Ogrodzeni od rzeczywistości - Dark
Proza » Historie z dreszczykiem » Ogrodzeni od rzeczywistości
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Moje życie stanęło w martwym punkcie.

Fatalna sytuacja, pobieram zasiłek z urzędu dla bezrobotnych, który kończy mi się pod koniec tego tygodnia. Żałosne. Nie mam nawet pracy ani odłożonych pieniędzy na czarną godzinę. Nigdy takiej nie przewidziałem. Cały czas z dnia na dzień, jakby ten miał być ostatnim.

Chodzę do sklepu po zakupy, przeważnie z samego rana, czując w gębie posmak wczorajszej wódy. Tam spotykam z kolei koneserów taniego piwa, stoją przed wejściem i żłopią bez wstydu, nie przejmując się nawet, że w każdej chwili mogłaby podjechać policja i wlepić im mandat. Witam się z nimi, ale nie rozmawiamy, znamy się tylko z widzenia. Ostatnio pochowali jednego, bo wątroba już nie wytrzymała. Nie wiem nawet, jak się nazywał i w sumie gówno mnie to obchodzi.

Podają mi ręce, widzę te zżółknięte od papierochów paznokcie, jednocześnie czarne przez bród pod spodem. Uścisk mają, solidy, stanowczy - wyrobiony jak nie w tartaku, to w pobliskiej hucie szkła. Wszyscy na rencie, z przepuklinami kręgosłupa i schorzeniami wszelkiej maści.

Jedzenia biorę skąpo, picia trochę więcej. Od takiego trybu życia, nabawiłem się refluksu żołądka, ale póki mogę, to jeszcze chlam, tak jak tamci, tyle że w samotności, bo wkurwiają mnie ludzie. Nie mogę doczekać się, aż pójdę do roboty, ironicznie oczywiście. Wstawanie piąta rano, fizyczny zapierdol do wieczora, a na kolację stany lękowe przed następnym zbliżającym się dniem. Ostatecznie bezsenność i coraz większy brak siły z kolejnym tygodniem. Za każdym razem jest tak samo.

Odpalam OLX z myślą, że tym razem też nie będzie tam niczego ciekawego i jest tak, jak przypuszczałem. Sama fizyczna tyrka za najniższą krajową. To uroki życia w podkarpackim, w pobliżu Beskidu niskiego, gdzie widok gór i lasów piękny, ale betonowe gmachy ogrodzone starymi, popękanymi murami, to jedyne miejsca, gdzie przyjmują, takich jak ja. Bez żadnej fachowej wiedzy, po prostu robol na taśmie albo od wciskania tego pieprzonego przycisku w tej pieprzonej maszynie. Cięcie drewna, wyrabianie form, jeden chuj dla mnie.

Zasypiam samotny jak zawsze, sfrustrowany jeszcze bardziej, niż wczoraj.

 

W sklepie następnego dnia dowiaduję się, że zmienili nam księdza w parafii. Wszyscy cały czas gadają tylko o tym, a ja słucham bzdur, stojąc w kolejce. Czyli się przebranżowili, jeszcze wczoraj brzmieli niczym eksperci od pogody, wiedząc dokładnie, kiedy przydałoby się trochę deszczu, dzisiaj kalkulują, czy ta zmiana wyjdzie na dobre ludziom we wsi. Łapie mnie chwila refleksji, wpatruję się w oszkloną lodówę z kiełbasą, na której siedzi jakaś tłusta mucha, przypominając sobie, że w kościele nie byłem od czasów bierzmowania. To już parę dobrych lat, nawet nie wiem, jaki był ten obecny ksiądz. Mnie w szkole uczył jeszcze inny.

Włączam laptopa i przewijam posty na facebooku z przyzwyczajenia, widząc denne przemyślenia ludzi, których nawet nie znam, a mam w znajomych. Później w ten sam sposób, znowu przewijam oferty pracy na OlX. Boję się tych obszernych hal, w których śmierdzi smarem, kurzem i spoconymi ludźmi. Szukam czegoś na świeżym powietrzu i ostatecznie znajduję. Wiatr huczy mi już pod oknem, jest wieczór, stara żarówa świeci nad głową, dając matowe światło. Jest, udało się.

Firma z hasłem „Kto wcześnie wstaje, temu Pan Bóg daje”. Artur Wcześniak. Montaż ogrodzeń bla, bla, bla.

Boże, co za tandeta. Być może nowy ksiądz wymodlił dla parafian nowe oferty, bo tej nigdy wcześniej tutaj nie widziałem. Zdecydowałem się, zadzwoniłem. Mam zacząć od poniedziałku, a jest sobota. W lodówce chłodzi się litr wódki. Takie mamy tutaj realia.

Czemu ludzie chcą mieć tak zadbane ogrody, skoro ich wnętrza takie brudne? Po chwili nie mam już żadnych przemyśleń, zasypiam najebany.

 

Wstaję na kacu, budzi mnie telefon głupią melodyjką. Oczy pieką z niewyspania, światło jeszcze razi. Słyszę ptaki, które ćwierkają mi nad uchem, z drzew, jakie rosną w ogrodzie, powodując u mnie narastający ból głowy. Potykam się o leżącą na ziemi flachę i przeklinam soczyście, raz, drugi i trzeci.

Z szefem przez telefon umówiłem się na przystanku w swojej miejscowości. Udało się jakimś cudem, że on mieszka dwie wioski dalej, więc będzie miał za każdym razem po drodze.

Stara rozlatująca się murowana zajezdnia, gdzie na każdej ścianie wypisane są słowa: kurwa, cipa, huj (przez samo h), śmierdzi szczynami i starym bełtem. Od tych zapachów zbiera mnie na jeszcze większe mdłości. Staram się odwracać głowę w innym kierunku, ale wiatr podwiewa wszystko, niosąc przykre zapachy dodatkowo jeszcze ze stojącego obok kosza na śmieci. Widzę kontem oka, jak zerkają z niego niedopite Harnasie, Żubry i wypalone kiepy, namoknięte w tym cały syfie.

Odgłos silnika słyszę już z daleka, a gdy zdezelowany bus mojego przyszłego szefa, wychyla się zza zakrętu, powietrze omiotła czarna jak smoła smuga dymu z rury wydechowej. Myślę sobie, że to jakieś jaja, ale widocznie on też ma wywalone na mandaty. Zatrzymuje się dość chaotycznie, na piskach, pewnie zauważył mnie dopiero w ostatniej chwili jak stoję i tępo mu się przypatruję.

Złapałem za klamkę, ale nie ustąpiła, wtedy usłyszałem jak ze środka krzyczy do mnie: „Musisz szarpnąć jak chłop!” Wysiliłem się i otworzyłem. „Czasami się zacina”, skwitował i do końca drogi już nie rozmawiamy.

Jadę z obcym gościem, dookoła leżą wiertarki, łopaty wybrudzone betonem, na wycieraczkach pod nogami pełno zaschniętego błota i resztki po jakimś starym kebabie. Połowy sprzętu nie znam nawet z nazwy, a co dopiero z zastosowania. Dociera do mnie, że ta historia dobrze się nie zaczęła, a już mam dosyć.

W połowie trasy, zgarniamy po drodze jeszcze jednego chłopa. Słowo chłop dobrane jest tutaj celowo, bo gość na oko waży, ze sto kilo, ma siwo żółte wąsy od palenia fajek, wypalając dwie już środku busa, zanim dojechaliśmy na miejsce. Śmierdzi przetrawionym alkoholem, a podając mi rękę na powitanie, czuję to, co zawsze; twardy, stalowy wręcz uścisk dłonią z palcami o połowę grubszymi od moich. Napomknął od niechcenia, coś w stylu: „W chuj mi się nie chce, no ale robić trzeba” i poza tym też nie odzywa się już w do końca trasy.

Na miejscu poznaję jeszcze operatora koparki, który jest od wiercenia dziur na słupki, jakie zasypuję później betonem z taczek. Zasuwam tak przez dobre parę godzin, cały wybrudzony błotem i spocony. Pół roku siedzenia na zasiłku, bez większej aktywności fizycznej daje mi się we znaki. W przerwie na śniadanie słyszę jedynie, że muszę szybciej się ruszać i mieć większy refleks, na co odparłem, że ja mam jedynie refluks. Nikt nie rozumie mojego żartu, wszyscy przeżuwają tanie, napompowane powietrzem bułki z pasztetem i śmieją się ze swoich żon, które nazywają babami. Jakie to one są wkurwiające, jak do roboty się nie nadają i tak w kółko, bez umiaru. Podsumowują, że koniec końców, każde normalne chłopisko musi od czasu do czasu za dupę i cyca złapać, zaczynając obrzydliwie rechotać; resztki pogryzionego jedzenia wypadają im w trakcie na ziemię, ale nikt się tym nie przejmuje.

Jakoś mi nie jest do śmiechu. Szef delikatnie się tylko uśmiecha, wręcz ironicznie, nie parskając w sposób tak głośny i gardłowy jak reszta. Po pewnym czasie ten jego spokój i opanowanie zaczęły mi nawet imponować.

Reszta dnia już w miarę zleciała, co jakiś czas przychodzi do nas zgarbiony gospodarz, proponując herbatkę, kawkę, ciasteczka i inne pierdoły. Opowiada nam, że całe życie przeharował ciężko w kamieniołomie. Ze mnie leje się jak z mokrej szmaty, a ten nad uchem ciągle snuje te swoje opowiastki, przed każdym zdaniem, zaciągając samogłoskę „Y”, tak, że zdania brzmią przez w ten sposób: Y dzień dobry, Y no ja nie wiem, Y no to dobra, Y powiedziałem mu tak, a on opowiedział mi Y srak. Nie wiem czy skutkiem tego zacinania się był udar mózgu, którego doznał dwa lata po przejściu na emeryturę i o którym też zdążył już opowiedzieć, ale od tego bełkotu pod koniec zmiany bierze mnie kurwica.

Działka jest ogromna, ze dwieście metrów, jak nie więcej, nasz Y zleceniodawca dorobił się pod koniec swojej pracowniczej kariery, zostając kierownikiem, czy coś takiego. Jednym uchem wpuszczam te pierdoły, innym wypuszczam. Pod koniec pracy poszedłem odlać się gdzieś na tyły posiadłości w krzakach i zobaczyłem jak stoi tam nieopodal, stara rozlatująca się drewniana chata. Figurowała dosyć blisko terenu, który grodziliśmy. Pomyślałem, że to będzie dobre miejsce, do przyjścia tu następnym razem w przerwie i wypicia na szybko jakiejś sety wódy, żeby nikt nie widział. Przynajmniej czas wtedy szybciej zleci.

Wracając, wstępujemy jeszcze do sklepu. Ten stu kilowy chłop ma na imię Marian, idę za nim i widzę jak bierze dwa czteropaki z przeceny, a przy kasie prosi jeszcze o dwie paczki czerwonych Chesterfieldów. „Żeby nie brakło,” podsumowuje swój zakup, puszczając do kasjerki oko. Ja proszę o pół litry Żubrówki i widzę na sobie ten wzrok pełen pogardy.

Brudni śmierdzący, kupują najtańsze zaopatrzenie do samo destrukcji i wychodzą. Jutro wrócą, a później znowu. Po chuj wy żyjecie.

Szef podwozi mnie pod sam mostek, nadal znam jego imię jedynie z ogłoszenia, nie przedstawił się. Jest jakoś dziwnie tajemniczy albo po prostu ma na mnie wywalone. Pyta tylko, gdzie dokładnie mieszkam, żebym nie musiał codziennie chodzić nadaremno w stronę tego zaszczanego przystanku.

W domu biorę szybki prysznic, w cuchnącej łazience. Czyli już wiem, że w nocy będzie burza – śmierdzi z kanalizacji, jakby ktoś zapomniał spuścić wodę. Leję sobie strumieniem po twarzy, otwierając usta, ale nie połykam tylko wypluwam ten ściek do kratki w brodziku. Nade mną wiszą pająki na tych swoich chudych nogach, wśród czerniejących już od dawna pajęczyn. Polewam je wodą, żeby na kimś się wyżyć za nieudany dzień i przyszłość. Te zaczynają się telepać. A niech sobie wiszą, myślę, mam to w dupie.

Upijam się i zasypiam, ale budzę się w nocy. Wali deszczem o parapet i rozbrzmiewa to z takim hukiem, że aż się wzdrygnąłem. Zapomniałem zamknąć okno w sypialni, więc zatrzaskuje je szybko i spoglądam z zadumą na grzmoty w oddali. Przecinają niebo i znikają, a mi przypomina się przestroga starszych osób, żeby nie stać w trakcie przy oknie, bo to ściąga pioruny. Parskam śmiechem, ale szybko kładę się z powrotem spać. Myślami odlatuję w stronę tego, jak to ze mną będzie. Natarczywe myśli nie dają mi zasnąć, więc otwieram lodówkę i zeruję flaszkę wódki. Do dna! Przecieram ręką usta z symbolicznym okrzykiem: aach, bo trunek bez przepitki wykrzywia mnie we wszystkie strony świata. W głowie zaczyna szumieć, kręcić się i już nic mnie nie wkurwia.

 

Znowu jest kac, przemęczony stoję na mostku i czekam. Dodatkowo trochę mi zimno, przez te deszcze trochę się oziębiło i ruszyło trochę wiatrem. Cuchnie wilgocią, a na jezdni widzę rozjechane ślimaki i dżdżownice.

Jak Marian wchodzi do busa po drodze, ten temat ciągnie się w nieskończoność. Przynudza o pogodzie do granic możliwości, szef przytakuje mu, dokładając teksty w stylu: „no kurwa, a jak inaczej” albo „deszczyk czasami potrzebny”, nagle, malejąc w moich oczach, bo myślałem, że mimo wszystko stać go na więcej. Denerwuje mnie dosłownie wszystko, pod siedzeniem turlają się śrubokręty i nie mogę wygodnie ułożyć sobie nóg.

Zatrzymujemy się w tym samym sklepie co wczoraj w trakcie powrotu. Przy ladzie ta sama kasjerka z worami pod oczami patrząca sennie w monitor od kasy. Z drugiej zmiany na pierwszą – pomyślałem sobie. Prawdopodobnie scenariusz jest prosty - samotna matka z dzieckiem, któremu trzeba dać żreć. Na pewno mnie poznała, bo widzieliśmy się zaledwie osiem godzin temu. Nie chcę wiedzieć, co pomyślała sobie, jak znowu kupowałem u niej wódkę, tym razem setkę wiśniówki o szóstej trzydzieści rano. Wychodząc słyszę jeszcze jak Marian spod tych swoich pożółkłych wąsów żartuje do niej, że dawno się nie widzieli hehe, dokupując swoje bzdety, w tym swojską kiełbasę i musztardę.

Przez to, że wczoraj tak waliło deszczem, teren jest przesiąknięty i taplam się w błocie po kostki, aż chlupie. Woda dostaje mi się do butów już na starcie, przez co czuje obrzydliwy dyskomfort zajmujący przez cały czas moją głowę. Koparkowy Zbyszek, pyta się mnie ciągle, czy w dołkach, które kopiemy nie idą jakieś widoczne rury z prądem, tylko że ja chuja widzę, bo wszystko zalewa woda z podmokłego gruntu. Macham głową, że wszystko jest w porządku, a ten robi swoje na pałę. Mówi w kółko swoje podstawowe dwa słowa, powtarzając je dwukrotnie: „spróbuję wypróbować, spróbuję wypróbować” i wierci dalej. Nawet ich nie mierzymy, powinny mieć coś koło metra.

Cały proces trwa dobrą godzinę, aż w końcu przychodzi szef i musi się do czegoś przypierdolić. Twierdzi, że jak nie widać, to trzeba teraz pogłębić każdą po kolei.

Więc ryję w ziemi łopatą, aż natrafiam w jednym dołku na pływającą w środku mysz. Robi mi się jej szkoda, bo musiała wpaść tam w nocy i nie potrafi sama wydostać się na zewnątrz. Zamoczyłem rękę, aż po łokieć, złapałem i wypuściłem. Wtedy za moimi plecami pojawia się Marian, krzycząc: „Zajeb ją, bo spierdala.” Jakby tego było mało, nagle koło nas doskakuje kot gospodarza, który łapie gryzonia w pysk i zaczyna pożerać żywcem. Miażdży jej głowę, aż chrupie, łapki w trakcie jeszcze się ruszają, a później zjada całą górę i martwy tułów odpada na ziemię wraz z drgającym przez chwilę ogonem. Robi mi się głupio i niedobrze. Marian, odpalając szluga komunikuje tylko „Skurwysyn matki natury” i sobie idzie w pizdu. Gospodarz też nagle pojawia się znikąd, śmiejąc się mówi, że „Łezka to dobry kotek, Y który…”, ale nie dokończył zdania, bo nagle w tym samym czasie Zbyszek zaczyna wydzierać się z oddali: „Młody leć po Artura, bom chyba w coś przypierdolił”.

Co za patola, idę go szukać, ale myślę sobie, że na trzeźwo do przerwy nie wytrzymam w takich warunkach. Wnioskuję też, że chyba będę musiał zacząć czytać jakieś książki, żeby się z czasem odchamić. Ale to, kiedy indziej. Dawniej natknąłem się na stwierdzenie, że nie uzależniają nas używki, tylko odmienne stany świadomości. Albo że być może to czasy decydują o tym, kto jest szalony, a kto nie. Różne takie wybielające nas bzdety, niekiedy dobrze robią na głowę.

Ta stara rozlatująca się chata, którą upatrzyłem sobie poprzedniego dnia, jest strasznie obskurna z wierzchu. Niektóre deski wygięte od stania na słońcu przez wiele lat, farba odpryśnięta niemalże w każdym miejscu. Na dachu eternit pokryty zielonym pleśniejącym mchem. Obchodzę ją dookoła i widzę, że w środku oprócz kurzu i brudu nie ma nic. Pustostan. Drzwi są zamknięte na rdzewiejącą kłódkę, pomiędzy nimi a futryną pełno rozlatujących się wiszących na ostatnich nitkach pajęczyn.

Obok stoi jeszcze stodoła, drzwi są lekko uchylone, więc zapraszają do środka jak nic. Po chwili staję jednak, jak wryty, bo przez szparę widzę w środku mojego szefa. Stoi z rękami opartymi o biodro, unosząc głowę do góry z zamkniętymi oczami. Oddycha głęboko. Tak po po prostu, stoi i oddycha głęboko, zaciągając powietrze nosem.

– Szefie, bo tam Zbyszek trafił chyba na jakąś rurę świdrem.

Odwraca się w moją stronę, robiąc zgorzkniałą minę i patrzy przez chwilę w ziemię. Wymruczał pod nosem ledwo słyszalne, coś w stylu „Bo na mapkach się kretyn nie zna”. Przechodząc obok mnie napomknął jeszcze, że w środku tej rudery pachnie jak za czasów jego dzieciństwa, dlatego na chwilę się zamyślił. Jak poszedł, to schowałem się szybko w środku i wyzerowałem, to co miałem w kieszeni, żeby nikt nie widział.

Dopiero po chwili dociera do mnie jak bardzo tutaj śmierdzi. Rozglądam się dookoła, wszędzie jakieś zardzewiałe klatki, łańcuchy, obroże, kupa stęchłego siana i starego, zaschniętego gówna. Smród przyprawiający o mdłości, nasiąknięty w słonecznym zaduchu dodatkowo starą, zakrzepłą krwią, która w tej ubojni musiała wejść w te wszystkie szczeliny między deskami i zostać zamalowana smołą. Na myśl przychodzą mi patroszone króliki i odpadające kurze łby spod siekiery, oberżnięte na wielkich, sękatych klocach drzewnych. Tym właśnie tutaj cuchnie.

Wracam i okazuje się, że trafiliśmy na starą rurę od kanalizacji, w dodatku nawet jej nie uszkadzając, tylko delikatnie, ocierając. Mimo wszystko, szef chodzi już do końca zmiany jak na szpilkach. Harujemy ponad dwanaście godzin, końca nie widać, bo uparł się, że musimy dzisiaj wykopać trzy czwarte działki.

Do domów odwozi nas szybko i chaotycznie, ścina zakręty, tak, że auta trąbią na niego niemal przy każdym kolejnym skręcie. W końcu prujemy stówą w zabudowanym, gdzie stoi znak o wyskakujących sarnach na drogę i finał jest taki, jaki można było przypuszczać.

Wszystko dzieje się szybko, Marian rozmawia w tym czasie przez telefon za moimi plecami na siedzeniu. Ja patrzę z przerażeniem jak ta sarna wybiega i jak w nią uderzamy. Przekręca się w powietrzu ze dwa razy, zostawiając nam pajęczynkę na przedniej szybie i wgniecenie w lewej części zderzaka. Ląduje w fosie, a my na piskach hamujemy, tak, że pasy bezpieczeństwa zapierają mi dech w piersi. Słychać soczyste „kurwa”, bo ten stu kilowy grubas nigdy nie zapina pasów z tyłu. Rozwala sobie nos o moje oparcie, a jego telefon ląduje pod moimi nogami, zatrzymując się na gumowym młotku do ubijania słupków. Szef koło mnie wścieka się, uderzając trzy razy ręką o kierownicę i wysiada. W tym czasie słyszę jak z leżącego na podłodze telefonu ktoś wykrzykuje: „Halo! Halo! Jezus Maria, halo! Marian co się stało”? Brzmi to komicznie, ale nie jest mi do śmiechu, jestem w szoku i serce wali mi jak młotem. Podnoszę go z ziemi i zerkam na mojego towarzysza, a ten siedzi i trzyma się prawą ręką za przepitą, napuchniętą kichawę, z której krew leje się strumieniem. Lewą chwyta za komórkę, którą mu podaję i kontynuuje rozmowę, jak gdyby nigdy nic. „Kurwa, bo zapierdala, a chuj to z tego… no krew mi się leje, a mówiłem mu kurwa…”.

I dalej już nie słucham. Nagle drzwi koło mnie otwierają się i szef mówi, żebym wysiadł mu pomóc. Nawet nie ogarnąłem, kiedy znalazł się po mojej stronie, na miękkich nogach zwalam się na asfalt i widzę, jak całe niebo przesłonięte jest gwiazdami. Świerszcze cykają na łące przede mną w wysokiej trawie, a mi ciśnienie pulsuje jeszcze w uszach. Te fakty zapamiętuje najbardziej, bo wpadam przez chwilę w dziwny amok, ciesząc się z chwili i wdychając świeże powietrze, którego przed momentem mi zabrakło.

Czuje jak łapie mnie za rękaw i ciągnie w stronę tej fosy, gdzie słychać jak sarna tupie jeszcze sprawnymi nogami o czyjś betonowy mostek, a te dźwięki rozbrzmiewają mi w głowie niczym metronom. Słyszę stanowcze „ogarnij się”, po czym wracam do rzeczywistości, łapię się za kolana i wymiotuję. Drze mnie na rzygi dwukrotnie, czyjaś ręka wali mnie po plecach. Słyszę: „Jak skończysz, to weź z busa trytytki” i nie sprzeciwiam się temu. Wycieram usta rękawem, otwieram tylne drzwi, przysłuchuję się kontynuacji rozmowy telefonicznej Mariana pocieszającego swoją żonę, że nic mu nie jest. Biorę największe opaski zaciskowe, jakie znajduję, bo już przypuszczam co się święci.

Szef z trudem zaplata zwierzęciu nogi, zaciska tak mocno, że robi się cały czerwony na twarzy. Przednie łapy ze sobą, a potem tylne. Ja łapię za jedno złączenie, on za drugie i ciągniemy to cielsko w stronę naszego pojazdu po ziemi. Łatwo nie jest, bo trafił się spory okaz.

– Tak na żywca?

– Nie mam czym jej teraz zajebać.

Ładujemy ją na przyczepkę, czując się, jakbym podnosił przęsło ogrodzeniowe z ziemi, prawie, łamiąc sobie przy tym kręgosłup. Ostatecznie dajemy radę, Marian ogląda się za siebie, cały czas z tym swoim telefonem przy łbie i śmieje się do rozpuku. „Skurwysyny ładują sarnę na pakę”. Później już jakoś poszło.

Szef odwozi mnie do domu bez słowa, tak jak ma to w zwyczaju.

 

W końcu jest weekend i można odpocząć. Do sklepu w swojej wiosce już nie uczęszczam, szczam na to, że tak powiem, żeby nie słuchać jak gadają. Zaszyłem się w domu i oglądam telewizję. Lecą teleturnieje, zagraniczne seriale o miłości i polskie komedie, które nigdy mi się nie znudzą. Odpowiada mi to. Powtarzam z aktorami oklepane teksty, znając je na pamięć i obżeram się chipsami z Biedronki. Alkohol mrozi mi się w lodówce, ale czekam z tym do wieczora. Mój spokój zagłusza dzwoniący telefon.

– Halo.

– Cześć. Słuchaj, podjadę za chwilę jak nie masz nic przeciwko.

Czuję się niezręcznie. Szefowi dałem swój numer telefonu, żeby pisał mi SMS-y, na którą mam się wstawić na mostku przed pracą, i to wszystko. Nawet nie zapisałem go sobie w kontaktach, więc odbierając nie wiedziałem, że to on.

– No dobra, dobra… siedzę przed telewizorem, jak chcesz to możesz wpadać.

– Odwdzięczę się za pomoc wczoraj. Będę za dziesięć minut. – I się rozłącza.

Po chwili, patrzę przez okno i faktycznie podjeżdża pod mój dom samochód. Wychodzę na zewnątrz, widzę nówkę Audi, na zderzaku jest napisane, że A4, ja się tam nie znam. Wsiadam do środka, gdzie uderza we mnie pedantyczna czystość i słodki aromat wydobywający się z wiszących choinek na lusterku wstecznym. Aż do przesady. Gryzie mi się to z obrazem, do jakiego przywykłem na co dzień, jeżdżąc z tym samym typem do roboty w innych warunkach. Ciuchy znoszone, cera jak u bezdomnego, ale autko odpicowane na tip-top. Ci goście zawsze tak mają.

Chatę ma drewnianą, schowaną niedaleko małego lasu. Bez ogrodzenia o dziwo. W środku panuje zaduch, pachnie starym dywanem i kocią karmą. Na ścianach wiszą fotografie z gór, oprawione w ramkę.

Zaprasza mnie do kuchni, gdzie panele na ścianie pokryte są kropelkami zaschniętego tłuszczu. Ogólnie poza tym jest w miarę czysto, ale firanki trochę już pożółkły, lepy na muchy wypadałoby wymienić i dziecko jeździło resorakiem po płytkach w ujebanym czekoladą ubranku.

– To Darek.

– Naprawdę? Mam tak samo na imię.

Widzę lekki, ironiczny uśmieszek na jego twarzy. Nigdy się sobie nie przedstawiliśmy. Łączy nas dość specyficzna relacja. Pracuję na czarno, bez umowy, jutro mogłoby mnie zabraknąć i nie robi to nikomu żadnej różnicy w papierach.

Gówniarz, jak mnie widzi, to zaczyna głupkowato się cieszyć, potem znikając za ścianą. Prowadzi w tej chwili rajd i jest zajęty samym sobą. Poza tym czuję w powietrzu napiętą sytuacje i swąd przypalanego garnka.

– Co gotujesz? Potrawa już chyba dochodzi.

– Dochodzi, dochodzi… – Wzrok ma jakiś taki nieobecny, nie wiem, czy ma tutaj na myśli pewien podtekst, czy ten gość jest po prostu tak flegmatyczny. Siadam przed stołem i zaplatam sobie palce u dłoni na blacie. Widzę jak cerata jest poprzecinana w niektórych miejscach nożem. Do dłoni przyklejają mi się drobinki nieprzetartego cukru. Czekam.

Wyłącza ogień pod garnkiem i przychodzi do mnie za moment z parującym talerzem zupy.

– Flaki. Lubisz?

– No spoko, może być. – Siorbię tę nie niedoprawioną zupę, robiąc się cały czerwony na twarzy, jak on wczoraj przy zaplataniu sarny trytytką. Kurwa. Nie wiem, czy to przez tę dziwną atmosferę, stres, czy po prostu gorącom temperaturę posiłku. O sól nawet nie pytam.

Jemy w ciszy, bo przyzwyczajony jestem, że ten gość mało mówi i nagle słyszę jak po drewnianej podłodze w korytarzu toczą się koła wózka inwalidzkiego. Nie muszę się domyślać, widzę z daleka jak zbliża się do nas postać poruszająca tym sprzętem w naszą stronę. Pojawia się przede mną kobieta – blada, stanowczo za chuda. Twarz ma tak zaciętą, jakby prosiła o litość bądź odrobinę współczucia. Nogi schodzą jej się kolanami do środka pod czarną suknią z falbankami, której chyba dawno nie zakładała, bo wydaje mi się przeżarta przez mole i pomięta od długotrwałego leżenia pod ciężarem. Widok strasznie poniżający, nie chcę na to patrzeć, więc spuszczam wzrok i tak siedzę. Znowu czekam. Nawet już nie jem, oparłem łyżkę o krawędź talerza. Stuk.

Przyłącza się do nas, miała już wcześniej nalane, nie zwróciłem uwagi. Zerkam z ukosa, widzę tę trupią cerę, podkrążone oczy, sine wory pod nimi. Skóra zassana, wymięta tak samo jak ubranie. Widać kości policzkowe, szczęka porusza się, jakby zaraz miała odpaść, trzymana na zużytych już dawno temu zawiasach.

To twoja schorowana babka, którą się opiekujesz? Myślę sobie.

– To moja żona. – Oznajmia mnie, gdy już wracamy.

Nie ośmielam się zapytać, co to za przypadłość.

Żegnamy się i z ulgą wchodzę do swojego domu. Wkładam głowę pod kran w łazience, oblewając się zimną wodą przez dobre pięć minut, a potem spoglądam w lustro nad umywalką, na której widoczne są jeszcze odpryski po paście do zębów.

Jest tutaj tak samo pusto jak tam, tyle że w tym miejscu nikogo prócz mnie nie ma.

 

W robocie zbliżamy się już powoli w kierunku chaty, w której waliłem sety. Odcinek oddzielający nas od niej będzie ostatnim, jaki wykopiemy.

Smaży dzisiaj okrutnie, stoję bez koszulki, a i tak jest mi gorąco. Jestem cały brudny, spocony i spieczony; skóra na ramionach i karku już jest czerwona, jutro będzie schodzić w płatach i zrobią się bąble, to jasne jak słońce. Słońce, które nie daje mi żyć. A przecież bez słońca nie ma życia.

W głowie wyświetla mi się obraz z weekendu, gdy ta kobieta siedziała wtedy koło mnie. Nie mogę przestać o tym myśleć, rozwaliło mnie to psychicznie.

Gospodarz znowu mnie wkurwia, bo główną drogą niedaleko nas przechodzą młode kobiety, ubrane dosyć skąpo, a ten podchodzi do mnie co jakiś czas, szturcha paluchem i oznajmia podniecony: „Jest, na czym oko zawiesić, nie młody”? Wtedy, jak to wysapuje, jakoś już się nie zacina, oczy świecą mu się jak żarówy, pod pachami ma widoczne ślady potu, a ja mam ochotę przepierdolić mu za to, że jest tak obleśny.

Marian też oczywiście podłapuje temat. Z oddali, zasypując gotowe dziury betonem, wykrzykuje do mnie, wiedząc, jak miała na imię moja była dziewczyna:

– Daro! To nie Karyna!

– Wiem, to ta jedyna. – Odpowiadam mimochodem, żeby się zrymowało.

– Nie pierdol, tylko daj mi tutaj łopatę betonu!

Idę, naładowuje taczki i w dalszym ciągu słucham tych bezsensownych poleceń.

– Idź tam i przynieś mi to jeszcze. – Gestykuluje do mnie tymi grubymi paluchami, ale nie potrafi dobrze się wysłowić.

– Gdzie tam? – Pytam już trochę znużony.

– W dupie.

Macham na to ręką, wypuszczam z siebie powietrze zbyt głośno, celowo, niech usłyszy moją irytację. Domyślam się, że chodzi mu o konewkę i wiadro ze studni, żeby podlać beton na przyczepce. Od tego słońca wysycha i później do niczego się nie nadaje.

Z oddali słyszę kolejne żarty, wszyscy tryskają dzisiaj dobrym humorem.

– Zbyszek! Ładuj sprzęt do kolejnej dziurki i jazda!

– Spróbuję wypróbować!

Ci ludzie są popierdoleni. Tak mija mi kolejny dzień, a w głowie pojawia się pomysł o rezygnacji z pracy.

 

Leżę na łóżku, jest środek nocy, nie mogę zasnąć i gapię się w sufit. Rozmyślam o tej sarnie, o tej patologii, o tym, że mam problem z nadużywaniem alkoholu. Potem wiercę się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji. Pościel przepociłem już dwukrotnie, zmieniałem i wrzucałem do kosza na pranie. Leżę teraz na gołym materacu, bo już mi się nie chce bawić w te klocki po raz trzeci. Coś jest nie tak, wisi w powietrzu, kąsa mnie.

Wychodzę z domu w ciemną noc i chłonę ten klimat. Postanowiłem, że przejdę się kawałek po wsi, tam i z powrotem, niedaleko. Uderzam butem leżące na asfalcie kamienie, wkopując je komuś do fosy – niech rozjebią sobie te spalinówki, co nie dają mi spać nad ranem w każdą sobotę.

Obok mnie przejeżdża rozpędzony samochód, w środku dudni basem podgłośniona muzyka rap, przekrzykiwana przez najebanych nastolatków. Tylko tyle mają tutaj do roboty. Chlać i ćpać. Albo ćpać i chlać, może efekt w tej kolejności byłby zgoła inny. Ciekawe, czy chociaż kierowca jest trzeźwy, przypuszczalnie nie jest. Jechali środkiem, przez chwilę miałem lekką obawę, że mnie potrącą.

Widzę rozciągające się w oddali górki i lasy, latarnie świecą jeszcze, ale niedługo już zgasną. Pola ze zbożem szumią dookoła. Pewna osoba sto metrów przede mną zamyka właśnie bramę wjazdową do swojej posesji. Konstrukcja musi być stara, bo skrzypi i niesie się drażniącym dla ucha zgrzytem po okolicy. Psy wtórują jej przeciągłym wyciem.

Wiatr rusza nieskoszoną trawą, przyglądam się temu i widzę jak ta opada, żeby później podnieść się z powrotem. Wyciągam z kieszeni szlugi, miałem nie palić, no ale Marian częstował i się wkręciłem. Teraz kasa, której ciągle mi brakuje, idzie dodatkowo jeszcze na to gówno.

Myślę sobie, że chyba wyjadę za granicę. Do Holandii. Wszyscy moi starzy znajomi tam siedzą. Albo w Niemczech. Wyjechali, bo tutaj bieda, jedna droga przez wieś, zabytkowy kościół, sklep bez możliwości użycia karty i stadion z kretówkami. Pogadam o tym z szefem. Jutro. A właściwie to dzisiaj, bo już po północy.

Przydeptuje kiepa, wracam. Muszę rozegrać to wszystko w miarę z głową. Jak go zdenerwuje, to mi nie wypłaci, nie mam umowy przecież. Zastanawia mnie, jaki on jest w życiu prywatnym. Nie poznałem go dobrze, bo nie da poznać się go dobrze. Pójdę tam rano, zanim jeszcze zaczniemy. Zaskoczę go.

Nie przewidziałem tego, że to on zaskoczy mnie.

 

Nieprzespana noc. Patrzę na firankę jak faluje i czuję, że paraliżuje mnie strach, przed nadciągającym dniem. Nie jest dobrze. Jest źle, żeby nie powiedzieć fatalnie. Coś mi głowa wysiadła, nie wiem, muszę wstać i się ogarnąć.

Biorę prysznic, wychodzę z niego i spoglądam sobie w oczy. Czerwone, przekrwione. Trzęsie mnie jeszcze, bo oczywiście zakraplałem swoje smutki alkoholem. Jest czwarta rano, a ja oddalam się od domu i zmierzam w kierunku posiadłości szefa.

To jakieś trzy kilometry, przy dobrym tempie z buta za pół godziny będę na miejscu. Po drodze ocieram kilkukrotnie czoło z potu, czuję się, jakbym pokonywał maraton. Kręci mi się w głowie, doznaje uczucia, jakbym tracił przez krótkie chwile kontakt z rzeczywistością. Pierwsze stadium delirki albo po prostu psycha mi już wysiada od tego miejsca. Już postanowione, wyjadę i później wszystko będzie jak trzeba.

Do celu docieram na totalnym zmęczeniu, widzę, że w środku w jednym pokoju świeci się światło, więc to dobry znak. Potykam się o drewniane schodki na wejściu, jakoś nie zarejestrowałem wcześniej, że się tutaj znajdują. Dzwonka nie ma, czyli jestem zmuszony pukać. Raz, drugi, trzeci, nic. Noc. Jeszcze się nie przejaśniło, myślę sobie, co ja odpierdalam.

Stoję tak i zaczynam się oswajać z otoczeniem, słyszeć dźwięki, jakie niesie teren. Ktoś skomle dziwacznie, brzmi to jak wymuszone jęki w pornolach, tylko że stłumione, jakby dobywały się spod dużej warstwy materiału. Łapię za klamkę, bo trąci to sporym zamieszaniem, w środku słychać to jeszcze bardziej, myślę sobie, że może ktoś się dusi.

Pokonuje korytarz, nastawiając się na najgorsze, przede mną na końcu widnieją białe drzwi z odrapaną farbą, wybrzuszenia malują się na niej niczym stare blizny. Na środku po lewej stoi szafa. Przechodząc obok niej, drzwiczki się otwierają i uderzają mnie kantem w bark. Widzę jak gówniarz siedzi w niej, gile leją mu się z nosa, jest cały obszczany. Patrzy na mnie, a ten wzrok mnie zabija, podczas, jak w oddali nadal niosą się stłumione dźwięki.

– Co tutaj się dzieje?

Moje słowa nie wybrzmiewają, tak jakbym sobie tego życzył, głos staje mi w gardle i wydobywam z siebie jedynie połowę tego, co chciałem. Wulgarność i odmęt mojego życia sięga zenitu. Łapię za tornister, obok którego siedzi to dziecko, odsuwam zamek i zaglądam do środka, żeby jakoś naświetlić sobie oniryczną rzeczywistość. Wewnątrz jedynie dwie kanapki zawinięte w sreberko i butelka po Celestynce z herbatą w środku. Całość zajeżdża trochę starą szynką i serem. Odkładam go na bok, tam gdzie leżał.

Kieruję się w stronę tego tłumionego pogłosu. Stawiam powoli kroki, jakby każdy kosztował mnie przysiad ze stu kilową sztangą. Albo sarną wierzgającą kopytami w nieładzie. Zakneblowanej, śmiertelnie przerażonej i cierpiącej. Cierpiącej, jak mało kto.

Otwieram po cichu drzwi do środka, zerkam prawym okiem przez szparę, którą sobie stworzyłem. Widzę akt stosunku, albo bardziej gwałtu lub chorej fantazji.

Artur, pierdolony Artur, bo muszę przestać nazywać go w końcu szefem, posuwa swoją niepełnosprawną żonę analnie. Leży na niej, jak wywłoka, a pod nim niewładne, pomarszczone nogi partnerki rozchodzą się pokracznie na boki, krew spływa po jednej z nich pomieszana z cuchnącą mazią. Odczuwam ten fetor niemalże od razu, przy każdym mlaśnięciu staje się coraz bardziej nie do wytrzymania. Cofam się, jakbym odbił się od ściany, potykając się jednocześnie o swoje nogi. Na szczęście dla mnie, nie upadam.

Ta kobieta w usta ma włożoną czarną kulkę na skórzanych paskach oplatających jej głowę. W tych chorych fetyszach to się jakoś nazywa, ale ja nie znam tego określenia i w tej chwili nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Kręcę głową z niedowierzaniem, cofam się na wyczucie, myślę, że to mi się śni. Bo to mi się śni albo totalnie mi odjebało.

Trzeźwieję dopiero, gdy dobiegam sprintem na swój mostek, nie pamiętam, żebym się zatrzymywał. Padam jak długi, z wycieńczenia i poszarganych nerwów.

Otwieram oczy, gdy jest już jasno. Psy szczekają głośno, coraz głośniej. Obok mnie stoi Artur i jego bus, z włączonym jeszcze klekoczącym silnikiem.

– Tak żeś zapił wczoraj? Wstawaj, do roboty jedziemy.

 

Jestem wyprostowany niczym struna, niedobrze mi, bolą mnie wszystkie mięśnie. Faktycznie jedziemy. Nie zerkam na niego, bo się boję. W radiu leci lista przebojów, które każdy w swoim życiu słyszał po kilka razy, ale nikt nie potrafi wymienić z nazwy. Rejestruję jak Artur nuci coś pod nosem, może on jednak zna słowa i wie jak nazywa się utwór. Mam jednak wrażenie, że po prostu ze mnie szydzi. Naśmiewa się ze mnie. Po dziesięciu minutach siedzenia w bezruchu, jestem tego niemalże pewny.

Wchodzi Marian, pojazd przechyla się standardowo przez moment na prawą stronę. Jedna noga, druga, jest już w środku i zaczyna opowiadać: „W nocy żem nie spał, niewyspanym trochę. Dziwne to, bo zawsze mam sen twardy jak niedźwiedź. Może to przez zmianę pogody… to na pewno wina pogody”.

Ja wiem, że jest inaczej.

Gdy dojeżdżamy na miejsce, to z daleka widzę już majaczącego na horyzoncie Zbyszka. Podpiera ręce na biodrach, później łapie się nimi za szyję, łącząc ze sobą łokcie. Wzrok skierowany ma w stronę nieba, byle dalej, byle nie spoglądać. Zaraz potem krąży dookoła koparki, czegoś szuka. Wygląda, jakby spanikował, moje serce na ten widok zaczyna przyśpieszać.

Wysiadamy i zmierzamy w jego kierunku. Idę na miękkich nogach, tonę w błocie po kostki, jak lało w nocy, to nawet tego nie zarejestrowałem, jesteście moimi świadkami. Słyszę dobiegające do mnie głosy, dudnią mi w głowie ich konsekwencje. Jesteśmy coraz bliżej, a ja robię się coraz bardziej przerażony.

„Chuj zaczął robotę bez nas i znowu na coś trafił”. Widzę z daleka jak stoi. Odpala papierosa. Spluwa na ziemie i kręci z niedowierzaniem głową.

„Co jest? Co się stało”? Słyszę wydzierającego się Artura, Marian chrząka i sapie za nim, nie jest przyzwyczajony do poruszania się w tak szybkim tempie. Zbyszek milczy, wpatruje się teraz w ziemię, podpierając rękę na biodrze, wzrok ma nieobecny – odleciał w inne przestworza i dopiero za chwilę do nas wróci.

Teraz to do mnie dociera. Ostatnia prosta, linia brzegu oddzielająca nas od starej, czerstwej, spróchniałej chaty.

„Wyście ich zabili”. Słyszę za plecami głos naszego zleceniodawcy i uginają się pode mną nogi. Padam na jedno kolano, podpierając się ręką, myśląc, że dłużej już tego wszystkiego nie zniosę. Po chwili jednak powtarza głośniej to samo zdanie i dociera do mnie, że brzmi ono: „Co wyście zrobili”. Zerkam przed siebie i dostrzegam porozrzucane wszędzie kości, które zanim przyjechaliśmy, wyleciały z dołka razem ze świdrem. Czy tylko ja dostrzegam w nich fragmenty ludzkich czaszek? Zbyszek zaczyna gestykulować rękami, objaśniając sytuację i tłumacząc się.

„Dzwonię po policję. Y ten sąsiad to dziwak był, powiesił się pięć lat temu w tej szopie”. Właściciel wystukuje już numer na komórce, ja podnoszę się z kolan i podchodzę do byłego szefa, trzymając w ręce kamień podniesiony z ziemi.

– Wypłać mi teraz moją należność albo cię zajebię.

Uśmiecha się ironicznie. Ja znam ten wyraz twarzy.

– I gdzie pójdziesz?

– Nie twój interes.

Gotówkę trzyma w tylnej kieszeni spodni, podaje mi ją, jakby już wcześniej była przygotowana. Gdy odchodzę, za plecami słyszę na odchodne: „Wszędzie będzie tak samo Darek. Jedynie nieostrożność sprawi, że twoje myślenie na temat tego świata zmieni się na chwilę… nigdy jednak nie trwa to długo”.

Odwracam się i pokazuję mu środkowy palec, ale nie dostrzegam tam już nikogo.

Uświadamiam sobie jak bardzo jestem przemęczony i odwodniony; trzęsę się, mam konwulsje połączone z mrowieniem na całym ciele. Ręce mi się pocą, przecieranie czoła już nic nie daje, bo w ten sposób robi się jeszcze bardziej mokre.

Docieram do domu, zamykam się na klucz i zamknąłbym się dodatkowo jeszcze na kłódkę, gdyby była taka możliwość. Całe wnętrze w środku wydaje mi się w tym momencie obce. Zasuwam rolety w oknach i błądzę w lekkim półmroku, jakbym to pomieszczenie widział po raz pierwszy w życiu. Odbijam się od ścian, które sprawiają wrażenie lepkich od skazy. Za którymś razem upadam na ziemię i już nie podnoszę się aż do kolejnego świtu.

 

Siedzę w samochodzie. Pora wyruszyć w podróż, myślę sobie, już tutaj nie wrócę. Stary zardzewiały Opel Corsa odpala, mimo że nie był na chodzie od dawna. Dolałem paliwa z kanistra używanego wcześniej do kosiarki. Benzyna 95, na 98 mi nie wystarczy. Całe życie haruję ciężko, a nie stać mnie dosłownie na nic. Jebać to. Otwieram drzwi blaszaka, które zacinają się nie miłosiernie. Kopnąłem z buta i pomogło. Resztki paliwa rozlewam dookoła domu, wchłaniam ten aromat, ten zapach, który wącha większość ludzi z niewiadomych przyczyn, w niewiadomym celu. W kieszeni mam zapalniczkę.

Wyruszam jednak w Bieszczady, postanowiłem, że najpierw poukładam sobie wszystko w głowie. Ironicznie rzecz jasna, tak naprawdę wmawiam sobie, że tak będzie. Na końcu kierunek Holandia. Stare mosty palę bez wahania. Na siedzeniu obok mnie leży gotówka, którą dostałem. Co jakiś czas przyglądam się jej, czy jest prawdziwa. Po przekroczeniu kilkunastu kilometrów nadal tam leży, zastanawiam się, czy to dobry znak.

Włączam radio, żeby trochę się wyluzować, bo jestem strasznie spięty i niepotrzebnie zaciskam tak mocno dłonie na kierownicy. Już teraz będzie dobrze, przecież w końcu kurwa musi być.

Uruchomiają się wiadomości i słyszę, że rozpętała się wojna na Ukrainie. Podawane są statystyki o ilości ofiar w cywilach. Mówią mi, że gwałcone są tam kobiety, że giną ludzie, w tym dzieci i niemowlęta, miasta są bombardowane. Większość spierdala w tym momencie z tamtego kraju. Ja spierdalam, bo myślałem, że jest miejsce, do którego można się udać i zapomnieć.

Być może ta zjawa miała rację. Gorzej, gdy on istniał na serio, w realnym świecie. Miałem stawiać ogrodzenia, ostatecznie odgradzam się od rzeczywistości. Nie będę wspominał o szefie już nigdy więcej, przyrzekam to sobie.

Na antenę wchodzi ekspert odpowiadający na wszelkie pytania. Po co, dlaczego, w jakim celu ta wojna. Wie dosłownie wszystko, nie oznajmia tylko, ile to jego pierdolenie kosztuje nas pieniędzy. Albo lepiej dla nas, żeby nie wiedzieć. Specjalista od gier politycznych i mordowania ludzi w wyższych celach. Widocznie my szaraki nic nie wiemy. Ha tfu.

Zerkam na prawe siedzenie, nadal tam są. Szczerze mówiąc, miałem sporą nadzieję, że tym razem ich nie zobaczę. Może wtedy udałoby mi się zacząć wszystko od nowa. Powiewające na wietrze banknoty, spięte gumką do włosów. Frotka znaleziona za szybą w kredensie, w kieliszku po wódce. Nie chcę przytaczać, do kogo należała, nim ta osoba umarła. Ojca nigdy nie poznałem.

Radio w końcu wyłączam, nie da się tego słuchać. To ten sam rodzaj gadaniny co przy kasie w kolejce, tylko że w garniturach i nagłośnieniu krajowym.

Wyciągam ze schowka płytę z niedalekiej przeszłości. Eddie Vader za moment wykona swoje Society.

Patrzę przed siebie i zastanawiam się wciskając pedał gazu do maksimum, czy jest jeszcze jakieś inne wyjście. A wyjścia podobno zawsze są.

Mogę teraz skręcić w lewo lub w prawo.

...Society, you're crazy breed.
I hopę you're not lonely without me...

 

                                                                                      Dariusz Jakubik

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dark · dnia 08.08.2022 22:21 · Czytań: 321 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
30/09/2022 22:11
gdyby dosłownie interpretować każdy napisany wiersz jako… »
stanlee
30/09/2022 21:59
OK, maniera literacka trochę z innej epoki, ale… »
ApisTaur
30/09/2022 21:53
twoim zdaniem/ ty nie obrażasz/ ale gdzież mi do takiego… »
stanlee
30/09/2022 21:41
Rzeczywiście szkoda czasu, ale dalej podtrzymuję tezę, że… »
ApisTaur
30/09/2022 21:34
Więc nie marnuj go na moją ramotę/ czy ja cię tu siłą… »
stanlee
30/09/2022 21:28
Szkoda mi czasu, ale dalej to niemerytoryczne... nie… »
ApisTaur
30/09/2022 21:24
poskarż się/ albo popłacz// »
stanlee
30/09/2022 21:21
Nie wiem czy nie łamiesz regulaminu prowadząc prywatna… »
ApisTaur
30/09/2022 21:13
jednak zabolało//:))))) »
stanlee
30/09/2022 21:11
Podtrzymuję diagnozę: . I po co te wypociny: ??? Ech,… »
ApisTaur
30/09/2022 21:06
Yaro e tam/ ależ/ chciało mi się pogawędzić/ ale mi się… »
stanlee
30/09/2022 20:16
Aspis, poetą się rodzimy, nie stajemy. Jesteś tylko… »
Yaro
30/09/2022 19:07
Dziękuję:) »
Yaro
30/09/2022 19:06
Drogi Apisie nie tłumacz się Trollowi. Pozdrawiam czasem… »
Marian
30/09/2022 16:05
Jacku, dziękuję za odwiedziny, obszerny komentarz i uwagi.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas