią jak w obrazek, ona trzymała go kurczowo za ramię, jakby bez niego miała upaść. Zapłacił, uśmiechnęła się i poszli dalej. Monetę ukryła w wewnętrznej kieszonce płaszcza.
  Zostały jej tylko białe, ale tych nie chciał nikt. Może dlatego, że za bardzo kojarzyły się z cmentarzem? Może nikt nie wychodził u nich za mąż? Nie miała pojęcia. Z uporem jednak co ranek brała kilka, w nadziei, że znajdzie się ktoś, kto o nie zapyta. Kiedyś tak było. Nie wzięła ich od starej i właśnie tamtego dnia wszyscy o nie pytali. Odtąd postanowiła, że będzie miała zawsze kilka.
  Godziny mijały.
  Nie zjawiał się nikt.
  O osiemnastej, gdy dzwon wezwał na ostatnią mszę, zaczęła zbierać rzeczy. Jeśli będzie miała szczęście – pomyślała – wytrwają do jutra. I może ktoś je jeszcze kupi. Spojrzała na kwiaty i zrozumiała, że jej nadzieja jest jednak płonna. Pierwsza róża już zaczęła tracić płatki. Przeklęła w duszy starą i ruszyła przed siebie.
  …I stanęła jak wryta.
  Nie zauważyła go. Mogłaby przysiąc, że zjawili się znikąd. On i towarzysząca mu kobieta. Dopiero gdy niemal o niego się oparła, chroniąc w ten sposób przed upadkiem, przekonała się, że to nie zwitek mgły i mroku.
  Mężczyzna w czarnym płaszczu i śmiejąca się z niej kobieta.
  To wystarczyło. Nienawidziła takich, jak oni… Takich jak ona… Jedna z tych eleganckich par, które wieczorem po kolacji wychodzą na spacer. Byli piękni. Może nie młodzi, ale z całą pewnością piękni. Raz jeszcze zerknęła na kobietę i na płaszcz, który tamta na sobie miała, błyszczący, mięsisty. Drogi... Elegancka. Tylko takie określenie przyszło jej na myśl. Była piękna, świeża, jak jej kwiaty, gdy dopiero co brała je od starej. I jak one, pod wieczór, nieco zwiędła. Wszystko równocześnie, jakby upływ czasu lub brak słońca działał także na nią.
  On też taki był. Jak jej kopia. Wyglądał na polityka… nie, nie na polityka... w każdym razie na kogoś ważnego.
Przeszli, nie zwracając już więcej na nią uwagi.
  Pozbierała róże, poczekała, aż znikną w drzwiach kawiarni i dopiero wtedy ruszyła przed siebie.

  2.
  Pogaszone były wszystkie światła. Próbowała dostrzec choć błysk w jednym z okien, żeby nie czuć się tak paskudnie sama. Nic z tego. Stara, u której wynajmowała kąt, kazała im wszystkim oszczędzać. A oni, żyjący tam u niej jak szczury, nie mieli czasem nawet na świeczki. Nie mieli też na inne, ważniejsze rzeczy. Wracali po zmroku, jedli byle co, chodzi spać byle jak, by potem, po kilku godzinach męczącego, taniego jak całe ich życie snu, znów zbudzić się z pierwszymi promieniami słońca, gotowi do byle jakiego życia.
  Szczęściem w nieszczęściu było to, że miała własne pomieszczenie. Nie dzieliła pokoju z innymi, a schowek pod schodami, który zdołała zająć, był duży na tyle, by zmieścić w nim siennik. I na tyle mały, by nikogo stara jej nie dorzuciła. Właśnie dzięki temu, wieczorem, gdy wracała, mogła zamknąć się, nie musząc przed nikim zdawać rachunku.
  Kwiaty wstawiła do słoika z wodą. Co chwila na nie zerkała, dopóki świeczka jeszcze dawała jakie takie światło. Gdy zgasła, usiadła na sienniku, objęła kolana rękoma i zamknęła oczy.
  Nie lubiła wracać pamięcią do tego, co było. Gdyby wszystko ułożyło się inaczej… Często marzyła, że jest córką bogatego przedsiębiorcy i to do niej należą tamte szklarnie. Róże… tak, to jedyna rzecz, którą kochała, właściwie nie wiedziała, dlaczego nimi zaczęła handlować. Kiedyś na rynku była inna dziewczyna, przychodziła z naręczem kwiatów, a kiedy zniknęła, zajęła jej miejsce. Utarg był lichy, ale zawsze to kilka monet. Płaciła z tego za kąt i zostawało jej co nieco, byle tylko kupić coś do jedzenia… I tak z dnia na dzień.
  Ktoś przeszedł schodami na górę. W szparze rozbłysło światło, ale zgasło tak szybko, jak się pojawiło. Znów zasnuła wszystko ciemność. Szczury jeszcze przez jakiś czas próbowały przegryźć się pod drzwiami. Tym razem jednak dobrze zapchała dziury. Nie dały rady.
  Zasnęła.
  Nie słyszała, że w środku nocy znów podniósł się rejwach, ktoś płakał, ktoś inny krzyczał. Okradli kogoś z odrobiny rzeczy, które sam zdołał komuś wyszarpać. Stracił teraz i to. Zresztą takie sceny tam u nich były na porządku dziennym. Nocnym też.
  Obudziła się tuż przed świtem, jak zwykle zmęczona.
  Ubrała się, wodą ze słoika obmyła twarz i znów ruszyła na rynek, po drodze zachodząc do starej.

  3.
  - Napijesz się kawy? - Mężczyzna pomógł kobiecie zdjąć płaszcz, podał go stojącemu obok chłopakowi i poczekał, aż ten podsunie jej krzesło. Gdy już usiadła, usiadł i on.
  Kobieta uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała słowem. Mimo to zrozumiał. Gestem ręki dał znać kelnerowi.
  Wkrótce na stole pojawił się dzbanek i dwie filiżanki.
  Nie odzywał się. Widać było, że myślami jest daleko. Nie przy kobiecie, na której słowa odpowiadał uśmiechem, i nie przy tym, co wydarzyło się w ciągu dnia.
  A zdarzyło się niemało.
  Dopiero co dowiedział się, że interesy nie idą dobrze. Prace w tartaku stanęły, bo i zamówień nie było tyle, co zeszłego lata. Kryzys dał się we znaki wszystkim, nawet takim potentatom, jak on.
  Robert Nerbich miał doprawdy wielkie powody do zmartwień. Tartak nie był jedynym miejscem, które ponosiło straty. Wszystkie jego fabryki, a miał ich niemało, cierpiały braki. Straty, wielkie straty – jęknął w myśli, ale na zewnątrz nie dawał po sobie nic poznać. Nie chciałby przede wszystkim martwić swojej towarzyszki, której wystarczyło jedno złe, smutne nawet słowo.
  Nie mógł jej się dziwić. Straciła dziecko, i to nie na samym początku jego drogi, a w dziesiątym roku życia. Strata była duża, tym bardziej, że w następstwie wypadku. Nie żeby śmierć naturalna, z choroby choćby, była mniej tragiczna. Co to, to nie, ale widzieć na własne oczy dziecko, które ginie pod kołami…
  Co tamtego dnia się stało, Robert nie mógł wiedzieć. On też stracił wówczas zmysły. Wył z bólu. Nie mniej niż ona. Nie zrozumiał nigdy, w jaki sposób ułamek sekundy może wywrócić cały świat do góry nogami. I nie można już nic zrobić. On, który zbudował w tak krótkim czasie swoją fortunę, który wiedział, jak naprawić błędy. Tamtej nocy nie mógł zrobić nic. Jeszcze teraz samo wspomnienie powodowało, że bezwiednie zaciskał dłonie. Jakby chciał się wziąć z losem za bary. Nie mógł. Musiał się pogodzić i z tym.
  Te ich wyjścia, odkąd jego siostra sprowadziła się do niego, były jedynymi chwilami wytchnienia. Dla niego i dla niej.
  - Była u ciebie? - kobieta niespodziewanie przerwała ciszę. Rzadko rozmawiali o tym, co dotyczyło go bezpośrednio. Nie różnił się pod tym względem od niej.
  Nie odpowiedział od razu. Poczekał, aż para, która dopiero co weszła, zajmie miejsce. Dopiero wtedy odstawił filiżankę.
  - Przyjechała w nocy.
  - Zatrzymała się u ciebie?
  Zaprzeczył ruchem głowy.
  - Przystałeś na jej warunki – nie pytała. Stwierdziła fakt.
  Mimo to przytaknął głową.
  - Dam jej jeszcze jedną szansę. Może mówi prawdę.
  - Zmieniła się?! - Kobieta prychnęła w odpowiedzi, ale natychmiast opanowała atak.
  Zakryła twarz rękoma i siedziała tak chwilę, dopóki mężczyzna nie odjął jej dłoni i niemal siłą nie zmusił, by się wyprostowała.
  - Musisz wziąć się w garść – szepnął jej do ucha. - W przeciwnym razie znów nam je odbiorą.
  - Tobie odbiorą – poprawiła go zupełnie już spokojnym tonem.
  Odsunął się od niej, jakby wymierzyła mu policzek. Grymas, który zagościł na jego twarzy, znikł tak szybko, jak się pojawił. Był bardzo wyrozumiały. Musiał taki być.

  4.
  Miejsce pod katedrą było zajęte. Po drugiej stronie też. Rozejrzała się, zmrużyła oczy, bo słońce stało już wysoko. Zobaczyła dziewczynę niewiele od niej starszą. Sprzedawała wiklinowe kapelusze. Siedząc, ze spódnicą włożoną między nogi, jak robią kobiety na wsi, plotła kolejne. Druga, po przeciwnej stronie, młodsza od niej i od tamtej z koszami, jadła własne jabłka. Utarg i jej nie szedł najlepiej. Nie wiedzieć czemu zrobiło jej się żal. Nie miała siły ich przeganiać. Nie miała ochoty. Były takie same.
  Przeszła przez środek, aż do miejsca, w którym plac zwężał się jak szyja gąsiora, by na chwilę znów się rozszerzyć w niewielki przesmyk łączący centrum z portem.
  Tam stanęła, choć wiedziała, że utarg będzie marny. Rybacy nie potrzebowali kwiatów. Nie potrzebowali ich też handlarze ryb, którzy co ranek od tamtych odbierali towar. Mimo to rozstawiła jak zwykle słoiki z wodą, ustawiła w nich z jednej strony gotowe bukiety, z drugiej pojedyncze kwiaty, usiadła na krawężniku i czekała na przechodniów.
  Nie nadchodził nikt.
  Dzień był spokojny i słoneczny. Jeden z tych, gdy nieciężko siedzieć pod gołym niebem. Lato miało się ku końcowi, w brzuchu burczało, ale nie przejmowała się tym za bardzo. Wpół przymknęła oczy i wsłuchała się w szum morza.
  Plac, który stamtąd widziała zaledwie, był jeszcze pusty. Nie było ani dorożek, ani gołębi. Ludzie jak na komendę ukrywali się w okalających go kamienicach. Coś wisiało w powietrzu. Wzdrygnęła się.
  Dzwon wybił na dziewiątą, potem na dziesiątą i tak, co godzinę, jak zwykle dalej. Siedziała. Kwiaty więdły. Ona więdła. U dziewczyny z naprzeciwka kupiła w końcu obwarzanek. Zjadła. Popiła go wodą z pompy. Znów usiadła przy kwiatach i zaczęła zasypiać. Słońce padało z ukosa. Jakby chciało ją przywrócić do życia. Nie chciało jej się wracać, było dobrze w tym półśnie. Ale musiała.
  - Paniusiu – obudził ją chorobliwy szept. Otworzyła oczy. Stał tuż przed nią wyrostek z kaszkietem na głowie, w połatanym płaszczu. Patrzył na nią wygłodniałymi oczami, jakby nie była człowiekiem, a kawałkiem mięsa. Jakby można było ją zjeść. Poczuła na plecach dreszcz. Po raz drugi.
  Zgarnęła rękoma kwiaty.
  - Paniusiu – powtórzył. Wyciągnął chustkę, tak brudną jak twarz i dłonie. Przetarł nią usta. - Niech się panienka nie boi – wyszeptał jeszcze ciszej. Chustkę schował do kieszeni i jednocześnie ukrył za siebie ręce, jakby nagle zaczął się ich wstydzić.
Był zwykłym złodziejem, jakich pełno przechadzało się po ulicach Perking. Tego jednak widziała po raz pierwszy.
  - Prosił mnie o przekazanie paniusi wiadomości. – Wyciągnął z drugiej kieszeni wygnieciony skrawek wyszarpanego skądś papieru.
  Nie czekał, aż go przyjmie. Wcisnął jej go wprost do dłoni i zniknął tak szybko, jak się pojawił.

  5.
  - Po co to robię? - zadał sobie to pytanie po raz kolejny tego samego dnia.
  Jeszcze na początku miesiąca wszystko układało się dobrze. Ba, było tak na początku tego jeszcze tygodnia. Nie przyszłoby mu wówczas do głowy, że zmieni się w jednej sekundzie, że znów napadną go zmory, z którymi, sądził, już się zdołał uporać.
  Nic z tego. On szczęścia nie miał. Zbierały się nad nim chmury od dawna, tyle że nie chciał się do tego przyznać. Udawał, że wszystko jest dobrze, że tak jeszcze długo pociągnie.
  Losu nie oszukasz – mruknął pod nosem.
  Wzdrygnął się, gdy syrena fabryki zawyła na fajrant.
  Robotnicy wylali się na przecinkę między balami sośniny a drewnianymi barakami, które na czas kontraktu udawały ich domy. Drzwi szczękały z każdej strony, a zaraz za tym odezwały się pojedyncze krzyki, łączące się w nawoływania ludzi, którzy znaleźli się wreszcie na otwartej przestrzeni.
  Zajęli wszystkie możliwe zwaliska desek, wolne ławki, wyciągnęli menażki z parującym jeszcze jedzeniem, które przed południem rozwoził swoim powozem ciągniętym przez starego osła kucharz pracujący u Nerbichów od wielu, wielu lat. Siedzieli i jedli, zadowoleni, że mają choć chwilę odpoczynku.
  Nie wyszedł do nich, jak robił zazwyczaj. Przyglądał im się tym razem zza szyby, która oddzielała go od ich życia. Wolał w nich widzieć tylko numery w protokołach, które co wieczór przynosił mu wspólnik.
  Z rozmyślań wybudził go dzwonek telefonu. Za każdym razem, gdy się odzywał, nie przynosił dobrych wiadomości. Z ociąganiem podniósł słuchawkę i jeszcze przez chwilę milczał, nie mając w sobie dość odwagi na wypowiedzenie zwykłego „halo”.
  Wreszcie to zrobił.
  - Jak obiecałeś – kobiecy głos po drugiej stronie był słodki. Nawet chrzęst wdzierający się od czasu do czasu nie zdołał tego zburzyć. Gdyby go nie znał, gdyby jej nie znał, dałby się oszukać, że jest zapowiedzią ukojenia.
  - Obiecałem. I będę – rzucił sucho.
  Odłożył słuchawkę. Nie czekał na jej odpowiedź. Niczego już by i tak nie zmieniła. Zacisnął pięści i usiadł, jak wcześniej, za biurkiem.
  Poczekał, aż robotnicy powrócą do pracy. Poczekał, aż wspólnik przyniesie mu raporty. Przejrzał je w pośpiechu i z jeszcze większym przejęciem, gdy tylko syrena fabryczna wyryczała osiemnastą, założył płaszcz, nałożył na głowę kapelusz i wyszedł.
  Dorożka dowiozła go tylko na przedmieścia. Dalej nikt nie odważyłby się zapuścić. Można było stracić tam nie tylko konia i dzienny utarg, ale i życie.
  Rzucił woźnicy dwie monety.
  Wysiadł.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ZielonyKwiat · dnia 18.12.2021 13:25 · Czytań: 147 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
Korektorka dnia 18.12.2021 13:25 Ocena: Dobre
Dzień dobry:)

Dziękuję za intrygującą lekturę. Mam tylko "trochę" uwag:

1. Czy "za wszystkie" oznacza "za wszystkie czasy"?

2. Lepiej "A może ona też ma".

3. "oszczędzę" (bo to są jej myśli)

4. "Znała je na pamięć - domy"

5. Czy "wraz z nim" jest konieczne?

6. "Chcąc nie chcąc,"

7. "Obwarzanki"

8. "tylko" (nie "a tylko";)

9. "lubiła właśnie róże Czerwone."

10. "kurczowo ściskając monetę między palcami"

11. "tylko sprzedawała"

12. Raczej "w ten krajobraz"

13. "ona się uśmiechnęła"

14. Może "nikt w tym mieście"?

15. "Co rano" albo "Codziennie"

16. "że zawsze będzie miała"

17. "Jeśli będę miała" (bo to jej myśli)

18. "chroniąc się"

19. "takich jak oni."

20. "Wszystko równocześnie" - nie bardzo rozumiem.

21. Czy "więcej" jest konieczne?

22. "i że to do niej"

23. "komuś innemu"

24. "złe, a nawet tylko smutne"

25. "choćby z powodu choroby"

26. "błędy - tamtej"

27. Czy "Nie różnił się pod tym względem od niej" jest konieczne?

28. "nie odjął jej dłoni od twarzy i niemal siłą nie zmusił jej,"

29. "co rano"/"codziennie"

30. "Jeden z tych, w które"

31. "w brzuchu jej burczało"

32. "kupiła w końcu obwarzanek"

33. "lecz kawałkiem mięsa."

34. "kieszeni, a jednocześnie schował za plecami"

35. "jak sądził"

36. "- Losu nie oszukasz" (bo to już wypowiedź, nie myśli)

37. "na czas obowiązywania kontraktu spełniały funkcję ich domów."

38. "za tym dźwiękiem"

39. "jak to zazwyczaj robił."

40. "nie miałby odwagi się zapuścić."

41. "Tam można było stracić nie tylko konia i dzienny utarg, lecz także życie."



Pozdrawiam:)
ZielonyKwiat dnia 18.12.2021 17:54
Korektorko,
zaraz na wstępie dziękuję za przyjrzenie się mojemu tekstowi, ale...

1. zapewniam Cię, że błędów jest znacznie więcej. Sporo przeoczyłaś.
Poprawię je pewnie dopiero po Świętach Bożego Narodzenia.
2. Doceniam pracę, którą wykonujesz i czas, który jej poświęcasz, ale niektóre Twoje uwagi wykraczają poza pracę korektora, a dotyczą indywidualnego "stylu", a to niedobrze.
3. Piszesz, że tekst jest intrygujący. Doprawdy? Z jakiego powodu?!
4. Oceniasz tekst jako "dobry" (ocena 3), co oznacza, że jest przeciętny, a jednocześnie umieszczasz go na górnej półce. Czym ta ocena jest podyktowana? Tylko błędami stylistycznymi, fleksyjnym , składniowymi? A może interpunkcyjnymi? Pytam, bo nie widzę innego uzasadnienia, a jedynie uwagę o "intrygującej lekturze", co by wskazywało, że tekst przeciętny nie jest. Zapewniam Cię, że nie obrażę się, jeśli umieścisz go na dolnej. Mnie chodzi tylko o konsekwencję, bo jak coś jest dobre, to jest dobre, a jak jest złe, to niech sobie leży z innymi sobie równymi. Nie można być jednocześnie "za" i "przeciw".
A może to dwie różne osoby go klasyfikowały? Jedna wystawiła ocenę 3, a druga umieściła tekst na górnej półce.
Pisze o tym, bo już raz tak się zdarzyło. Poprzedni mój tekst umieściłaś na górnej półce, dając mu ocenę 2. To dopiero kuriozum!
5. I jeszcze jedno pytanie na koniec: kto zaklasyfikował tekst jako +18? Czyżbym to zrobiła ja sama? Chyba pamięć nie ta... A jeśli nie ja, to dlaczego został tak oznaczony?
Marek Adam Grabowski dnia 20.12.2021 12:06 Ocena: Świetne!
Miło, że jednak zostałeś. Twoje opowiadanie jest ciekawe i smutne.

Pozdrawiam
ZielonyKwiat dnia 20.12.2021 13:37
Marku Adamie, dziękuję za przeczytanie mojego pisania.


Korektorko,
jeszcze "słowo" do Ciebie.
Przejrzałam wszystkie Twoje uwagi i niestety, z wyjątkiem oczywistych dwóch błędów w wyrazie "obwarzanek", nie zgadzam się z żadną z Twoich uwag.

Przykład, kiedy wkraczasz na pole indywidualnego stylu:

1. Piszesz:
Korektorka napisała:
37. "na czas obowiązywania kontraktu spełniały funkcję ich domów."


mój tekst:
Cytat:
Ro­bot­ni­cy wy­la­li się na prze­cin­kę mię­dzy ba­la­mi so­śni­ny a drew­nia­ny­mi ba­ra­ka­mi, które na czas kon­trak­tu uda­wa­ły ich domy.


W Twoim tekście brakuje tylko, za przeproszeniem, podania numery aktu notarialnego, na mocy którego baraki przekazano do użytku robotnikom, mój tekst wyraża biedę tamtych budynków.

2. Uwielbiasz zmieniać "ale" na "lecz". Ja pretensjonalnego "lecz" nie znoszę.

3. Piszesz:
Korektorka napisała:
28. "nie odjął jej dłoni od twarzy i niemal siłą nie zmusił jej,"

i nie zważasz na to, że już w tym samym zdaniu jest wyraz "twarz". Więc jak to, mam popełnić inny błąd, upiększając zdanie? (ten sam zabieg niepoprawny doradzasz w punkcie 10).

4. Piszesz:

"6. "Chcąc nie chcąc,"
Nawet Bańko podaje (pozostawiając na boku kwestię imiesłowowego równoważnika zdania), że przecinek po tym wyrażeniu (frazeologicznym skądinąd) nie jest konieczny.

5. Piszesz:
"9. "lubiła właśnie róże Czerwone."

U mnie w tekście jest natomiast:
"Trzy kupił ktoś dla córki. Ponoć miała urodziny i lubiła właśnie takie: musiały być róże. Czerwone."

Mam nadzieję, że dostrzegasz różnicę między Twoim zapisem, a moim. I rozumiesz, co chciałam podkreślić, wyrzucając przymiotnik "czerwone" poza zdanie.

Mogłabym mnożyć przykłady.
"Dzięki" Twoim uwagom potencjalny czytelnik może odnieść wrażenie, że w moim tekście roi się od błędów, co prawdą nie jest. A to już zupełnie mi się nie podoba.

To wszystko, co miałam do dodania.
mlodepioro dnia 22.12.2021 10:35
Cześć!
Co do oceny tekstu, nie raz się zastanawiam, jakie kryteria rządzą na Portalu, że czasami jesteś na górnej półce, czasami na dolnej i paradoksalnie tekst, który jest niżej, jest oceniany przez czytelników bardzo dobrze.

Co do samego Twojego tekstu - jest bardzo plastyczny, smutny, sentymentalny i dobrze się go czyta.

Uwagi do poprawności są cenne, bo faktycznie z doświadczenia wiem, że źle się czyta niepoprawnie zredagowaną książkę ;) ale właśnie - redagowanie i korekta - każda książka przed wydaniem wrzucana jest do "obróbki" i nawet u poczytnych pisarzy znajdziemy jakieś "niedoskonałości", dlatego nie przejmuj się uwagami. Pisz swoje, wyciągaj wnioski, ćwicz warsztat, a będzie znakomicie!

Pozdrawiam :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Darcon
17/01/2022 17:15
Podążanie swoją własną drogą nie powinno zależeć od zdania… »
Darcon
17/01/2022 17:08
Podobało mi się. :) Płynne dialogi, czyta się szybko, a i… »
KatarzynaKoziorowska
17/01/2022 16:41
Nurio, tak jak napisałam w wiadomości prywatnej, dziękuję Ci… »
Mareczek
17/01/2022 16:25
Fajna ta zimowa miłość.Wiersz nastraja… »
Carvedilol
17/01/2022 14:38
Dobra Cobra oczywiście, juz dawno prognozowano,że covid… »
Jacek Londyn
17/01/2022 14:34
Edyto, dziękuję za świetny komentarz. Ocena wystawiona… »
Nuria
17/01/2022 13:52
......................ożesz, ale ja ma skojarzenia.… »
Nuria
17/01/2022 13:39
Podzielam zdanie Floriana Konrada. czcigodna… »
Niczydar
17/01/2022 13:19
przyszycguzik Dziękuję za uwagi. Istotnie masz rację,… »
EDyta To
17/01/2022 12:50
Tacy właśnie jesteśmy. Ze szczepionkami czy bez. Świetnie… »
EDyta To
17/01/2022 12:24
Anno, a ja jestem pod wrażeniem Twojego komentarza :) Dawno… »
EDyta To
17/01/2022 12:21
Świetne. Pozdrawiam. »
Jacek Londyn
17/01/2022 11:26
Z tym mandatem... pewnie wiesz lepiej. Praca w służbach? :)»
AntoniGrycuk
17/01/2022 08:56
Tak na pierwszy rzut oka to trochę zbyt dużo przysłówków,… »
AntoniGrycuk
17/01/2022 08:48
niezapłacony - piszemy razem Jak brakuje wódy, to jeszcze… »
ShoutBox
  • ZielonyKwiat
  • 17/01/2022 17:14
  • Jasne, że szukałam. O Dialogu wiem. Dziękuję
  • Carvedilol
  • 17/01/2022 15:18
  • eria Spróbuj "Dialog"
  • Carvedilol
  • 17/01/2022 14:39
  • ZielonyKwiat w czasopismach to najłatwiej w wersji online, ale czy to wersja papierowa, czy wirtualna, wszędzie trzeba najpierw zgłosić tekst, szukałaś stron "czasopsima + dramat"? każda ma inne kryt
  • ZielonyKwiat
  • 16/01/2022 15:29
  • AntoniGrycuk, dziękuję za odzew. Pytałam jednak o możliwość opublikowania (np. w czasopismach). W konkursach nie biorę udziału.
  • AntoniGrycuk
  • 16/01/2022 15:18
  • Nie ma sprawy, nic nie chcę za tę poradę, jest za free ;)
  • AntoniGrycuk
  • 15/01/2022 22:51
  • ZielonyKwiat, poszukaj na aktualnekonkursy.pl, tam bywają konkursy na dramaty, na ksiązki, na opowiadania. Masz szanse.
  • ZielonyKwiat
  • 15/01/2022 19:01
  • Ktoś wie, gdzie można opublikować dramat/ sztukę teatralną?
  • Dobra Cobra
  • 15/01/2022 18:53
  • Oka, po prostu wyczytałem w Twoim wpisie cierpienie i poszedłem Ci na pomoc. A spacery i odetchniecie świeżym powietrzem zawsze aktualne dla kazdego. Pozdrawiam
  • AntoniGrycuk
  • 15/01/2022 15:29
  • DoCo, naprawdę, nie bierz tego do siebie, że ja w ten sposób pojmuję literaturę kobiecą. Niepotrzebnie tak sie przejmujesz. Wyjdź sobie na spacer, odetchnij świeżym powietrzem.
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas