Marta - mlodepioro
A A A

Marta

Milcząco do pokoju weszła kobieta. Była w średnim wieku, niewysoka, brunetka ze skrzętnie ułożonym na środku głowy kokiem. Ubrana była gustownie, zgodnie z trendami mody. Miała makijaż — delikatnie podkreślający jej wciąż dojrzałą, ale subtelną urodę. Migdałowe ciemne oczy świdrowały gołą pustkę powietrza. Ostrymi spojrzeniami cięła bezkresną przestrzeń, która w żaden sposób nie dodawała jej radości, czy uśmiechu. Posępnie skierowała się do łóżka, znajdującego się w lewym rogu pokoju. Był to starodawny, ręcznie stworzony mebel. Szła spokojnie, delikatnie, stawiając stopy na drewnianej posadzce pomieszczenia. Zmarszczyła brwi, bo młody mężczyzna wciąż leżał w tej samej pozycji, w jakiej zastała go wczoraj rano. Młodzieniec wydawał się całkiem nieobecny. Jakby jego myśli i głowę zaprzątały całkiem inne krainy i wyobrażenia życia. Twarz miał chudą, bladą i pociągłą. Na niej, jakby trochę schowane w pustkowiu bytu szkliły się ostatnimi siłami niebieskie oczy. Przekrwione białka, wyblakłe tęczówki zdradzały zagubienie, ból i ucieczkę — nie wiadomo przed kim lub przed czym... Postać leżącego na wznak młodego mężczyzny była tajemnicza i budziła pewnego rodzaju respekt wraz z nutą bojaźni. Najbliżsi bali się do niego podejść, zagadać, oderwać od czuwania nad tym, co tylko on widział. A patrzył w jeden i ten sam punkt na suficie. Czysty i biały.K

Kobieta usiadła na fotelu wyłożonym aksamitem, który stał tuż obok łóżka. Zatopiła się w jego miękkości. Gdy ciało kobiety bezwiednie ulokowało się w siedzisku, poczuła jak jakaś bezkresna troska wchodzi na barki. Kobietę w ułamku sekundy przygniótł, wzbierający smutek i żal, że nie potrafi naprawić tego, co zostało zepsute w tym młodym mężczyźnie. Zakłopotana kobieta położyła ciepłą dłoń na dłoń młodzieńca i kiwając głową na brak aprobaty, popłynęła jej łza. Tłusta i szczera łza toczyła się po pomarszczonej wiekiem twarzy.

— Synku, proszę cię obudź się wreszcie. Wróć do nas, do żywych! — szeptała kobieta. Dotykała nieustannie swoje dziecko, wierząc, że dotyk matczynego serca uleczy chore ciało syna. Milczał, jakby nie rozpoznawał głosu matki.

— Wróć do mnie, błagam cię, Tomaszku! — Tomasz obrócił gwałtownie twarz w kierunku matki. Patrzył na nią tępym wzrokiem. Niby ją widział, ale czuła, że myślami jest bardzo daleko. Nagle zacharczał. Zakrztusił się śliną i szepnął lekko się jąkając:

— Dlaczego jesteście dla mnie tacy okrutni?

— Kochanie, co ty mówisz?!

— Dlaczego nie akceptujecie naszej miłości?

— Jakiej miłości? Ty znowu swoje?!

— Mojej i jej. My się kochamy!

— To tylko miłość z twojej wyobraźni. Ona nie istnieje!

— I widzisz, po co mam wracać do żywych? Teraz to przynajmniej mogę z nią być... — Kobieta nie wytrzymała presji i coraz bardziej ciasnej atmosfery wokół syna. Zaczynała się dusić przygniatana całą tą sytuację i rozmową. Nie mogła znieść, że jej rodzone dziecko obwinia ją o niszczenie jego szczęścia. Od ponad roku tylko to pada z jego ust. Była bezradna pokonana wyimaginowanym światem. Nie mogła z nim walczyć, ponieważ całkowicie straciłaby syna.

Nerwowo wstała z fotela i udała się do kuchni, zamykając za sobą szczelnie drzwi od pokoju syna. De facto mieszkanie, w którym się znajdowała było mieszkaniem Tomasza, będące od jakiegoś czasu bytem między tym co realne, a tym co fikcyjne w głowie syna. Ten dziwny stan pojawił się nagle.

Pewnego razu Tomasz nie wstał do pracy, a pracował wraz z ojcem. Ojciec prowadził kancelarię notarialną. Tomasz mu w niej pomagał za wynagrodzenie. Nie przyszedł do pracy raz, potem drugi i czwarty, aż zdenerwowany ojciec, że praca i porządek w niej mu się wali, postanowił odwiedzić syna. Przyszedł do niego bez żadnej zapowiedzi. I wszystko mogłoby się wydawać normalne, jakby nie fakt, że Tomasz miał pozostawione otwarte drzwi. Ojciec niepewnie wszedł do środka. Chwilę zajęło mu odnalezienie syna praktycznie przykutego do łóżka. Słabo kontaktował. Patrzył tylko w ten jeden niewidzialny punkt, jakby ktoś tam mu się jawił. Rodzice wezwali księdza, który kadzidłami odstraszał złe moce; zamówili najlepszych lekarzy, którzy przepisując recepty truli lekarstwami chłopaka. Wszystko wydawało się przegrane, aż w końcu poznali lekarza leczącego rozmową. Spotykał się z młodzieńcem i z nim po prostu zaczął rozmawiać, pamiętając o uważnym słuchaniu i to zaczynało zdawać egzamin. Ten sposób leczenia pomagał Tomaszowi, ale tylko na chwilę. Z czasem jego stan zdrowia psychicznego pogarszał się i najbliżsi nie widzieli żadnych optymistycznych rokowań. Wszystko uwikłane było w tym nikomu nie znanym punkcie, który trzymał Tomasza przy życiu.

Kobieta stanęła w przedpokoju. Ogarnęła całą przestrzeń oczami, ukrywając wybuch łez. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Poszła do kuchni, aby w samotności wszystko przemyśleć, bo przecież tak nie da się funkcjonować.

To jest nienormalne zachowanie! Nie wiem, co się stało mojemu dziecku. Nikt nie potrafi mu pomóc, a on pomocy potrzebuje niczym pustelnik wody! Dlaczego medycy są głusi na jego wołania?! Nie rozumiem, jak można zostawić człowieka w potrzebie. Muszę go uratować! W końcu jestem jego matką!

Analizowała kobieta. Wkrótce się uspokoiła. Wypiła zaparzone wcześniej ziółka i zrobiła jeszcze obiad. Już dawno przestali korzystać ze służących i kucharek. Świat się zmienił. Zdrożał. Nie było w modzie już kimś się wysługiwać. Ugotowała Tomaszowi zupę, bo tylko je jadł i tolerował. Nakarmiła kilkunastoletniego syna niczym niemowlę i postanowiła wrócić do domu. Zostawiła go samemu sobie, ponieważ tego potrzebował. Zatrząsnęły się drzwi wyjściowe. W mieszkaniu nastała cisza. Za oknami robiło się już ciemno, ponieważ grudzień zbliżał się wielkimi krokami. Tomasz teraz mógł porozmawiać z ukochaną.

— Najdroższa jak się czujesz? — zapytał asekuracyjnie. Ale nikt, ani nic mu nie odpowiedziało. Chłopak musiał się mocniej skupić, aby zobaczyć ukochaną.

Stała w izbie dziennej. Drobna blondynka uśmiechała się w jego stronę. Trzymała w dłoniach gliniany dzban brudny od zaschniętego mleka. Dziewczyna sypnęła do jego wnętrza garść piasku. Następnie do dłoni wzięła coś co przypominało kamień. Włożyła wraz z nim rękę do środka i zaczęła energicznie trzeć o dno naczynia ciągle się uśmiechając. Tomasz widział ten jej śliczny uśmiech i zaangażowanie w umycie dzbanka. Po chwili blondynka wlała do środka wrzącą wodę, którą wcześniej gotowała na piecu. Para buchnęła z wąskiej szyjki naczynia. Dziewczyna gwałtownie się odsunęła, krzywiąc od ciepła.

— Kochanie! Uważaj na siebie! — Nieznajoma uśmiechnęła się za radą młodzieńca. Odlała wodę z piaskiem i dzban był czysty. Odłożyła go na drewnianą półkę, która przymocowana była wzdłuż ogromnego okapu.

— Jak się masz, Marto?! — zapytał ostrożnie błądzącą po kuchni dziewczynę. Ta pokiwała w milczeniu głową na znak, że wszystko jest w porządku.

— U mnie też wszystko dobrze. Matka trochę marudzi. Tęskniłem za tobą. — Na te słowa Marta stanęła na chwilę, wycierając mokre dłonie w fartuch zawiązany w pasie. Spojrzała na Tomasza nie dowierzając jego słowom. Poczuła jak rośnie w niej duma i wzruszenie, że ktoś tam daleko na nią czeka.

— Szkoda, że nie możemy widzieć się częściej... — Skwitował, a dziewczyna wzięła drewniane wiadro. Marszcząc czoło wyszła z chałupy na podwórko. Domowe ptactwo krążyło jej między nogami. Kury, kaczki, gęsi i indyki domagały się chwilowej uwagi ze strony gospodyni. Dziewczyna podeszła do studni. Zahaczyła wiadro o hak i opuściła je w ciemną otchłań. Nabrała krystalicznie czystą wodę, aby za chwilę wrócić z nią do domu.

Szarzyło się. Dzień dobiegła pomału końca. Dziewczyna szykowała się do odpoczynku. Widząc to wszystko Tomasz mocno posmutniał. Nie chciał kończyć spotkania z ukochaną.

— Szykujesz się do spania? — dopytywał skromnie. Marta wymownie się uśmiechnęła, przyznając mu rację. Ale nagle zaczęła się bacznie rozglądać po chałupie. Chodziła energicznie z izby do izby, jakby czegoś lub kogoś szukając.

— Czego szukasz, najdroższa? — Dziewczyna przystanęła na chwilę. Podniosła rękę wyżej i dała mu znak, żeby nie komentował tylko czekał. Tomasz odwzajemnił uśmiech, uzbrajając się w spokój. Marta szukała rodziców i młodszego rodzeństwa. Nikogo nie było. Dokądś poszli, ale dokąd nie wiedziała? Zastanawiała się, czy nieobecność rodziny miała uznać, jako wypadek przy pracy, czy może zacząć się martwić i ich szukać. Spojrzała pytająco na Tomasza, ale ten zamilkł. Nie potrafił ustosunkować się do całej sytuacji. Jednak Marta dała spokój złym myślom i poszła do niedużej drewnianej przybudówki. Od reszty chałupy odgrodzona była tylko cienką szmatą przepierzenia. Dziewczyna odgarnęła zasłonę tak, żeby młodzieniec nie opuszczał jej z oczu. W duchu modliła się, aby tylko rodzina nie przyszła wcześniej. W malutkim pomieszczeniu zapaliła szereg świec. Małych i dużych, owalnych i okrągłych. Wszystkie rozbłysnęły radością jasności. Następnie wyciągnęła drewnianą okrągłą banię. Tomasz zdziwił się, dlaczego ten ciężki przedmiot wyciąga z kąta chałupy.

— Co ty robisz? Dlaczego się szarpiesz z tą wanną? — Ale Marta stanowczo pokazała ukochanemu, aby milczał. Teraz nie był czas na rozmowy, bowiem czasu było coraz mniej. Młoda dziewczyna sięgnęła po drobne drwa. Włożyła je w otwór pod banią. Następnie poszła po wiadro wody, potem następne i jeszcze kilka. Wlewała wodę, a dno rozgrzewało się. Woda bulgotała od ciepła. Marta rzuciła niedbale lnianą szmatkę na dno bani i szykowała się do niebywałego misterium.

Stanęła na skraju drewnianej wanny, aby przejrzeć się w czystej wodzie. Wzięła wstążkę, którą miała w kieszeni domowej spódnicy. Związała włosy w piękny warkocz. Następnie podeszła do niedużego prostokątnego kufra, który chował w sobie cudowne przedmioty. Dziewczyna wyjęła kostkę mydła o zapachu płatków róży. Tomasz postawił oczy w słup. Dziwny uścisk złapał go w brzuchu. Poczuł nagle fruwające motyle. Chyba się podniecał, ale nie chciał tego zdradzić po sobie. Marta wróciła do bani i parującej w niej wodzie. Zalotnie rzuciła okiem w stronę Tomasza i demonstracyjnie, bardzo zaczepnie zaczęła się rozbierać. Na początku dystyngowanie rozpinała malutkie guziczki koszuli. Pomału i z wielką pieczołowitością zdejmowała z siebie wierzchnie odzianie. Najpierw uwolniła jedną rękę, potem drugą, aby na końcu zrzucić z siebie niepotrzebną szmatę. Stanęła naga. Jasne piersi odbijały się w migoczącym blasku świec. Tomasz wyostrzył wzrok i szeroko otworzył oczy. Za żadne skarby świata nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Marta wydawała mu się grzeczną i skromną dziewczyną, niezdolną do takich ekscesów. Podobała mu się jej pewnego rodzaju zadziorność i odwaga. Czekał z niecierpliwością na dalszy bieg wydarzeń.

Kiedy Marta wyswobodziła się z koszuli, przeszła do spódnicy. Niedbale rozwiązała wstążkę z tyłu talii. Spódnica się rozluźniła i jakby nieopacznie zsunęła z bioder dziewczyny. Marta zachichotała dziecięcym głosikiem, a Tomasz zamarł. Odebrało mu mowę. Dziewczyna okręciła się wokół osi kilka razy, a następnie schyliła w tak namiętny sposób, że na czole chłopaka pokazały się krople potu. Nagle się rozkojarzył i stał roztargnionym. Pobudzony zmysłowym ciałem ukochanej badał je niczym nowo odkryty ląd. Marcie to odpowiadało. Lubiła jak Tomasz zawiesza na niej oczy i wpatruje się w nią, jakby chciał ją zjeść, dosiąść i obudzić uśpione w dziewczynie zmysły.

Marta odwracając się pośladkami do Tomasza, ostrożnie weszła do bani. Zanurzyła się w przyjemnie ciepłej wodzie. Oblewała suchą skórę kilka razy przed natarciem się mydłem. Uwielbiała róże i ich zapach. Delikatna warstwa dotknęła jej skóry, a cudowny aromat rozpłynął się w powietrzu pod wpływem ciepła. Myła się spokojnymi i jednostajnymi ruchami, odsłaniając spod tafli wody każdą część ciała. Tomasz spoglądał na nią żarłocznie. Był głodny dotyku i bliskości. Wkrótce dziewczyna skończyła toaletę. Wstała, ostatni raz, malując się przed Tomaszem nagą. Pojedyncze krople wody krążyły po rozgrzanym ciele Marty. Zadarte i twarde sutki domagały się pieszczot, ale na to młodzieniec nie mógł sobie pozwolić. Młoda dziewczyna jednym sprawnym susem wyszła z bani, wytarła się w czystą gazę i włożyła coś co przypominało koszulę nocną. Pobudzony wyobraźnią Tomasz pragnął zobaczyć więcej, ale Marta była już zmęczona. W drodze do swojego łóżka zapaliła w piecu ogień, aby izby choć trochę się nagrzały zanim reszta domowników wróci. Radośnie zaszła do drugiej izby, która pełniła rolę wielkiej sypialni. Podzielona była na cztery części, każda otoczona przepierzeniem. W każdej cząstce znajdowało się łóżko domownika. W jednej spali rodzice, w drugiej ona, potem siostra, a w ostatniej brat. Marta schowała się w swoim przyjaznym kącie. Wkradła się szybko pod kołdrę i kładąc głowę na poduszkę, w locie wysłała Tomaszowi pocałunek. Odebrał go czule i wiernie przytulił do serca. Marta zasnęła.

Tomasz przymknął oczy. Świat Marty natychmiast zniknął niczym delikatna mgła wczesną jesienią. Nie został po tym spotkaniu żaden trwały ślad. Czuł tylko ogromne bicie serca i podniecenie ciała. Odprężył się i wyprostował. Nie miał pojęcia, że ktoś znowu go odwiedził. Nie dają mu spokoju. Nieustanne wycieczki monitorujące jego stan. Dość miał tego.

— Znowu to zrobiłeś? — Wycedził przez zęby kobiecy głos. Ciepły i wrażliwy. Trochę starsza od Tomasza kobieta usiadła tuż obok niego. Położyła na jego twarz dłoń.

— Jesteś zimny... — skwitowała — Dlaczego wciąż nam to robisz?

— Co robię?! — burknął chłopak.

— Nie słuchasz nas! Nie chcesz pomocy! Ciągle rozmawiasz z tą zjawą! To nie jest normalne zachowanie!

— To nie jest żadna zjawa! To jest Marta! Moja ukochana! — Podniósł się nerwowo. Kobieta odsunęła się, bo wyczuwała budzącą się w nim agresję.

— Zmyślasz, bracie...

— Matka cię nasłała, żeby znowu się nade mną pastwić?!

— Martwię się o ciebie...

— Nic nie rozumiesz... My się kochamy! Marta istnieje, mieszka na wsi z rodziną.

— W której wsi?! Gdzie? Podaj nazwę! Pojedziemy tam i ją odnajdziemy!

— Ta wieś nie ma nazwy...

— A ty znowu swoje...

— Kocham ją!

— Tomaszu, jesteś chory... Masz paranoję! To trzeba leczyć zanim będzie za późno...

— Nie rozumiesz mnie... A mówiłaś mi zawsze, że mnie pojmujesz i czujesz jak ja...

— Tomaszu, zawsze będę twoim wsparciem. Jestem twoją starszą siostrą, ale nie mogę patrzeć jak kochasz się w fikcji, w swoich mrzonkach! To jest jakiś absurd!

— Wyjdź stąd!

— Tomaszu, proszę!

— Wynoś się! Dajcie mi w końcu święty spokój! Wynoś się, słyszysz?! — krzyczał rozogniony młody mężczyzna. Siostra Tomasza z litością spojrzała na brata. Nie mogła mu pomóc, gdyż sam się bronił przed nią. Nie umiała do niego przemówić, że to co z nim się dzieje, to jest wyniszczająca go choroba. Jest za młody, aby każdego dnia tkwić w łóżku. Schudł, zrobił się nijako szary. Nie przypominał już dawnego uśmiechniętego Tomasza. Nic tu po niej. Trzeba wracać do domu, męża i dzieci. Wyszła bezszelestnie, zostawiając brata w ciszy i ciemności wieczoru.

Tomasz miał niespokojną noc. Co kilka godzin budził się mokry od potu i dziwnie rozdrażniony. Czuł ciągle nietypowe impulsy, które wbijały się w jego ciało niczym ostre noże. Miał wrażenie, jakby co jakiś czas był godzony tak silnym ciosem, że zapierało mu dech w piersiach. Dusił się. Nie potrafił się ogarnąć. Ten niepokój był na tyle dziwny, że jakby pojawiał się z jego wnętrza, a w szczególności z głowy. Nieustannie ktoś się do niego dobijał, a on przywarty zmęczeniem nie potrafił się obudzić i zareagować na wysyłane bodźce.

Pierwsze promienie nowego dnia musnęły w twarz Tomasza. Jasność pogodnego dnia wpłynęła pozytywnie na młodzieńca. Obudził się dość szybko. Rozejrzał po okolicy. W mieszkaniu jeszcze nikogo nie było. Skoczył na równe nogi, aby biegiem dojść do łazienki. Miał nagłą potrzebę fizjologiczną, ale nie chciał dawać najbliższym satysfakcję, że potrafi się jeszcze poruszać. Gdy oddał to, co mu zalegało w ciele, wrócił do sypialni ponownie, zanurzając się w miękkiej pościeli. Nie próżnował. Chciał wykorzystać ciszę do spotkania z ukochaną.

Zamknął oczy. Skupił się na tyle, aby móc zobaczyć Martę. Obraz kreował się niczym odbitki zdjęć, mglisty i niewyraźny. Powstawał ciężko i nieudolnie, jakby nie potrafił się skrystalizować. Jego wyobraźnia przybierała wielkich rozmiarów. Przypominała napompowany balon, który rozszerzony do maksymalnych kształtów grozi pęknięciem. Nie mógł na to pozwolić, aby wizja spotkania z ukochaną strzeliła niczym bańka mydlana. W końcu się udało. Zobaczył Martę, ale dziewczyna nietypowo się zachowywała. Stała na progu chałupy i jakby krzyczała. Energicznie kręciła głową w prawo i w lewo. Miała przekrwione oczy. Prawdopodobnie płakała. Czyżby płakała całą noc? Cóż mogło się wydarzyć, że wzburzyło jej harmonię ducha?

— Marto, co się dzieje? Dlaczego krzyczysz? — Dziewczyna z niespożytą radością odnalazła wzrok Tomasza i jakby się zapominając, chciała się rzucić na ukochanego i mocno się wtulić. W tym momencie potrzebowała bliskości Tomasza jak nigdy dotąd. Pragnęła poczuć wsparcie i bezpieczeństwo, które w tej chwili było zachwiane. Zatrzymała się w drodze. Oprzytomniała, że jest to niemożliwe. Tomasz widział jej bezradność i wielki smutek. Musiało wydarzyć się coś złego.

— Kochanie, co się stało? Gdzie masz rodzinę? — krzyknął, aby ukochana się uspokoiła i wróciła do równowagi. Ta nagle runęła na podłogę. Zaczęła konwulsyjnie się trząść i uderzać dłońmi o klepisko chałupy. Wskazywała na drzwi. Tak, jakby rodzice i rodzeństwo nie wróciło na noc. Marta wyła z bólu. Sprawiała wrażenie osoby rannej, która otrzymała cios prosto w serce. Zerwała się na równe nogi. Wybiegła na podwórko, gdzie dzień budził się wolno. Słońce ospale wschodziło na błękit nieba. Marta skierowała się na błotnistą drogę. A tam, jakby świat zwariował. W dali maszerowali mężczyźni. Jakieś opuszczone chałupy i stodoły były pożerane przez ogień. Wszędzie panował chaos. Kobiety i dzieci wrzeszczały i lamentowały, bo ich mężczyzn i ojców zabierano gdzieś w świat daleki. Szli gęsiego wystraszeni młodzi i starsi mężczyźni obdarci z godności i ubrań. Za nimi niczym cienie kroku dotrzymywali ubrani w zielone dobrze skrojone mundury, żołnierze. Mieli ze sobą ostrą broń. Świat się kończył, mówiono wszędzie. Marta stanęła zrozpaczona. Jakaś sąsiadka pocieszała ją. Pokazywała, jak wsadzali rodzinę dziewczyny do wózków i wywieźli. Wszystkich, którzy byli w kościele niczym bydło spakowali i porwali w nieznane.

— Matko Bosko! Czy to wojna?! Czy ci najeźdźcy porwali twoją rodzinę? Kochanie, tak strasznie mi przykro... — Marta to zrozumiała. Wiedziała, że zło zagościło wśród ludzi pokoju.

Młoda dziewczyna stała zdezorientowana i bezradna w obliczu całej tej sytuacji. Patrzyła raz w lewo, raz w prawo, kiedy wsie stawały w ogniu; bydło było zabijane, a świnie pieczone nad ogniskiem. Wszędzie słychać było ciężki, obcy język, który okoliczni mieszkańcy po prostu nie umieli. W powietrzu czuć było zbliżające się nieszczęście. Od teraz każdy dzień wydawał się niebezpieczny i szalony w ucieczce.

Tomasz przestał rozmawiać z ukochaną. To, co zobaczył wstrząsnęło nim bardzo mocno. Zrozumiał, że Marcie grozi niebezpieczeństwo. Tylko zastanawiał się jak jej pomóc? Nie miał wielu możliwości. Nagle młodzieniec usłyszał skrzypnięcie drzwi. Delikatny, ale konkretny krok rozbrzmiał po drewnianej podłodze. W progu sypialni stanęła matka Tomasza. Patrzyła na syna, gdy ten wracał do siebie. Był cały mokry od potu. Oczy miał zaropiałe, włosy bezczelnie stłamszone.

Znowu miał wizję. Stwierdziła w myślach.

Jej dziecko było niezwykle pobudzone. Wzrok miał rozbiegany, a oddech nierówny.

Miał niespokojną noc. Wizja musiała nadszarpnąć jego nerwy. Biedne dziecko...

Podeszła bliżej, utrzymując dystans. Zatrzymała się w nogach Tomasza. Oparła się o drewnianą ramę łóżka i rzekła cicho:

— Synku, wszystko w porządku? — Mówiąc to zdanie ostrożnie stawiała każde słowo, jakby bała się nagłego wylewu złości ze strony Tomasza. Chłopak rzucił nonszalancko wzrokiem na matkę, aby za chwilę odwrócić głowę z bezsilności. Kobieta była nieustępliwa:

— Tomaszu, co się dzieje?! Powiedz w końcu cokolwiek! — wrzasnęła rażona złym zachowaniem syna. Młodzieniec powrócił do poprzedniej pozycji i w tym momencie spłynęła po jego policzku łza. Okrągła i bezlitośnie żałosna. Matka zauważyła ten fakt i aż zaniemówiła. Doskoczyła do syna. Chwyciła go za dłoń i ponowiła próbę rozmowy:

— Synku, powiedz coś! Wyjaśnij mi ten stan? Błagam cię!

— Muszę jej pomóc...

— Komu, synku?

— Mojej Marcie!

— Skończ, proszę. To jest twoja fantazja! Jesteś chory!

— Nie jestem chory! Ona naprawdę istnieje! Potrzebuje pomocy! U niej jest wojna! Porwali jej rodzinę i wywieźli nie wiadomo dokąd! — Kobieta nerwowo położyła dłoń na czoło syna. Było zimne. Nie miał gorączki.

— Majaczysz!

— Wyjdź! Jak masz mnie pouczać jak mam żyć! Wyjdź i nie wracaj!

— Skarbie, dlaczego jesteś taki niedobry dla mnie? Urodziłam cię, wychowałam!

— Wydałaś mnie na świat, ale w żaden sposób nie potrafisz zrozumieć...

— Jak możesz?!

— Pomożesz jej?

— Nie! Jesteś szaleńcem! Przykro mi to mówić, ale potrzebujesz pomocy!

— Daj mi spokój... Idź już! — Tomasz palcem wskazującym pokazał matce drzwi wyjściowe. Kobieta doskonale odczytała zamiary i bez żadnych dodatkowych słów opuściła pokój i mieszkanie syna, aby znowu pozostawić go w głuchej ciszy i ciemności.

Tomasz zamknął oczy. Próbował znowu odwiedzić ukochaną Martę. Skupił całą swoją uwagę na tym, żeby przed jego oczami pokazał się obraz dziewczyny. Po krótkiej chwili zobaczył ukochaną. Siedziała na niskiej i tęgawej ławce przy kuchennym piecu. Tlił się powoli ogień. Wieczór był chłodny i nieprzyjemny. Dziewczyna obdarta ze spokoju ducha łkała. Rzewnie i mocno, zachłystując się żalem. Tomasz chciał rzucić się w ramiona ukochanej, aby dodać jej otuchy. Patrzyła na niego pełna bólu i zagubienia. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Do kogo iść po pomoc. Zewsząd słychać było strzały i krzyki, głośne gąsienice czołgów. Świat się kończył, przewracał się w ruinę. Dziewczyna nie umiała zrozumieć, dlaczego takie nieszczęście spotkało jej rodzinę. Co złego zrobiła, jaki grzech popełniła, że spadły na nią takie chmury gradu? Położyła się na cienkiej desce ławki. Ciepło pieca otulało ją przyjemną kołdrą wyciszenia. Miała wrażenie, jakby świat ciemniał i rozmazywał się. Widziała nierówne rysy domowych przedmiotów, aż w końcu usnęła. Potrzebowała odpoczynku i wytchnienia, ponieważ ostatnia noc była dla niej straszliwie męcząca i gorzka. Tomasz uspokoił się, chociaż na chwilę, że Marta jako tako odnalazła się w nowym położeniu. Mijały minuty, mijały godziny, a dziewczyna spała w najlepsze. Tomasz wciąż czuwał, jakby wziął na siebie obowiązek zadbania o bezpieczeństwo ukochanej. Nagle ogromnie przerażające trzaski i uderzenia w drzwi zbudziły Martę. Wstała gwałtownie lekko, zataczając się po letargu snu. Przy drzwiach stało dwóch rosłych mężczyzn w zielonych mundurach. Każdy z nich uzbrojony był w ostrą broń. Grube pasy spoczywały na ramionach, a lufy srebrzyły się w jasności księżyca.

— Proszę otworzyć drzwi! — Marta rzuciła błagalnym spojrzeniem na ukochanego. W ostatniej chwili zgasiła palenisko pieca. Mężczyźni łamali język tutejszych. Ich głosy były mocne, ostre i stanowcze. Marta, nie mogąc wytrzymać napięcia znowu się rozpłakała, a mężczyźni powtórzyli rozkaz:

— Otwieraj drzwi! Wiemy, że jesteś w środku! Musisz iść z nami, ale to już!

Dziewczyna trzęsła się niczym osika na wietrze. Pobladła i nie potrafiła racjonalnie myśleć. Strach sparaliżował jej ciało. Tomasz kręcił głową, aby nie zgadzała się i nie otwierała drzwi, ale zdenerwowanie po stronie żołnierzy rosło z minuty na minutę.

— Jeżeli nie otworzysz tych drzwi na trzy, to strzelimy! — warknął blondwłosy żołnierz. Marta przełknęła głośno ślinę i bez żadnego sprzeciwu wykonała polecenie. Otworzyła drzwi. Mężczyźni rzucili się do niej. Jeden z nich uderzył dziewczynę w twarz, rozcinając dolną wargę. Buchnęła krew. Czerwone krople niemiłosiernie kapały na jasną koszulę. Cios trochę oszołomił Martę. Poleciała lekko do tyłu, ale jeden z oprawców złapał ją za ramię. Z ledwością ustała na łamiących się nogach. Drugi z nich, chwycił dziewczynę za drugie ramię i niczym jutowy worek wyprowadzili ją z chałupy. Marta próbowała się jeszcze bronić, wić, kopać i szarpać, ale dłonie żołnierzy były zbyt silne dla kruchej dziewczyny. Tomasz patrzył na to wszystko z wielkim przerażeniem w oczach. Nie umiał zrozumieć tego, co się wydarzyło. Jak nagle człowiek stał się wilkiem dla człowieka. Nie pojmował, dlaczego brat zabija brata.

Żołnierze bez żadnej delikatności czy skrupułów ciągnęli Martę przez drogę w las. Z każdej strony zajeżdżały wozy pełne wystraszonych ludzi. Część z nich była pakowana na wielkie wozy ciężarowe i dokądś wywożona, druga ich połowa zaganiana jak bydło w głąb lasu, na wielką polanę. Tam kazano się im rozbierać do naga i na chłodzie stać wiele godzin, bez picia i jedzenia. Gołe kobiety, dzieci i mężczyźni znikali jeden po drugim bez śladu, wrzasku, pamięci.

Donieśli Martę do drewnianej budki, która znajdowała się tuż na granicy wsi a lasu. W budce z małym okienkiem siedział gruby facet — żołnierz, chyba wyższy rangą, bo oprawcy rzucili dziewczyną o ziemię, aby zasalutować grubasowi. Ten bełkotał niezrozumiale pod nosem. Poszedł do dziewczyny. Podniósł jej głowę i wejrzał w oczy. Były one mieszaniną emocji, bólu i chęci walki. Obrócił twarzą ofiary w każdą stronę, jakby chcąc odnaleźć odpowiedź na trudną zagadkę. Marta się wyrywała, bo jego dłonie były tłuste od potu i śmierdziały dziwną substancją. Brzydziła się go. Mężczyzna chyba zrozumiał powstały wstręt u dziewczyny i zdzielił ją w twarz. Cienka stróżka krwi wypłynęła z nosa. Kazał jej wstać. Marta podniosła się na drżących kolankach. Grubas zerwał z niej koszulę. Dziewczyna pełna zażenowania stanęła naga przed czerwonym na twarzy brzydalu. Mężczyzna rozkazał odsunąć się młodym żołnierzom. Został praktycznie sam na sam z Martą. Nagle ściągnął szeroki skórzany pas. Złożył go w pół i ile sił w ręce przyłożył nim przez nerki ofiary. Marta wybuchła płaczem, a przerażający ból spiorunował jej ciało. Nie potrafiła wytrzymać z cierpienia i skuliła się, osuwając na nogi. Stary żołnierz podszedł bliżej. Zaczął sapać nad wystraszoną dziewczyną, aż w końcu schylił się i włożył jej od tyłu dłoń między nogi. Marta poczuła piekący ból, kiedy grubas chciał wcisnąć palec w jej srom. Gdy próbował świdrować jej wnętrze, Marta nie wytrzymała. Obróciła się gwałtownie i ile sił pozostało w ciele, przyłożyła mężczyźnie kopniaka w krocze. Ten zakwilił z bólu, a pot jeszcze mocniej wystąpił mu na skroniach. Podskoczył kilka razy na jednej nocy, chcąc uśmierzyć niekomfortowe uczucie. Kiedy wrócił już do normalności, zorientował się, że Marta zaczęła uciekać. Zaczęła biec przed siebie w ciemny i gęsty las. Grubas nie mógł tak zostawić tej zniewagi. Rozkazała strzelać. Magazynki karabinów zostały naładowane. Pierwsze kule przebiły ciszę nieba. Huk wzniecił dzikie ptaki, które poszybowały wysoko pod księżyc. Marta nic sobie nie zrobiła z ostrzeżenia. Żołnierze skierowali się na dziewczynę. Seria nabojów cięła szumnie powietrze. Dziewczyna, tracąc siły uciekała przed złem. Kilka kul przeleciało tuż obok niej. Przeraziła się, ale jednocześnie zrozumiała, że zapukał do niej okrutny los. Zawołał ją do siebie. Nie miała odwrotu. Wysłała Tomaszowi ostatni bezsilny pocałunek, aby o niej pamiętał i nagle, całkiem nieoczekiwanie, jedna z kul wbiła się w samo serce dziewczyny. Marta zatrzymała się w ruchu, jakby na chwilę ktoś odebrał jej trzeźwość. Po chwili z ust sączyła się bordowa krew. Łapczywie, mocno, bezgranicznie. Zatoczyła ostatni okrąg życia, uśmiechając się do ukochanego, aby za chwilę paść. Umarła.

Tomasz aż zawył z bólu, który przeszył go na wskroś. Poczuł, jak w ułamku sekundy cały sens jego życia pęka niczym bańka mydlana albo porcelanowa figurka. Serce rozbiło się na setki milionów drobinek, które porwało beznamiętnie powietrze. Stracił oddech. Wielki ciężar spadł na jego klatkę piersiową, tłamsząc i dusząc jego istnienie. Marta zginęła! Umarła rozdarta z godności i honoru. Tomasz z tej olbrzymiej rozpaczy spadł z łóżka. Skulił się w kłębek wysoko podnosząc kolana i w transie łkał i zawodził do nieba, nie mogąc pojąć tego nieszczęścia. Nagle do pokoju wparowała jego matka. Nie wiedział czy ciągle była w mieszkaniu, czy przyszła z nieoczekiwaną wizytą. Podbiegła do zwiniętego w kłębek syna, chcąc go ratować

— Tomku, synu!

— Mamo, ona nie żyje! Umarła! — Kobieta przytuliła syna do piersi i wbijając w jego wychudzone ciało paznokcie, również zaczęła płakać na zmianę całując Tomasza w czoło.

Całkiem nieoczekiwanie zaczęły wyć syreny alarmowe. Potężny huk zawisł nad miastem. Ciężkie samoloty latały nad dachami kamienic i domów. Gdzieś w dali słychać było bicie kościelnych dzwonów. Kobieta chwyciła jeszcze mocniej Tomasza i cichym, nostalgicznym głosem rzekła:

— Synku, mamy wojnę!!!

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mlodepioro · dnia 22.12.2021 20:34 · Czytań: 335 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Marek Adam Grabowski
09/12/2022 11:18
Bardzo malownicze i wciągające opowiadanie. Marianie jesteś… »
alos
09/12/2022 01:12
No, pętla na Krzykach i okolice to moje ulubione miejsce we… »
alos
09/12/2022 01:10
Subtelnie wyrażone. Pozdrawiam. »
alos
09/12/2022 01:08
Bardzo ładnie poprowadzona strofa saficka. Klasyka :) »
alos
09/12/2022 01:06
Dzięki za komentarze. Pozdrawiam. »
Abi-syn
09/12/2022 00:40
no i super, nie ze wszystkim musimy się zgadzać, zaś… »
Abi-syn
09/12/2022 00:27
"Allons enfants de la Patrie" I naprzód marsz,… »
wolnyduch
09/12/2022 00:16
Re: Abi Wiesz z tymi fobiami, to msz nie do końca tak...… »
Abi-syn
09/12/2022 00:16
Darek: trafiony - zatopiony dawaj link do odsłuchania… »
wolnyduch
08/12/2022 23:57
Poruszający wiersz o problemie społecznym który niestety… »
Abi-syn
08/12/2022 23:56
Dzięki za komentarze, chciałbym się odwzajemnić, jak zwykle… »
wolnyduch
08/12/2022 23:52
Cześć Valerko/Wioletko Jak dla mnie jeden z lepszych… »
wolnyduch
08/12/2022 23:47
No tak, ja wiem, że neologizmy są różnie odbierane, ale ja… »
wolnyduch
08/12/2022 23:44
To dobrze Wiolinie, że jaśniej... Pozdrawiam przed snem. »
valeria
08/12/2022 19:43
Jak pięknie :) »
ShoutBox
  • akacjowa agnes
  • 07/12/2022 20:48
  • Dobry wieczór, szanowni Portalowicze. Gdyby ktoś znalazł kilkanaście wolnych minut i miałby ochotę posłuchać moich wierszy w Poczcie Poetyckiej Radia Koszalin, to serdecznie zapraszam. Link powyżej :)
  • Kobra
  • 02/12/2022 17:58
  • Pociengiel piękny link.
  • akacjowa agnes
  • 02/12/2022 11:28
  • Darcon, z tego co wiem, to lista była przedwczoraj u przedostatniego uczestnika. Czyli powinna już raczej dotrzeć do wszystkich :)
  • Darcon
  • 29/11/2022 10:35
  • Hej! Jak Wam idzie przekazywanie listy artystów konkursu Malowanie Słowem? Dotarła już do ostatniego uczestnika?
  • Wiktor Orzel
  • 27/11/2022 11:29
  • Napiszę do Ciebie na pw w tej sprawie ;)
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:sehunds
Wspierają nas