W cafe "Pod Złotym Lwem" - RafalSulikovski
Proza » Fantastyka / Science Fiction » W cafe "Pod Złotym Lwem"
A A A
Od autora: Dość stary tekst. Pierwodruk w miesięczniku "Twórczość".

Postanowiłem pójść na spacer. Zgasiłem komputer, ubrałem ciepły, wełniany sweter i ruszyłem. Nie wiedząc, dokąd udam się tym razem i co się zdarzy, pogrążony w dość optymistycznych myślach schodziłem drewnianym schodami, otworzyłem furtkę na wszechobecny kod cyfrowy i wyszedłem na brukowaną szaro-czerwoną kostką ulicę. Wszystko było ciche, wycofane, jakby za szybą, spowite dziwną mgłą, która rozsiadła się na trawnikach, drzewach, przydrożnych krzakach i szybach samochodowych. Szedłem w stronę starówki wielkiego miasta, w którym przebywałem jako konsultant na międzynarodowej konferencji. Dotyczyła ona motywu czasu w literaturze powszechnej, a odbywała się w auli uniwersyteckiej przy ulicy Zacisze. 

***

Nagle znalazłem się koło jakiejś kafejki. Już na pierwszy rzut oka pomyślana została jako styl retro: kręcona motywami secesyjnymi lampa, która wisiała smutno nad wejściem, kołatka w kształcie lwa na mocno hebanowych, solidnych drzwiach, złocone zawiasy, rzeźbione framugi i święta figurka nieco wyżej. Bez wahania zakołatałem i prawie natychmiast mi otworzono; w progu, który również był solidny i wysoki, zupełnie niepotrzebnie, a nawet nieco przeszkadzająco, stał zgięty w pas kelner w białym fartuchu. Uśmiechem i wymownym gestem prawej ręki (lewa spoczywała na sercu) zaprosił mnie do środka. Wchodząc, kątem oka dostrzegłem, że na małym, okrągłym stoliczku ze szkła leży codzienna prasa. Wydaje mi się teraz, że widniała tam data, która kończyła się na ..21, ale głowy bym nie dał, ponieważ w ferworze powitania z uprzejmym kelnerem nie przyjrzałem się uważnie. Ale to wtedy nie miało większego znaczenia, bo szukałem centralnym polem widzenia wolnego miejsca. - Zapraszamy tam, szanownego pana, jest wolne miejsce, zarezerwowane specjalnie na dzisiejszy wieczór… - mówił uprzejmy, a ja ze zdumieniem tego słuchałem. Dałbym sobie uciąć głowę, chociażby pod tramwajem linii 8, że na dziś nie rezerwowałem nie tylko żadnego stolika, ale w ogóle znalazłem się tu przypadkowo, więc zaszła jakaś pomyłka. - Żadna pomyłka - jakby czytał w myślach - gość zaraz przybędzie. Masz ci los! Jeszcze mam spotkać się z jakimś gościem, a tak miałem ochotę być dziś zupełnie sam, no wystarczyłby miejski tłumek w tle. 

***

Kiedy tak rozmyślałem nad tym wszystkim, co usłyszałem na własne, zbyt odstające uszy od sympatycznego kelnera, nagle ni stąd ni zowąd naprzeciwko siebie w półmroku jakąś postać. Fizys jej była szlachetna i nic więcej poza tym nie dało się dostrzec, a może nawet było to wszystko, co w ogóle można było o niej powiedzieć. Nie zastanawiając się nad tym, skąd się wziął nieznajomy, odruchowo wstałem, wyciągając rękę, a tamten ją ujął i potrząsnął dwukrotnie mocnym, męskim uściskiem. - Witaj, Rafał - wypowiedział pierwsze słowa, a mną wstrząsnął nie tyle fakt, skąd wiedział, jak mi na imię, ale jego głos, który wydobywał się jakby z jakiejś zapomnianej, głębokiej studni, skąd wypompowano całą wodę. - Dobry wieczór - powiedziałem, a postać skłoniwszy z szacunkiem głowę usiadła. Potem nastąpiła dziwna historia - nieznajomy wyjął legitymację, całkiem nową, ale zauważyłem czytając ją pobieżnie, że widnieje na niej imię Michaił, potem jakieś drugie imię, a na końcu rubryki dostrzegłem tylko pierwszą literę, a była to litera “B”. Zauważyłem również, że jest tam data 1928, co powinno mnie zastanowić, ale pomyślałem wtedy, że facet się zgrywa i pokazuje jakąś znalezioną gdzieś na strychu po dziadku starą legitkę, aby się zgrywać. Może nawet był niespełna rozumu. To jego nagłe pojawienie się. Ten zaskakujący ubiór całkiem a la retro: modna w latach 20-tych chyba marynarka, rozpięta pod szyją szaro-stalowa koszula i te niesamowite złote spinki w rękawach obu rąk. Nic z tego nie rozumiałem, a gość zagaił rozmowę. Potem właściwie niewiele z niej zapamiętałem, lecz to nie ma znaczenia. Postać zamówiwszy u kelnera dwie mocne, tureckie kawy i likier oraz brandy na przepitkę, zaczęła opowieść….

***

Był poranek dwudziestego ósmego roku. Za oknem jeździły powoli hałaśliwe automobile, szli dokądś przechodnie. Siedziałem samotnie w domu, żona gdzieś poszła. Rozpamiętywałem całe swoje życie, bo w tamtym dniu przypadało właśnie moje święto, czyli urodziny. I nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdy nie fakt, że w tamtym dniu, ponurym i szarym, mocno listopadowym, choć był kwiecień, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. Od lat byłem autorem, pisałem różne teksty, sztuki teatralne, trochę publicystyki, nawet okazyjnie wiersze. Jednak życie w moim ojczystym kraju i moim ukochanym mieście okazało się ponad siły organizmu. I umarłem przedwcześnie na początku wojny...Ale wtedy, gdy dopiero był pamiętny rok ‘28 postanowiłem zmienić swoje życie. Nie zmarnować go do końca na obronę przed dyktatorem, który chciał mnie zniszczyć i fizycznie zniszczył, ale przegrał moralnie, a ja mu współczuję. Nie ma we mnie nienawiści, ani żądzy odwetu, nie. Przeciwnie - to był dobry człowiek, tylko bardzo zraniony i bardzo smutny i nieszczęśliwy. Dlatego mimo, że mnie odesłał przed czasem na tamten świat, w który ja zawsze wierzyłem i pokładałem w nim momentami całą moją nadzieję, ja mu przebaczyłem. I odbyłem długą rozmowę, już po drugiej stronie życia, zanim on odszedł w swoją stronę. A miejsce, gdzie odbywa pokutę, jest oddalone od mojego o taki dystans, że wydobycie go stamtąd jest nadal niemożliwe. 

Dlatego zanim pójdę stąd, zanim ty pójdziesz do siebie, błagam cię - uwierz w to, co piszesz, bo to dobre, uwierz w los i przeznaczenie, nie zmarnuj reszty istnienia tutaj...wiem o tobie wszystko z pewnych źródeł i jesteś bardzo dobrym facetem, ale bardzo niepewnym swego pióra i stąd nadal mało rozpoznawalnym…

***

Kiedy Nieznajomy, którego zacząłem mniej więcej już kojarzyć, skończył, dopił kawę, przepił resztką koniaku i pokazał palcem poza moją głowę, wyżej, w kierunku wyjścia. Odruchowo spojrzałem i dojrzałem uśmiechniętego dryblasa z pękniętym monoklem, który kołysał się pół metra ponad posadzką z granitu, w kraciastej marynarce i ładnej dźokejce, a gdzieś w tle zdało mi się przez moment, że przemknął jakiś czarny kocur. Zamrugałem oczami i obróciłem się do Nieznajomego, ale jego już nie było, znikł tak, jak się zjawił. Siedziałem dalej sam i piłem kawę turecką, a potem zamówiłem jeszcze pizzę, jednak kelner nie zrozumiał, co to jest “pyzza”. Nie dziwiąc się już niczemu, spytałem, co jest, a on polecił mi piwo “Tyskie”, warzone oryginalnie, najlepsze. Kiedy je dopiłem, udałem się do wyjścia, nie mogłem płacić kartą, a gotówkę, którą im podałem, potraktowali jak fałszywki. Kiedy atmosfera zaczęła się zagęszczać, a oni pokazali mi przykładowy banknot i monetę, znowu zbaraniałem. Były to polskie marki, jakie dopiero zniosła reforma monetarna Grabskiego w latach 20-tych. Nie było innej możliwości, jak tylko dać dyla i uciekać w te pędy, gdzie pieprz rośnie, a nogi poniosą. Tak też zrobiłem, a oni nawet chyba nie gonili…    

 ***

Na ulicy nie było żywego ducha, ani auta, nie mówiąc o komunikacji miejskiej. Cisza dźwięczała w uszach, wzrok był ostry, a w tłumie wcześniej przygaszony, jakby przyciemniony, chroniący wnętrze człowieka przed nieproszonymi gośćmi. Szedłem w stronę domu, który był oddalony o kilkanaście minut spokojnego, powolnego spaceru. Nagle z tyłu doszedł mnie ostry, nieprzyjemny dźwięk jakby źle nastrojonej trąbki, obróciłem ciało i dojrzałem wyremontowaną dorożkę, ze srebrno-białymi szprychami w kołach i postacią w meloniku na wysokim siedzeniu. Postać trzymała mocno ściągnięte lejce, potem zwróciła się z maskującym uczucia lekkim uśmiechem, czy nie życzę sobie przejazdu w kierunku - jak sądziła - domu. Szanowny pan - mówił człowiek - zapewne zmęczony długim spacerem, a może i lekko...ten...tego...wszystko rozumiemy i oferujemy wygodną przejażdżkę. Niezręcznie było jakoś odmówić, wsiadłem tedy na miejsce pasażera i ruszyliśmy pod podany adres. Lecz wtedy dorożkarz zmarszczył brwi i stwierdził, że adresu nie zna, musiał wielmożny pan coś pomylić. Upierałem się, że jestem przy dobrych władzach umysłowych i opisałem miejsce docelowe. Niezmiernie zdziwiony, ruszył we wskazanym kierunku, znacząco milcząc. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zmarwiałem. Zamiast mojego apartamentowca z nowoczesnymi balkonami, dwiema windami, wejściem na kod, hermetycznymi, przeciwdźwiękowymi oknami, stała jakaś rudera, w której chyba nikt nie mieszkał. Rudera wydawała się mieć co najmniej sto lat. Dorożkarz w troską w oczach nadal milcząc przyglądał się mojej fizys, chcąc zapewne ustalić stopień upojenia alkoholowego, choć wypiłem z Nieznajomym tylko po kieliszku brandy do wybornej, czarnej tureckiej kawy. Zawracamy! Rzuciłem, nie chcąc nawet wysiadać. - Zgodnie z wolą jaśnie pana - uprzejmie odparł facet i zaciął lejce, kierując się w drogę powrotną. Dopiero wtedy zauważyłem, że okolica jest jakaś inna, nie całkiem, ogólnie się zgadza, ale w detalach już nie: zamiast hal magazynów firmowych jakieś chałupy, zamiast ulicy trotuar wysadzany “kocimi łbami”, zamiast lamp neonowych wyglądające na gazowe, albo nawet na płomień ładnie stylizowane latarnie. - Boże, gdzie jestem, co się dzieje … - zacząłem modlitwę własnymi słowami, ale Bóg nadal milczał. Tymczasem dorożkarz wjechał do centrum i wysadził mnie tam, gdzie wsiadałem. Poszedłem kilkadziesiąt metrów w stronę kafejki “Pod Złotym Lwem” i zmartwiałem ponownie: zamiast hebanowych drzwi z lwią kołatką było przeszklone wejście do miejskiej pralni, przez szyby widać było stojące rzędem pralki i kilku klientów, ładujących brudne rzeczy. Wszedłem do środka, nie wierząc własnym oczom, ale pralnia nadal istniała. Wybiegłem na ulicę i zamrugałem kilkakrotnie, ale pralki nie zamierzały nie tylko zniknąc, ale dobiegł uszu lekki szum ruszających bębnów i trybu wirowania; myśląc, że pomyliłem ulice, albo numery lokali szedłem wzdłuż kamienic i wtedy zrozumiałem wszystko. Miałem z pewnością widome początki obłędu. Zgasiłem papierosa i usiadłem pod jakąś bramą. Niedługo chyba zasnąłem mocnym, kamiennym snem. Nade mną zimno świeciły latarnie, a jeszcze wyżej wisiało nocne, rozgwieżdżone niebo...

Koniec

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
RafalSulikovski · dnia 24.10.2023 14:50 · Czytań: 252 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
Marek Adam Grabowski dnia 25.10.2023 11:49
Opowiadanie napisane w dobry sposób, malowniczy. Co do fabuły; niby ok., ale zbytnio mi przypomina twoją poprzednią.

Pozdrawiam

Ps. W którym numerze "Twórczości" to było?
RafalSulikovski dnia 25.10.2023 12:05
Oj, nie pamiętam, sporo tam drukowałem. Dzięki za lekturę :-)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
pociengiel
14/06/2024 16:20
W takich parkach starzy Indianie wciąż zbierają chrust z… »
Jacek Londyn
14/06/2024 11:19
Tereso, nie daj mu dłużej czekać. Stary park to dobre… »
Kazjuno
14/06/2024 09:53
Licaaszu. Zarówno Darcon, Ivoona i ja (chociaż z moją… »
Kazjuno
14/06/2024 09:27
Odpisuję Janusz z poślizgiem. Zrezygnowałem wczoraj z jazdy… »
ivonna
14/06/2024 04:05
Hej :) Ciekawy pomysł na opowiadanie, ciekawie poprowadzone… »
valeria
13/06/2024 19:54
Dzięki, po prostu skupiam się na pisaniu. Gdybym była cały… »
mike17
13/06/2024 17:31
Akcenty przyrodnicze mile widziane, zwłaszcza że doskonale… »
Janusz Rosek
13/06/2024 13:51
Kazjuno Z przyjemnością przeczytałem Twoje teksty. W… »
Janusz Rosek
13/06/2024 09:27
Kazjuno Dziękuję bardzo. Słuszne uwagi. Nie zauważyłem tych… »
Kazjuno
12/06/2024 21:51
Jak poprzednie, Januszu, wspomnienia także 3 powyższe mnie… »
Kazjuno
12/06/2024 16:15
Bardzo dziękuję Jacku za opinię i cenne uwagi. Też… »
Jacek Londyn
12/06/2024 14:47
Kazjuno, jestem. Nie będę krytykował. Przedstawię parę… »
Kazjuno
11/06/2024 12:26
Mam Jacku nadzieję na Twoją krytykę moich wypocin… »
Jacek Londyn
11/06/2024 07:53
Dzień dobry. Dziękuję za komentarz. A przesłanie...… »
Kazjuno
10/06/2024 20:43
Wierszówka dowcipna, nawet poprawna politycznie, więc z… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty