Za głosem hieroglifów - Maciej Bienias
Proza » Historie z dreszczykiem » Za głosem hieroglifów
A A A

III



Mohendżo Daro, współcześnie

Wiatr dmący od strony nieodległego Indusu, przetaczał wraz z sobą przez ruiny starożytnego miasta mulisty zapach. Ciężka bryza wsiąkała w rdzawy piasek, poprzetykany grudami stwardniałej gliny, a podnoszące się ku zenitowi słońce, powodowało że rozgrzana gleba pochłaniała ulotny roztwór bezpowrotnie. Przechadzający się pomiędzy ruinami profesor Hugh Williams wraz z asystentką, zatrzymali się próbując określić stronę świata, z której przenikał aromat rzecznej wody. Znajdowali się na najwyższym poziomie miejskich ruin, wyżej sięgać mógł tylko szczyt, dość dobrze zachowanej rotundy, wierzy obserwacyjnej, czy jak chcieli inni - cytadeli. Naukowcy unieśli głowy ku górze, zaczerpnęli zachłannie kilka głębszych wdechów, nie mogąc jednakże odnaleźć kierunku z jakiego napływał intensywny aromat, przeszli tarasami ku niżej położonym partiom starożytnego miasta.
Stanowili trzon brytyjskiej ekipy archeologów. Z zaprosinami i propozycją przeprowadzenia badań wystąpiły władze Uniwersytetu w Islamabadzie, a inicjatywa ich poparta została zgodą pakistańskiego rządu. Znaczącą część władz tych stanowili absolwenci Cambridge, a studencka przyjaźń, nawiązana na brytyjskim uniwersytecie, zaowocowała późniejszymi zaprosinami w ten rejon Azji, jakże bogaty w archeologiczne dziedzictwo starożytnych kultur. Profesor Hugh Williams wraz z nadzorowanymi przez siebie ekipami, w okolicach tych, prowadził badania jeszcze w czasach brytyjskiej dominacji w tym obszarze świata. Aktualnie natomiast przewodniczył kolejnemu zespołowi archeologów, stawiających sobie za cel ustalenie przyczyn i przebiegu zdarzeń, zaszłych w jednym z kilku centrów cywilizacji Doliny Indusu, zdarzeń rozegranych przed co najmniej pięcioma tysiącami lat, a stojących za nagłym wyludnieniem miasta.
Odkryte dla współczesności w 1922 roku Mohendżo Daro, w starożytności zwane Kukutarma, pośród ceglastobrunatnych gruzowisk, skrywało nadal wiele pytań bez odpowiedzi. Archeologów, może bardziej nawet historyków, frapowało nagłe opuszczenie przez mieszkańców doskonale zorganizowanej jak na owe czasy metropoli, bez wyraźnych powodów, raz na zawsze. Przybyli wczorajszego dnia archeolodzy, tuż po tym jak wyekspediowali w drogę powrotną ciężarówki dostarczające ekwipunek na lotnisko w Islamabadzie, skoncentrowali uwagę na widzianych z oddali ruinach. Zanim zdążyli założyć i wyposażyć rozkładający się obóz w cieniu pobliskich cedrów i akacji, ich naukową ciekawość rozbudziła nieprzeliczona ilość cegieł, ułożonych w prostopadłościenne, architektoniczne formy. Archeologiczny, poszukiwawczy zmysł, wyczuwający z oddali ulotną i eteryczną woń starożytnych artefaktów, nakazywał im zwizytować ruiny, już wkrótce mające stać się przedmiotem wnikliwych badań.
Profesor wraz z asystentką, przechadzali się szerokimi ulicami wyłożonymi cegłą, rozlokowanymi wobec siebie prostopadle i przenikającymi się poprzecznie, w sposób niczym nie różniący się od współczesnych wielkomiejskich aglomeracji, w szczególności zaś amerykańskich metropolii wschodniego wybrzeża. Przystawali na dłuższe postoje wokół studni, doskonale zachowanych w swoim niezmiennym, cylindrycznym kształcie. Z ciekawością zaglądali do cembrowin, jak gdyby w ich wnętrzu dostrzec chcieli lustro wody, zastygłe przed tysiącleciami, na nim zaś odbicia śniadocerych twarzy - ludzi niegdyś czerpiących z nich wodę. Niedopatrzywszy się owych podobizn w zasypanych piaskiem studniach, doszukiwali się podobieństw do przedstawicieli zaginionej kultury w rysach twarzy mijanych po drodze pakistańskich archeologów, członków ekip pomocniczych, najemnych robotników, pracujących w kilku grupach, na oddalonych od siebie, odkrywkowych stanowiskach.
Z podziwem przypatrywali się ujęciom wody, niczym nie różniącym się od spotykanych w rozwijających się o siedemset lat później ośrodkach miejskich Knossos, Myken i młodszych o kolejnych kilkaset lat Aten. Charakteryzowały się niezwykłym podobieństwem do widywanych w ruinach starożytnego Rzymu, o istnieniu którego nikt nie usłyszał przez najbliższe dwa tysiące lat.
- Określenie używane wobec tego ośrodka cywilizacji, osada protomiejska należy zbyć wymownym milczeniem. W zamian należy określić je, bez większej dozy ryzyka jako w pełni ukształtowane miasto, mogące stanowić pierwowzór wszystkich, później rozwijających się ośrodków miejskich - oznajmił profesor Williams, zataczając wzrokiem szeroki półokrąg.
- W zupełności potwierdzam tę opinię profesorze. Już po pobieżnych obserwacjach można wysnuć wniosek, że miejsce to zasługuje na niewspółmiernie większą uwagę, niżeli została mu przeznaczona na przestrzeni ostatnich czterdziestu kilku lat, jakie minęły od jego odkrycia.
- Za tym stanem rzeczy stoi odległość i jak zapewne się pani domyśla panno Atkinson, konkurencyjność wobec miast sumeryjskich, uznawanych za kolebkę cywilizacji. Spotkała się pani z pewnością z datowaniami, określającymi początki Mohendżo Daro, właściwie należałoby posłużyć się tutaj jego ówczesną nazwą Kukutarma, na XXVI wiek przed naszą erą, a według wielu opinii znacznie wcześniej.
- Naturalnie, spotkałam się profesorze Williams - odparła zamyślona asystentka.
- Mogłoby się okazać, że nie tylko stanowi najwcześniejszy przykład urbanizacji w Azji Południowej, za jaki uznało je UNESCO, lecz jest najstarszym miastem w całej Azji. Jeżeli nie samo Mohejo Daro to inne z pobliskich centrów tak zwanej cywilizacji dolny Indusu, a wówczas nastąpić musiałoby coś, czego nikt z naszego środowiska by sobie nie życzył. Zapewne domyśla się pani, musiałaby wówczas nastąpić rewizja ugruntowanych podstaw naszej nauki, ze wszelkimi tego konsekwencjami o których chyba nie muszę pani informować?
- Znane są one doskonale każdemu z naszego środowiska, profesorze Williams - odrzekła bez zastanowienia asystentka.
- Tym bardziej że wielu archeologów uznaje już kulturę doliny Indusu za największą pod względem terytorialnym starożytną cywilizacje, choć po upadku w XIV wieku przed naszą erą została niemal zapomniana. Niech pani tylko spojrzy na rozmieszczenie ulic, panno Atkinson, biorących swój początek w centralnym punkcie miasta, wszystkie one wraz z basenami, łaźniami, miejskimi toaletami zaprojektowane zostały jak gdyby na desce kreślarskiej doświadczonego urbanisty.
- W rzeczy samej, profesorze Williams - odpowiedziała błądząca spojrzeniem, asystentka.
- Nie wiem tylko dlaczego nazwa Mohendżo Daro tłumaczona jest jako Kopiec Zmarłych?
- Również w w swoich poszukiwaniach nie spotkałam się z jakimikolwiek wzmiankami, mogącymi tłumaczyć przyczyny nadania podobnej nazwy - odpowiedziała pogrążona w myślach asystentka.
- Ponoć w okolicznych świątyniach znaleźć można rozliczne inskrypcje, zawierające prośby wiernych do bogów, o uchronienie ich od przynoszącego śmierć, światła z niebios. W nieodległym miejscu znajduje się krater o półtorakilometrowej średnicy, wypełniony słonym jeziorem, według przekazów do niedawna jeszcze, otaczany kultem. Starożytne podania doszukują się historycznych związków okolicznych miast z Sodomą i Gomorą. Nieodległe ruiny miasta Lothal miały jakoby stać się pierwowzorem imienia Lotha i jego żony zamienionej tajemną siłą w słup soli. Hinduskie Wedy wspominają ponoć o przerażających wojnach, odbywających się w niebiosach, o zrzucaniu na ziemię ognistych kul, obracających w popiół wielkie miasta. Jak pani widzi okolica odstrasza raczej badaczy starożytności a przyciąga amatorów ezoteryki, biblistów i wszelkiego rodzaju interpretatorów mitów, legend i podań.
- Jak pan zapewne wie profesorze Williams, obcując na co dzień z przekazami wielu ludów i kultur, w każdym z mitów i podań tkwi minimum jedno ziarno prawdy, i bez względu na brak naukowych podstaw podobnego przekonania, stan ten musimy uznać za co najmniej prawdopodobny. Nasza nauka już niejednokrotnie zdołała się o tym przekonać.
- Muszę podzielić pani pogląd, panno Atkinson, proszę tylko nie wspominać o tym nikomu z naszego otoczenia - odrzekł bez przekonania profesor.
- Znamy się chyba wystarczająco długo, bym nie musiała pana o tym zapewniać.
Przechodząc pomiędzy ścianami sześciopokojowych mieszkań, dwójka naukowców z niedowierzaniem spoglądała na łazienki, zaopatrzone w podgrzewacze wody, spłukiwane toalety. Opuściwszy domostwa, przechodzili pomiędzy ścianami budynków pozbawionymi zadaszeń, trzykrotnie przewyższającymi przeciętny wzrost człowieka. Odnosili wówczas wrażenia przemieszczania się nie ceglanym labiryntem ulic, lecz kapsułą czasu gdzieś ku odległym, czasowym rubieżom starożytności. Gdzie zza każdego rogu wychynąć może grupa przechodniów udrapowanych w zwiewne i zdobne kamiz, pociągająca za sobą czeredę rozkrzyczanych dzieci. Zmierzająca do miejskiej łaźni, usytuowanej w centralnym punkcie miasta, składającej się z rozległego basenu i kilku mniejszych pomieszczeń kąpielowych.
Archeolodzy minąwszy termy, udali się w stronę wzgórza, pokrytego pozostałościami ścisłej, mieszkalnej zabudowy. Pakistańskie ministerstwo kultury nie zdążyło jeszcze uporządkować terenu odkrywek, trwających z przerwami ponad czterdzieści lat, obejmujących z każdym rokiem coraz to szerzy obszar ruin miasta. U podnóży ścian poniewierały się doskonale zachowane cegły, sprawiające wrażenie świeżo wydobytych z cegielnianego pieca. Raz po raz przejście zagradzały, nie uporządkowane jeszcze gruzowiska. Pnąc się stromymi alejami ku najwyższemu punktowi starożytnego miasta, z każdym krokiem ponad idącymi archeologami wydawała się ogromnieć, według jednych kolegów po fachu stupa, według innych jeszcze, obserwatorium astronomiczne. Jedno nie wydawało się podlegać wątpliwości, patrząc w lewo, panorama roztaczająca się z tego miejsca, obejmowała rozległe tarasy wylewowe Indusu. Patrząc w prawo natomiast, wydawać by się mogło że spostrzegawczy obserwator przy większej przejrzystości powietrza, dostrzec może górskie masywy Hindukuszu. Najbliższa perspektywa zakreślała obszar, gdzie nadal pod rdzawym piaskiem należało się spodziewać pozostałości ulic i budynków, a obszar ten był niepomiernie większy od odsłoniętych dotąd.
Archeologowie przemknęli wzrokiem po wycinku miasta, gdzie jutrzejszego dnia, zgodnie z otrzymaną koncesją, mieli rozpocząć wykopaliska. Stanowiło ono przedłużenie ulic, częściowo już wydobytych z pomroki dziejów na światło współczesności, ujawniających doskonale zachowane przykłady miejskiej infrastruktury, jak pochylnie doprowadzające wodę, studnie i kanały ściekowe. W miejscu tym, stanowiącym przedmiot długotrwałych negocjacji z pakistańskim ministerstwem kultury, pośród ruin domostw i arterii komunikacyjnych, gęsto pokrywających siatkę topograficzną miasta, profesor Williams spodziewał się odkryć niezbędną ilość artefaktów, pozwalających określić przyczyny nagłego wyludnienia pięćdziesięcio tysięcznego miasta.
Nieco oszołomieni jeszcze nagłą zmianą kontynentu, otoczenia, klimatu, lecz ufni w powodzenie przedsięwzięcia, zeszli ze wzgórza ku krótkim, załamującym się pod kątem prostym miejskim ulicom, a stamtąd udali się najkrótszą drogą do zakładanej bazy. Nim udali się na spoczynek, obserwowali słońce, zapadające gdzieś za wody Oceanu Indyjskiego. Ostatnie jego amarantowe promienie powodowały że piasek, cegły i całe Mohenjo Daro stawały się jeszcze bardziej rdzawe i pąsowe , w tonacji swojej bliższe kolorytowi Jowisza niżeli powierzchni Ziemi.
Nadchodzący dzień przywitał naukowców, przetaczającymi się przez ruiny miasta, falami ciężkiego zwrotnikowego powietrza. Sprawiało wrażenie przemieszczania się pomiędzy labiryntami ulic, jak oblężniczy taran, zdolny przygnieść swym ciężarem wszystko, co napotka na swojej drodze. Swoje zmagania, z doskonale uzupełniającymi się materiami piasku i kamienia, grupa archeologów, zgodnie z procedurami, rozpoczęła od wygrodzenia terenu odkrywek i rozmieszczenia dwujęzycznych tabliczek , w języku urdu i angielskim - „ Teren wykopalisk archeologicznych, nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Posiłkując się miejscowymi robotnikami centymetr po centymetrze, odsłaniali kolejne warstwy naniesionych przez wichry czasu, piasku i fragmentów cegieł. Wydzielony obszar dziewięciometrowych ulic z każdą godziną obniżał swój poziom. Spod miękkiego włosia pędzli, wydostawały się na światło dzienne, najrozmaitszych rozmiarów fragmenty zdekomponowanych mis, talerzy, czerpaków wody. Wszystkie one poddane ścisłej ewidencji, opatrzone datą i miejscem odnalezienia, przy zachowaniu kolejności w jakiej zalegały pod ziemią, umieszczone zostały w plastykowych kontenerach, stosownie oznakowanych.
Dni upływały na żmudnym, nie wnoszącym przełomowych zmian, odsłanianiu następujących po sobie, pokładów ruin starożytnego miasta. Ciężkie krople monsunowego deszczu przerywały prace w najmniej oczekiwanym momencie, a niekończące się ulewy wypłukiwały artefakty, na poły wydobyte spod twardej gleby. Kończąca się pora sucha nie ułatwiła wysiłków, pozostawiając po sobie ziemię spierzchłą i wysuszoną. W wolne od opadów dni, dmący znad Indusu wiatr nawiewał zasłonę rozpylonej wody, chłodząc przegrzane ciała, w zamian jednakże wzmagał z każdą godziną znużenie i zmęczenie. Trudności z zaaklimatyzowaniem się w morskim, tropikalnym klimacie u wielu uczestników ekspedycji sprawiły, że postęp prac nie przybierał tempa wynikającego ze wstępnych założeń. Eksplorowane obszary niechętnie ujawniały nieliczne artefakty pozostałe po cywilizacji Doliny Indusu, uderzająco podobne do wydobywanych uprzednio z ruin sąsiednich i siostrzanych ośrodków miejskich Harapy, Kot – Diji, Amri, Lothal. Wieczorne wymiany opinii, podczas panelowych dyskusji za moskitierami brezentowych namiotów, pozbawione były pierwiastka odkrywczości i zawodowej satysfakcji. Z rzadka tylko przybierały ton właściwy dialogom, rozgorzałym po zakończonym dniu pracy, na stanowiskach zeszłorocznych badań w ruinach sumeryjskiego miasta Uruk.
Kolejny dzień odnotowany w dzienniku wyprawy jako siódmy, rozpoczął się od usuwania skutków nocnej ulewy. Brezentowy dach, rozpięty ponad wykopem poddał się porywistym podmuchom wiatru, a przyciśnięty do ziemi kałużami wody, dawał świadectwo potęgi nieposkromionego żywiołu. Gliniasta maź, zaległa oślizgłą warstwą na wczorajszych odkrywkach, powodowała konieczność usunięcia jej, wraz z dolnym pokładem przywarłej do niej, grubej warstwy podłoża. Rozmiękła ziemia odrywała się ciężkimi i lepkimi grudami od głębszych, archeologicznych pokładów. Długie godziny spędzone na pracy w niewdzięcznej, gliniastej materii, przyczyniały się do przybierania na sile narastającego z każdym dniem zniechęcenia, ono zaś przerodzało się w erupcję nietajonej apatii. Niebawem objawy te, ustąpiły miejsca zaciekawieniu, gdy spod warstw usuniętej mazi, wyłoniły się zarysy kości ludzkich piszczeli. Zaintrygowani naukowcy w pierwszej kolejności usunęli warstwę pisku przysłaniającą kości śródstopia i palców u nóg, w następnej, kierując się ku górze ludzkiego szkieletu, kości udowe i miednicę. Odsłonili kolejne kręgi kręgosłupa, rozlokowane wobec siebie w sposób wskazujący na boczny skręt tułowia. Ziemia wydobyta spomiędzy żeber, ukazała klatkę piersiową, zastygłą przed pięcioma tysiącami lat w pozycji wspartej na lewym boku. Dłonie, rozrzucone bezwładnie wokół korpusu, zdawały się potwierdzać pierwsze przypuszczenia o niezamierzonym pochówku, przypadkowości miejsca śmierci i nieprzewidywalności chwili w jakiej nadeszła. Obrazu niezamierzonego miejsca pogrzebu, dopełniła czaszka spoczywająca na lewej skroni, z rozwartymi szczękami, zastygłymi wydawać by się mogło, z przeraźliwym okrzykiem bólu na ustach. Ostatnimi elementami szkieletu, odsłanianymi spod cienkiej powłoki ziemi, były kości nadgarstka lewej dłoni, najgłębiej wrosłe w piaszczysto - gliniaste podłoże. W miejscu gdzie kończyły się kości palców, odsłaniana ziemia ukazała szczątki kolejnej dłoni, jak gdyby wyrwanej z uścisku, nagłym zdarzeniem lub też konwulsją śmiertelnego skurczu. W przeciwieństwie do poprzedniego, szkielet ten leżał na prawym boku, kości lewej dłoni spoczywały bezładnie za plecami, natomiast kości nóg zajmowały nie mniej chaotyczne pozycje. Uściski dłoni mogły być też gestem ostatniego pożegnania, w obliczu nieuchronności nadchodzących zdarzeń. Oczywistym stawało się że ludzie ci, w ostatnim przypływie świadomej decyzji zamierzyli, by nieprzewidziana śmierć połączyła ich na zawsze.
Tego dnia ku zdumieniu poruszonych archeologów, odnaleziono jeszcze miejsca wiecznego spoczynku trojga kolejnych ludzi. Ich szczątki znajdowały się w konfiguracjach, nie wydających się wskazywać na logiczne czy też celowe rozmieszczenie. Leżały zwrócone twarzami do ziemi, ich kończyny rozrzucone były w nieładzie, wokół wygiętych linii kręgosłupów.
- Życie ludzi tych, według wstępnych acz samonarzucających się wniosków, musiało zakończyć się w sposób nagły i gwałtowny, podczas przechadzania się miejskimi arteriami - zauważyła jedna z doktorantek bacznie przyglądając się znalezisku.
- Tym ludziom musiało przydarzyć się coś strasznego - dodała adiunkt Atkinson.
- Zastanawiające że ich ciał nie porozwłóczyły dzikie zwierzęta, jak miało to miejsce w wielu podobnych przypadkach, w szczególności potwierdzonych odkryciami stanowisk w ruinach miast Majów.
Nieodmiennie szczęki wszystkich szkieletów, rozwarte były w tym samym grymasie przerażenia, a spomiędzy nich wyzierały grudki rdzawej ziemi. Uwagę pochylających się nad szkieletami archeologów, przykuły doskonale zachowane zęby, co wskazywać musiało na młody wiek ofiar. Jeden ze szkieletów wyraźnie ustępował wielkością pozostałym, co wskazywało na młodociany wiek, potwierdzało tym samym przypuszczenia archeologów, o dokonanej zagładzie całej rodziny i zapewne też wszystkich znajdujących się na ulicach miasta, osób. Skonsternowani archeologowie, skoncentrowali zainteresowanie na niespotkanej dotąd barwie obnażonych zębów. Powodowani zawodowym odruchem bliżej przyjrzeli się znalezisku.
- Profesorze Williams, dostrzega pan zielonkawy nalot, widzialny na szkliwie zębów z mojej strony - zapytał stojący najbliżej czaszki, asystent.
Profesor Smith podszedł do współpracownika i pochylił się nad rozwartą szczęką. W miejscu tym, promienie słoneczne załamywały się, ukazując wyraźnie zielony kolor, szklący się na powierzchni zębów.
- W tym położeniu zielonkawo seledynowa barwa staje się doskonale widoczna.
- Co może ona oznaczać? Zapytała asystentka Atkinson, z zaciekawieniem wyrażającym się szybkimi ruchami oczu.
- Po raz pierwszy mam do czynienia z podobnym zjawiskiem. W mojej ocenie nie wygląda to na rytualne malunki, raczej na naturalne przebarwienia.
- Z pewnością nie są to celowe inkrustacje malachitem, jak w przypadku czaszek azteckich władców.
- Z całą pewnością nie, sporządzałam ich zdjęcia podczas wykopalisk w Teotihuacan przed dwoma laty - dodała jedna z doktorantek.
- Czym więc są? - Wystąpiła ze stanowczym pytaniem asystentka Atkinson.
- Nie wiem, jedno wydaje się nie podlegać wątpliwości, należy usunąć resztki piasku z zalegających pod powierzchnia ziemi szkieletów, miejsce to zabezpieczyć, pobrać próbki i wysłać do Londynu w celu sporządzenia dokładnych ekspertyz - zarządził kierownik wyprawy jednoznacznie brzmiącym tonem.
Zgodnie z zaleceniem profesora Williamsa, zespół archeologów przystąpił do odsłaniania pokładów ziemi, skrywającej niewidoczne dotąd części ludzkich szczątków. Kolejne pokłady wysuszonej, gliniastej ziemi, zbitej w trudny do naruszenia monolit, z oporem poddawały się archeologicznym akcesoriom. Giętkie włosie pędzli, zatrzymywało się na każdym napotkanym przedmiocie wielkością, barwą i wyglądem nawiązującym do ludzkich szczątków, bądź też wytworu ludzkich rąk. Jedna z asystentek dłużej niż miało to miejsce zwykle, omiotła pędzlem nietypowo wyglądający obiekt. Po bliższym oglądzie, artefakt zdawał się nawiązywać kształtem do napotykanych na stanowiskach przeprowadzanych wcześniej badań. Kształtem swym najbardziej zbliżony był do fragmentów ceramiki, bardziej jednak był szklisty, ciemny, wręcz czarny w barwie i stanowił coś w rodzaju spieku kilku odłamków porcelanowego naczynia.
- Natrafiłam na coś interesującego - oznajmiła zafrapowana znaleziskiem doktorantka.
- Na coś co może być pozostałością szklanego naczynia?
- Ni mniej ni więcej.
- Szklane naczynie w mieście sprzed pięciu tysięcy lat? Według powszechnie uznanych opinii za datę wynalezienia szkła przyjmuje się około 1250 rok przed naszą erą i miało to miejsce w starożytnym Egipcie.
- Proszę spojrzeć profesorze Williams, przedmioty te są wyraźnie przeźroczyste, o połyskliwej powierzchni. Jedną sekundę – dopowiedziała zaaferowana asystentka, wykonując pospieszne ruchy pędzlem - ostatni z nich jest barwy żółtawo – słonecznej, zupełnie jak gdyby w celu jego wykonania stopiono miejscowy piasek. Tkwiący obok wygląda na stopione i zeszkliwione cegły lub fragmenty muru stopione w wielobarwne szkło.
- Proszę mi pokazać znalezisko to z bliska - nakazał poruszony profesor.
- Ależ proszę bardzo.
Asystentka podniosła przedmiot o nieregularnych kształtach i podała przełożonemu. Profesor Williams, w kilku nerwowych ruchach obrócił artefakt w dłoniach, spojrzał na niego pod światło słoneczne, po czym oddał podwładnym.
- Z pewnością nie zostało to zeszklone w piecu dymarkowym z epoki żelaza w drugim wieku przed naszą erą, skąd pochodzą pierwsze wiarygodne dane o uzyskaniu temperatury co najmniej 1400 stopni. Tutaj niezbędna musiała być temperatura pieca martenowskiego. Zapakujcie to w bezpieczne zasobniki, a także wszystko co odtąd wykopiecie. Wyślemy je pośpiesznie do naszego londyńskiego Instytutu.
Chylące się ku zachodowi słońce, rozrzucało na ruiny starożytnego miasta długie refleksy satynowego światła, pogrążając je z każdą minutą, w rubinowej aurze pogodnego wieczoru. Utrudzeni całodziennym wysiłkiem archeolodzy, wydobyli ze spękanej ziemi materialne pozostałości kultury, istnieniu której do niedawna jeszcze jednogłośnie by zaprzeczyli. Opatrzyli je niezbędnymi sygnaturami, skwapliwie zewidencjonowali, natomiast z uzębienia odkrytych tego dnia szkieletów, po szczegółowym sfotografowaniu, pobrali próbki szkliwa, po czym pozostawili w nienaruszonych pozycjach. Udając się na zasłużony odpoczynek, po raz wtóry upewnili się czy stanowisko zostało we właściwy sposób zabezpieczone. Przeczuwając nietuzinkowość znaleziska, sprawdzili trwałość nadwątlonych wiatrem, taśm ostrzegawczych i stabilność słupków ogrodzeniowych. Wymieniając pomiędzy sobą gesty zapewniające o bezpiecznym pozostawieniu stanowiska pracy, skierowali powolne kroki w stronę opustoszałego obozu. Całodzienne zmęczenie spotęgowane tropikalnym klimatem, wprost wtłoczyło ekipę archeologów w rozkładane, parciane fotele. Nikły i skąpy płomień turystycznych kuchenek, z wolna podgrzewał wodę na z dawna wyczekiwany kubek herbaty Assan, zakupionej od miejscowych plantatorów. Według ich uznania, żadna z najbardziej nawet renomowanych herbat, eksportowanych do Anglii, tam paczkowanych i sprzedawanych, nie posiadała tak intensywnego aromatu i nie pozostawiała w ustach równie szlachetnego posmaku teiny. Tego wieczoru długo delektowali się napojem o barwie ciemnej sepi, od czasu do czasu popijając nim, naprędce sporządzoną kolację. Myśli spowolnione zmęczeniem, wraz z dialogami leniwie krążyły wokół trudnych do zewidencjonowania odkryć ostatnich godzin. Wymieniano domysły, luźne i indywidualne interpretacje, starano się w oparciu o doświadczenie zaczerpnięte ze stanowisk archeologicznych, rozsianych w najbardziej oddalonych od siebie częściach świata, dokonać zaszeregowania przedmiotów, odnalezionych na ulicach oddalonego o kilkaset metrów, miasta. Profesor Williams, przez cały wieczór zdradzający zaniepokojenie, powstając z fotela zwrócił się z pytaniem do asystentki.
- Panno Atkinson, nie miałaby pani ochoty wzorem poprzedniego wieczoru przejść się ulicami miasta? Chciałbym raz jeszcze zobaczyć miejsce dzisiejszych odkrywek.
- Pomimo znużenia nie mogę odmówić, nie na próżno w końcu jestem pańską asystentką.
- Bardzo mnie to cieszy, choć tego typu próśb, nie musi traktować pani na płaszczyźnie zawodowej.
Przeszli główną arterią w kierunku rytualnych basenów. Schodami prowadzącymi w dół zeszli na ich dno, po czym wspięli się w górę szerokimi kamiennymi stopniami. Minęli ruiny rotundy, jak gdyby ściętej w połowie jednym cięciem miecza, zastanawiając się jakie funkcje mogła niegdyś pełnić. Chcąc osiągnąć miejsce dzisiejszych odkrywek, przemieszczali się wzdłuż basenów rytualnych, dłuższą acz bardziej urozmaiconą drogą. Skręcili w stronę północnej bramy, roztaczała się stamtąd panorama ukazująca pozostałości charakterystycznych, miejskich obiektów z wielką łaźnią i domem zgromadzeń na czele. W oddali, na tle zrujnowanego domostwa, będącego w okresie świetności miasta kilku pokojową willą z pomieszczeniem kąpielowym i tarasem, dostrzegli zarysy wygrodzonego obszaru, stanowiącego obiekt dzisiejszych prac. Ku miejscu temu schodzili, wyważając każdy krok, stawiany na niestabilnym gruncie, składającym się z luźno rozrzuconych cegieł. Profesor Williams uniósł jedną z nich na wyciągniętej dłoni.
- Nieznacznie tylko przewyższa rozmiarami wypalane współcześnie, znacząco jest jednak mniejsza od stosowanych w Europie w czasach średniowiecza. Nie byłbym zdziwiony gdyby okazać się miało, że wymiary dzisiejszych cegieł zaczerpnięto z uniwersalnych wymiarów opracowanych w starożytności.
- Jak najlepiej pan wie profesorze, na potwierdzenie podobnych przypuszczeń napotykamy nie tylko w przypadku stosowanego wówczas budulca.
- Choć to bardziej domena historyków, pewne prawidła biegu dziejów i cykle ich powtarzalności nie są obce i nam.
- Gdyby miało dojść do kolejnej z w wojen, nie byłabym wcale zdziwiona, że któreś z wielkich miast naszej cywilizacji wyglądać będzie identycznie jak Mohendżo Daro, a w jego ruinach poniewierać się będą niewiele tylko różniące się cegły.
- I ja byłbym nie mniej zdziwiony.
Pokonując obszar miasta nadal przysłonięty zwałami piasku, zeszli do poziomu ulic wydobytych spod powierzchni ziemi. Wolnym krokiem pokonywali trotuary wyłożone grzbietami cegieł, wymijając hałdy gruzu, usuniętego z utorowanych przejść. Znalazłszy się na otwartej przestrzeni szerokiej esplanady przyspieszyli tempo marszu, chcąc zdążyć przed zapadającym gwałtownie zmierzchem. Prostopadłościenne kontury lepiej zachowanych budynków, w tężejącym mroku z każdym krokiem stawały się mniej czytelne, a dostrzegalny obszar zabudowy ujednolicał się w kamienną bryłę, o nieregularnych kształtach i niemożliwym już do ustalenia kolorze. Zbliżyli się do załomu ulicy, zakręcającej pod kątem prostym na lewo. Tuż za nim, według wyliczeń dwojga naukowców, znajdować się powinien wydzielony obszar dzisiejszych badań. Ich szacunki okazały się trafne, zza ruin pochyłej przybudówki, wyłoniły się zarysy taśmy opasającej teren archeologicznego stanowiska. Będąc w odległości kilkunastu kroków, z każdym pokonywanym metrem starożytnej ulicy, znad płytkiego wykopu zdawała się wydobywać świetlista aura, kontrastująca z szarą i aksamitną kurtyną, opadającego wciąż niżej i niżej zmroku. Znalazłszy się w bezpośrednim sąsiedztwie wykopaliska, zaciekawieni naukowcy dostrzegli świetlną powłokę, poruszającą się po powierzchni szkieletów, wydobywającą ich kształty z pogrążonego w ciemności, dołu.
- Czy widzi pan to samo co ja profesorze Williams - zapytała wyraźnie poruszona asystentka.
- Ni mniej ni więcej, panno Atkinson.
- Tak więc co może oznaczać ten widok?
- Nie mogę przedstawić żadnej konkretnej opinii, nigdy dotąd nie miałem do czynienia z podobnym zjawiskiem.
- I ja z niczym podobnym nigdy się nie zetknęłam.
- W swojej niemal czterdziestoletniej naukowej karierze odkopałem szczątki ostatniego wodza ludu Mocze. Wyjmowałem z sarkofagów i odwijałem z bandaży mumie starożytnych Egipcjan. Wydostawałem z krypt i jaskiń inkaskie mumie wojowników i rytualnych ofiar na stanowiskach Torontoy i Vilcabamba w Andach. Wydobywałem szczątki rytualnych dziewic ze studni Chichen Itza, Mayapan, Tikal. Szczątki ludzi Cro Mognon z grot skalnych nieopodal Dordonge we Francji. Łącznie były to setki jeżeli nie tysiące szkieletów, ale żaden z nich podczas najczarniejszej nawet nocy, nie wydzielał najmniejszego nawet światła!
- Szczątki te muszą zawierać zwiększoną ilość fosforu.
- Skąd miałby się wziąć u diaska, a tym bardziej przetrwać fosfor, w kościach sprzed prawie pięciu tysięcy lat?
- Tego nie wiem profesorze Williams.
- Ja także i zapewne nie uzyskamy niczego, co mogłoby cokolwiek zmienić w stanie naszej niewiedzy, jeżeli nie wyślemy próbek do laboratoryjnej analizy.
- Ma pan absolutną rację profesorze.
- Proszę jutrzejszego dnia, tak szybko jak to tylko będzie możliwe, pobrać z doktorantami próbki kości. Wydobyć z gruntu przynajmniej jeden z pozieleniałych zębów i wraz ze zeszkliwioną porcelaną i nadać je na poczcie w Karaczi przesyłką priorytetową do Londynu. Proszę też przy okazji pobytu w mieście, powiadomić telefonicznie nasz instytut o nietypowej wysyłce, ja we własnym zakresie już, dokonam niezbędnych opisów.
- Nastąpi to we wczesnych godzinach rannych, profesorze - odpowiedziała w służbowym tonie asystentka.
- Musimy jak najszybciej uzyskać wiedzę o wydarzeniach jakie rozegrały się w tym przeklętym mieście.
CDN

Drodzy czytelnicy! Gorąco zachęcam do zakupu mojej debiutanckiej powieści "Matematyczny wzór na istnienie Boga" dostępnej w większości księgarni internetowych w promocyjnych cenach. Dziękuję i pozdrawiam.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Maciej Bienias · dnia 05.04.2022 18:15 · Czytań: 166 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Jacek Londyn
21/05/2022 16:31
Dziękuję za opinię, wolnyduchu. W sprawie dolnej półki -… »
wolnyduch
21/05/2022 15:13
Sympatyczna mini, gdyby to był mój wiersz, to by miał inne… »
wolnyduch
21/05/2022 15:04
Dobry, wymowny wiersz, pięknie napisany. Niestety w czasie… »
wolnyduch
21/05/2022 14:57
Dobrze napisane, tekst wartko płynie. Co do tych win… »
Dobra Cobra
21/05/2022 12:33
Bardzo mile i społecznie zaangażowane opowiadanie, które w… »
Florian Konrad
21/05/2022 10:19
dziękuję. była dobra :) »
Marian
21/05/2022 09:09
Annakoch, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Miło mi, że Ci… »
wolnyduch
21/05/2022 02:28
Tak, bardzo dobre, to prawda, no cóż, często trudno się… »
Brytka
21/05/2022 00:39
Ok. Zaciekawił. »
wolnyduch
21/05/2022 00:35
Witaj Pulsarze, nie wiedziałam, że się już poznaliśmy… »
wolnyduch
20/05/2022 23:59
Ten drugi w.w.p ja go piszę z małej litery, czemu, chyba nie… »
Florian Konrad
20/05/2022 23:02
Dziękuję. Ten pan to... Glapa, czy bWładimir Władimirowicz?… »
Florian Konrad
20/05/2022 23:00
Dziękuję! »
annakoch
20/05/2022 21:00
Dobrze napisane, fajnie się czyta. Jeśli chodzi o nazwy… »
annakoch
20/05/2022 20:40
Dziękuję za słowa komentarza, trafną interpretację i… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:29
Najnowszy:Parderdf
Wspierają nas