Jedzie pociąg z daleka - Marian
Proza » Obyczajowe » Jedzie pociąg z daleka
A A A

„Uwaga! Uwaga! Pociąg dalekobieżny z Przemyśla do Szczecina Głównego przez Legnicę, Zieloną Górę, Czerwieńsk, Rzepin jest opóźniony o czterdzieści dwie minuty. Opóźnienie pociągu może się zwiększyć lub zmniejszyć”.

Takie komunikaty słyszałem za studenckich czasów na wrocławskim dworcu głównym, gdy jeździłem do domu na święta i ferie. Tak było zawsze, a niewiadomą była tylko wielkość opóźnienia i czy ono się zwiększy, czy zmniejszy. W praktyce nigdy się nie zmniejszało. Którejś zimy mój pociąg miał aż trzystuminutowe spóźnienie i tamtego też dnia ustanowiłem własny rekord głupoty - przesiedziałem całe trzysta minut na dworcu. Mogłem spokojnie pojechać do akademika, trochę pospać i potem wrócić. Mogłem, ale tak nie zrobiłem, bo wykombinowałem sobie, że opóźnienie nagle może się zmniejszyć np. do pięćdziesięciu minut i pociąg mi ucieknie. Tak mi się jakoś mózg zlasował. (Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego wielkości opóźnień podawano w minutach. Mówiono „trzysta minut” zamiast po ludzku „pięć godzin”.)

Cóż mogłem robić, czekając na pociąg? Włóczyłem się po dworcu i obserwowałem ludzi, których zawsze było tam pełno.

Niektórzy odwiedzali dworcowe lokale gastronomiczne - a było ich kilka. Najpopularniejszy był bufet, w którym królowały standardowe bufetowe z tamtych czasów, czyli rozłożyste blondynki lub szczapowate brunetki z paskami białej koronki wpiętymi we włosy. Bufet przeważnie oferował marnej jakości flaczki, takiż bigos, śledzia w oleju, jajko w majonezie, bułki z żółtym serem i napoje. Zmęczeni pasażerowie kupowali te wykwintne potrawy i, porozpinawszy płaszcze, konsumowali je przy przykrytych ceratą stolikach. Robili to powoli, bo dzięki temu mogli posiedzieć w cieple, a bez tzw. „konsumpcji” siedzieć w bufecie nie było wolno.

Goście lepszego sortu mogli skorzystać z kawiarni lub restauracji. Były to lokale full wypas z szatniami i kelnerami, droższe niż na mieście, więc mało kto tam bywał.

Bez konsumpcji można było posiedzieć w świetlicy. Rządziła tam pani świetlicowa, u której można było wypożyczyć książkę, szachy lub warcaby. Ona też czuwała nad tym, by pasażerowie zachowywali się cicho. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś coś wypożyczał, a oczekujący na pociąg przeważnie drzemali lub przeglądali przymocowane do drewnianych listewek gazety. Gazet luzem nie było, bo przecież ktoś mógłby je ukraść i użyć niezgodnie z przeznaczeniem w miejscach oznaczonych kółkiem lub trójkątem.

Oczekiwanie na pociąg można także było sobie umilić w dworcowym kinie, gdzie - chyba co dwie godziny - wyświetlano w kółko ten sam film.

Tylko część pasażerów korzystała z wyżej wymienionych uciech; większość łaziła po holu, siedziała lub drzemała na ławkach.

Poza pasażerami na dworcu przebywali też jego stali bywalcy, czyli pijacy i włóczędzy. Snuli się po zakamarkach i często próbowali wyprosić jakieś drobne na coś do picia. Dzisiaj byłoby to puszkowe piwo z automatu, ale wtedy takich piw nie było. Do restauracji nawet się nie wybierali, sklepu z alkoholem w pobliżu nie było, więc spragnionym pozostawały jedynie pykówki. Ówczesne kioski „Ruch” oferowały kosmetyki w płynie - przeważnie tanie perfumy lub płyny po goleniu. Były one na menelską kieszeń i zawierały alkohol. Niestety, miały też poważną wadę - były w buteleczkach z małymi otworkami. Zawartość wypływała więc powoli i przy akompaniamencie charakterystycznego „pyk, pyk, pyk”. Wypykanie całości nieco trwało, ale przecież konsumenci mieli czas. Podpici i zionący z ust zapachem wody toaletowej, szukali kolejnych sponsorów lub przesypiali po kątach do rana. Pechowcy wpadali w ręce milicji, która miała na dworcu swój posterunek.

Milicjanci nie tylko wyłapywali meneli, ale też według własnego widzimisię legitymowali zwykłych pasażerów. Zatrzymywani ludzie grzeczniutko pokazywali dowody osobiste i odpowiadali na wszystkie pytania, bo w tamtych czasach z milicją nie warto było zadzierać.

Swoich ofiar szukały też po dworcach patrole WSW (Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli żandarmerii z tamtych czasów). Było to trzech regulaminowo ostrzyżonych, ogolonych i ubranych w świeżo odprasowane mundury dryblasów. Na głowach mieli białe hełmy, białe pały przy białych pasach i kałasze na plecach. W tamtych czasach żołnierze musieli podróżować w mundurach i na dworcach rzucali się w oczy. Owe patrole zatrzymywały ich, kontrolowały dokumenty, sprawdzały trzeźwość i prawidłowość umundurowania - jednym słowem, szukały jeleni do ukarania. Nieszczęśnik przyłapany np. z niezapiętym guzikiem musiał się liczyć z poważnymi konsekwencjami.

Zdarzały się czasem nieporozumienia, w wyniku których podpadniętym się udawało, ale były to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Mój kolega służący wówczas w marynarce pojechał na urlop do rodziny na Śląsk. Tam dorwał go patrol WSW i stwierdził, że miał nieregulaminowe buty. Stosowny raport poszedł oczywiście do jego jednostki. Na pierwszym apelu po powrocie z urlopu dowódca wywołał go przed front oddziału i powiedział:

– Mata Wójcika złapało w Gliwicach WSW i napisało mi w raporcie, żebym go ukarał, bo paradował po mieście w półbutach. No to ja tych chujom odpisałem, że półbuty są obuwiem wyjściowym marynarza. A wam Wójcik, powinienem wlepić pięć dni ścisłego, bo daliście się złapać. Wstyd marynarce przynosicie! Wstąpić!

Jednak większość spotkań z WSW nie kończyła się dla żołnierzy tak dobrze. Dlatego też mieli oni oczy dookoła głów i unikali białych hełmów.

Aż nadchodziła ta cudowna chwila, gdy głośniki oznajmiały, że długo oczekiwany pociąg wjedzie na „tor trzeci przy peronie drugim”. Wtedy ze wszystkich zakątków dworca wylewali się ludzie i biegli na peron, żeby zająć dobre miejsce. Było to ważne, bo tam na odcinku kilkudziesięciu metrów musiały się zmieścić setki osób, a każda z co najmniej jedną walizką. Gdy pociąg hamował, cała ta ludzko-walizkowa masa zaczynała się rwać, przemieszczać i przepychać, bo każdy chciał być jak najbliżej drzwi wagonu, gdy skład się zatrzyma. Na oko wszystkie te wysiłki były bez sensu, bo pociąg przyjeżdżał tak przepełniony, że nikt nie powinien już wsiąść. Nie zwracano jednak na to uwagi, a najaktywniejsi w tej walce o miejsca przy drzwiach byli mężczyźni podróżujący z rodzinami. Oni to bowiem mieli obowiązek jak najszybciej dostać się do środka, a potem wciągnąć tam swoich bliskich. Słowo „wciągnąć” jest tu na miejscu, bo często wciągali oni swoje dzieci, żony, ojców czy teściowe przez okna. Szczególnie godne podziwu były panie różnej tuszy i wieku, które wspinały się do okien wagonów, świecąc bladymi udami i różowymi majtkami, bo w tamtych czasach jeszcze niewiele kobiet nosiło spodnie.

Choć teoretycznie było to niemożliwe, po jakimś czasie wszyscy wsiedli i pociąg ruszał. Szczęśliwcy z przedziałów blokowali ich drzwi od wewnątrz, żeby czasem ktoś się nie wdarł. Nie zawsze zdążyli i w takich przedziałach siedziało po dziesięć osób - ale siedziało. Reszta pasażerów stała stłoczona na korytarzach, w przejściach i w kiblach. Starzy i młodzi, grubi i chudzi, wszyscy pomęczeni i spoceni stali upakowani jak przysłowiowe śledzie w beczce. Mimo że deptali sobie po butach, że kobietom leciały oczka w pończochach, stali spokojnie, bo tworzyli na kilka godzin swego rodzaju wspólnotę szczęśliwców, którym udało się wsiąść i jednocześnie skazańców, którzy musieli w tych warunkach dokądś dojechać.

Siłą rzeczy pasażerowie rozmawiali ze sobą, bo poza przeprosinami za nadepnięcie lub potrącenie wypadało też coś innego powiedzieć. Przeważnie mówiono o niczym, ale czasem można było podsłuchać coś ciekawego.

Któregoś dnia dwaj starsi panowie rozmawiali o szalonym postępie nauki i techniki w ostatnich latach. Przysłuchiwał się temu żołnierz z gatunku tych, którzy - w ich mniemaniu - w wojsku zdobyli wielką wiedzę. Nadstawiał uszu i chętnie wtrąciłby jakieś mądre zdanie, ale panowie zupełnie nie zwracali na niego uwagi.

– A jak się telewizja rozwinęła – powiedział jeden z nich. – Ludzie chodzili po księżycu, a my ich widzieliśmy na ekranie. Tyle tysięcy kilometrów, a wszystko było widać jak na dłoni. Aż dziw, że to możliwe z takiej odległości.

W tym momencie żołnierz nie wytrzymał i z miną mędrca powiedział:

– Och! To jest proste. Przecież fala elektromagnetyczna jest nieskończenie długa.

Panowie przytłoczeni mądrością tej wypowiedzi zamilkli, a ja zrozumiałem, że oto poznałem nową - niewymienianą w podręcznikach - cechę fal elektromagnetycznych. Tak to potwierdziło się, że podróże nie tylko męczą, ale i kształcą.

Innym razem dwie studentki rozmawiały o jakichś swoich sprawach na uczelni. Najwyraźniej załatwienie ich wymagało pójścia do w dziekanatu, bo często padało słowo „dziekan”. Obok studentek stały dwie panie z gatunku moher beret, które - udając zupełny brak zainteresowania - wyciągały uszy, żeby podsłuchać ich rozmowę. Gdy dziewczyny wysiadły, jedna z podsłuchiwaczek powiedziała:

– No popatrz pani. Takie młode, a jakie pobożne. Nawet do księdza dziekana chodzą.

Stabilność tej zbitej ludzkiej masy bywała zakłócana, przez pasażerów chcących wysiąść lub pójść do ubikacji.

Ci pierwsi wyruszali w drogę już na długo przed swoją stacją, żeby w porę dopchać się do najbliższych drzwi. Gdy pociąg stawał, owe drzwi wypuszczały ich na wolność - choć nieraz w zamieć lub szarugę.

Ci drudzy zaś podejmowali się zadania równie trudnego i do tego jeszcze ryzykownego. Szczęśliwcy mający miejsca w przedziałach ryzykowali tym, że po powrocie będą one już zajęte. Wszyscy zaś musieli mieć świadomość tego, że przepychanie się potrwa długo i przy nagłej potrzebie istniało niebezpieczeństwo, że po drodze „się dziwne i niemiłe rzeczy mogą zacząć dziać”. Dlatego wszyscy dzielnie trzymali swoje potrzeby fizjologiczne na wodzy, ale niektórzy jednak musieli zaryzykować i ruszyć w tę trudną drogę. Dotarłszy do celu stwierdzali, że w kiblu było dwóch pasażerów, którzy musieli wyjść, żeby zrobić miejsce jednemu. Powodowało to przed ubikacją „nadciśnienie” jednej osoby i wcale nie było proste do wykonania. Gdy potrzebujący sobie ulżył, natychmiast wracali tam dotychczasowi „właściciele” kibla, nie zważając na pozostawione w nim zapachy.

Wrocław był ostatnią stacją na której wsiadało tak wiele osób, a już gdzieś od Głogowa ludzi zaczynało ubywać. Na korytarzach było więcej miejsca i ubikacje nie były zajęte. Po Zielonej Górze czasami udawało mi się usiąść w przedziale i nawet zdrzemnąć. Był to zajęczy sen, bo nie mogłem przespać stacji, gdzie miałem przesiadkę. Pociąg do którego się przesiadałem czasami bywał tak miły, że trochę poczekał i wtedy po półgodzinnej jeździe byłem już w domu. Opóźnienie mojego pociągu z reguły jednak było tak duże, że tamten nie czekał, a mnie czekała wtedy noc na poczekalni.

W poczekalni było kilka stolików przykrytych ceratą, parę ławek pod ścianami i bufet. Rządziły tam bufetowe z urody i stroju podobne do wrocławskich, a i menu też było wrocławskie. Zapachy nienajświeższych potraw, piwa, dymu papierosowego i zmęczonych pasażerów tworzyły mieszaninę tak upojną, że usiadłszy gdziekolwiek, od razu zasypiałem.

Na ranem przyjeżdżał następny pociąg, wsiadałem i po niecałej godzinę byłem już w domu.

Planowo moja podróż trwałaby siedem godzin, praktycznie była dwukrotnie dłuższa, ale wszystkie jej trudy wynagradzała mi jajecznica na kiełbasie, którą nieodmiennie witała mnie mama.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Marian · dnia 20.10.2022 21:08 · Czytań: 812 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 12
Komentarze
Dobra Cobra dnia 21.10.2022 08:22
Pięknie wspomnieniowy tekst że świata, którego już nie ma. Dla młodych zapewne abstrakcja. Dla starszych jak czarno biały film.


Marian,

Ładna opowieść, oparta na faktach. Mimo obaw czyta się płynnie. No i ten świat, którego już nie ma - bezcenne wspomnienie.


Miło było zagłębić się w opowiqdanie. Dziękuję za opublikowanie.


Ukłony,

DoCo
Marek Adam Grabowski dnia 21.10.2022 11:16 Ocena: Świetne!
Opowiadanie realistyczne, możne by rzecz nawet naturalistyczne. Pokaz kolejny udowodniłeś Marianie, że jesteś (a przynajmniej byłeś) dobry obserwatorem. Pióro jak zwykle wyborne.

Pozdrawiam
wolnyduch dnia 22.10.2022 01:31 Ocena: Świetne!
Niezwykle barwne i ciekawie napisana proza, wciąga, osobiście nie mam takowych wspomnień
czasem jeździłam na wczasy pociągiem, nad morze, ale nie było tak źle, były tzw. kuszetki,
i dało się jakoś dojechać, spóźnień też nie pamiętam, ale w sumie to nie jeździłam nim często, odkąd był samochód. Fajna scenka humorystyczna z tym "księdzem dziekanem".

Dobrego weekendu życzę Marianie.
Marian dnia 22.10.2022 09:02
Dobra Cobro, dziękuję za wizytę i miłe ukąszenie. A nie pojechałabyć sobie takim pociągiem? Pozrawiam.

Marku, fajnie że wpadłeś, przeczytałeś i skomentowałeś. Faktycznie, widzę dużo, nieraz za dużo. Pozdrowienia.

Wolnyduchu, dzięki za pdwiedziny i komentarz. W kuszetkach też bywało ciekawie. Ty jeździłeś z rodzicami, ale w obcym towarzystwie....
Wzajemnie życzę wszystkiego dobrego.
wolnyduch dnia 22.10.2022 16:11 Ocena: Świetne!
Re: Marian

Obcy ludzie w pociągu nie mieli dla mnie większego znaczenia,
gdy byłam z rodzicami, ale poza nim, na wakacjach, owszem, łatwo nawiązywałam kontakty,
nie miałam z tym problemu, a dziś też ich nie mam, ale
za nimi coraz mniej przepadam, jak mam być szczera, często wolę towarzystwo zwierząt,
albo książek.

Pozdrawiam.
valeria dnia 23.10.2022 12:28
wciągająca historia, ale już takie historyjki mi się nie marzą:) po Norwegii to bym takim pociągiem pojeździła i była sama z przyrodą.
Marian dnia 24.10.2022 09:02
Valerio, dziękuję za wizytę i komentarz.
Dobra Cobra dnia 25.10.2022 08:13
Drogi,

To się nie wróci, ten swoisty folklor czarny podróży PKP zaginął dokumentnie, rodacy umiłowanie podróże samochodem, a i sama kolej jakiś porzuciła ten cały syf (no może jeszcze pozostały zasrane toalety) i z nowymi składami patrzy w świetlaną przyszłość, gdzie pociągi zwyciężą, bo są reklamowane, jako bezemisyjne (co naturalnie jest jednym wielkim bałachem, bo przecież brudna elektrownia musi ten prąd wyprodukować- u nas najczęściej z węgla. Podobna "legendą" owiane są samochody elektryczne, do których trzeba wyprodukować brudny prąd oraz akumulatory, których produkcja to jeden rwbunek przyrody i jej zasypianie. A za 10 lat zacznie się dramat miliardów ton zużytych akumulatorow na skladowiskach).

Jednak - aby nie popadać w swoistą degrengolade otaz beznadzieję - należy tu przypomnieć piękny utwór muzyczny zespołu Wały Jagiellońskie, który opisuje ideał podróży w najpiękniejszym z czasów przeszłości - z czasów PRL-u.


Jedzie pociąg z daleka
Nikt na stacjach nie czeka
Maszynista ponury
Sypie węgiel do dziury (do dziury)
Jadą cztery wagony
I piąty doczepiony
Wars zaś w szóstym wagonie
Bigosem w nos nam wionie (nam wionie)

Za ścianą Wars wita nas
Wars wita was Wars wita
Wars wita nas Wars wita was Wars wita
Wars wita nas Wars wita was Wars wita nas
Wars wita Wars wita nas

Jedzie pociąg z daleka
Nikt na stacjach nie czeka
A konduktor pijany
Obija się o ściany (o ściany)
Jedzie wagon pocztowy
Poczciarz chłop jest morowy
Stoi bo ma czyraki
Jadą listy i paki (i paki)

Jedzie pociąg z daleka
Śpią dróżnicy w swych budkach
Leci wagon po torze
I butelki po wódkach (po wódkach)
Pędzi pociąg z daleka
Ma czerwone bufory
Wszystko równo wymiecie
Co mu wlezie na tory (na tory)


Jak powyższe słodkie libretto trafnie oddaje ówcześnie panującą rzeczywistość.


Uszanowanie,


DoCo
skroplami dnia 26.10.2022 13:35 Ocena: Świetne!
Nie wiem czy życie ale wiele oddałbym za taki świat, nie dzisiejszy popier..... . "Cudny" tłok bez maseczek np. :). Milicja, no tak ale do dzisiejszej niewoli i szykowanej, tylko się przyjrzeć i zauważyć, do pięt dawniejsza nie dorasta. Piękny tekst, napisany identycznie, i chociaż obrazy powinny budzić "trwogę" to są jak kwiatki na teraźniejszej łące ;).
Marian dnia 26.10.2022 18:57
Dobra Cobro, dzięki za przypomnienie tej piosenki. Tak to i bywało.

Skroplami, dziękuję za wizytę i fajny komentarz.
Niech chciałem w nikim budzić trwogi. Opisałem, co było. Tak było i nic tego nie zmieni. Mimo wszystko jakoś żyliśmy, ucziliśmy się i kochali. To był po prostu inny świat i tyle.
Ronin dnia 01.11.2022 13:31
Ten, kto wstawił to na dolną półkę powinien sobie palce w drzwiach przytrzasnąć.
Marian dnia 02.11.2022 15:50
Roninie, dziękuję za wizytę.
"De gustibus non est disputandum" - jak mawiali Rzymianie i pozostańmi przy tym.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Jacek Londyn
29/02/2024 11:09
Wreszcie ciekawszy (dla mnie) tekst. Teksty z podróży nie… »
Zdzislaw
29/02/2024 09:45
Jacku, dobrze odebrałeś mój przekaz :) Na szczęście miałem… »
Kazjuno
28/02/2024 22:59
Gosposię, Zbysiu, w odpowiedzi na mój komentarz, ująłeś w… »
Kazjuno
28/02/2024 22:13
Zbysiu Zaciekawiłeś mnie powyższym komentarzem. Bliski… »
Jacek Londyn
28/02/2024 19:03
Zdzisławie, z treści fraszki wnioskuję, że pomimo… »
Marek Adam Grabowski
28/02/2024 15:55
Zamiast pisać od nowa wklejam mój komentarz z innego… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 15:24
Kaziu Nie zrozumiałeś mnie niestety, jeśli chodzi o… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 15:06
Kaziu To jest niedokończony przeze mnie komentarz, tak jak… »
Kazjuno
28/02/2024 13:26
Sposobów na poderwanie "gosposi" może być wiele.… »
Kazjuno
28/02/2024 13:01
Cieszę się, że przeczytałeś i dzięki za taaaaaaki duży i… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 00:40
Kaziu Pisałem wcześniej o pomyśle na część 5-tą, już ją… »
Zbigniew Szczypek
28/02/2024 00:14
Roninie Podobała mi się ta miniatura. Chociaż zacząłem od… »
Kazjuno
27/02/2024 23:32
No, Zbysiu, Muszę pogratulować! Nie należę raczej do… »
Zbigniew Szczypek
27/02/2024 23:23
Kaziu Nie pamiętam, co czytałem i nie skończyłem… »
pliszka
27/02/2024 23:22
Muszę przyznać, że tekst ten skłonił mnie do szczególnie… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 28/02/2024 12:15
  • Dla nas to było takie samo zaskoczenie jak i dla Was ;)
  • Zbigniew Szczypek
  • 28/02/2024 12:00
  • No to śmieszne nie było, już rozwijałem matę i owijałem papierem ryżowym krótkie tanto... ;-]
  • Redakcja
  • 28/02/2024 11:50
  • Wracamy po krótkiej przerwie. Tęskniliście? ;-)
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 23:33
  • I teraz dopiero, gdy byłem tu i tam, pozwolę sobie zaprosić Was do mnie, na "Bal". Z góry dziękuję, za odwiedziny ;-}
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 22:50
  • Hej! W tym "skansenie" chroboczą korniki - więc jeszcze żyje!
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:52
  • Oby nie z mocą Covida. Część ucieknie w popłochu. Niektórzy przeciążeni intelektualnie mogą powiększyć grona pacjentów zakładów psychiatrycznych. Tym zalecam mokre kompresy na rozpalone czoła.
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:45
  • Sorry za literówkę. "Macie", a nie "Maci"!
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 13:44
  • I tu Ci Kaziu przyklasnę - brawo! "Zarażmy" towarzystwo PP nową "pandemią" ;-}
  • Kazjuno
  • 22/02/2024 13:09
  • Maci rację Pliszko Zbyszku. Szczypku. Może właśnie my (bo też ostatnio dorzuciłem pięć groszy) ponownie obudzimy z letargu PP rozleniwione towarzystwo? Szkoda było patrzeć, jak marniało w oczach.
  • Zbigniew Szczypek
  • 22/02/2024 12:48
  • Zgadzam się z Pliszką. Gdy tu się działo - komentarze/rady{kilkadziesiąt dziennie) - PP żyło, przyciągając także młode pookolenia, radosną dyskusją na temat literatury wszelakiej. Był taki gwar!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty