Skarb, którego nie było. - atreides
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Skarb, którego nie było.
A A A
Skarb, którego nie było

Dla Lothwen.


„To, co czynimy nie jest nigdy rozumiane, tylko chwalone lub ganione.”
- Fryderyk Nietzsche


Delikatne światło sączyło się z okien niewielkiej gospody. Stary, dwupiętrowy budynek stał samotnie pośród rozstajów dróg, mając za towarzyszy jedynie księżyc i gwiazdy, których światło spływało po krytym gontem dachu. Z nadkruszonego zębem czasu komina dym uciekał ospale w głęboką noc.
Śpiew nocnych ptaków, zamieszkujących pobliski zagajnik, mieszał się z pohukiwaniem polujących sów. Dwie pary zmrużonych oczu spoglądały w kierunku karczmy. Melodię lasu przerywał tylko głośny śmiech dobywający się z gospody, czasem uzupełniany okrzykami zdziwienia.
Wewnątrz, w głównej sali, wokół kominka, zgromadzony był niewielki tłum. Kupcy, strażnicy i awanturnicy nie lgnęli jednak do ciepła z płonących polan, lecz do postaci spoczywającej na wysłużonym, drewnianym krześle. Mężczyzna o czarnych, upiętych w kucyk włosach był odziany w znoszone, skórzane spodnie i wysokie buty. Skrwawione bandaże skrywały jego klatkę piersiową i lewe ramię, przykuwając wzrok zgromadzonych.
- Uracz nas jeszcze jedną opowieścią! – zawył jeden z nich, będący niskim, choć dobrze zbudowanym blondynem.
Kilku innych przytaknęło, a pośród nich stary szynkarz.
- Nie godzi się, by gość odmówił tak drobnej przysługi gospodarzowi – zaśmiał się właściciel karczmy. – Eryko, przynieś no więcej miodu! – zakrzyknął do stojącej nieopodal dziewczyny, ubranej w niegdyś biały, a teraz tylko splamiony tłuszczem i słodkim alkoholem fartuch.
- Jakże bym śmiał, dobry Bernardzie. Czego chciałbyś posłuchać ty i twoi zacni goście? – zapytał, zarzucając poszarpaną kamizelkę na pokryty bandażami, umięśniony tors, zaś światło odbijało się w jego karwaszach, gdy sznurował jej przód.
Uśmiechy przecięły twarze zgromadzonych. Nim gospodarz zdążył się odezwać, na pytanie odpowiedziała Eryka, stawiając cynowy dzban na stole, rozlewając odrobinę złocistego trunku na blat.
- Vicvane, opowiedz nam jak odniosłeś te rany – poleciła mu, posyłając zalotne spojrzenie.
- Cóż, dlaczego nie? Zatem słuchajcie – odparł z pełnym zadowolenia uśmiechem.

* * *

- Cztery dni temu siedziałem przy stole w pewnej gospodzie, podobnej nawet do tej – zaczął opowieść, sięgając po lutnię, do tej pory opartą o drewnianą ścianę. Rozmowy ucichły. – Moją uwagę przykuła wówczas liczna grupa awanturników, zajmująca największy w sali stół. Dyskutowali o wyprawie do ruin starej wieży, której podziemia miały skrywać dawno zapomniane skarby. Przysiadłem się do nich i zaoferowałem swoją pomoc, jako doświadczony podróżnik, odkrywca i bard – wypowiadając te słowa, Vicvane zaczął grać na swym instrumencie cichą melodię. – Z radością powitali w kompanii nowe ostrze i lutnię.
Bard pociągnął z kufla długi łyk miodu, po czym wznowił opowieść, zawieszając na chwilę wzrok na twarzy jednego ze słuchaczy.
- Następnego dnia ruszyliśmy do celu naszej wędrówki. Pogoda dopisywała, promienie słońca spływały na nasze twarze, nie napotykając po drodze żadnych chmur. Podróż mijała bez przeszkód, zaś ja umilałem wędrówkę całej naszej ośmioosobowej kompanii grą na lutni. Gdy zapadł zmrok, a my rozbiliśmy obóz, byliśmy nie dalej jak pół dnia drogi od ruin wieży. W dalszą drogę ruszyliśmy wraz ze wschodzącym słońcem. Zdążyłem już wtedy poznać szczegóły wyprawy. Zgodnie z treścią legendy, wieża miała zostać zniszczona jako boska kara za występki jej właściciela. Możny poniósł zasłużoną śmierć, zaś świat zapomniał o jego skarbcu, uznając miejsce za przeklęte.
Vicvane przerwał nagle swoją opowieść, zanosząc się kaszlem i przyciskając ramię do żeber. Po chwili jego oddech uspokoił się. Bard odchrząknął spoglądając niepewnie na twarze niektórych zgromadzonych. Przełknął ślinę i ponownie przemówił.
- Nie później niż godzinę po południu dotarliśmy na miejsce. Niegdyś trójkondygnacyjna wieża wtedy była już tylko stertą głazów, pośród których z trudem znaleźliśmy drogę do podziemi – bard zaczął grać na swej lutni wzbudzającą niepokój melodię. – Jednakże schody wiodące w głąb ziemi nie były zasypane. Powiem więcej – sprawiały wrażenie odkopanych, a kamienie piętrzyły się nienaturalnie naokoło nich. Najmłodszy członek drużyny zgodnie z decyzją reszty pozostał na powierzchni, zabezpieczając tyły. Razem z resztą zszedłem w dół. Niestabilne światło naszych pochodni pozwoliło nam ujrzeć wejścia do czterech tuneli. Zapronowałem byśmy się rozdzielili i tak też uczyniliśmy. Trzy pary ruszyły do przydzielonych im tuneli, ja zaś samotnie do obranego przeze mnie.
Jeden ze słuchaczy wstał ze swej ławy i ospale ruszył schodami na piętro, gdzie znajdowały się pokoje dla gości. Reszta nie była jednak w najmniejszym stopniu znudzona historią opowiadaną przez Vicvane’a. Bard zaczął wygrywać powoli pojedyncze dźwięki, by wzbudzić u słuchaczy jeszcze większy niepokój i napięcie.
- Gdy tak zagłębiałem się w tunel, przeszedł mnie zimny dreszcz. Byłem pewien, że coś jest nie tak. Lecz nie wiedząc, czy niebezpieczeństwa spodziewać się za plecami, czy przed sobą, ruszyłem dalej. W prawej dłoni ściskając rapier, zaś w lewej pochodnię, szedłem dalej, przygotowany na najgorsze. Nagle – powiedział tak głośno i ostro, że kilku słuchaczy aż podskoczyło – ciszę rozdarł mrożący krew w żyłach wrzask, po chwili zawtórował mu nieludzki ryk, niosący się echem po korytarzach. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem co sił w nogach w stronę prostokątnej komnaty, z której rozpoczęliśmy nasze poszukiwania. Kierując się odgłosami walki i krzykami, rzuciłem się pędem w następny korytarz. Zaraz gdy minąłem kolejny zakręt, po prostu zamarłem. Oto w powiększającej się kałuży krwi leżało na ziemi trzech moich towarzyszy, zaś czwarty, wyraźnie ranny, walczył z parą małych, żółtoskórych goblinów.
Prawie wszyscy zgromadzeni przy kominku siedzieli teraz pochyleni, wpatrując się w oblicze barda, czekając na dalszy ciąg tej niesamowitej opowieści. Jeden ze słuchaczy spojrzał na Vicvane’a z powątpiewaniem, jednak również się nachylił, po otryzmaniu kuksańca od swojego towarzysza.
- Rzuciłem się na pomoc memu krwawiącemu kompanowi i korzystając z zaskoczenia, przeszyłem rapierem pierś najbliższego stwora. Gdy wyszarpnąłem ostrze, ten osunął się na posadzkę, jedynie kwiląc żałośnie. Drugi goblin zamachnął się na mnie swoją włócznią, ryjąc głęboką bruzdę na mym ramieniu. Zacisnąłem jednak zęby i posłałem solidnego kopniaka w łeb tej paskudy. Nie był to dobry ruch, gdyż boleśnie ugryzła mnie w stopę i wytrąciła z równowagi. Zderzyłem się z kamienną podłogą. Słysząc kroki kolejnych nadbiegających bestii, wiedziałem, że muszę się pośpieszyć. Byłem zdany tylko na siebie, bo mój jedyny pozostały przy życiu kompan leżał już na ziemi, ściskając się za paskudną ranę. Kopnąłem goblina drugą nogą, miażdżąc mu szczękę. Podniosłem się i począłem cofać w korytarz wiodący do schodów. Kolejny stwór z błyskiem w swym nieludzkim oku rzucił się na mnie z toporem, bez problemu jednak uniknąłem tego ciosu. Szybkim cięciem rapiera poderżnąłem mu gardło, odwróciłem się i zacząłem biec, słysząc za plecami piski i wrzaski conajmniej dziesiątki potworów. Gdy już miałem wpaść do komnaty ze schodami, drogę zastąpił mi wyjątkowo duży drań. Rzuciłem w niego dopalającą się już pochodnią, a ten z wrzaskiem padł na ziemię, drapiąc się po oparzonej twarzy. Ścigający mnie tupot małych nóg nie dał mi ani chwili na odpoczynek. Drogę do stromych stopni wiodących na powierzchnię zagradzała mi już tylko para potworów. Zadałem jednemu celne pchnięcie w bark, drugi jednak ugodził mnie w pierś, otwierając w niej tę okropną ranę – wymawiając ostatnie słowa, Vicvane przebiegł palcem po swojej obandażowanej piersi – zignorowałem jednak ból i zdzieliłem gnidę pięścią w sam środek pyska.
Bard odchrząknął i sięgnął po kufel, z zaskoczeniem stwierdził, że jest już opróżniony. Odszukał wzrokiem Erykę, która zakłopotana prędko pobiegła po następny dzban miodu. Na twarzy Vicvane’a wykwitł niewielki uśmiech. Ponownie oczyścił gardło i kontynuował opowieść.
- Rozpocząłem wspinaczkę po stromych schodach, oświetlony promieniami słońca. Słysząc warknięcie za sobą, chwyciłem wystający ze ściany obluzowany kamień i cisnąłem go za siebie. Pisk i łomot, który po chwili usłyszałem, upewnił mnie, że goblin stoczył się po schodach na sam dół. Gdy wyszedłem na powierzchnię, sapiąc ciężko rozejrzałem się wokoło. Nigdzie nie było Retuara, którego tu pozostawiliśmy schodząc w głąb ziemi. Najwyraźniej też zszedł do podziemi, zwabiony tymi samymi krzykami co ja. Pohukiwania i warknięcia dochodzące z podziemi zmusiły mnie do szybkiego działania. Ranny i wycieńczony, ostatkami sił zacząłem staczać coraz to większe kamienie w dół schodów. Goblińskie przekleństwa i krzyki pełne bólu dodawały mi otuchy i sił. Po paru chwilach zejście było zasypane.
Paru słuchaczy odetchnęło z ulgą. Bard uczynił to samo, dostrzegając pełny kufel miodu na swoim stole, który opróżnił do połowy kilkoma głebokimi łykami.
- Po opatrzeniu swoich ran ruszyłem do traktu i tak też trafiłem tutaj, do was, przyjaciele. Mogę jedynie mieć nadzieję, że nie cała moja kompania poległa, być może część moich towarzyszy zdążyła zbiec przede mną.
- A skarb? – zapytał szynkarz. Zawtórowało mu kilka głosów z tłumku.
- Pewno dawno zrabowany przez potwory – odparł bard. – Moi kompani stracili życie na próżno, choć walczyli mężnie. Mogę jedynie dziękować Bogu, że był przy mnie i pomógł mi pokonać te plugastwa.
Vicvane wypił resztę miodu z kufla i wstał z miejsca, przeciągając się. Ogień w kominku już dogasał. Gdy rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegł, że część jego słuchaczy usnęła ze zmęczenia na swych ławach.
- Dziękuję wam za wysłuchanie. Niech ta opowieść będzie zapłatą za nocleg, poranny posiłek i te bandaże. Co ty na to, Bernardzie?
- To uczciwa propozycja – odpowiedział karczmarz, skinąwszy głową.
- Zatem dobrej nocy, udam się już na spoczynek.


* * *

Vicvane ruszył wolno po drewnianych stopniach na piętro. Wysłużone deski skrzypiały pod jego skórzanymi butami. Rozejrzał się, przez chwilę przypominając sobie, który pokój należy do niego. Jego szare oczy zatrzymały się na lekko uchylonych, sosnowych drzwiach. Bard sięgnął po nóż skryty w cholewie buta i tak uzbrojony stanął przy drzwiach. Uchylił je wolną ręką i zajrzał do środka. Pokój był pusty.
Odetchnąwszy z ulgą wszedł do środka niewielkiego pokoju gościnnego. Zatrzasnął za sobą drzwi i podszedł do okna, by zamknąć je na noc.
- Niezła historia – odezwał się zza jego pleców znajomy głos. Bard niepewnie odwrócił się.
W kącie pokoju stało dwóch mężczyzn. Młodszy był uzbrojony w szeroki miecz, a rana na jego piersi była opatrzona prowizorycznym bandażem, wykonanym ze strzępów płaszcza. Drugi niespodziewany gość wystąpił o krok do przodu, wspierając się na długim mieczu jak na lasce. Jego długie blond włosy były posklejane zachniętą krwią, tak samo jak broda.
- Retuar? – Vicvane wyszeptał, odnajdując wzrokiem swoją broń. Pochwa z rapierem leżała obok łóżka, na którym z kolei spoczywał wypchany do granic możliwości plecak.
- Ani kroku, szczurze – wychrypiał blondyn. – Dużo żeś złota się nazbierał, co? Bądź tak dobry i wyrzuć ten sztylet – splunął.
Brodacz podszedł do łóżka i rozpruł czubkiem miecza plecak. Na łóżko wysypały się monety i kosztowności.
- Gobliny? Nieludzki ryk? – zaśmiał się Retuar, zbliżając się do barda z opuszczonym mieczem. – Jedynym potworem w tamtych podziemiach byłeś ty sam.
Pobladły Vicvane zacisnął zęby i cofnął się o krok w stronę okna.
- Oszaleliście – wycedził.
- Zagarnąłeś, gnido, nasz skarb – warknął brodacz.
- Będziesz cierpieć tak jak pozostali – obiecał młodszy unosząc swój szeroki miecz. – Rozdzielmy się, mówiłeś. Zaraz ja ciebie rozdzielę – warknął Retuar, tnąc niezdarnie na odlew.
Ostrze rozorało drewnianą ścianę za bardem, posyłając deszcz wiórów na stary dywan. Vicvane rzucił się na podłogę i przetoczył obok brodacza, który też zamachnął się swoim mieczem, otwierając ranę na plecach czarnowłosego mężczyzny. Bard syknął z bólu wstając na nogi.
- Poddaję się – odezwał się nagle, unosząc powoli ręce. – Nie mam broni.
Brodacz opuścił swoje ostrze i wsparł się na nim ponownie. Retuar sapnął tylko, poprawił chwyt na rękojeści i ponownie natarł na barda, biegnąc prosto na niego przez cały pokój. Vicvane nagle opuścił energicznie ramiona, a w pokoju dał się słyszeć metaliczny odgłos zwalnianych zapadek. W dłoniach barda błysnęła stal, gdy nagle pojawiły się w nich wąskie sztylety. Gdy, nie mogąc już zwolnić, Retuar dobiegł do Vicvane’a. Na podłogę i dywan trysnęła krew. Oburęczny bard wyszarpnął z brzucha wojownika jeden sztylet, a drugim dokończył cięcie na jego gardle. Miecz zaskoczonego Retuara wbił się w drewniany wspornik, niemalże go przecinając. Młodzik upadł na kolana brocząc krwią i przewracając stolik. Taca i świecznik brzęknęły cicho, gdy zderzyły się na drewnianej podłodze.
- Ty... ty potworze – wyszeptał brodacz z szeroko otwartymi oczami. Z niedowierzaniem spoglądał na swego konającego przyjaciela. – Zginiesz za to!
Blondyn zrobił krok w kierunku barda, zataczając łuk swym mieczem.
- Podejdź kolego, śmierci mam dość dla każdego – wycedził jego przeciwnik, ważąc w dłoniach sztylety.
Brodacz z krzykiem ruszył na barda, tnąc dziko. Ten zdążył sparować cios sztyletem, siła uderzenia powaliła go jednak na podłogę. Vicvane przetoczył się w kierunku ciała Retuara, ledwie unikając następnego śmiertelnego ciosu. Gdy tylko się podniósł, otrzymał paskudne cięcie w nogę, a jego własna krew zmieszała się na podłodze z posoką młodzika. Na schodach zabrzmiały kroki.
- Vicvanie? Co się tam dzieje?! – dał się słyszeć krzyk Bernarda.
Bard zdrową nogą kopnął leżący obok świecznik, a ten poszybował prosto w brodacza, który z łatwością go odtrącił. To było wszystko, czego potrzebował Vicvane, by skoczyć na rozproszonego przeciwnika. Brodacz zdążył go ciąć w ramię, zaś sztylety Vicvane’a zagłębiły się w piersi miecznika. Zaciskając zęby bard przekręcił sztylet w sercu swego niegdysiejszego kompana. Gdy życie uszło z oczu brodacza, obaj opadli na skrwawioną podłogę. Upuściwszy sztylety, czarnowłosy zaczął się czołgać w kierunku łóżka i ostatkiem sił zrzucił plecak z kosztownościami na podłogę, wpychając go pod łóżko z chwilą, w której otworzyły się drzwi.
Kobiecy pisk przerwał chwilową ciszę.
- Na Boga! Co tu się stało? – Zakrzyknął pobladły szynkarz.
Vic rzucił ukradkiem spojrzenie w kierunku drzwi. Na korytarzu zgromadzeni byli klienci gospody, których jeszcze parę chwil temu zabawiał opowieściami.
- Bandyci... – wyszeptał i zakaszlał krwią. Bard zamknął oczy i poddał się wycieńczeniu, zapadając w kojący sen... Jak przez mgłę usłyszał słowa Bernarda:
- Eryka! Opatrunki! Prędko! Wy wynieście truchła tych szczurów przed gospodę...
- Vicvane? Słyszysz mnie? Vicvane!
Lecz bard już nic nie słyszał.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
atreides · dnia 09.07.2006 22:43 · Czytań: 3544 · Średnia ocena: 4,57 · Komentarzy: 20
Komentarze
Wiktor Orzel dnia 10.07.2006 11:53 Ocena: Świetne!
bardzo dobrze napisane. Dynamiczna akcja, świetne opisy i klimat. Brawo.
atreides dnia 10.07.2006 11:58 Ocena: Świetne!
Dzieki :). Liczylem na dluzszy komentarz, ale mimo wszystko jestem wdzieczny. Pozdrawiam i przypominam o ofercie, jesli chcialbys zamiescic wiecej moich tekstow w Waszym serwisie.
Tyler Durden dnia 10.07.2006 13:00 Ocena: Bardzo dobre
Przyznam, że jestem mile zaskoczony opowiadaniem. Jest to jednak za krótki fragment, żeby się do czegoś przyczepić. Za krótki też na to, żeby przekonać się do całej historii i postaci. Czekam na inne części, z pewnością przeczytam. Ładne opisy walk.
atreides dnia 10.07.2006 13:16 Ocena: Świetne!
Drogi Tylerze, wiecej opowiadan o bardzie Vicvanie (rowniez dluzszych, najdluzsze bodajze 10 stron) na stronie projektu www.pobt.prv.pl - z VVSR na razie sie umowilismy na umieszczenie jednego mojego tekstu na lamach tego serwisu :). Pozdrawiam.
Wiktor Orzel dnia 10.07.2006 15:23 Ocena: Świetne!
taka wzajemna umowa o promocji. I jedna i druga strona na tym skorzysta :)
atreides dnia 10.07.2006 15:35 Ocena: Świetne!
Niewątpliwie. No ale nie offtopicujmy. Czekam na dalsze Wasze komentarze.
sylwus dnia 10.07.2006 19:39 Ocena: Świetne!
Może ja się i na tym nie znam, ale jak dla mnie to całkiem profesionalne opowiadanie! Czytając czułam, jakbym czytała książkę jakiegoś "wielkiego człowieka" [może i tak było :D]
Szybkie akcje, nie zdąrzyłam zasnąć [a jestem strasznie zmęczona :p]
Ogólnie rzecz biorąc bardzo mi się podobało!
atreides dnia 10.07.2006 21:17 Ocena: Świetne!
Moze tak, moze nie. Czas pokaze ;). Dzieki za przeczytanie i za dobre slowo, pozdrawiam. Po wiecej zapraszam na strone www.pobt.prv.pl
MarcinD dnia 11.07.2006 12:38 Ocena: Świetne!
Jak komentować dak dlugi tekst - to tylko od początku w trakcie lektury robiąc notatki, bo inaczej mógłym tylko napisać: "fajny/kiepski tekst". A wydaje mi się, że komenty mają nieść krytykę konstruktywną - dzięki niej przecież stajemy się lepszymi twórcami ;). Tak więc jeszcze zanim zacząłem czytać, uruchomiłem sobie notatnik i w nim planuję notować, co mi się nasunie w trakcie czytania ;). A więc...

(wszelkie uwagi są wynikiem mojego własnego poczucia gustu i estetyki tudzież "widzimisię" - ale wiedz, że starałem się być nieupierdliwy i nieczepialski ;) )

"Kilku innych przytaknęło, a pośród nich stary szynkarz." - w tym zdaniu czegoś mi brakuje... Nie wiem, może na przykład "był" - "pośród był nich stary" albo "nawet" - "...przytaknęło, nawet stary szynkarz...". Wydaje mi się, że ta druga wersja jest nawet lepsza, bo w sumie skoro piszesz, że karczmarz był stary, to chyba w swoim życiu powinien był słyszeć niejedną historię i pewnie kolejna historia mogłaby go nie zachwycić, więc należałoby podkreślić, że on też chciał usłyszeć ;).

"Z radością powitali w kompanii nowe ostrze i lutnię." - znów czepiam się troszkę, powołując na własne poczucie gustu - jak ja wybierałbym się z grupą awanturników na wyprawę po skarb, to raczej starałbym się o tym mówić cicho i w sposób niezwracający na siebie uwagę, a nowych członków widziałbym raczej niechętnie (wiadomo, kolejny do podziału łupów i takie tam), no ale inaczej pewnie opowiadający historię by się o tym nie dowiedział, więc pewnie "tak musiało być" ;)

Kolejna uwaga co do ruin wieży - wydaje mi się, że jeżeli upadek w ruinę tejże wierzy miał być karą boską, to podejrzewam, że miejscowi uznali by takie miejsce za przeklęte, a nie święte :).

"...parą małych, żółtoskórych goblinów." - być może znów się czepiam ;) ale zwykle gobliny występują w znacznie większej liczbie, nich dwóch, poza tym zwykle są stosunkowo łatwe do pokonania, dlatego wystepują w dużych grupach... Ale to ogół oczywście, pewna forma konwencji, każdy autor może dowolnie wedłgu własnego uznania manipulować istotami w swoich tekstach ;). Czepiam się chyba :|.

"conajmniej" - tym razem literówka - pisze się "co najmniej"... Sam ich robię setki ;).

No i po przeczytaniu kilku ostatnich słów - wiedziałem, że Ci, co to mówią, że tylko oni przeżyli, są podejrzani. Ciekawe opowiadanie, warte przeczytania... Czekam na kolejne ;)
MarcinD dnia 11.07.2006 12:40 Ocena: Świetne!
No i sorki za literówki we własnym komencie :/.
atreides dnia 11.07.2006 12:50 Ocena: Świetne!
Dzięki za wyczerpujacy komentarz. Literowke oczywiscie poprawie. Z karczmarzem przemysle.

No wlasnie grupa awanturnikow charakteryzuje sie tym, ze sie 'wozi'. Popisuja sie wyprawami, dokonaniami itd, a szczegolnie przed wiesniakami w karczmie. A barda powitali z radoscia, bo taki charyzmatyczny czlowiek, grajek... czego by tu sie mozna zlego po nim spodziewac? ;).

Co do wiezy - wrecz przeciwnie. Jesli Bóg (dobry Bóg, nie zaden szatan czy inny diabel) gdzies daje ujscie swojej mocy, to jest to miejsce, gdzie zdarzyl sie cud. Bóg nie zsyła klątw na ziemię, on błogoslawi ją swoją ingerencja.

Co do goblinów absolutnie nie masz racji. Po pierwsze w opowiadaniu barda występuje ich znacznie więcej, a trudno, żeby po podziemiach biegały w 20 osobowych drużynach. Po drugie OBT to świat autorski i nie można zakładać, że gobliny są takie, a autor głupi bo napisał inaczej. I po trzecie - opowiadanie barda to fikcja... ;)

Pozdrawiam.
MarcinD dnia 11.07.2006 13:11 Ocena: Świetne!
Wiesz, z jednej strony pewnie tak - grupa awanturników ma o sobie zwykle wysokie mniemanie, aczkolwiek przed wyprawą siedziałbym cicho... Co do dołączającego się barda - nie wiadomo, co im wtedy powiedział, więc można spekulować bez końca. Gdybym ja był w takiej grupie, która dopiero co ruszałaby po skarb, siedziałbym cicho. Jeśli chodzi o ruiny wieży - więc cóż, Sodoma i Gomora to miasta święte, idąc tą myślą. Napisałeś, że to była boska kara, więc będę się upierał przy swoim :). Oczywiście to kwestia wyczucia autora :).

Gobliny - tak, potem było ich o wiele więcej, ale napisałeś, że trzej ludzie nie żyli a czwarty walczył z parą goblinów - ludzie mieli dwukrtoną przewagę, więc wydaje mi się, że powinny były zostać pokonane. No ale w końcu jak słusznie napisałeś - to świat autorski, nie zamierzałem nawet zasugerować, że tworząc gobliny takimi, jakie są, jesteś głupi, jak to poczułeś - przepraszam. Tyle, że generalnie goblinki to nawet w większej grupie "mięso armatnie" i tutaj jest to trochę odejście od standartów - ale to Twój tekst i Twoje gobliny oczywiście ;)
atreides dnia 11.07.2006 13:30 Ocena: Świetne!
I przypominam ze wszystko co opowaida bard jest zmyśloneeeee ;d
MarcinD dnia 11.07.2006 13:39 Ocena: Świetne!
Pamiętam o tym. Tak, czy inaczej, opowiadanko takie, jak oceniłem ;)
Semprini dnia 11.07.2006 21:56 Ocena: Bardzo dobre
Jest wszystko co w świecie fantasy powinno być: atmosfera, skarb, grupa poszukiwaczy, broniące skarbu stwory. Najciekawsze jest to, że okazuje się to tylko fikcją opowiedzianą przez barda. Bardzo sprytny wybieg
atreides dnia 11.07.2006 22:08 Ocena: Świetne!
Dzięki Semprini, doceniam naprawdę, że tak wybitnemu autorowi, jak Ty, się spodobało.
atreides dnia 08.06.2007 16:38 Ocena: Świetne!
Hippie, zamiast próbować być śmieszną, przeczytaj i skomentuj. 1200 czytań i TYLKO 17 komentów, z czego połowa to moje... Trochę marnie, co?
atreides dnia 14.10.2007 18:11 Ocena: Świetne!
W kontekście powieści jest bardziej na miejscu ;). Szkoda, że nie wypowiedziałeś się na temat reszty tekstu. Mimo wszystko dzięki. Pozdrawiam.
atreides dnia 14.10.2007 18:42 Ocena: Świetne!
Ależ nie szkodzi. Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam serdecznie. Jakby w jakiś sposób bardziej zainteresował Cię ten tekst, to dalsze części (i inne teksty fantasy mojego autorstwa) znaleźć można na mojej stronie - www.LutniaiRapier.pl
lieder dnia 12.01.2008 15:42 Ocena: Bardzo dobre
Nie lubię tego typu opowieści, ale przeczytałam całość, bo wciągnął mnie Twój styl pisania.
bdb.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:30
Najnowszy:Urok osobisty
Wspierają nas