Nieme twarze - Dark
Proza » Historie z dreszczykiem » Nieme twarze
A A A

„Nasze życie, można też ująć jako niepotrzebny epizod zakłócający błogi spokój nicości”.
Arthur Schopenhauer

 

Wszędzie dookoła nieme twarze.

Kroczymy bez motywu, po jakimś starym, zaniedbanym placu w kształcie koła. Nie widzę w tym celu, nie pamiętam, kiedy zaczęliśmy. Prawdopodobnie już dawno temu. Tkwimy w tym miejscu tak po prostu.

Wszystkie twarze zwrócone są w kierunku ziemi. Nikt nie patrzy po sobie, nikt o nic nie pyta. Tułaczka każdego dnia zaczyna się o poranku, nie wiem, ile trwa. Nie jestem w stanie zrozumieć wielu rzeczy w tym miejscu. Pewne po prostu się dzieją, inne powtarzają. W tym przypadku akurat, każdy doskonale wie, kiedy ma wrócić do mieszkania i w ten sposób znikamy w swoich ponurych zakątkach. Mamy przydzielone miejsca, wszyscy wiedzą, gdzie się udać. Tak mi się wydaje.

Gdy wracam, robię tradycyjne czynności: sprzątam, gotuję, później znowu sprzątam, bo muszę umyć po sobie. Potem siadam do pracy, i to zabiera mi najwięcej wolnego czasu. Wykonuję ją na swoim laptopie, tworzę i rozsyłam różne e – maile, a później muszę na nie odpowiadać. Z czasem zapominam co w nich było zawarte. Wiem, że są bardzo ważne, dla mnie i dla całej zebranej tutaj ludności. Muszę robić wszystko sprawnie, być w pełnej gotowości, żeby wysłać następna wiadomość i później kolejną.

W pewnym momencie przerywam pracę, wtedy wyłączam komputer i zerkam na zewnątrz przez okno. Jest już noc i w oknach dookoła placu, widzę spoglądające na mnie obce twarze. Oni również skończyli już pracować, nie wiem, czym się zajmują, nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy.

Tym razem nie mamy oporu przed tym, żeby się sobie przyglądać. Wydaje mi się, że późną porą, odizolowani, gdy każdy przebywa u siebie, jest to dozwolone, w innym przypadku wiedzielibyśmy, że tak nie można. Mimo wszystko, szyba sprawia, że obraz jest rozmyty.

Więc próbuję im się przyjrzeć, ale nadaremno. Z ich twarzy nie da wyczytać się wiele. Wydają się jednostajne, bez emocji. Wtedy zawsze zastanawia mnie, czy moja wygląda podobnie. Nie mogę w pełni stwierdzić, własne odbicie w oknie pokrywa mi się z innymi. Wszystkie tworzą, jakby całość, zlewają się.

Nadchodzi pora, żeby rozpalić ogień w kominku. Po zmroku jest tu mroźne, i to bardzo. Nigdy nie obudziłem się w nocy, bo mam przy swoim łóżku sporo alkoholu. Wyciągam go ze swojego barku, jeszcze mi się nie skończył. Postanowiłem, że gdy go zabraknie, to nie będę więcej ogrzewał tego miejsca. Wtedy oszaleję.

Wiatr huczy głośno, uderza w okno, przez które przed chwilą spoglądałem. Daje mi do zrozumienia, żebym się śpieszył. Czynności mam już dobrze opracowane, stanowią dla mnie schemat każdego dnia, jak wszystko inne. Muszę zejść teraz do wspólnej piwnicy po opał.

Po drodze nie spotykam nikogo. Otwieram skrzypiące drzwi na klatce i schodzę po stopniach na dół. W trakcie zapalam światło, żarówka oświetla mi żałośnie drogę, która wydaje się kręta, niczym labirynt. Krążę przez chwilę, po czym dochodzę na miejsce i zabieram ze sobą parę drewienek. Układam je sobie na zgiętej ręce, po czym wracam powoli na górę, dysząc i wypuszczając z ust parę. W drodze powrotnej nie gaszę światła, o tej porze obawiam się ciemności.

Ogień już się pali, więc kładę się od razu spać pod grubym kocem. Przed chwilą wyzerowałem dwieście mililitrów wódki; powinno wystarczyć, obudzę się dopiero nad ranem.

Wstaję, ubieram się i wychodzę na plac. Od razu wzrok kieruję w ziemię, z nadzieją, że inni zrobili to samo. Zaczynamy krążyć dookoła po starym bruku, gdzieniegdzie widuję mech pomiędzy kostką brukową. Ta ziemia musi mieć lata świetności za sobą, wszędzie rośnie tu pomiędzy trawa. Jaka to pora roku? Pytam siebie, nie odnajdując wyjaśnienia. W tym miejscu może o to właśnie chodzi, nie ma pytań, to nie ma też odpowiedzi. Jedynie szmer posuwających się naprzód kroków, jeden za drugim, bo trochę tu ciasno. Świst powietrza, przyśpieszone oddechy, jak to w marszu.

Ktoś chyba odkaszlnął gdzieś z tyłu, za moimi plecami. Przeszło mi przez myśl, że jego czas już się kończy. Ale to tylko moje luźne spostrzeżenie, może nic się nie stanie. Włożyłem ręce do kieszeni mojego płaszcza. A czy to przypadkiem nie jest jesień? Nie, wtedy wszędzie leżałyby pożółkłe liście.

Nadeszła pora i wracamy do mieszkań. Nogi prowadzą mnie same, kieruję się tam, gdzie trzeba. Zamykają się za mną drzwi i zabieram się za swoje obowiązki. Muszę pościerać trochę koło łóżka, bo zawartość butelki, której nie opróżniłem do końca w nocy, wylała mi się na podłogę. Być może zostawiłem otwarte okno, i to wina przeciągu? Nie wiem tego, namoczyłem po prostu szmatę w wodzie i przetarłem zawartość. Muszę chować resztki w barku, a nie zostawiać je byle gdzie, zagubione. Różne rzeczy się dzieją jeśli nie nie patrzymy. Różni ludzie są zagubieni w swych wędrówkach.

Teraz robię już obiad. Zadziwia mnie stan mojej lodówki. Zaopatrzenie się nie kończy, chyba że coś pomieszało się w mojej głowie. Wydaje mi się, że dawno nie byłem na zakupach. Wydaje mi się, że dawno nie czułem się szczęśliwy.

Wyciągam pierwsze lepsze mięso, pokroiłem w kawałki, posypałem potrawą i usmażyłem na patelni. Zjadłem samo z kromką chleba, potem usiadłem przed laptopem.

Poczta tym razem przychodzi częściej, niż zawsze. Otwieram wiadomości, odsyłałam zwrotne, po czym od razu przychodzą kolejne, bez chwili wytchnienia. Od czytania tych wszystkich ważnych spraw, z czasem literki zaczynają mi się zlewać. Wszystko wydaje się rozmyte, w pewnym momencie nie odróżniam tych treści. Muszę na szybko przecierać oczy i z coraz to większym skupieniem wracać do odpowiedzi. Robię, co jestem w stanie, odpisuję szybko, chaotycznie. W trakcie łapią mnie obawy, że jestem niedokładny, że to, co robię wymaga większego zastanowienia się. Uciekają mi godziny, kończę później, niż wczoraj.

Nie mam dzisiaj ochoty na zerkanie przez szybę. Kątem oka z daleka już dostrzegam wszystkich na swoich stanowiskach. Ale po chwili, pewności już nie mam.

Podchodzę z ciekawością, bo coś mną wstrząsnęło i zaintrygowało. W przed ostatnim oknie, po mojej lewej nie świeci się światło. Nikt w nim nie stoi, nikt nie patrzy. Kim była ta osoba? Próbuję sobie przypomnieć, ale te postacie przeplatają mi się w głowie, tak samo jak te wiadomości wcześniej. Wytężam umysł, tylko że nie jestem w stanie tego z powrotem przywołać. Po co to wszystko? Nie mam pojęcia. Dlaczego zniknęła? To mogło równie dobrze stać się już wczoraj, ale nie zwróciłem uwagi. Muszę położyć się spać, bo wszystko mi się miesza.

Idę po drewno, żarówka się nie świeci. Uderzam zdenerwowany pięścią w przełącznik i nadal nic, ciemno. Ponawiam próbę, spotykając się z tym samym. Czeka mnie przeprawa przez labirynt po omacku. Czy trafię? Okaże się, przecież nie mam innego wyboru. Ruszam na przód i odbijam się od ścian, jak szmaciana lalka. W ogóle sobie nie radzę, dzisiaj mam jakiś nieprzychylny dla mnie dzień, więc wyciągam ręce do przodu i macam. Tynk kruszy mi się pod palcami, jest stary i odpada. Ktoś powinien zadbać o to miejsce bardziej, tak sobie myślę w przypływie złości. Ostatecznie jakoś docieram na miejsce, poznaję po zapachu. Biorę drewno i wracam, po drodze, gubiąc kilka sztuk. Już drugi raz nie zawracam, niedługo będzie noc, więc muszę zdążyć. Przedostać się z ciemności w ciemność. Zasnąć.

Ogień przyjemnie trzaska w kominku, ja zeruję dwieście mililitrów wódki, przecieram usta dłonią i wlewam w siebie kolejne sto. Resztki w butelce odstawiam do barku i zamykam drzwiczki na kluczyk. Kładę się spać i nie śni mi się nic.

 

Patrzę pod nogi i widzę malutkie listki, w różnych kolorach; jeden jest żółty, drugi czerwony, trzeci jeszcze nawet nie zaczął usychać i ma zielony kolor. Zadowala mnie, że nadeszła jesień, bo to moja ulubiona pora roku. Co jakiś czas z nieba spadają kolejne, niestety nie mogę podnieść wzroku i zobaczyć jak opadają na nas z góry. Chowam głowę w kapturze, żeby nie kusiło rozglądać się i szukać wzrokiem zaginionej osoby. Wszyscy dobrze to wiedzą – brakuje jednego z nas. Ta wiedza przeniknęła przez wszystkich wewnątrz, jakbyśmy byli jednym, spojonym organizmem.

Ktoś w końcu nie wytrzymuje, krzyczy, chociaż bardziej przypomina to wycie. Pierwszy raz od bardzo dawna, słyszę barwę ludzkiego głosu.

– Boże! Przecież to wszystko nie ma sensu…

Zaczyna szlochać, a mi jest mi go żal. Jest mi żal nas wszystkich.

Później już cisza. Nikt tego nie komentuje, ja też nie mam zamiaru się odzywać. Kończymy maszerować później, niż zawsze, wracam do mieszkania zmęczony, nogi i plecy rozbolały mnie, mięśnie się napięły. Postanawiam wziąć gorący prysznic i trochę się rozluźnić. Atmosfera strasznie się napięła, wisi w powietrzu coś, co ma nadejść, takie wysnuwam wnioski. Puszczam wodę w kabinie, ale leci tylko zimna; mogłem się tego spodziewać, zaciskam szczękę i staram się to wytrzymać. Po kilkunastu sekundach nie jest już najgorzej, przyzwyczajam się do temperatury, wychodzę, ubieram się i siadam na krześle w przedpokoju.

Dzisiaj chyba nic nie zjem. W ogóle nie mam apetytu, dodatkowo obawiam się, że jedzenie w lodówce z jakiegoś powodu mogło się zepsuć, wolę nie ryzykować. Wpatruję się w ścianę przed sobą, widzę jedynie czerń. Nie świecę światła, nie sprzątam, bo nie ma po czym. Zaraz włączę laptopa i zacznę tworzyć ważne wiadomości.

Schodzi mi jeszcze dłużej, niż poprzednio, a ilość e-maili jest tak przytłaczająco duża, że nie mogę sobie poradzić, odpisując już, na co drugi, trzeci, czwarty. Większość informacji wpada do spamu i nawet tam nie zaglądam; pewnie nigdy nie zdołam ich przeczytać, bo pracy będzie przybywać. Wiem to, usłyszałem przed chwilą przerażający krzyk na klatce schodowej. Wywlekali kogoś siłą z mieszkania, słychać było ten wrzask i ciągnące siłą ludzkie ciało. Głuchy odgłos butów uderzających o betonowe stopnie do teraz wybrzmiewa w moich uszach. Ktoś zawalił, nie wypełnił obowiązków, nie jest już potrzebny.

Gdy kończę pracę, boję się wyjść po opał, wiem, że będę błądził w ciemnościach i odnalezienie drogi okaże się trudniejsze, niż dotychczas. Nasz wspólny organizm zaczął obumierać, teraz zdaję sobie z tego sprawę. Słyszałem przecież na własne uszy, nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.

Łapię za klamkę i wychodzę. Czuć tu oparami śmierci, ale nie widzi mi się zamarzać w nocy, gdy nadejdzie jak zawsze, mroźna i nieprzewidywalna. Przechodzę obok przełącznika na światło i nawet nie próbuję go włączyć, i tak wiem, czym, by się to skończyło. Ruszam w ciemne zakamarki, gubiąc się tak jak przypuszczałem. Totalnie tracę orientację, droga wydaje się zawiła, inaczej, niż do tej pory zapamiętałem.

Wychodzę pod górkę, żeby później staczać się w dół. W niektórych momentach jest niemalże stromo, próbuję wspinać się, ale na marne. Wtedy szukam przejścia dołem i znajduje – małe otwory, przez które zmuszony jestem się przeciskać na czworaka; innym razem pełzam już jak larwa, nie mogąc wyprostować się ani o centymetr. Wtedy zastanawiam się nad tym, czym tak naprawdę różnimy się od zwierząt. Po chwili ta myśl się ulatnia, bo nie odnajduję odpowiedzi.

Na miejscu okazuje się, że drewno jest nieporąbane, długie kłody leżą tu niczym zwalone drzewa w trakcie huraganu. Jak w dziczy. Nie mam wyjścia, obrywam jedynie gałązki i ruszam z powrotem, bo wiem, że ta podróż trwa o wiele dłużej, niż bym sobie tego życzył. Nie chce jeszcze bardziej jej przeciągać.

Wracanie jest tak samo koszmarne, a nawet gorzej, bo gałązki ciągle zawadzają o mury po obu stronach przejścia. Tym razem droga jest prosta, ale za to ściany są niesamowicie blisko siebie. Nie dość, że opału będę miał skąpo, to jeszcze gałęzie łamią się w trakcie tego dziwnego przemieszczania. Docieram na miejsce zaledwie z ładunkiem, jaki wystarczyłby do rozpalenia małego, skąpego ogniska. To jedyne, na co stać mnie tym razem.

Do kominka wrzucam co mam, dorzucając parę starych książek, których i tak nigdy nie przeczytam. Widzę jak płoną znane nazwiska, tracąc w ogniu swoje przemyślenia, które już od dawna gówno były warte. Wpatrując się w szalejące tam płomienie, doznaję czegoś na miarę ocknięcia się. Z czego? Już nie pamiętam, wiem natomiast, że muszę się nachlać i pójść spać, czym prędzej. Skończyło się na połówce, nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się wychłodzony, palce u stóp odmrożone, na dłoniach to samo. Ubrałem się szybo i wyszedłem na zewnątrz.

Modlę się wewnątrz siebie, żeby już był spokój. Pokornie przemaszerować, wrócić do siebie i zająć się swoimi obowiązkami. Im bardziej zgrani jesteśmy, tym łatwiej się później funkcjonuje. Głód zaczyna mi doskwierać dopiero teraz, zrobiłem się rozproszony i dalsza część uleciała mi jakoś, nie kontaktowałem dzisiaj zbytnio.

Idę już schodami do siebie, prawie łapię za klamkę od swoich drzwi i słyszę kolejny raz wrzawę, tym razem tam, skąd właśnie wracam. Ktoś krzyczy, przeklinając i wyzywając kogoś innego od najgorszych. Do kogo on wrzeszczy? Przecież wszyscy powinni być już w środku, we wspólnocie. Nie chcę dłużej tego znosić, zamykam się w mieszkaniu, czym prędzej. Zapowiada się kolejny wyczerpujący dzień, trzeba będzie sprostać wymaganiom.

Ale to nie takie proste. Na wymianie słownej się nie skończyło i teraz słychać dosłownie odgłosy makabrycznej walki. Roztrzęsiony podbiegam do okna, żeby wyjrzeć na plac, ale ku mojemu zaskoczeniu, nie jestem w stanie niczego dojrzeć. Dociera do mnie wtedy, że przecież spektakl się już skończył. Widać jedynie pustkę, jakby rzeczywistość, w której się znajdujemy była namalowana. Jednostajny obraz placu, rynku, zwał jak zwał, tylko że dźwięki dalej niosą się po okolicy. Coś jak tłuczenie, ubijanie, rozrywanie czy strzępienie. Nie wiem, na czym się skupić, wszystkie te czynności zaczynają się zazębiać, mi w głowie, jednocząc się w jeden hałas.

Wkładam stopery do uszu, siadam blisko ściany w pokoju obok i się na nią gapię. Mija tak kilka dobrych godzin, nie uruchamiam laptopa, bo się boję, że natłok informacji tym razem będzie zbyt przytłaczający. Zresztą w głowie szumi mi od tych wrzasków, co niedawno słyszałem, muszę się wyciszyć. Zamykam oczy i medytuję, czuję nadciągający zmierzch na skórze i w kościach. Palce u stóp zaczynają mrowić, są odmrożone. W dłoniach też czuje ciarki, wcześniej widziałem, że są sine i spuchnięte.

Nagle wstaję i ruszam przed siebie. Wchodzę do piwnicy, zaciskając wargi i dłonie, maszeruję z zaciśniętymi pięściami, jakbym szykował się walki. Odbijam się od ścian, niekiedy kopie w nie z buta, zwyczajnie, rozpędzam się i walę z impetem. Niektóre cegłówki odpadają, tworzą się dziury. Wargi mi sinieją, bo zaciskam je tak mocno, że niedługo zaczną pewnie krwawić. Ale nie mogę wydać z siebie żadnego dźwięku, te mury, to monstrum, nie może wiedzieć, że to ja.

Pięściami też uderzam. Z kostek zaczyna ściekać krew, z pewnością zostawiam wszędzie czerwony plamy. Nieważne, ciemno tu i zimno, pewnie nikomu nie będzie chciało się schodzić dzisiaj na dół. Ja sam próbuję już wracać, wiem dobrze; drewna dzisiaj nie będzie.

W tej chwili chowam się trzęsąc i kulę jak szczur w kącie, owinięty trzema grubymi kocami. Nie piję, żeby nie zamarznąć, nie śpię, bo nie mam w sobie alkoholu. Dygoczę coraz bardziej, łapią mnie jakieś dziwne spazmy. Wiatr uderza o szybę, porwał chyba parapet, bo coś łupnęło niedaleko i potoczyło się dalej pustym brukiem.

To miejsce się rozpada, sam też się do tego przyczyniłem. Niektórzy z nas będą chcieli jeszcze trochę pożyć, inni zdecydowali się już odejść. Konflikt interesów, zwyczajna odmienność charakterów, zmuszona do funkcjonowania razem, bez wyjścia.

Udaje mi się przeżyć, mimo że miałem nadzieję na koniec. Zasnąłem gdzieś po zmierzchu, gdy myślałem o błogim odejściu we śnie. Wtedy urwał mi się film, no i jestem, znowu krążę, znowu nie patrzę, boję się. Inni też się boją, wyczuwam strach w tych oddechach, coraz bardziej ukrywamy swoje przerażenie, płuca nam się zaciskają. Na placu panuje jazgot nierównych świstów i krzywo stawianych kroków. Ich echo rozsadza mi bębenki w uszach, zaciskam oczy, aż zaczynają mi drżeć powieki. Czuję, że cały pulsuję, robię się czerwony.

Ktoś zaczyna wymiotować. Przytłaczające charczenie roznosi się wszędzie, dociera do mnie z każdej strony. Ktoś inny poślizgnął się, upadł, zaczyna krzyczeć wniebogłosy, a ja słyszę, że już po nim. Nie przez upadek; to parszywe miejsce go zasysa, jestem tego pewien.

Ilu nas zostało? Nie mogę stwierdzić, nie otwieram oczu przez cały ten dzisiejszy przemarsz, walczę o przetrwanie. Właściwie to po ca ja walczę? Przecież chciałem, żeby to wszystko się skończyło, przeminęło jak naiwna wiara w miłość, dobro czy inne fanaberie.

Otwieram lodówkę, a tam pusto. Ręce telepią mi się, pewnie złapałem jakąś delirkę, czy inne chujostwo. Zaczynam być wulgarny w myślach. Przeklinam pusty barek na alkohol, w planie miałem zachlać się i zamarznąć tej nocy. Dociera do mnie, że zawaliłem wczorajszą pracę, nawet na chwilę nie otworzyłem poczty, nie zerknąłem na zalegającą skrzynkę odbiorczą. Robię to teraz, ręce nadal mi drżą, nie trafiam w przyciski na klawiaturze. Nieodebrane wiadomości walają się tam w setkach, może nawet tysiącach. Zaczynam odpisywać, ale bełkoczę, nie potrafię już wykonywać swojego zawodu, wypaliłem się.

Głodny, przemarznięty i przemęczony, zostałem z niczym – dosłownie. Zaczekałem do zmroku i wyjrzałem przez okno, ciekawy tym, co zastanę. Widok był oczywisty, nasz wspólny organizm był na wymarciu, trawił go rak od środka albo inna pojebana deformacja.

Rząd okien, a tam już trupy. Wiszą na pętlach domowej roboty, nie znieśli dłużej. Zerkam na mury, na te oschłe fundamenty tej zbiorowej mogiły. To wykolejone kuriozum zaczęło nas pożerać, wydzieram się na cały głos, żeby pożarło też mnie, zakończyło tę bezbożną tułaczkę i dało kres tej jałowej historii. Otwieram okno, pluję na ziemie, przeklinam i wymachuję rękoma, tłukąc szybę w oknie. Odłamki lecą w dół, niektóre przecinając moje przedramiona. Krew kapie na pustą alejkę, później zachlastuje całą podłogę w pokoju. Nie mam już wyboru, kości zostały rzucone.

Zbiegnę do piwnicy, wcześniej poszukam narzędzi do walki, nie poddam się i spróbuję zaatakować.

Na klatce schodowej spotykam niedobitków, stoją pod ścianą w szeregu i nie wiedzą, co ze sobą zrobić – telepią się. Zastanawiam się, czy z zimną, czy ze strachu. Pierwszy raz odkąd tu jestem, spoglądam im w oczy i zrozumiałem: chcą żyć bez względu na warunki, bez możliwości dokonywania wyboru, kierowane tylko i wyłącznie instynktem, wolą przetrwania.

Sprzeciwiam się temu. Moje zmysły zaczęły iść temu na przekór, nie wiem, dlaczego i po co, biegnę dalej, wpadam w obłęd. Dostrzegam w amoku, że zabrałem ze sobą szpadel z kominka, zaczynam walić, nim po ścianach, po tych stojących tu od wieków pochłaniających całą tę ludzkość fundamentach, aby wymierzać im ścieżki, decydować o losie.

Krew nadal kapie z moich przedramion, tracę jej coraz więcej, ale nie zwracam na to uwagi. Dopiero wtedy dociera do mnie, że to przecież walka z wiatrakami.

Żarówka nad moją głową gaśnie, wcześniej migała jeszcze w rytmie przyśpieszonego pulsu. Na niewiele się to zdało.

Kości w moich nogach zaczynają pękać, łamać się. Czuję przeraźliwy ból w kostkach i piszczelach, nie mogąc tego wytrzymać, zaczynam wrzeszczeć na całe gardło. Nie trwa to zbyt długo, jakby za pstryknięciem palców, budzę się następnego dnia o poranku we własnym łóżku.

W moich uszach rozbrzmiewać zaczyna niesamowicie głośny tupot. Szereg ciał, masywna jedność, ogromny gwar kroków, szuranie, sapanie… Chryste. Brzmi to jak cała horda, rzesza nowych wybrańców, nowej armii. Dokąd my wszyscy zmierzamy?

Przechylam się na łokciach w stronę okna i widzę. Stado ludzi krążących w kółko. Łby spuszczone w dół, nikt nie ośmiela się patrzeć. Ocierają się o siebie, potykają o czyjeś nogi, jest ich zbyt dużo, zbyt obszernie, ten plac nie może wszystkich pomieścić. Z czasem będą musieli odejść, przyjdą następni, myślę sobie i padam z powrotem na stęchłe legowisko.

Leżę tak przez cały dzień, patrząc w sufit. Wieczorem słyszę jak schodzą po drewno i wracają. W międzyczasie, po każdej wizycie tam na dole, piwnica zmienia kształty, formułuje się na nowo, ewoluuje w jeszcze większy koszmar, jeszcze bardziej obszerną męczarnie, niż dotychczas. Tych dźwięków nie da się opisać, będzie z czasem coraz trudniej. Łza spływa mi po policzku i ląduje na wilgotnej od potu poduszce. Moje nogi już mnie nie poprowadzą. Przebywam za kurtyną, tak wygląda pieprzone zaplecze. Głowa zaczyna mi eksplodować bezlitosnym, tępym bólem.

Czuję, że umieram, dlatego nabazgrałem co miałem do powiedzenia, niech to będzie moim pożegnaniem, listem ostatecznym. Wyślę parę e-mailów i po prostu zasnę, dzień, jak co dzień. Nikt nie musi na nie odpowiadać, bo pewnie nikt ich już nie czyta. Ślę ich coraz mniej ostatnio, więc pamięć po mnie mogła się wymazać, odejść w zapomnienie. Przyjdą nowi, będą snuli swoje opowieści, własne perspektywy, przedstawiać swoje paskudne oblicza. I tak w kółko. W tej wiecznej, sadystycznej tułaczce donikąd.

Już noc. Spoglądam na rozbitą szybę w oknie otwartym na oścież. Chłód porywa firankę, tłucze okiennicami o tynk, przedostając się gwałtownie do mojego mieszkania. Oplata mnie swoimi bezwzględnymi szponami.

Zamknę teraz oczy. Na mojej twarzy pojawia się ulga.

Nie będę więcej częścią tej chorej układanki. Pasującym puzzlem w czyjejś wyimaginowanej, popierdolonej szaradzie. W końcu się rozweselam, niech znajdą mnie z uśmiechem na twarzy. Dla nich to bez znaczenia, dla mnie owszem, ma znaczenie.

Zaplatam sobie palce na brzuchu i oddycham. Coraz wolniej, coraz spokojniej.

Już niedługo. Niedługo będę wolny.

Nareszcie.

 

                                                                                     Dariusz Jakubik

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dark · dnia 23.08.2022 09:14 · Czytań: 258 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
30/09/2022 22:11
gdyby dosłownie interpretować każdy napisany wiersz jako… »
stanlee
30/09/2022 21:59
OK, maniera literacka trochę z innej epoki, ale… »
ApisTaur
30/09/2022 21:53
twoim zdaniem/ ty nie obrażasz/ ale gdzież mi do takiego… »
stanlee
30/09/2022 21:41
Rzeczywiście szkoda czasu, ale dalej podtrzymuję tezę, że… »
ApisTaur
30/09/2022 21:34
Więc nie marnuj go na moją ramotę/ czy ja cię tu siłą… »
stanlee
30/09/2022 21:28
Szkoda mi czasu, ale dalej to niemerytoryczne... nie… »
ApisTaur
30/09/2022 21:24
poskarż się/ albo popłacz// »
stanlee
30/09/2022 21:21
Nie wiem czy nie łamiesz regulaminu prowadząc prywatna… »
ApisTaur
30/09/2022 21:13
jednak zabolało//:))))) »
stanlee
30/09/2022 21:11
Podtrzymuję diagnozę: . I po co te wypociny: ??? Ech,… »
ApisTaur
30/09/2022 21:06
Yaro e tam/ ależ/ chciało mi się pogawędzić/ ale mi się… »
stanlee
30/09/2022 20:16
Aspis, poetą się rodzimy, nie stajemy. Jesteś tylko… »
Yaro
30/09/2022 19:07
Dziękuję:) »
Yaro
30/09/2022 19:06
Drogi Apisie nie tłumacz się Trollowi. Pozdrawiam czasem… »
Marian
30/09/2022 16:05
Jacku, dziękuję za odwiedziny, obszerny komentarz i uwagi.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas