Niebo płacze, gdy umieramy - Dark
Proza » Historie z dreszczykiem » Niebo płacze, gdy umieramy
A A A

ROZDZIAŁ 1


Nie chciała tego, ale gdy usłyszała podniesione głosy w salonie, podbiegła do drzwi i zaczęła nasłuchiwać.

– Musimy oddać ją w ich ręce, nie mam pieniędzy, żeby dalej utrzymywać bachora – powiedziała matka.

– Mnie to nie obchodzi, wasze dziecko i wasza sprawa. – Babcia w głosie miała obojętność przyprawiającą o gęsią skórkę na ciele.

– Niech się uczy samodzielności. Dostaniemy jeszcze za to pieniądze. Jacek, zrób tak jak ci mówiłam.

Ojciec milczał. Nauczony był wykonywać polecenia na zawołanie. Nigdy nawet nie kiwnął palcem, aby się sprzeciwić. Siedział na taborecie ze wzrokiem skierowanym w stronę podłogi. Kuchnię, w której przebywał wraz z resztą, osnuwała jedynie lekka poświata za sprawą świecącej na suficie żarówki bez żadnej obudowy.

– Ja? Nie, no... Jasne, że tak, co zechcesz, kochanie.

– Jestem pewna, że ci ludzie z ogłoszenia będą dawać jej żreć, a reszta mnie nie obchodzi.

– Nie ma problemu – bełkotał pijany ojciec, starając się dogodzić partnerce. – Jeżeli zostanie tutaj, niewiele będziemy mieli z niej pożytku.

– Jeszcze przed narodzinami mówiłam, że to będzie tylko problem – westchnęła po raz kolejny babcia.

Dziewczynka, skulona w pokoju obok, usłyszała upadające krzesło – to matka z furią dźwignęła się od stołu. Gotowa w każdej chwili wejść do środka. Na stole zabrzęczały butelki po winie. Łucja z przerażeniem schowała się pod kocem na swoim łóżku.

Chcą mnie stąd wywieźć i oddać w ręce obcym ludziom. Przecież mam dopiero jedenaście lat... A co, jeśli tamci będą źli?

Decyzja zapadła. Zostało jej tylko kilka godzin.


Dziewczyna, zrozpaczona i zapłakana, postanowiła poszukać gdzieś pomocy. Podniosła się i na czworakach spojrzała w dół przez szybę w oknie. Zobaczyła tam bawiące się dziecko sąsiadów. Siedziało w piaskownicy i budowało konstrukcję z piasku.

Złapała za klamkę i przymierzała się, żeby zeskoczyć na zewnątrz. Do ziemi miała jakieś niecałe dwa metry. Dzięki Bogu, mieszkali na parterze. Mimo to bała się, że jak upadnie, to stłucze sobie kolano. Zaryzykowała.

– Hej! – wołała, biegnąc już w stronę rówieśnika. Tamten odwrócony był plecami. – Moi rodzice chcą mnie gdzieś wywieźć! Idź do swoich i im o tym powiedz!

– To co? Nie podchodź, bo zniszczysz mi zamek. Ja ze swoimi w przyszłym tygodniu też jadę na wycieczkę. – W głosie dziecięca naiwność.

Nie wiedziała, jak dalej ubierać zaistniałą sytuację w słowa. Dookoła bloki, na środku okrągły plac. Słońce powoli zaczynało zachodzić na niebie. Ktoś w oddali kosił trawę. Poczuła się bezsilna i z płaczem zawróciła. Wbiegła na swoją klatkę schodową i zapukała do sąsiada z naprzeciwka, szukając ostatniej deski ratunku.

– Czego!? – Stary alkoholik nie lubił, gdy zakłócało się jego popołudniową sielankę. – Wypierdalaj!

– To ja, przyszłam po pomoc. – Złapała za klamkę i weszła nieśmiało do środka. Zamknęła za sobą skrzypiące drzwi i wpatrywała się, jak ten człowiek siedzi przed telewizorem w samych majtkach.

– Aaa. Córka sąsiada. Czego chcesz? – Zaczął przełączać programy w telewizorze, bo oglądał w tej chwili porno bez dźwięku. Zorientował się właśnie, że zapomniał zamknąć drzwi na zamek.

– Nic… Ja tylko...

Stary poprawiał w tym momencie swoje krocze. Fiut stał mu nieprzerwanie, więc postanowił, że założy nogę na nogę.

– Jeżeli chcesz pożyczyć jaja czy mąkę, czy co tam, do kurwy nędzy, wam się uwidziało, to lodówkę masz tam. – Wskazał brudną ręką kierunek, skupiając się na teleturnieju, który pojawił się na ekranie.

Ściany w drugim pomieszczeniu kleiły się od tłuszczu. Pod żyrandolem latały chmary much, a w zlewie leżał wczorajszy bełt. Łucja z obrzydzeniem weszła tam i rzeczywiście zaczęła szukać czegoś w lodówce. Nie wiedziała, jak wyjść z tej niekomfortowej sytuacji, więc udawała, że faktycznie przyszła tu właśnie po to.

Gdy otworzyła drzwiczki, zobaczyła wewnątrz butelki alkoholu i zapleśniałe konserwy. Jajka leżały na półce, całe wysmarowane kurzym gównem i piórami. Złapała z obrzydzeniem za jedno i wróciła do pokoju.

– Proszę pana, moi rodzice... – zaczęła, zbierając się na odwagę i stojąc na progu z jajkiem w rączkach.

– Twoi rodzice powinni płacić mi za to podbieranie jedzenia – wycharczał, a Łucja zauważyła, że między nogami na bokserkach ma teraz plamę. Poczuła, jak to mieszkanie śmierdzi i zrobiło jej się niedobrze. Coraz bardziej zawstydzona, spanikowana i zmieszana, odwróciła się w stronę wyjścia.

– Chyba nie miałaś pietra, co? Powiedz mamie, żeby odwiedziła mnie kiedyś w nocy, jak tatuś będzie już spał! – Usłyszała wrzawę za plecami po zamknięciu drzwi.

Załamana stanęła w miejscu i schowała twarz w dłoniach, nie dostrzegając już w nikim cienia nadziei.

– Łucja, gdzie jesteś!? – krzyczała babcia, wychylając się zza progu i zerkając na klatkę schodową. – Wracaj tu natychmiast! Co masz taką minę, jakbyś zaraz miała beczeć? Za to skakanie z okna dostaniesz zaraz po dupie!

– Przepraszam, babciu.

– Co ty masz w ręce? Ukradłaś to? – Babcia zdzieliła dziewczynkę po twarzy, zasadziła jej dwa policzki i zaciągnęła za kołnierz do środka. – Już ja cię nauczę manier!

– Mamo! – krzyczała, żywiąc ostatnią otuchę. – Co wy chcecie ze mną zrobić?

– Nie grymaś. Nie mamy z ojcem pieniędzy. Pójdziesz gdzie indziej i tam będą cię karmić.

– Jak to? Nie będę już miała mamy i taty?

– Będziesz miała innych rodziców, z ogłoszenia. To tacy ludzie, co dadzą nam pieniążki w zamian za twoje nowe życie. – Zarechotała, a jej uśmiech ozdobiony był jedynie dwoma zgniłymi zębami. Paliła papierosa, wydychając dym nosem.

– Dzwoń do nich – zaproponowała babcia.

– Stary wysłał SMS-a. Trzeba kontaktować się możliwie jak najmniej. Tak czy inaczej: pojedzie w umówione miejsce, kiedy odpiszą. I wszystko załatwione. Podobno płacą pięćdziesiąt tysięcy! Wyobrażacie sobie? Będziesz tam miała swój pokoik. – Pogłaskała małą po głowie i zamyśliła się i na chwilę. Byle mieć na wódę i papierochy, resztę niech szlag trafi.

– Nie cieszysz się? Będziesz miała własny pokoik, taki jak tutaj. Tylko lepszy.

– Dobrze, mamo. – Starała się już nie dąsać. Może głupio zrobiła, że chciała powiedzieć o tym innym. Przecież rodzice zawsze chcą dla dziecka jak najlepiej. Przynajmniej tak słyszała kiedyś w telewizorze.

Stuknęły znowu drzwi wyjściowe, do uszu docierały dźwięki stawianych kroków. Ojciec szedł już załatwić samochód na wieczór. Słychać było zataczanie się. Ciekawe, w jaki sposób uda mu się to zrobić. Był pierdołą, ale jednak zawsze znajdował sposób.

– Czego tam wypatrujesz? Ocknij się i pomóż jeszcze sprzątać, póki tu jesteś! – skrzeczała złośliwie babcia.

Jacy oni nieprzyjemni dzisiaj. Trudno jest to wytrzymać. Nie rozmyślając dłużej, dziewczynka chwyciła za stojące butelki na stole i zaczęła wrzucać je do worka wyjętego z szuflady. Śmierdziało z nich strasznie, a w środku pogaszone były wypalone kiepy. Małej chciało się wymiotować, ale zacisnęła zęby i robiła dalej, co do niej należało. Może nowy dom rzeczywiście okaże się lepszy. Tutaj ludzie bardzo dużo pili i byli nieuprzejmi wobec niej. Mimo że przecież starała się być grzeczna, tak jak pani w szkole kazała.

– Coś mi się wydaje, że młoda ma jakieś pretensje, patrz, jak ciska tym szkłem. Powoli! - Skrzeczała dalej babcia, rozciągając każde zdanie. Łucja to właśnie jej obawiała się najbardziej.

Na zewnątrz coraz mocniej się ściemniało. Mała wróciła do swojego pokoju, położyła się na łóżku i zaczęła wpatrywać się w sufit. Po kilku dłużących się godzinach w oknie pojawiać zaczęły się zbliżające światła.

– Już czas. – Usłyszała niesione echem słowa. – Ciesz się, jedziesz na wycieczkę! Pakuj plecak, smarkulo! – Mama tryskała energią, a babcia jej wturowała.

Co to był za dziwny świat? Tego miała się dopiero dowiedzieć.


ROZDZIAŁ 2


Stali na opuszczonym peronie w Krośnie, czekając, aż ktoś się zjawi. Nagle za ich plecami pojawiły się dwie osoby: kobieta z mężczyzną.

– To ty jesteś Łucja Kulig? Bardzo nam miło – odezwała się nieznana postać w sukience. – Jak się masz?

– Dobrze.

Mężczyzna przywitał się z ojcem dziewczynki. Podali sobie dłonie i odeszli na bok. Słychać było szepty i szelest papieru.

– Będziesz mówiła na nas ciocia i wujek, zgoda? Zajmiemy się teraz tobą, zgodnie z wolą twoich rodziców. Nie musisz się nas obawiać. Jak się czujesz? Daj mi swój plecak, to zaniosę go do samochodu. Chodź ze mną. – Chwyciła małą za rękaw swetra i pociągnęła za sobą. Złapała zbyt mocno i stanowczo.

Łucja została wepchnięta na tył samochodu, a kobieta usiadła za kierownicą. W tym samym czasie mężczyźni rozeszli się, podając sobie dłonie po raz drugi – tym razem na pożegnanie. Wujek widoczny w przedniej szybie wracał do nich, odpalając papierosa.

– Mieszkamy na działce pełnej kwiatów, zobaczysz – odezwała się ciocia. – Natura obdarzyła nas pięknym widokiem na morze. Będziesz widziała je ze swojego pokoju. Na pewno się ucieszysz, jak będziemy już na miejscu.

Drzwi po prawej stronie otworzyły się i obok dziewczynki usiadł drugi nieznajomy. Zaczął się do niej uśmiechać.

– Lubisz pieski? – zapytał. – Mamy na działce jednego, myślę, że się zaprzyjaźnicie.

– No nie wiem... Wolę koty.

– Jego na pewno polubisz. To nasz wierny przyjaciel.

Poklepał ją po kolanie i przytrzymał rękę na jej nodze. Łucja poczuła dyskomfort, bo gdy samochód ruszył, ręka przesunęła się wyżej.

– Wabi się Drakula. Wiesz, dlaczego? Bo ma zęby podobne do wampira.

Odsunął rękę i złapał papierosa, którego trzymał przez cały czas w ustach. Patrzył na nią z ukosa, przez cały czas się uśmiechając.

– Będzie super – podsumował, odrywając od niej w końcu swój wzrok, zerkając teraz przez szybę na zewnątrz.

– Widzimy, że jesteś trochę zdezorientowana – niósł się głos z przodu – ale powinnaś zacząć się przyzwyczajać. Należysz teraz do nas, rozumiesz? Musisz to zaakceptować. Widzisz, każdy ma swoje zmartwienia, a tam, gdzie mieszkałaś, wcale nie było przyjemnie, prawda?

Zachowywała kamienną twarz, zerkając na nią przez lusterko wsteczne.

– Widzę, że na mnie nie patrzysz. Może nie wzbudzamy jeszcze twojego zaufania, ale z czasem to się zmieni. Czas leczy rany, jak to mówią.

– Dobrze, ciociu – oszołomiona tym wszystkim, odpowiedziała jedynie w ten sposób. Wszystko to wydawało jej się dziwne i nie na miejscu, a zdezorientowanie niemalże paraliżowało.

Ramię nadal mi pulsuje, od kiedy mnie złapała...

Przez resztę długich godzin, ciągnących się w nieskończoność, jechali w milczeniu. Mimo wszystko nieznajomi osiągnęli już niewielki sukces. Młoda nazwała mnie ciocią – pomyślała kobieta.

– Za moment wysiadamy.


Jechali przez dzikie lasy, a na dworze półmrok przeobrażał w czerń i widoczność praktycznie spadała do zera. Jedynie światła z przodu oświetlały gruntową drogę, rozciągniętą jakby w nicość.

– W telewizji mówili, że dzieci to największy skarb – odezwała się niespodziewanie Łucja. Chciała jakoś, na swój sposób, zwrócić uwagę na to, że przecież nie może jej się stać krzywda, bo jako dziecko zwyczajnie na to nie zasługuje.

– Bystra jesteś. – Wujek znowu się uśmiechał. – A o skarb trzeba dbać. Pamiętaj.

Pogłaskał ją znowu w tym samym miejscu, co wcześniej, tym razem na szczęście szybko zabierając rękę z powrotem.

– Szalenie się cieszymy, że tu z nami jesteś.

Pojazd skręcił w lewo i wjechał na posesję. Wydawała się zwyczajna, nieco schowana za żywopłotem. W oddali słychać było szczekającego psa. Przez uchylone okna do samochodu wpadało teraz przyjemne, świeże powietrze. Zrobiło się też o wiele chłodniej niż wcześniej.

Wysiedli z auta i dziewczynka znowu została złapana za ramię, tym razem z obu stron. Prowadzili ją przed siebie, w kierunku posiadłości.

– Oto nasz dobytek. Mała chatka w lesie. – Mężczyzna cały czas szczerzył te swoje zęby. – Zanim wejdziesz do środka, chcieliśmy ci coś jeszcze pokazać.

Przeszli na drugą stronę domu i napawali się widokiem.

– Z tej strony otacza nas jedynie woda, a z drugiej tylko las. Będziesz mogła swobodnie poruszać się po okolicy, nawet pod naszą nieobecność. Bez samochodu nie da się stąd wydostać. – Ciotka patrzyła na nią spode łba, a wujek wracał i wchodził już do środka chaty. Słychać było, jak przekręca się zamek w drzwiach. W tym samym momencie na podwórko wybiegł ogromny doberman.

– Nie bój się, tobie nic teraz nie zrobi. Jedynie, gdy będzie do tego zmuszony.


ROZDZIAŁ 3


Dziewczynka obudziła się cała zlana potem, słysząc, że na parterze pod nią coś się dzieje. Odgłosy podobne były do szarpaniny. Usiadła na łóżku i wsłuchiwała się w dalszy bieg wydarzeń.

Trzaskały drzwi, pies szczekał, ludzie poruszali się gwałtownymi ruchami. Oszołomiona i zaspana słuchała, jak hałas rozchodził się jeszcze przez parę minut, po czym ustał.

Przerażona rozejrzała się dookoła. Nie pamiętała, kiedy zasnęła, ani też jak wchodziła do tego pomieszczenia poprzedniego dnia. Wszędzie gołe ściany pomalowane na biały kolor. Żadnego obrazka czy też pamiątki, nie było nawet kwiatów. Zero ozdób, jedynie stolik koło łóżka i jedno okno bez zasłon, wyrażające pustkę.

Zerknęła na zewnątrz, zastanawiając się, czy będzie wysoko. Nie było. Tak jak poprzednim razem, mogła zeskoczyć na dół bez żadnego problemu, tyle że tutaj nie miało to większego sensu. Zawróciła więc i postanowiła, że odważy się zejść na dół, mimo że strasznie się tego obawiała. W połowie schodów zaczęły docierać do niej pierwsze wyraźne głosy.

– Ciężko było?

– Nawet nie, ale silny był sukinsyn. Gdyby nie izolacja, to pewnie obudziłby młodą.

Zmroziło ją. Zatkała sobie uszy i stała zamurowana, w ogóle się nie ruszając. Zaczęła wyobrażać sobie, że wcale się jeszcze nie obudziła. Mijały tak sekundy, a rzeczywistość okazała się brutalna.

– Hej. Co ty wyprawiasz? Zejdź tu do nas. Chodź, to przedstawię ci naszą kucharkę. Wczoraj bardzo szybko zasnęłaś, wiesz? – Usłyszała głos cioci i otwierając oczy, zobaczyła, że ta stoi parę schodków niżej, zachęcając ją do zejścia i gestykulując przy tym ręką. Łucja jeszcze przez chwilę nie mogła dojść do siebie i oswoić się z sytuacją, po czym dała się namówić.

– Ta kobieta przy kuchence to pani Dorota. Tak będziesz się do niej zwracać, dobrze? – Dzisiaj ciocia wydawała się o wiele bardziej ludzka niż wczoraj.

– A gdzie wujek? Jak się obudziłam, to słyszałam dziwne odgłosy...

– Wujek pracuje. Ma swój gabinet – ucięła temat i kazała jej usiąść przy nakrytym stole.

Kucharka przez cały ten czas skierowana była do nich plecami i nie odezwała się słowem. Wyglądała na zgarbioną kobietę po sześćdziesiątce, była ubrana w pomiętą i wyblakłą podomkę. Dopiero po chwili odwróciła się, trzymając w ręce parujący garnek. Zaczęła przy stole nalewać zupę do dwóch talerzy, po czym wróciła na swoje miejsce. Prezentowała się strasznie ponuro – niczym posąg: sztucznie i bez wyrazu.

Pies w tym czasie siedział w kącie i bacznie wszystko obserwował. Wydawał się zasapany, jakby parę chwil wcześniej trochę się zmęczył. Dyszał ciężko i wystawiał jęzor.

– Jedz, bo ja też zaraz wychodzę. Mamy dzisiaj dużo do załatwienia. Musisz wiedzieć, że nie jesteś jedynym dzieckiem tutaj. Kręci się ich trochę w okolicy. Przyzwyczaj się, że będziesz widywać czasami kogoś, zwłaszcza jeśli skierujesz się w stronę morza, które pokazywaliśmy ci wczoraj wieczorem.

– Będę miała koleżanki?

– Idź połazić, jak dokończysz zupę, sama się przekonasz. To nasza mała kraina. Prowadzimy tutaj firmę z wujkiem, wiesz?

– Mhm – przytaknęła.

– No więc, tak jak ci powiedziałam – odchrząknęła – ja za moment też idę pracować.

Po tym, jak to powiedziała, przesiedziała kilka minut w ciszy, po czym wstała, niosąc brudne naczynie. Cisnęła je do zlewu, nawet nie patrząc. Niewiele było w tym szacunku; pozostałości z zupy opryskały gosposię, ale ta nawet nie zwróciła na to uwagi. Po prostu dalej wykonywała swoje obowiązki. Będzie musiała zacząć teraz sprzątać i to wszystko. Tak wyglądało to z perspektywy osoby trzeciej.

Drzwi otworzyły się i zamknęły, ciotki już nie było. Zostały same.

– Proszę pani – zwróciła się do starszej kobiety – co tutaj się stało dziś rano?

Chwila ciszy.

– Nie powinnaś ze mną rozmawiać.

– Wydawało mi się, że ktoś krzyczy.

– Widzisz, młoda damo, najwyraźniej musiałaś się przesłyszeć. Mogłaś mieć koszmar, a po przebudzeniu wydawało ci się, że to dzieje się naprawdę. Czasami tak się zdarza, zwłaszcza w nowych miejscach i sytuacjach, w których człowiek narażony jest na stres. Odbyłaś długą podróż.

Słuchanie jej nawet przez tak krótki moment było męczące, bo wypowiadała zdania w sposób bardzo nużący i monotonny. Łucja znała takie próby ze szkoły: kiedy jej rówieśnicy przy tablicy starali się przed nauczycielem recytować wyuczone na pamięć regułki.

Zaczęła rozglądać się po kuchni. Dostrzegła dookoła kilka par różnych drzwi, nie licząc tych wyjściowych. Zastanawiała się, co znajduje się za resztą i czy ktoś tam mógł przebywać, tak jak ona na górze. Na razie nikogo już nie słyszała i nie miała odwagi zadawać kolejnych pytań.

Dokończyła jedzenie, po czym wstała i po prostu wyszła się przejść, niechcący trzaskając za sobą drzwiami. Gdy schodziła ze stopni na trawnik, usłyszała za sobą szlochanie. Okna były uchylone i słychać było to wyraźnie. Kimkolwiek była tamta kobieta, tłumiła w sobie spore ilości emocji, tylko że nie okazywała ich wśród ludzi. Charczała przeciągle, wycierając nos o brudny fartuch.

Okolica okazała się bardzo przygnębiająca i senna. W powietrzu czuć było wilgoć, a na niebie pojawiły się nadciągające chmury, zwiastujące burzę. Łucja poszła w kierunku ścieżki wydeptanej za domem, ta skierowana była w stronę wody. Wszędzie roznosiły się dźwięki ćwierkania ptaków i bzyczenia owadów, których nazw nie zdążyła jeszcze przyswoić. Ciekawiło ją, kiedy będzie mogła wrócić do szkoły i nadrobić braki.

Ostatecznie wyszła na plażę, a dalej rozciągało się już tylko morze, muskane niesionym z oddali wiatrem. Kiedy tak wpatrywała się w tę pustą przestrzeń, widok zaczął powodować w niej coś takiego, że poczuła się bezsilna i jeszcze bardziej przygnębiona.

– Jak tu smutno.

Zerknęła w prawo, potem w lewo: w oddali dostrzegła małe sylwetki dzieci mniej więcej w jej wieku, oświetlane ostatnimi promieniami słońca skrywającego się już powoli za chmurami. Tak jak ona, wszyscy patrzyli na rozciągającą się w nieskończoność niebieską aurę, zakrapianą z chwili na chwilę coraz to większą ilością padającej mżawki.

Na niebie zaczynało się ściemniać. Postacie oddalone o setki metrów od siebie zaczęły poruszać się z powrotem w kierunku lasu. Łucja widząc to, powoli, ze spuszczoną głową, również zaczęła wracać, skąd przyszła. Pewnie każdy z nas ma tutaj swoje ścieżki – pomyślała. Chwilę później rozpętała się burza.


ROZDZIAŁ 4


Drugą połowę dnia Łucja spędziła w swoich czterech ścianach. Leżała na łóżku i wpatrywała się w sufit. Gardło jej się zacisnęło, bo zaczęła tęsknić za domem. Nie rozumiała za wiele z tej sytuacji, wiedziała tylko, że prędko tam nie wróci.

Gdy zaczął zapadać wieczór, burza lekko się uspokoiła. Słychać było jeszcze, jak deszcz postukuje o parapet, ale poza tym zrobiło się cicho i spokojnie.

Wcześniej podskakiwała za każdym razem, gdy na zewnątrz uderzał piorun, pewna, że zaraz ktoś wejdzie do jej pokoju, mając na celu wyrządzenie jej krzywdy.

Była rozkojarzona, zmęczona i przez cały czas płakała, a gdy brakowało jej łez, odwracała się na brzuch, chowając twarz w poduszkę. Z czasem nawet udało jej się na chwilę zdrzemnąć, a gdy już się ocknęła, stwierdziła, że musi iść się wysikać. Nie wiedziała nawet, gdzie tu jest łazienka.

Gdy schodziła po cichu na dół, zobaczyła otwarte drzwi. Jedne z tych, które tak ją intrygowały podczas śniadania dzisiaj rano. Wydawało jej się przez chwilę, że widzi tam postacie z wosku; wzrostem podobne do niej, ustawione w rzędzie pod ścianą. Im bliżej podchodziła, tym mniej miała ochotę na nie patrzeć. Z bliska wydawały się blade, śliskie i senne. Zastanawiała się, dlaczego mają zamknięte oczy. Rączki skrzyżowane, nogi wystawione do przodu. W przeróżnych pozach, na kolanach, wygięte do tyłu, całe podziurawione. Widać było, że jest ich więcej, reszta chowała się w dalszej części pomieszczenia. Poza tym drzwi były tylko lekko uchylone, przez to nie mogła im się lepiej przyjrzeć.

Nagle w progu stanęła gosposia Dorota. Usta miała zaciśnięte tak, jakby na siłę starała się ich nie otworzyć. Drgały delikatnie, poruszając się w górę i w dół.

– Dziecko, nigdy więcej się tak nie skradaj! Rozumiesz? Nigdy więcej się tak nie skradaj! – Zatrzasnęła drzwi i stanęła nieruchomo. Zastanawiała się, co dalej, po czym podeszła do zlewu i zaczęła myć ręce, które wcześniej chowała pod fartuchem.

Po paru chwilach zza drzwi wyszła chuda pani w okularach, a za nią wysoki facet o pociągłej twarzy. Nie widziała ich wcześniej, byli nowi i na pierwszy rzut oka nie wzbudzali sympatii.

Mężczyzna trzymał w prawej ręce walizkę, a drugą zamykał drzwi na klucz. W pokoju zapadła grobowa cisza, przesiąknięta nieprzyjemnym zapachem, wydobywającym się z tamtego pomieszczenia. Łucja skojarzyła ten odór ze smrodem, jaki czuła raz w piwnicy, gdy babcia z nieżyjącym już dziadkiem odcinali siekierą kurze łby. Odzierali je później ze skóry i piór, a ona podglądała wszystko ze schodów, mimo że miała zakaz wchodzenia do środka. Odważyła się ten jeden, jedyny raz.

– Hej, dziewczynko – odezwała się kobieta – jesteś tu nowa, prawda?

– Chciałam pójść do toalety. – Zmieszała się.

– Musisz wyjść na zewnątrz – powiedział ten drugi, drapiąc już teraz psa za uchem. To zwierzę bacznie pilnowało drzwi wyjściowych, leżąc koło nich przez cały dzień. – To taka zbita z desek komórka, jaką mają na wsiach. Byłaś kiedyś na takiej prawdziwej wsi, na przykład u dziadków na wakacjach? Skąd pochodzisz?

– Z Krosna. To w województwie podkarpackim.

– No widzisz. Mądra jesteś. Znasz nazwy wszystkich województw?

– Prawie. – Dziewczyna zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę, bojąc się, że dłużej nie wytrzyma.

– Chodź z nami, zaprowadzimy cię.

Gdy zbliżyła się do obcego mężczyzny, poczuła dodatkowo woń spirytusu. Przypomniała sobie, jak dziadek dezynfekował czasem zadrapania, których doznawał przy zabijaniu hodowlanych zwierząt. Mieszkali wtedy gdzie indziej, mieli jeszcze gospodarstwo, zanim przeprowadzili się do bloków. Tam hodowali też króliki i świnie. Ostatecznie wszystkie znikały, a za gnojem pojawiały się coraz to nowsze plamy ze świeżo ubitą ziemią. Zapytała kiedyś dziadka, czy to jest cmentarz zwierząt, a ten odrzekł ze złością, żeby się nie interesowała, bo jest na to jeszcze za młoda.

– Widzisz, tam stoi. – Wskazał palcem miejsce, gdzie miała się wypróżnić. Łucja uśmiechnęła się do nich sztucznie i zaczęła iść w tamtym kierunku. W połowie drogi odwróciła się na chwilę, zobaczyła, jak kobieta wsiada do samochodu. Mężczyzna przed odpaleniem silnika zapakował jeszcze walizkę do bagażnika. W tym samym momencie z domu wyszła Dorota i kierowała się w ich stronę, niosąc coś w rękach.

Dziewczynka będąc już w środku wychodka, słyszała odgłosy przypominające kruszenie lodu.

– Jak myślisz? Zdążyła zobaczyć?

– Możliwe. Ja... Przepraszam. Nie domknęłam tych cholernych drzwi... – tłumaczyła się Dorota.

– Zabierz te łapska, poradzę sobie!

Padło jeszcze kilka niewyraźnych zdań, po czym auto odjechało. Gdy zrobiła swoje i wyszła na zewnątrz, nikogo już tam nie było. Wróciła więc do domu.

– Proszę pani, kim byli ci ludzie? To znajomi wujka i cioci?

– Nie zawracaj mi teraz głowy! – wykrzyczała, stojąc przez cały czas przy tym swoim zlewie. Nalewała wodę do niebieskich woreczków, które wkłada się do zamrażarki. Drakula warknął, ukazując w końcu swoje kły. Rzeczywiście prezentowały się jak u wampira.

Przestraszona i zdezorientowana Łucja zaczęła wbiegać z powrotem na piętro, standardowo chowając się chwilę później pod kocem na łóżku.

Jak tu dziwnie i strasznie. Nic z tego nie rozumiem.

Zaczęła znowu płakać.


ROZDZIAŁ 5


Następnego dnia o poranku wstała, zeszła na dół, zjadła przygotowane przez gosposię śniadanie i wyszła w kierunku morza. W domu nic się nie działo, oprócz milczącej Doroty nie zastała tym razem nikogo.

Gdy weszła na plażę, z początku też ziało pustką. Zaczęła z nudów budować z piasku tamę, później bawić się kamieniami i puszczać kaczki, w końcu spoczęła na brzegu i siedziała tak w jednym miejscu. Dookoła cisza, nad głową latające mewy. Senne lato, za plecami las, przed nią woda.

Spędziła tak dobre pół godziny, aż wreszcie usłyszała dźwięki niesione z oddali. Brzmiało to jak próba grania na jakimś instrumencie. Zaczęła szukać wzrokiem źródła tej melodii i rzeczywiście okazało się, że po prawej stronie na horyzoncie majaczy plama przypominająca postać.

Wstała, otrzepała się z piasku i postanowiła, że z wolna wybierze się na spacer w tamtą stronę. Szła, udając, że szuka kolorowych kamyków, ciągle schylając się po następne. Nie była pewna, czy tamta osoba będzie przyjazna, więc nie chciała od razu rzucać się w oczy.

Po przejściu kilkuset metrów sylwetka rysowała się coraz wyraźniej. Przypominała dziecko grające na fujarce. Strasznie fałszowało i nie dało się tego słuchać. Przynajmniej dzięki temu Łucja nabrała pewności, że raczej nic jej tym razem nie grozi. Przyśpieszyła kroku i postanowiła przywitać się z nieznajomym.

– Hej – mruknęła nieśmiało – mogę się dosiąść i posłuchać, jak grasz?

Tamta postać spojrzała na nią pewnie i kiwnęła głową. Była to dziewczynka na oko w jej wieku, nawet tej samej postury.

– Strasznie pusto dzisiaj, wczoraj widziałam tutaj więcej ludzi z daleka.

– Przeważnie większe grupy pojawiają się wieczorami. Im więcej czasu tu spędzisz, tym więcej nocek będziesz zarywać.

– Co robić?

– Zarywać nocki. Tak nazywają to ci trochę starsi, a ja odgapiłam – powiedziała z dumą, wciąż w sposób pewny i zdecydowany. Nie było czuć w niej nieśmiałości.

– Dlaczego tak się dzieje? Będzie coraz straszniej?

– Strasznie podobno ma być, jak trafisz do pokoju lalek. Aleks tak twierdzi.

– Ty też je widziałaś? Boże, były okropne!

– Ja nawet byłam w środku – przechwalała się. – To stamtąd udało mi się zabrać ten flet. – Podniosła go do góry. – Przetrzymują tam nasze osobiste rzeczy z plecaka. Ale tego, do kogo należał, pewnie odesłali już do domu.

Łucję zamurowało. Miała mnóstwo pytań, ale nie wiedziała, które zadać jako pierwsze.

– To jak udało ci się tam dostać? Nikt cię nie przyłapał?

– Mam swoje sposoby. Sztuczek nauczył mnie Aleks. Jest na wyspie najdłużej, bo ukrywa się w lesie.

– Jesteśmy na wyspie!?

– Tak nazywają to miejsce starsi, a ja odgapiłam.

– Dziwne te lalki, co? I śmierdzą... Wczoraj też udało mi się je zobaczyć.

– E tam, ja się nie bałam. Jedna przypominała nawet z wyglądu moją koleżankę, którą odesłali już do rodziców parę dni temu. Było tam też dużo narzędzi, podobnych do tych, które mój ojciec trzymał w garażu. I strasznie tam zimno! Jedynie to mi przeszkadzało.

– Co ty gadasz? Powiedziałaś, że odesłali ją z powrotem?

– Podobno tak. Aleks powiedział mi, że to nieprawda. Użył nawet sformułowania „gówno prawda” – rzekła te słowa z uśmieszkiem na twarzy – tylko że on wygaduje różne niestworzone rzeczy. Wydaje mi się, że jest dziwny i chce nastraszyć w ten sposób resztę.

– Nikt go nie szuka?

– Danka powiedziała, że wróci, jak zgłodnieje. To moja gosposia. A ciotka z wujkiem mówili mi, że stąd można wydostać się jedynie samochodem.

– Mi też o tym mówili. Co w ogóle o nich sądzisz?

– A co mam sądzić? Rodzice pozbyli się mnie, bo byłam dla nich ciężarem. Teraz tutaj mieszkam. Nawet nie chcę tam wracać, bo mój ojciec się na mnie wyżywał. Tłukł mnie kablem od telewizora, a później nie przepraszał. Mam nawet blizny do teraz, zwłaszcza na plecach i tyłku. Matce robił to samo, wyobrażasz sobie? Lubił to wszystko nagrywać, a później zamykał się w kiblu i dziwnie jęczał, jak chciałam iść siku. – Skrzywiła się na moment i splunęła na ziemię obok Łucji. – Tutaj czasami też nie jest lekko, ale jak masz sposoby, to dasz sobie radę. Dopóki cię nie odeślą.

– Współczuję ci, też nie miałam lekko. A za ile dni nas odsyłają?

– Strasznie dużo pytań zadajesz, a ja chciałam trochę pograć – oburzyła się w końcu.

– Dobrze, już nie będę... – Wstała trochę obrażona i postanowiła, że wróci na swoją ścieżkę. Ta melodia była fatalna i nie miała jednak ochoty na wsłuchiwanie się. Straciła humor, bo nadal niewiele się dowiedziała, ale zyskała przynajmniej informację, że to wszystko jest jedynie tymczasowe.

W sumie nie najgorzej, muszę się tylko przyzwyczaić, wtedy będę jak ona.

– Jak spotkasz Aleksa, to pozdrów go ode mnie! – krzyczała. – Lubi straszyć nowych i opowiadać im historie jak z horrorów! To prawdziwy świr! – Zaczęła chichotać, a Łucja przyśpieszyła kroku, bo nie chciała dłużej z nią przebywać.

– Zagram ci jeszcze na pożegnanie!

Krzywo grana melodia stała się nie do zniesienia. Łucja zaczęła biec, pewna, że w przyszłości nie zaprzyjaźni się z tą dziwną dziewczyną.


ROZDZIAŁ 6


Kolejnego dnia pogoda znowu okazała się nieprzewidywalna i zerwał się silny wiatr. Łucja miała nadzieję na wyjście i poszukanie kolejnych potencjalnych znajomych, lecz silne podmuchy, wpadające z impetem w chatę, wybiły jej to z głowy. Zastanawiała się, co będzie robić przez cały dzień, skoro tutaj można jedynie siedzieć i ewentualnie pochodzić sobie w kółko.

Z dołu dochodziło ujadanie Drakuli. Skomlał jak kundel, co przyprawiało o dreszcze. Tym razem burza będzie potwornie silna.

Dziewczynka usłyszała kroki na schodach. Do pokoju weszła Dorota.

– Idziesz się przejść.

– Słucham?

– To co słyszałaś, zbieraj się. Pójdziesz połazić po sąsiadach. Zapytasz o przepis na obiad. Będą wiedzieć, o co chodzi. Powiesz, że ja cię przysłałam.

– W taką pogodę? Proszę pani, burza idzie!

– Tak, w taką pogodę. Im szybciej się zbierzesz, tym szybciej wrócisz!

Trzasnęła drzwiami i zostawiła ją samą z kłębkiem myśli kołaczących się po głowie.

Co to za kucharka, co nie zna przepisu na obiad!

Ubrała buty i nałożyła na siebie sweter. Więcej ciuchów nawet nie miała, a przydałaby się teraz nieprzemakalna kurtka. Zeszła na dół i chciała zapytać chociaż o parasol, ale zobaczyła, że Drakula stoi na środku kuchni, patrzy w jej kierunku i warczy.

– Pośpiesz się, bo psa denerwujesz!

Łucja wybiegła z domu, nawet nie domykając drzwi i nie oglądając się za siebie. Na dworze podmuchy przybierały na sile i z minuty na minutę stawało się coraz ciemniej. Bzyczenie owadów ustało, zwiastując tak zwaną ciszę przed burzą. Nie było czasu, musiała się śpieszyć.

Wicher spychał ją na bok. Chciała biec prosto, ale nie było to takie łatwe. Zapierało jej dech w piersiach, zwłaszcza kiedy widziała w oddali rozbłyski i słyszała grzmoty.

Z trudem dobrnęła do plaży, zastanawiając się, w którą stronę teraz skręcić. Obawiała się tej ścieżyny po prawej, bo pamiętała o nieprzyjemnym spotkaniu poprzedniego dnia. Nie chciała po raz kolejny napatoczyć się na tę zarozumiałą dziewczynę.

Skręciła w lewo i miała nadzieję, że ten wybór okaże się słuszny. Postanowiła wejść do pierwszej lepszej chaty, jaką uda jej się znaleźć po drodze.

Na plaży totalna pustka. Drzewa w pobliżu tylko szumiały nieprzyjemnie i piasek podrywał się do góry, wpadając do oczu i powodując jeszcze większy dyskomfort.

W końcu zatrzymała się przy ścieżce, która szła w kierunku lasu. Pomyślała, że to musi być tutaj, bo prezentowała się identycznie do tej, przez którą wracała do swojej chaty. Na końcu rzeczywiście stał dom, a w środku włączone było światło. Podbiegła pod drzwi i zapukała.

Postała parę sekund, dysząc ciężko, po czym zobaczyła przed sobą starszą panią. Wyglądała podobnie do Doroty.

– Czego?

– Przyszłam po przepis – wydukała, trzęsąc się.

– Aaa, tak, wejdź. Usiądź sobie tutaj i czekaj.

W środku mniej więcej ta sama kompozycja i układ. Podobna kuchnia i drzwi dookoła. Nawet psa mieli identycznego, ale ten wydawał się nie przejmować tym, że na zewnątrz za moment zacznie walić piorunami. Usiadła na taborecie i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Czuła, że musi szybko wracać, ale nie zanosiło się na to. Gospodyni przed nią zdawała się jej nie zauważać. Zaczęła zmywać naczynia, nie patrząc w ogóle w jej kierunku.

– Proszę pani, zaraz będzie lało, chciałabym zdążyć...

– Posiedzisz tutaj chwilę i zaczekasz.

– Mam poczekać, aż skończy pani zmywać?

– Masz poczekać tak długo, jak trzeba – napomknęła, w ogóle nie przejmując się zaistniałą sytuacją. W tym momencie Łucja zaczęła się niecierpliwić. Wierciła się na stołku, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Rozejrzała się jeszcze raz dookoła. Wszystko wydawało się niemalże identyczne, nawet schody w rogu, które zawijały się na piętro. Ciekawe, czy ktoś tam teraz jest – myślała. Z kolei za nią musiał znajdować się pokój dla lalek, jeśli tylko wszystko tutaj jest tak zsynchronizowane. Postanowiła, że w końcu musi zacząć wykazywać się odwagą i zadawać konkretne pytania.

– A czy na górze ktoś mieszka?

– Aktualnie nie ma nikogo. Chłopaczek rozmyślił się na chwilę, bo wyobrażał sobie Bóg wie co.

W dalszym ciągu nawet nie odwróciła się na moment, ale przynajmniej jej ton był przyswajalny.

– Ma na imię Aleks?

– Tak, ma na imię Aleks. Nic dziwnego, że już o nim słyszałaś, trochę narobił tutaj zamieszania.

– Bo jest szalony?

– Szalony? To pojęcie względne, kochanie. Mimo wszystko, gdyby udało ci się go spotkać, nie próbuj nawet słuchać tego, co mówi. Powinnaś słuchać wujka i cioci. Nikogo poza tym. A to biedne dziecko wróci tutaj prędzej czy później.

Łucja zbierała się na odwagę, żeby pytać dalej. Szykowała tym razem naprawdę skok na głęboką wodę, nie wiedząc, jaka będzie reakcja.

– A czy w tym pokoju za mną też znajdują się lalki?

Gospodyni wypadł talerz podczas płukania i roztrzaskał się z hukiem o ziemię. Pies w tym samym czasie poderwał się z miejsca, w którym do tej chwili słodko drzemał i zaczął przeraźliwie głośno szczekać. Na zewnątrz mignęła kolejna błyskawica. Burza zbliżała się w nieubłaganym tempie.

– Barlow, przestań! Siad! Powiedziałam: siad! Uspokój się!

Donośny głos zadziałał i pies oblizując się, z powrotem położył się na wykładzinie. Łucja cała pobladła i dotarło do niej, że posunęła się jednak o krok za daleko.

– Słuchaj, młoda damo. Ciesz się, że trafiłaś na mnie, bo w innym przypadku mogłoby się zrobić nieprzyjemnie – powiedziała ze spokojem, szukając zmiotki pod zlewem. – Ja życzę wam jak najlepiej, niestety, rzeczywistość jest, jaka jest. Każdy orze, jak może, płacą mi, to tu jestem. Jaki ja w ogóle miałam wybór? No, powiedz mi. Zgarnęli mnie prosto z ulicy, nie miałam przy sobie nawet dowodu osobistego. W tym wieku za robienie gały po melinach nie chcieli już płacić kokosów. Powiedz mi, dziecko, jaki ja miałam wybór? Zdechnąć na bruku albo przyjść tutaj i udawać, że niczego nie widzę, ot co. Wierz mi. – Popatrzyła jej po raz pierwszy w oczy – Ja nie biorę w tym udziału. Nie pomagam im, jak te inne ździry... W tym, co tam robią.

Dziewczynka nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić. Kobieta wydawała się w porządku, ale gadała jakoś dziwnie, od rzeczy. Widać było, że bardzo to przeżywa i że boli ją coś od środka, a nie do końca ma wpływ na to wszystko, nie ma pojęcia, jak temu czemuś zapobiec. Łucja widziała już taki widok w życiu, gdy mama wparowała jej kiedyś do pokoju nad ranem, trzęsąc się, i powiedziała, że potrzebuje drobnych z jej skarbonki, bo jest chora i musi kupić sobie lekarstwa. Ten sam wyraz twarzy, tylko okoliczności inne.

– To ja może już pójdę. – Dziewczynka nie wiedziała, co mówi się w takich sytuacjach. Oczywiście, wtedy pieniądze oddała. Małą skarbonkę trzymała zawsze pod poduszką, żeby nikt jej niczego nie ukradł. Mama wróciła po paru godzinach, zataczając się, i bełkotała, że ma ich wszystkich w dupie.

– Idź, słońce, nie obchodzi mnie, że za wcześnie. Niech ich wszystkich piekło pochłonie – stwierdziła kobieta ponuro, zamiatając ostatnie kawałki szkła z podłogi. Pies zawył przeciągle.

Młoda ruszyła do wyjścia i zeszła w stronę ścieżki. Biegła coraz szybciej, a jej sweter nadymał się i powiewał na wietrze. Droga powrotna okazała się bardzo nieprzyjemna. Przez coraz mniejszą widoczność parę razy potknęła się o coś i upadła. Raz po raz zaciskała mocno wargi i parła przed siebie, wiedząc, że już niedaleko. Gdy znalazła się na plaży, przypomniała sobie o najgorszym.

Przecież nawet nie dała mi przepisu, po który tam poszłam!

Teraz nie było już odwrotu, bo na niebie zaczęły rysować się coraz mocniejsze pioruny. Uderzały gdzieś niedaleko, wywołując coraz większy chaos, przenikający przez głowę i powodujący chwilowy paraliż. Deszcz spadł nagle. Bez żadnej litości runął w jednej sekundzie, pogarszając jeszcze bardziej widoczność i podtapiając dołki, w jakie wpadała, gdy stawiała kolejne wymuszone kroki. Pogoda zamieniła tę wyprawę w piekło, ale tego można było się spodziewać od początku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że docierała powoli na miejsce, ale bez tego, po co została wysłana. Chodziło jej po głowie, czy tym razem znowu zrobi się nieprzyjemnie. W tym samym czasie wbiegła na swoje podwórko. Zamurowało ją, gdy zobaczyła na podjeździe obcy samochód. Tak dużego auta jeszcze nie widziała. Wielka ciężarówka zaparkowana tyłem do wejścia frontowego.

Bez względu na szalejący deszcz schowała się za żywopłotem i obserwowała ludzi wynoszących coś z domu. Pojazd zasłaniał większość tego, co mogła dostrzec, dlatego zaczęła poruszać się wzdłuż zarośli, żeby zapewnić sobie lepszą widoczność.

Przerażenie zamieniło się w panikę, gdy dostrzegła tam wynoszone na rękach dzieci, jedno po drugim, przez nieznanych mężczyzn. Na chwilę ją zamurowało, ale to musiały być przecież te sztuczne kukły! To nie mogły być stworzenia takie jak ona!

A jednak ręce i nogi dyndały im bezwiednie w nieładzie, a wrzucane do środka tira wywoływały głuche łupnięcia. Ile razy w swoim życiu Łucja słyszała takie niesione echem odgłosy? Za każdym razem, gdy upadała na podłogę, skakała niedawno z okna czy przewracała się w lesie jeszcze przed momentem. Odgłosy zapowiadające stłuczone kolano, wyrastający na głowie guz czy zwichniętą kostkę.

Nie chciała tego oglądać, a tym bardziej słuchać. Dźwięki te wydawały jej się najbardziej przerażające we wszechświecie, a widok przyprawiał o mdłości. Stare, zużyte rzeczy, ciskane jak worki na śmieci; jedne na drugie, nawet nie patrzono w ich stronę. Mężczyźni odwracali się cali mokrzy i wracali po resztę – tak w kółko. Kamienne twarze nie wyrażały w ogóle emocji – nie dało się ich odczytać.

Łucja stała w miejscu, wiedząc, że nie może się tam teraz pojawić. Pewnie nakrzyczeliby na nią i znowu zrobiłaby się fatalna atmosfera. Postanowiła przeczekać to wszystko tutaj, wśród krzewów i zarośli, z dala od drzew. Pamiętała, że przyciągają pioruny, tego nauczyła się jeszcze w szkole.

Minęło tak dobre pół godziny, po czym trzasnęły drzwi od przyczepy. Pojazd powoli ruszył w kierunku, z którego została tutaj przywieziona parę dni temu. Wstała przemoknięta do suchej nitki i ruszyła niespiesznym krokiem w stronę chaty. W środku Dorota zmywała mopem podłogę, gdzie roiło się od brudnych śladów, które wydeptały ścieżkę od pokoju lalek do wyjścia.

– Stój! Nie właź mi tu z buciorami teraz! I zdejmij ubranie na zewnątrz, zaraz przyniosę ci ręcznik!

Dziewczynka zrobiła, co jej kazano i stała bez ubrań, szczękając zębami na werandzie. Nagle w drzwiach za nią pojawił się wujek i zaczął jej się przyglądać.

– Gdzie ty się podziewałaś w taką niepogodę, hmm? – powiedział, bez cienia wstydu mierząc ją wzrokiem i uśmiechając się jak zawsze. – Mogłaś się przeziębić.

– To… To… Pani Do-Dorot-ta... M-i... Kazał-ła. – Czuła wstyd i zażenowanie, jakiego nigdy w życiu jeszcze nie doznała. Odwróciła się tyłem, pochylając głowę do ziemi i zaczęła szlochać. Który to już raz w tym okropnym miejscu? Tego nie potrafiła już nawet zliczyć.

– No już, zaraz zrobi ci się cieplej. – Wcale nie wyglądał na kogoś o dobrych zamiarach, ale ostatecznie okrył ją ręcznikiem i pozwolił wejść do środka. – Idź, ciocia zaparzyła dla ciebie gorące kakao – szydził z niej.

Napawał się tym widokiem, ile mógł, aż w końcu Łucja zniknęła mu z oczu. Nie wszedł już za nią do środka.

– Bój się Boga, dziecko, jak ty wyglądasz – westchnęła ciocia i zaprowadziła ją za rękę do łazienki. – Weź doprowadź się tu do porządku, a ja przyniosę ci zaraz suche rzeczy.

– Przynajmniej w końcu prysznic wzięła – mruknęła pod nosem Dorota, ale tylko tak, żeby nie słyszał tego nikt poza nią samą. Nie spytała nawet o przepis, od którego zaczęła się cała ta wycieczka dzisiaj. Właściwie to nie zapytał o niego żaden domownik. Łucja wróciła do swojego pokoju, zastanawiając się, co to wszystko miało znaczyć. Była jeszcze dzieckiem, a świat dorosłych musiał być bardziej skomplikowany, niż jej się do tej pory wydawało.


ROZDZIAŁ 7


Wierciła się na łóżku, nie mogąc przez ten cały czas zasnąć. Przewracanie z boku na bok, wracanie do poprzedniej pozycji, minuty ciągnące się całą wieczność. W głowie miała dzisiejszy dzień; wrażenie, jakie na niej wywarł, powodowało, że zaczynała mieć mętlik w głowie. Samotność ma niekiedy zalety, bo można zastanowić się w spokoju nad wieloma rzeczami, ale w tym przypadku myśli wywołały jedynie jeszcze większe zmęczenie. Nie chciała tego, ale nie mogła nic na to poradzić. W jej wyobraźni szalało tornado, w kółko prowokujące żmudno-naiwny proces udawania, że to wszystko dobrze się dla niej skończy.

W końcu wstała i wyjrzała przez okno. Księżyc świecił jasno, a gwiazdy nieprzesłonięte były chmurami. Wiatr lekko powiewał, przyprowadzając za sobą zapach morskiej bryzy. Łucja zachłysnęła się tym klimatem i postanowiła wyjść na zewnątrz.

Wiedziała, że dołem się nie wydostanie, bo drzwi na pewno są już zamknięte na klucz. Postanowiła więc otworzyć okno i zeskoczyć na dół. Przypomniała sobie, jak robiła to u siebie w bloku, zaledwie parę dni temu. Doświadczyła małego déjà vu – odczucia podobne, przez cały ten czas nabuzowana była skrajnymi emocjami.

Szła powoli ścieżką i wyszła na plażę, nawet nie oglądając się w tym czasie za siebie. Nie czuła strachu, lęk przed ciemnością minął tej nocy jak ręką odjął. Gdy teraz spojrzała jeszcze raz w niebo, dokładnie widziała nadchodzącą pełnię. Morskie fale rozbijały się przed nią o brzeg, zostawiając za sobą pianę. Było bardzo miło, piasek pod nogami wydawał się jeszcze rozgrzany. Nawet nie zabrała ze sobą butów, szła w koszuli nocnej, myślami wracając do przyjemnych chwil ze swojego życia. Nie było ich wiele, mimo to szukała ich z uporem w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu, mając ochotę na chociaż chwilowe poczucie delikatnej ulgi. To miejsce pomagało jej w tym, zwłaszcza teraz, o tej porze.

Była w trakcie nasycania się tym wszystkim, głosy w oddali usłyszała dopiero po chwili. Otworzyła szybko oczy i starała się dostrzec, do kogo należały. Przed nią, jakieś sto metrów dalej, zobaczyła dwie osoby zbliżone do siebie. Leżały na ziemi i wpatrywały się w gwiazdy.

Pewnie nawet mnie nie usłyszeli.

Znowu poczuła w sobie delikatny opór przed ruszeniem naprzód, lecz ciekawość ostatecznie zwyciężyła nad rozsądkiem i zaczęła znów poruszać się w ich stronę. Teraz już wiedziała na sto procent, że jedno z nich to dziewczyna, a drugie to chłopak. Podeszła do nich i nabrała pewności siebie – pora wykazać się w końcu prawdziwą odwagą.

– Hej, pięknie tu o tej porze. Wiecie, gdzie dokładnie się znajdujemy?

Tamci poderwali się, lekko zaskoczeni. Nie spodziewali się teraz towarzystwa.

– Na północy. Masz przed sobą Morze Bałtyckie. – Chłopak wydawał się starszy od niej. Dziewczyna obok mogła być w podobnym wieku. Sprawiali wrażenie dojrzałych, ale wciąż jeszcze byli dziećmi. Usiadła obok nich.

– Zarwałam pierwszą nockę, nie mogłam w ogóle zasnąć. – Podparła ręce na kolanach, podnosząc głowę do góry. Wiatr w tym czasie muskał jej szyję, przynosząc przyjemne łaskotanie.

– Widzę, że ktoś nauczył cię naszych tekstów.

– Tak. Dziewczyna grająca na flecie. Kazała cię pozdrowić.

– Mogłem się domyślić, że Zośka. Masz do niej najbliżej. – Na jego twarzy pojawił się mały grymas. Zadziorny uśmieszek, wywołujący niesmak. – Pełno tu nowych, pojawiają się i znikają. Ja jestem Aleks, a to moja dziewczyna, Tina. – Podali sobie ręce, wymieniając się imionami.

– Domyśliłam się. Nasłuchałam się już, że jesteś szalony i ukrywasz się w lesie.

– Szaleńcem nazwą każdego, kto wychyla się poza szereg, zapamiętaj to sobie. – Wpatrywał się w przestrzeń, mając w oczach iskierki. Łucja starała się go rozgryźć.

– Jak można nazywać szaleńcem kogoś, kto chce się stąd wydostać? – podsumowała dziewczyna po jego lewej stronie.

– A skąd bierzesz jedzenie? – Łucja kierowała pytania wyłącznie do niego.

Aleks wskazał kciukiem na Tinę.

– Gromadzi zapasy i przynosi je tutaj w nocy. Chowamy je w naszej kryjówce. Nakryłaś nas. – Zaśmiał się, podnosząc rękę, w której trzymał suchą kromkę chleba. – Nagromadziliśmy żarcia na tydzień. Uciekamy stąd jutro w nocy, bo dzisiaj zaczęły się zbiory.

– Co to są zbiory? Miałam dzisiaj fatalny dzień właśnie...

– Wywalają stare odpady. Będą czaić się na nowe mięsko, takie jak ty na przykład. – Spoważniał i popatrzył jej w oczy, poprawiając swoje oparcie na łokciu. – Nie wiem, czy jest sens ci wszystko wyjaśniać. Nie mam już na to siły. Mieliśmy kiedyś grupkę, planowaliśmy zwiać wszyscy razem. Ostatecznie zostaliśmy tylko we dwoje. – Przełknął ślinę, a wzrok wbił w ziemię. Tina głaskała go ręką po ramieniu.

– Co się stało? – nalegała na odpowiedź Łucja.

– Nikomu nie można tu ufać, po prostu. – Wzruszył ramionami.

– No, powiedz coś więcej. Zośki nie polubiłam, ale wy od razu wydaliście się w porządku.

– Powiedzieć ci coś więcej o niej? To właśnie tę sukę miałem na myśli, mówiąc to wszystko. Dobrze, chcesz wiedzieć, to ci powiem. I tak wszyscy skończycie na dnie tego morza, które masz przed sobą. – Wskazał ręką kierunek i zaczął podnosić głos. – Tak. Co patrzysz na mnie w taki sposób? Jeszcze nie wiesz, po co tu jesteś? Zaraz ci powiem, ale pewnie i tak mi nie uwierzysz. Będziesz żyła tą swoją nadzieją do samego końca, jak większość dzieciaków tutaj. Zośka należała do tych niedowiarków, a przynajmniej tak mi się z początku zdawało. Mam opowiadać dalej? To słuchaj. Zabrałem ją raz do pomieszczenia, gdzie przetrzymują te wszystkie trupy, żeby jej udowodnić, że mam rację. Tak, dobrze słyszałaś: trupy. I wiesz co? Napawała się tym widokiem, bo podświadomie tego właśnie chciała. Żeby zabrać ją w to niedostępne miejsce. Dobrze wiedziała, czego się spodziewać, od początku. Tam leżało pełno martwych dzieci, a ta nazwała je lalkami... Zabrała flet z jednego plecaka i powiedziała, że będzie grała im wszystkim na pożegnanie. To wariatka...

Zaśmiał się, sam przez to nie brzmiąc lepiej. Kiwał głową na boki, ugniatając palcami kulki z pieczywa.

– Któregoś razu bawiliśmy się wszyscy w chowanego przy plaży. To było zanim postanowiłem się ukrywać – kontynuował. – Mieliśmy jeszcze jedną znajomą w naszej paczce. Za wszelką cenę chciała ukryć się przed nami tak, aby nikt jej nie znalazł. Wpadła na głupi pomysł, żeby schować się pod wodą. Chciała wychylać się jedynie na moment, żeby łapać powietrze na kilka następnych sekund. Głupio zrobiła strasznie, wypłynęła za daleko, chcąc, byśmy na pewno stracili ją z oczu. Zośka wtedy szukała. Wychodząc zza drzewa, przy którym liczyła, od razu ją zauważyła, bo to był niedorzeczny pomysł przecież. Stała na brzegu tak długo, aż tamta zachłysnęła się wodą i zaczęła machać rękami na wszystkie strony, szukając równowagi. Tak... Nie pomogła jej, tylko zaczęła grać melodyjkę na tym swoim-nieswoim przeklętym flecie! Od razu z Tiną usłyszeliśmy hałas i wybiegliśmy z lasu czym prędzej.

W tym momencie Tinie zaczęły spływać łzy po policzkach, ale Aleks wpadł w trans. Opowiadał dalej, szeroko otwierając oczy. Wiatr rozwiewał mu delikatnie włosy.

– I wiesz, co było dalej? Próbowaliśmy ją uratować, tylko że było już za późno. Poszła na dno, a my zdążyliśmy jedynie zauważyć, że wyciąga do nas rękę, już tam, pod wodą... Zośka w tym czasie grała te swoje pseudoakordy, wyobrażasz sobie? Zagrała jej na pożegnanie, tak jak uprzedzała, że to zrobi. To ona wśród nas jest najbardziej pokręcona!

Skończył mówić i zaczął ciężko oddychać. Łapał powietrze na ciąg dalszy, śliniąc się przy tym delikatnie.

– Wspominała ci o tym, jak ojciec znęcał się nad nimi? Na pewno, bo każdemu o tym nawija bez powodu. Ostatecznie jej matka tego nie wytrzymała i popełniła samobójstwo. Zostawiła na koniec list pożegnalny i ten list Zośka ma przy sobie do teraz! Pokazywała nam, czytała na głos, co tam było napisane. Ona czerpie satysfakcję z ludzkiego cierpienia, dlatego jej się tutaj tak podoba. Nie chce wracać do domu, o tym na pewno też wspominała! Najpierw wytną ci organy, a potem zawiozą twoje resztki na drugą stronę i wykiprują na samo dno. To właśnie z nami robią te sukinsyny! Spoczniesz na samym dnie Bałtyku, bez narządów... bez nerek, bez serca!

Tym razem usłyszała za wiele. Nie docierało do niej, co ten chłopak wygaduje. Miała na uwadze dziejące się dziwne rzeczy dookoła, ale żeby miała skończyć w aż tak podły sposób? To było niedorzeczne! Kto w tej grze był prawdziwym szaleńcem?

Wstała i po prostu zaczęła się od nich oddalać. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić w tej sytuacji. Zamroczył ją szok wymieszany z rozpaczą i przerażeniem. Poruszała się sztywno, komicznie. Była nieświadoma swoich ruchów. Cała wcześniejsza atmosfera prysnęła nagle w jednej sekundzie.

– Musisz zdecydować, po czyjej stronie jesteś. W innym przypadku nigdy nie dorośniesz. – To była Tina. Rzuciła tę myśl na zakończenie, mimo że Łucję dzieliła już od nich spora odległość. Chciała tym zaspokoić samą siebie. Jedenastoletnia dziewczyna pomaszerowała dalej, a ci przytulili się do siebie, gotowi razem na wszystko.

Kiedy wracała, już z daleka dostrzegła czerwony punkcik na schodach pod domem. Wywnioskowała, że ktoś pali tam papierosa. Idąc tu, miała w planie skręcić po cichu niezauważona i zacząć wspinać się do okna, z którego wcześniej skakała, tylko że teraz to było niemożliwe. Zostałaby usłyszana i na pewno ten ktoś zwróciłby na nią uwagę, a tego bardzo nie chciała. Dosyć miała wrażeń na dziś.

A może już wcześniej odkryli, że się wydostałam i teraz tylko czekali, żeby złapać mnie na gorącym uczynku?

Kucnęła pod krzakami i zastanawiała się, co dalej. Wtedy z domu wściekłym pędem wybiegł Drakula. Rozdrażniony, rozpędzał się coraz bardziej, kierując się w jej stronę. Zajęło mu to zaledwie kilka sekund, po czym stanął nad nią, szczekając i kłapiąc paszczą nad jej głową. Teraz już nie było na co czekać, bo trzeba było wiać. Przebiegła parę metrów na oślep, oglądając się za siebie, ostatecznie lądując w objęciach wujka. Zatrzymał jej rozdygotane ciało i przytulił do siebie.

– Ciii... Chodź ze mną na górę. Musimy się pożegnać, bo jutro spędzasz u nas swój ostatni dzień. Dobrze, że się znalazłaś – szeptał. – Obiecałem ci, że o ciebie zadbam, skarbie.

Złapał ją za rękę i prowadził obok siebie. Pies się trochę uspokoił, dreptał za nimi, gotów w każdej chwili powtórzyć to, co zrobił wcześniej.

Drzwi się zatrzasnęły. Szli po schodach. Ten głaskał ją po głowie, poważny jak nigdy dotąd.

– Możemy włączyć światło? Nie widzę, gdzie idę, tak tu ciemno... – udało jej się wypowiedzieć jedynie te dwa zdania, po czym jego ręka na jej włosach zacisnęła się gwałtownie. Weszli akurat do jej pokoju, po czym z impetem uderzyła twarzą o ścianę. Totalnie się tego nie spodziewając, osunęła się na ziemię, prawie zupełnie tracąc przytomność. Nadal nic nie widząc, dodatkowo poczuła, że napływa do jej oczu coś lepkiego. To krew – pomyślała, a później zdążyła już tylko poczuć, jak osoba nad nią ściąga jej majtki. Następnie straciła przytomność.


ROZDZIAŁ 8


Następnego dnia, gdy słońce zachodziło na niebie, otworzyła oczy. Leżała na podłodze, policzkiem dotykając paneli podłogowych. Przez pierwszych kilkadziesiąt sekund jedynie mrugała powiekami, niezdolna stwierdzić, co się dzieje.

Nogi miała rozkraczone na boki, ręce wygięte do tyłu. Była tak zesztywniała, że nie mogła się ruszyć. Próbowała chociaż drgnąć troszeczkę, z początku nie mogąc zrobić nawet tego. W końcu używając całej swojej siły woli, ostatkiem sił podciągnęła się na rękach do góry, opierając się na łokciach i kolanach.

Bolało ją między nogami i tam z tyłu. Starała się jak najmniej napinać mięśnie, ale przy wstawaniu było to niemożliwe. Jęczała z bólu, zawodząc z płaczem, tak że smarki kapały jej z nosa w miejsce, w którym przed chwilą spoczywała jej twarz. Chciało jej się wymiotować.

Gdy w końcu udało jej się uzyskać jako taki pion, po nogach zaczęła spływać krew wymieszana z gównem. Kończyny drgały, ledwo pozwalając na jakąkolwiek pozycję. Próbowała złapać równowagę, wyciągając ręce na boki i stawiając delikatnie kroki naprzód. Na niewiele się to zdało; nagle zatoczyła się i prawie upadła, przytrzymując się framugi w drzwiach przed nią. Chciała jak najszybciej zejść do łazienki, ale kiedy pociągnęła za klamkę, okazało się, że wyjście drzwiami z tego pomieszczenia jest niemożliwe. Została zamknięta na cztery spusty.

Dłużej już nie mogła wytrzymać i zrzygała się pod siebie, na gołe stopy. Wyła przeciągle, aż oczyściła całkowicie swój żołądek, z którego również wylewała się krew strumieniami. Nogi w końcu nie wytrzymały i ugięły się pod nią. Upadła, ocierając się o drzwi, które miała przed sobą, wydając przy tym dźwięki ostatecznej klęski. Spadła, lądując w swoich wymazach, wcierając je sobie we włosy, ciuchy i skórę.

– Pomocy... Bardzo mnie boli – szeptała sama do siebie, a usta miała tak zaschnięte, że wargi zdążyły już popękać - tworzyły się na nich pęcherze. Patrzyła w sufit, który rozmywał jej się przed oczami.

– Chcę wrócić do domu... – błagała dalej, a w okno w tym samym czasie zaczęły uderzać małe kamyczki. Jeden raz, zaraz po nim drugi i trzeci. Jej oślepiony wzrok powędrował w tamtym kierunku i usłyszała w końcu przyciszone głosy. To byli Aleks i Tina – pomimo stanu, w jakim się znalazła, rozpoznała ich od razu.

– Łucja, halo, jesteś tam? – Pytanie, po czym kolejne uderzenie o szybę. Nie odpowiadała, bo nie miała na to siły. Patrzyła jedynie w tamtym kierunku, a jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Nie miała już siły na nic. Nie potrafiła drugi raz się podnieść, nawet tego nie chciała. Ból, jaki czuła, przy każdym kolejnym ruchu rozchodził się po jej ciele w zdwojony sposób. Jej usta poruszały się góra–dół. Ledwie słyszała samą siebie.

– Przyjdź tu...

Słychać było, że tamten próbuje wspiąć się pod okno.

– Weź spleć ze sobą dłonie i podsadź mnie do góry. Sam nie dam rady, będę wtedy za głośno – instruował w ten sposób Tinę. Minęła chwila, jego twarz pojawiła się za szybą. Otworzył szeroko oczy i z szokiem wpatrywał się w ledwie żywą Łucję leżącą na podłodze.

– O ja pierdolę... Ten skurwysyn się do niej dobrał. Słyszysz mnie, Tina? – Spojrzał w jej kierunku na dół i kręcił z niedowierzaniem głową. – Młoda leży pod drzwiami...

Które ktoś nagle wyważył kopniakiem do środka. Wątłe ciało dziewczynki przesunęło się po podłodze, odepchnięte o jakieś dwa metry. Zatoczyła się dwoma kozłami i wylądowała na brzuchu. Odleciała w ten sposób, po raz drugi tracąc przytomność.

– Wpadłem do was z wizytą. Cieszycie się? – Wujek trzymał w ręce strzelbę samopowtarzalną, uśmiechając się od ucha do ucha. – Miałem ochotę na jeszcze jedną rundkę z młodą, ale skoro już tutaj jesteście…

Wycelował w stronę ciała leżącego na ziemi i odstrzelił dziewczynce głowę. Ta roztrzaskała się na kilka kawałków, ochlapując ściany dookoła oraz zostawiając plamę na podłodze, sięgającą połowy tego pokoju. Aleks widząc to na własne oczy, poleciał do tyłu i upadł, lądując na swoim plecaku półtora metra niżej. Wstał najszybciej, jak mógł, ściągnął bagaż z pleców i cisnął nim na bok. Tina patrząc na niego i wyłupiając oczy ze strachu, zrobiła to samo.

– Spierdalamy, zanim wypuszczą psa. Pewnie i tak już po nas. – Zaczęli biec, ile sił mieli w nogach, kierując się zaroślami w kierunku drogi.

Biegł, ciągnąc za rękę swoją dziewczynę i zastanawiał się, dlaczego postąpili tak głupio. Zrobiło im się żal dziewczynki poprzedniego wieczoru i jak zawsze w tym miejscu wszystko się popierdoliło. Teraz było już po zawodach; zaciskał zęby i starał się nie dopuszczać tej myśli do siebie.

– Tina, na litość boską, pośpiesz się!

Ta zostawała coraz bardziej z tyłu, puszczając jego rękę. Najzwyczajniej w świecie nie nadążała za nim.

– Nie mogę... Nie dam rady... Zostaw mnie i uciekaj. To był mój pomysł, żeby po nią skręcić.

– Chodź! – Zaczął dosłownie ciągnąć ją na siłę za sobą. Docierali powoli do kolejnej chaty po drodze. Dziwił się, że tak daleko dobiegli, nie mając za sobą żadnego ogona. Obejrzał się za siebie i wydawało się, że faktycznie nikt ich nie ściga.

Skręcili w kierunku, który wcześniej już sobie uzgodnili. Tę trasę plan obejmował jeszcze przed utonięciem Emilki i zanim wyrzucili ze swojej grupy Zośkę. Może jednak się uda – myślał – ale zostawiliśmy tam nasze cholerne jedzenie, które tyle czasu gromadziliśmy!

Poruszali się wydeptanymi ścieżkami. Było ciemno, ale póki co znali trasę na pamięć. Znacznie teraz zwolnili, biegnąc truchcikiem i wystawiając przed siebie ręce, żeby odsuwać od twarzy wystające gałązki. Dyszeli ciężko, ale szło im w miarę stabilnie. Tina wyrównała tempo. Widać było, że cała jest przepocona, oddychała jeszcze ciężej niż on. Mimo to parła do przodu, nie poddając się.

– Przepraszam. Nie powinnam była.

– Nic nie mów. Oszczędzaj oddech.

Złapali się za ręce. Niedługo mieli skręcić w kierunku swojej kryjówki. Tam również czekały na nich zapasy. Wcześniej myśleli, że po prostu wezmą je sobie w ręce, a teraz okazało się, że to będzie ich jedyna forma pożywienia do samego końca. Będą musieli oszczędzać.

– Chyba nikt nas nie ściga. A przynajmniej ja niczego nie słyszę. Zaczekaj. – Stanęli w miejscu i zaczęli nasłuchiwać. W oddali jedynie szum morza. Poza własnymi oddechami i przyśpieszonym biciem serca nie słyszeli nic więcej, dopóki znowu nie ruszyli naprzód. Wtem przed nimi rozsnuła się melodyjka, którą bardzo dobrze oboje znali. W ich bazie, zaledwie kilkanaście metrów dalej, ktoś zaczął grać na flecie.

– Ta dziwka tu jest. – Wymienili się spojrzeniami. – Ta jebana dziwka tu jest.

Aleks nie dowierzał. Pociągnął dziewczynę za sobą i szli tamtej na spotkanie. Nie widząc wiele w tych ciemnościach, odpalił w końcu latarkę. Kierował światło w ziemię, żeby jak najmniej było ich widać, aż w końcu dotarli na miejsce. Skierował strumień prosto na Zośkę.

Ta siedziała sobie, jak gdyby nigdy nic, na pniu zwalonego drzewa. Popatrzyła na nich i pomachała ręką na przywitanie.

– Cześć.

– Co ty tu, kurwa, robisz? – akcentował każde słowo i wskazywał na nią palcem. – Jeśli myślisz sobie, że pójdziesz dalej z nami, to coś w tej twojej chorej główce jeszcze bardziej się poprzestawiało.

– Nie, nic sobie nie myślę. Ja tylko przyszłam zagrać wam na pożegnanie.

– Ty przeklęta zdrajczyni... – nie zdążył dokończyć, ale wiedział już, o co chodzi. Zza drzewa przed nimi wychyliła się kolejna postać. Trzymała w ręku broń, taką samą, jaką widział parę zdarzeń wcześniej przez okno.

– Oj dzieci, dzieci – odezwała się – jakie wy jeszcze głupiutkie jesteście.

Wycelowała w ich stronę, kierując lufę na przemian raz w jedną stronę, raz w drugą.

– Ciociu, prosimy! – Tina upadła na kolana i zaczęła w błagalnej formie podnosić splecione ręce do góry.

Aleksa zamurowało. W końcu jednak oprzytomniał i postawił krok do przodu, wypinając delikatnie klatkę piersiową.

– Jeśli już i tak to zrobisz, to strzel najpierw do mnie. Dosyć już mam patrzenia, jak ludzie wokół mnie umierają. Bądźcie przeklęci. Ty i ten twój kutas, co lubi posuwać dzieci! – Splunął na ziemię i otarł usta rękawem. Jego głowa kilka sekund później eksplodowała, co poprzedził huk wystrzału. Z drzew zerwały się ptaki.

– Mózgi nie są nam potrzebne.

W powietrzu zerwał się silny wiatr. Tina krzyczała przeraźliwie, a wichura zabierała dźwięki, jakie z siebie wydobywała, roznosząc je po całej okolicy. Na niebie chmury w błyskawicznym tempie zaczęły przesuwać się do miejsca, w którym odbywała się masakra.

Padł następny strzał, a po nim na krótki moment zapadła cisza. Później przestrzeń zaczęła wypełniać się krzywo graną melodyjką. Żaden z tych pieprzonych dźwięków się ze sobą nie zgadzał. Musiało zostać tak do końca.

Po kolejnej wrzawie, jaka podnosiła się w powietrzu, słychać już było jedynie kropelki spadające z nieba, które zaczynały postukiwać o liście drzew dookoła.

– Niebo płacze, gdy umieramy – westchnęła, zabierając się do roboty.

Nadszedł czas na zbiory.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dark · dnia 09.02.2022 16:31 · Czytań: 523 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 3
Komentarze
skroplami dnia 22.02.2022 17:20 Ocena: Świetne!
Mocne, dobrze napisane. Tragiczna historia oddająca i w przenośni i w 90% realnie, odnosząc do zachowania dorosłych jak dzieci, czas dzisiejszy. W Polsce licząc wstecz to prawie dwa lata kłamstw i prania mózgów ludziom, z których 90% się temu poddała ale powoli część coś dostrzega.
A że dobrze napisane to się czuje, tak zwyczajnie, podczas czytania. Obrazy ze słów, ich wymiar, jest właściwy i dotyczy wrażeń i wiary w to co widzi jedenastoletnia dziewczynka. A ze znanych faktów już ujawnianych, treść opowiadania to też rzeczywistość i odnosić można wprost, dosłownie.
To prawie dokument jednocześnie mrożący i gotujący krew. Gratulacje autorze.
Dark dnia 22.02.2022 18:47
Bardzo dziękuję.
Marek Adam Grabowski dnia 11.03.2022 15:01
Może być każdy rozdział dał tutaj jako osobną cześć?

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
akacjowa agnes
12/08/2022 08:31
Dziękuję za miłe słowo o kapelusiku ;) Jasne, że Twój… »
pociengiel
12/08/2022 02:56
najfajowsze z tych wszystkich wagonów »
pociengiel
12/08/2022 02:35
dzięki, jako niezdeklarowany wolny duch, myślałem… »
wolnyduch
11/08/2022 23:52
Wszystko można, również za tym winklem, ale czy warto? Z… »
wolnyduch
11/08/2022 23:41
P.S Nie uleganie trendom, to właśnie świadomość siebie i… »
wolnyduch
11/08/2022 23:34
To prawda, że ludzie sami sobie podcinają gałąź na której… »
wolnyduch
11/08/2022 23:11
Witaj Akacjowa Masz rację, że dobra pewnie nie jest… »
akacjowa agnes
11/08/2022 18:05
Cieszę się, że trafił w Twój gust, Ekslibris. Bardzo ciekawa… »
ekslibris
11/08/2022 18:01
Wiersz o akceptacji siebie i o próbie odnalezienia się we… »
pociengiel
11/08/2022 17:49
podjarany »
pociengiel
11/08/2022 17:48
dzięki »
skroplami
11/08/2022 13:18
Ajw witaj. Jakie umiejętności :(? Sądowe :)? Poważnie, mogę… »
skroplami
11/08/2022 13:09
Prawdziwe poruszydło :). Z komentarzy, poruszyło wielu.… »
akacjowa agnes
11/08/2022 09:05
Dobra starość nie jest zła. Ale co, jeśli nie jest dobra?… »
akacjowa agnes
11/08/2022 08:30
Bardzo dziękuję za komentarze. Flor, ten wiersz jest… »
ShoutBox
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas