Bluźnierstwo - Dark
Proza » Historie z dreszczykiem » Bluźnierstwo
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Oszalałem niedługo po tym, kiedy się pojawiły.

Mam przed oczami obrazy straszne, bluźniercze i szalone. Moje zmysły albo totalnie zbłądziły, albo dzieje się coś, o czym do tej pory nie miałem bladego pojęcia. Idę typowo po drodze, tej co zawsze, codziennie wyznaczam sobie szlak do obejścia. Czasami jest to las, innym razem pobocznie śnieżki zmierzające gdzieś daleko w głąb mojej miejscowości. W całym swoim życiu nie odleciałem jednak aż tak bardzo, zdezorientowany jestem do teraz, nie widząc nawet, od czego zacząć.

Parę kroków przede mną, w trakcie, gdy jestem mniej więcej w połowie trasy od swojego domu, zaczynają mieszać mi się kolory. Przeskakują mi na pierwszy plan jakieś pozwijane dookoła siebie przedmioty przypominające wygięte blachy, niczym na opuszczonym złomowisku, tylko że gorzej. Te w swojej strukturze zdają mi się obleśne, brudne, jakby wysmarowane czymś odrażającym. Wirują raz do góry, później do dołu, ciężko stwierdzić, czy są żywe, zdaje mi się czasem, że dostrzegam w nich krzyczące twarze, ale to nie przypomina ludzkich podobizn, bardziej takie obłąkane, zwierzęce. Wychylają się zerkając znad tych dziwnych rzeczy, które staram się opisać, ale nie jestem w do końca w stanie. Po czasie dostrzegam nawet zarys ich sylwetek, te z kolei wydają się bardziej ludzkie, ale jakieś takie żółte, zgniłe i jednostajnie wygładzone, płaskie. Te sterty dookoła to ich dom lub zagajnik, nie mogę stwierdzić na pewno.

Nie patrzą na mnie, ale gdzieś w daleką przestrzeń. Wydłużają swoje dziwne szyje znad konstrukcji, szukając czego? Nie wiem, może po prostu, badając teren, czy poznając go dopiero. Do czubków głów przyczepione mają nietypowe rury opadające gdzieś w niewidoczną przepaść. Myślę sobie, że może są do czegoś przyczepione, istoty uwiązane niczym pies na łańcuchu przy budzie.

Gdzieś indziej przenikają też odbicia złączonych ciał. Leżą na zanieczyszczonej ziemi po trzy albo cztery obok siebie. Zwinięte niczym noworodki w brzuchu matki lub człowiek szurnięty, w pozycjach embrionalnych, powykręcanych. Oczy pozasłaniane czarnymi nakrętkami; jeszcze nie czas, by zerkać – tak to odbieram. Może ich pora dopiero ma nadejść, ziemia pod nimi ustabilizować się.

Nagle też zobaczyłem blask, jaki przedostał się na tle ciemniejącej nocy i niemal mnie oślepił. Wtedy dostrzegam ich pseudo głowy, naświetlone, widoczne z bardziej przyswajalnej odległości. Na czaszkach druty lub zwoje podtrzymujące życie. One budzą się do życia; na uszach widoczna tkanka obraca się, faluje i nasłuchuje – takie można odnieść wrażenie.

Omijam te wszystkie cudactwa z niechęcią i sporą ilością nagromadzonego we mnie obrzydzenia, pomieszanego z ekscytacją i strachem. Ruszam na przód, pojmując, że wszystko, co do tej pory zobaczyłem, musi wynikać ze zmęczenia i bezsenności, które doskwiera mi ostatnimi czasy.

Postanawiam, że udam się w kierunku lasu. Są tam powojenne, stare buki pamiętające jeszcze czasy rozlewu krwi na naszej ojczystej ziemi. Moim celem stała się kapliczka, do której przeważnie udaje się podczas swoich rutynowych wędrówek.

Samotność doskwiera mi od bardzo dawna, nie pamiętam już, czy kiedykolwiek stworzyłem z kimś głębszą relację. Czuję się jak wywłoka tułająca się nocami po zakamarkach chcąca umrzeć w trakcie wędrówki najlepiej potrącona przez ciężki pojazd. Ale tutaj? Nie ma żadnego, w okolicy jedynie domy z zaświeconymi światłami, gdy przechodzę. Znam na pamięć ich struktury; ilość okien, drzwi, które nigdy się nie otwierają i nie wychodzi z nich nikt, prócz mnie, jako jedyny ze swojego mieszkania na skraju tego siedliska. Czy zwariowałem?

Skręcam już na ścieżkę wiodącą mnie w głąb tych zarośli. Rosa moczy moje buty i nogawki spodni, aż po kolana. Nikt niekosi tutaj trawy, ścieżkę wydeptuję jako jedyny, już wspominałem. Ciekawi mnie, kto do cholery wyznaczył kiedyś szlak w tym zapomnianym przez Boga miejscu.

Jak wchodzę już nieco ponad kilometr do środka, w głąb tego bagna porośniętego dookoła drzewami, widzę ich znowu, po raz drugi. Tym razem wydają się zerkać we wszystkie strony. Dostrzegam jak latają im oczy, nie mogąc zdecydować się, w którą stronę mają patrzeć. To nie są ludzie, to nie są zwierzęta, jednie zjawy posiadające elementy, w jakie zaopatrzone są organizmy żywe. Blade takie, wydęte, nienaturalnie wydłużone. Ich ciała naznaczone zostały czymś odmiennym od światła, powodując, że stały się bardziej, niż czarne jak smoła. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, tak jakby pochłaniała ich migocząca ciemność, ale gdzieś od wewnątrz, od środka. Może brzmi to jak bełkot, ale inaczej tego nie potrafię opisać, bo brakuje mi słów. Wszystko to wydaje się nie na miejscu, przesadzone i niebotyczne.

Niektóre kreatury wystawiają języki, naostrzone w niewiadomym celu, przechylone lekko na prawą stronę i opadające na blade szczęki, które z kolei zdają mi się chropowate i zimne, pomimo tego, że nie odważyłem się ich dotknąć. Nawet nie mogę, nie da się mieć z nimi kontaktu fizycznego. Lewitują gdzieś w przestrzeni, jak gdyby był to obraz wyświetlany w starym kinie lub telewizorze.

Niekiedy nakładają mi się na siebie ich obleśne twarze, tworzą jeden obraz połączony ze sobą dający całość, ale przesiąknięty groteską; na przemian raz uśmiech, później odsłonięte kły niczym u warczącego wilka, później śmiech, tylko że skryty, wymuszony. Te maski wyglądają jak w cyrku, ale zatopionym kilkaset metrów w czeluść ziemi albo innej planety przesiąkniętej odmienną, niepojętą materią.

I te rury znowu dostrzegam, później żelastwo, które nawet, nim nie jest, nie wiem, czym jest, powtarzam się. Prowadzone jak na smyczy organizmy, czy też po prostu byty, których nie umiem nazwać, nie chcąc mieć z nimi nic wspólnego. A jednocześnie intrygują mnie w na swój sposób, powodują ciarki i przygnębienie.

Dochodzę do kapliczki, obrazy zostają gdzieś daleko za mną, oddalam się od nich, ale jeszcze tam wrócę. Będę musiał.

Spostrzegam przed sobą mały prostokąt, delikatnie zaokrąglony na samej górze, tam gdzie ma czubek. W środku postać, która kiedyś była Maryją, teraz jedynie widzę tu biały gips, który zaczyna czernieć z powodu ciągłych opadów. Niektóre kolory jeszcze nachodzą na siebie, gdzieniegdzie niebieski miesza się z czerwienią, ale o tej godzinie, to i tak zlewa się w nic nie znaczące barwy. Wszystko staje się niewyraźne, jedynie wybrzuszenia tu i ówdzie, ale one też zostały obmyte przez wodę. Więc spogląda na mnie postać, bez oczu, ust i nosa. Ręce połączone z tułowiem, kiedyś wyrażały coś swoim gestem, teraz jedynie opadają bezwiednie i nie stanowią różnicy w świetle całego obrazu. Całość popękana, opatrzność w tym miejscu wymarła. Kiedyś wojna, później wioskę odbudowano, nadano jej nazwę, teraz znowu cisza nużące otępienie i brak czegokolwiek. Jedynie te światła w oknach. Coraz ich mniej, dzisiaj u sąsiada, gdy wychodziłem, już się nie paliło.

Pora wracać, przesuwam palcami po daszku, jaki miał chronić stojącą w środku postać. Na niewiele się zdał. Kapiąca z niego rosa przypomina mi krople krwi wymazane z czarną ropą. Są gęste i nasiąknięte czymś złowrogim, łapie mnie w trakcie tego doświadczenia dygotanie. Zapinam kurtkę pod szyją, bo robi się zimno, odwracam się i wędruję z powrotem w kierunku, z którego przyszedłem.

Znowu mnie nawiedzają, widzę ich, dostrzegam w każdym kącie, schowane, ukryte przede mną lub czekające na swój ruch. Zaczynają mnie irytować, ich kontury nie pasują do tego miejsca, powodują, że teren staje się brudny, traci wydźwięk. Może to one zgasiły światło u mojego sąsiada, może one wytarły wizerunek? Widzę jak na ich grzbietach spoczywa ta maź, ropieją im rany, a ta wylewa się na zewnątrz i kapie na ziemię, po której stąpam. Myślę sobie, że usmaruję zaraz całe buty i naniosę do domu, wtedy dłużej już nie zniosę. Nie pomoże mi nawet lek nasenny, przestanę funkcjonować.

Idę dalej, rozglądam się. Te kreatury odpinają sobie z głów te rury, przykładają je sobie do ust, odrywając nici trzymające całość w zacisku. Zaczyna dudnić, jakby zasysane powietrze ocierało się o coś w drodze donikąd, pożerane przez te paszcze jeszcze się broniąc, przenika do innego świata, w którym panują inne reguły. I zostaje wyplute w formie tej skazy, wylewa się pochłaniając tę przestrzeń, zatruwając ją.

– Co wy wyprawiacie!? – Pytam na głos, ale nikt mnie nie słucha, uszy teraz zasłonięte mają korkiem, nie chcą słuchać albo po prostu nie mogą, bo tak zostały skonstruowane.

Te mniejsze noworodki, nie wiem, jak inaczej je nazwać, co są złączone ze sobą w małe grupki, zaczynają wykręcać swoje ciała i obracać z boku na bok. Męczą się albo przechodzą w nowy etap rozwoju, na który nie mam ochoty już spoglądać. Wydaje mi się, że dosyć ujrzałem. W lesie, w którym kiedyś mordowali się cywile. Wojna naznaczyła to miejsce, promieniowanie też. Myślę sobie, że teraz prowadzę właśnie wojnę sam ze sobą. Łapię się za brzuch, upadam na jedno kolano i wydaje się siebie kilka idiotycznych dźwięków, charcząc.

Po chwili wstaję, wycieram łzy z oczu i widzę na nich ropiejącą krew. Czyli się zaczęło – myślę. Niepotrzebnie styknąłem się z tym miejscem, klękając na nim. Idę dalej, nie przejmuje się, bo już mi w sumie wszystko jedno. Wychodzę z lasu i zerkam na wioskę, w której się wychowałem. Dużo tu domów, jak na takie obrzeża, gdzieniegdzie światła jeszcze się palą. Już niedługo – zadumałem się wychylając szyję do przodu, żeby nasycić się świeżym powietrzem. Wyczuwam jak bardzo jest skażone i jak bardzo nasiąknięte chorobą. Może mowa tu o mnie, o moim wnętrzu. Zawsze lubiłem romantyzm, mój ulubiony etap w dziejach pieprzonej ludzkości.

Stworzyłem swój własny, ale tylko przez chwilę.

Wchodzę do domu, później do łazienki, widzę na ziemi nieruchome truchło. Leży żałośnie, mętne, obmywane lodowatą wodą z prysznica. Ciało ma anemiczne, mdłe, pokryte niebieskimi, wypukłymi żyłami. Po chwili zaczyna się trząść, zdradzając pewne samogłoski, ale ja nic z tego nie rozumiem. Rozglądam się po skąpo oświetlonym pomieszczeniu, żarówka miga, jakby, chcąc już zaprzestać tego zgorzkniałego widoku.

Ciało ogarniają nasilające się dreszcze, łomocze o matową szybę od prysznica, powodując nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Param się tym, przyswajam i czerpię energię na dalsze opowieści o czarnej mgle, która spowiła w tym czasie całe podwórko. Już nigdzie nie świeci się światło, jest czarno tam, a tutaj jest blado.

Dźwięki wydobywają się z gardła konającej wywłoki. Na głowie ma te wszystkie opisane wcześniej dziwactwa, z ust wydobywają się larwy, topiąc się w zalewającym je z góry rubinowym strumieniu, wpadając do kanałów w odległą, jeszcze mroczniejszą sferę rzeczywistości.

Ostatecznie dostrzegam tę postać w lustrze. Jest czarna jak smoła i stoi w miejscu za moimi plecami, nie porusza się. Wydaje się, że to koszmar, jaki mi się przyśnił, ale po uszczypnięciu paznokciami w przedramię, nadal go widzę. Wpatruje się we mnie i przeze mnie. Nie ma już nic prócz bólu i troski o samego siebie.

Konam, topiąc się w zimnej wodzie, omamach i targających moim ciałem spazmach. Czarna postać stoi w lustrze i zanosi się śmiechem.

Czarna postać była tam ze mną od początku.

 

                                                                                     Dariusz Jakubik

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dark · dnia 12.09.2022 13:15 · Czytań: 105 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ApisTaur
30/09/2022 22:11
gdyby dosłownie interpretować każdy napisany wiersz jako… »
stanlee
30/09/2022 21:59
OK, maniera literacka trochę z innej epoki, ale… »
ApisTaur
30/09/2022 21:53
twoim zdaniem/ ty nie obrażasz/ ale gdzież mi do takiego… »
stanlee
30/09/2022 21:41
Rzeczywiście szkoda czasu, ale dalej podtrzymuję tezę, że… »
ApisTaur
30/09/2022 21:34
Więc nie marnuj go na moją ramotę/ czy ja cię tu siłą… »
stanlee
30/09/2022 21:28
Szkoda mi czasu, ale dalej to niemerytoryczne... nie… »
ApisTaur
30/09/2022 21:24
poskarż się/ albo popłacz// »
stanlee
30/09/2022 21:21
Nie wiem czy nie łamiesz regulaminu prowadząc prywatna… »
ApisTaur
30/09/2022 21:13
jednak zabolało//:))))) »
stanlee
30/09/2022 21:11
Podtrzymuję diagnozę: . I po co te wypociny: ??? Ech,… »
ApisTaur
30/09/2022 21:06
Yaro e tam/ ależ/ chciało mi się pogawędzić/ ale mi się… »
stanlee
30/09/2022 20:16
Aspis, poetą się rodzimy, nie stajemy. Jesteś tylko… »
Yaro
30/09/2022 19:07
Dziękuję:) »
Yaro
30/09/2022 19:06
Drogi Apisie nie tłumacz się Trollowi. Pozdrawiam czasem… »
Marian
30/09/2022 16:05
Jacku, dziękuję za odwiedziny, obszerny komentarz i uwagi.… »
ShoutBox
  • zawsze
  • 27/09/2022 20:50
  • pozdrawiajki!
  • Ronin
  • 26/09/2022 10:16
  • Przyciśnięcie prawego przycisku myszy nie daje opcji "wklej".
  • wolnyduch
  • 24/09/2022 12:39
  • Dzień dobry - uprzejmie proszę Szanowną Redakcję, o skasowanie mojego ostatniego wiersza, bowiem jest to twór soneto podobny, a miałam dać inny wiersz jesienny, ten dałam pomyłkowo.
  • Zola111
  • 24/09/2022 01:00
  • Głosujcie, bo nie głosujecie: [link]
  • ajw
  • 19/09/2022 17:30
  • Nastrojowe :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas