"Grzeczny" - zbiór 68 opowiadań - 4,5 i 6 - Janusz Rosek
Proza » Długie Opowiadania » "Grzeczny" - zbiór 68 opowiadań - 4,5 i 6
A A A

 

„ Kamieniem w czoło” (4)

 

W trzeciej klasie Szkoły Podstawowej zaczęły tworzyć się grupy koleżeńskie, które ze sobą rywalizowały, a nawet robiły sobie na złość. Większość moich kolegów mieszkała blisko szkoły i często do domu na Dzikowiec musiałem wracać sam. Czasami z Grażyną. Musieliśmy przechodzić przez nieprzyjazne nam terytorium, gdzie czekali na nas wrogo nastawieni członkowie innych grup. Dokuczali nam, popychali, wyzywali, a nawet bili. Pamiętam , jak jednego razu zerwali mi z pleców tornister i wrzucili do przepływającej przez centrum wsi rzeczki. Wszystkie zeszyty i książki zamoczyły się i rozmazały. Piórnik popłynął z nurtem. Kiedy z płaczem wróciłem do domu dostałem jeszcze po głowie od ojca za to, że pozwoliłem sobie wyrwać ten tornister. Jakby było czego żałować. Zwykłe tekturowe pudło, które pod wpływem wody rozmokło i rozleciało się. Taki miałem „tornister”. Ojciec jednak wszystko sobie cenił. Nie rozumiał, że nie mogłem pokonać kilku starszych i silniejszych kolegów. Powiedział mi, że jeżeli nie mogę odeprzeć ich siłą, to powinienem sposobem. Nie rozumiałem. Sytuacja wyjaśniła się po kilku miesiącach. Jak co dzień wracaliśmy z Grażyną do swoich domów, kiedy drogę zastąpiła nam grupka chłopaków. Próbowaliśmy ich ominąć i uciec ale nie mogliśmy. Byli wszędzie. Zaczęli rzucać do nas drobnymi kamieniami usypanymi wzdłuż drogi. Dostałem raz i drugi. Bolało. Chwyciłem jakiś kamień i rzuciłem w kierunku największego z nich. Trafiłem. Dryblas upadł, jak Goliat trafiony z procy przez Dawida. Zalał się krwią. Pozostali uciekli. Ja i Grażyna również szybko pobiegliśmy do swoich domów. Usiadłem cicho w izbie i zabrałem się za odrabianie lekcji. Po chwili w drzwiach naszego domu pojawiła się matka rannego kolegi z nim samym. Czoło miał rozbite i wielkiego guza. Zdezynfekowana fioletem rana wyglądała okropnie. Sam się wystraszyłem. Spodziewałem się najgorszego, zwłaszcza, że ojciec był już w domu. Za mniejsze przewinienia obrywałem. Bałem się jego reakcji. Niepotrzebnie. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ojciec zamiast mnie skarcić wziął mnie w obronę twierdząc, że tamten sam sobie jest winien, bo mnie zaczepiał, szturchał i popychał. Należało mu się. Potem dodał : „ Januszek jest grzeczny, nikogo nie atakuje, a bronić mu się zawsze wolno. On tylko się bronił przed grupą agresywnych kolegów. Popieram go.” Nie jestem dumny z tego, że rzuciłem w człowieka kamieniem, ale z tego że przełamałem swój strach i stawiłem czynny opór prześladowcom już tak. Zauważyłem również, że i mój ojciec zaczął mnie postrzegać nieco inaczej. Do tej pory miał mnie za ciamajdę i nieudacznika. To zdarzenie zupełnie odmieniło moje życie. Zrozumiałem, że nikt nie ma prawa mnie krzywdzić, nawet jeżeli jest silniejszy, czy bogatszy. Nigdy później nie miałem wobec innych żadnych długów. Każdemu, kto mnie skrzywdził oddawałem z nawiązką.

  

 

 

„ Stara trąba” (5)

 

Pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęły się braki żywności. W sklepach coraz częściej na półkach brakowało towaru. Za chlebem nieraz jeździłem na rowerze po innych wsiach, bo u nas było go mało. Jeżeli mieli go dowieźć, ustawiała się długa kolejka. Często kiedy podjeżdżał Robur z GS-u ludzie stawali w szeregu i podawali sobie bochenki z rąk do rąk, aby w ten sposób jak najszybciej rozładować dostawę i kupić upragniony chlebuś. Ja również ustawiałem się w tym szeregu, żeby pomóc. Przecież byłem grzeczny. Po rozładowaniu samochodu ludzie ponownie ustawiali się w kolejce. Stanąłem na swoim miejscu, z którego wyszedłem w celu podawania chleba. Właściwie to próbowałem stanąć, gdyż odepchnęła mnie jakaś starsza pani. „Gdzie się pchasz klarnecie?!” – zawołała coraz mocniej wyciągając mnie z kolejki. Taka stara, a taka silna cholera. Nie dałem się. Odepchnąłem babę oświadczając: „Na swoje miejsce ty stara trąbo”. W tej samej chwili poczułem mocny ból lewego ucha. To nasza pani Dyrektor ze Szkoły Podstawowej szarpała moje ucho strofując za niepoprawne zachowanie. Uwzięła się na mnie, czy jak? Ja przecież byłem grzeczny. Starałem się jedynie wejść na swoje miejsce w tej kolejce.

 

 

 

„ Duże sanie” (6)

 

Jako dzieciaki bardzo często wykazywaliśmy się dużą pomysłowością w wymyślaniu kolejnych zabaw. Latem nie było to zbyt trudne, gdyż nasza okolica obfitowała w różnego rodzaju jary, wąwozy, strumyki. Zawsze coś wymyśliliśmy. Gorzej było w zimie. Nie było zbyt wysokich górek, z których można byłoby pozjeżdżać na nartach, czy sankach. Inna sprawa, że nigdy nie miałem ani nart z prawdziwego zdarzenia, ani łyżew, ani nawet sanek. Ojciec przywiózł mi co prawda „narty” od jakiegoś swojego znajomego  z Makowa Podhalańskiego, ale wyglądały, jakby miały z pół wieku. Bardziej pasowały by do muzeum sportów zimowych, niż do nauki jazdy. Zwykłe deski bez okuć, z rzemiennymi wiązaniami z przodu i tyłu buta. Zapinane na metalową sprzączkę. Żadnej stabilności. Nogi goniły  w tych zapięciach na prawo i lewo, wykręcały się. Jedynym elementem prowadzącym nartę był wyfrezowany rowek pośrodku deski. Inni moi koledzy mieli już narty z metalowymi okuciami, a Kazimierz nawet narty z butami. Łyżwy, które mi tata załatwił miały dziwny sposób mocowania. Z przodu miały metalowe szczęki zaciskane za pomocą kluczyka, a z tyłu metalowy hak. Do obcasa zimowego buta należało przykręcić metalową blachę i wydrążyć w obcasie nieduży otworek na zamocowanie zaczepu. Żeby założyć taką łyżwę należało ustawić ją bokiem względem blachy zamontowanej na obcasie, wcisnąć zaczep i przekręcić tak, aby szczęki obejmowały przednią część buta. Kiepski pomysł. Nie dość, że trzeba było zniszczyć obcas w celu zamontowania blachy, to jeszcze szczęki nie były na tyle mocne, aby można było bezpiecznie jeździć. Wypinały mi się i spadały. Można było sobie nogi połamać. Rzadko na nich jeździłem. Wstydziłem się. Wtedy większość chłopaków miała już buty z łyżwami, tzw. hokejki. Sanek nie miałem. Ojciec pospawał niby sanki z metalowych rurek, ale na nich nie dało się jeździć. Były bardzo ciężkie i wrzynały się w śnieg. Chodziłem zatem do Ryszarda i Adama moich kolegów z Dzikowca. Oni mieli odpowiedni sprzęt. Lekkie, drewniane saneczki na szerokich płozach, deseczki w kształcie łopaty, na których można było zjeżdżać nawet z niewielkich wzniesień i sanie. Duże konne sanie do kuligów. Pamiętam, jak dziś, była sobota. Piękny, mroźny zimowy poranek. Umówiliśmy się w czwórkę: Ryszard, jego brat Adam, Kazimierz i ja, że popchamy te sanie aż do Jeziorzan, gdzie znajdowała się okazała górka. Wysoka może na jakieś trzydzieści metrów, o mocno nachylonych zboczach. W jednym miejscu równa – bez zagłębień i miedz, w innym usiana różnego rodzaju występami kamiennymi i dołami. Lubiliśmy wyzwania, więc pomimo trudniejszego podejścia pod szczyt wybraliśmy tą pofałdowaną część stoku. Pół godziny gramoliliśmy się usiłując wypchać te wielkie sanie na samą górę. Udało się. Dumni z siebie zasiedliśmy wygodnie w saniach i rozpoczęliśmy zjazd. Sanie mknęły niczym szalone w dół stoku, bez możliwości sterowania, czy hamowania nimi. Nie było to jednak żadnym problemem, gdyż wtedy cały stok przechodził w łąkę daleko od drogi i zabudowań. Górka była ogólnodostępna dla wszystkich. Ale frajda, warto było pchać te sanie ponad cztery kilometry. Sanie rozpędzały się, chowały w zagłębieniach, by po chwili wyskoczyć nad śnieg i jechać dalej. Cały stok miał może 500, a może nawet 600 metrów długości. Mniej więcej w połowie tego stoku był spory dół. Rozpędzone sanie kierowały się właśnie tam. Zauważyliśmy niebezpieczeństwo, ale nie mogliśmy już wtedy nic zrobić. Sanie wjechały w ten dół i wyjechały. Wyrzucone jak ze skoczni narciarskiej w górę zaczęły gwałtownie opadać. Krzyczeliśmy, mocno trzymając się poręczy. Opadły na śnieg i złamały się na dwie części. My powypadaliśmy z sań i niczym śnieżne kule poturlaliśmy się w dół stoku. Potem wróciliśmy pozbierać elementy połamanych sań i powoli ze spuszczoną głową wracaliśmy do domu. Chyba jednak nie było warto. Wyobrażałem sobie reakcję ojca Ryszarda i Adama na widok połamanych jego ukochanych sań. Solidarnie postanowiliśmy stawić temu czoła i wszyscy czterej poszliśmy przeprosić za nasze niemądre zachowanie. Eugeniusz, ojciec moich kolegów zauważył nas znacznie wcześniej i wyszedł nam na spotkanie. Co teraz będzie, pomyślałem. Chyba nas zabije. Starałem się wypatrzeć jakiegoś kija w ręce Eugeniusza, albo powrozu, którym by mógł ukarać nas za to, co zrobiliśmy. Nic nie miał. Podszedł do nas z uśmiechem i zapytał: „Nikomu nic się nie stało?” „Nie?, to dawajcie tez złom, idziemy do domu”.

Nie rozumiałem go, przecież zrobiliśmy coś złego i zasługiwaliśmy na karę, a on nic? Mnie by pewnie mój tata za coś takiego wszystkie kości porachował. Zastanawiałem się czy naprawdę może być inaczej? W naszym domu dominowała dyscyplina i bezwzględne posłuszeństwo, a tu miłość…

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Janusz Rosek · dnia 18.05.2024 10:25 · Czytań: 201 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 7
Komentarze
Kazjuno dnia 21.05.2024 20:35 Ocena: Bardzo dobre
Karkołomne Januszu opisałeś przygody z dzieciństwa.
Czyta się z zainteresowaniem, aczkolwiek widziałem kilka usterek.
Mam prosty pomysł, jak Ci pomóc. Ba! Możesz się dużo nauczyć...
Jest program sztucznej inteligencji. AI (Artifitial Inteligence).
Wystarczy, jak klikniesz na ten link: https://languagetool.org/pl/#libreoffice (Najlepiej wklej sobie na pasku).
Kopiujesz każdy z rozdziałów "Grzecznego" i wklejasz do Language Tool (Narzędzie językowe). Sprawdzaj potem wszystkie podkreślenia i z boku, albo po najechaniu kursorem będziesz mógł przeczytać, jaki popełniłeś błąd i po poprawieniu go podkreślenie zniknie.
Spróbuj!
Pozdrawiam.
Jacek Londyn dnia 21.05.2024 21:22
Januszu,
Kazjuno radzi:

Kopiujesz każdy z rozdziałów "Grzecznego" i wklejasz do Language Tool (Narzędzie językowe). Sprawdzaj potem wszystkie podkreślenia i z boku, albo po najechaniu kursorem będziesz mógł przeczytać, jaki popełniłeś błąd i po poprawieniu go podkreślenie zniknie..
A potem kusi:
Spróbuj!

Ja bym nie próbował. Nie chcesz chyba zamienić autora Janusza Dzikowieckiego na Janusza o sztucznej inteligencji.
Ten sztuczny gość, jeśli mu pozwolisz, napisze za Ciebie w kolejnym kroku świetne opowiadanie. Kolejny napisze nie gorszy komentarz. :)

Pozdrawiam
JL
Kazjuno dnia 21.05.2024 22:07 Ocena: Bardzo dobre
Jacku Londyn, przesadzasz.
Januszu, ten program, wprawdzie z cechami AI wcale nie ingeruje w zawartość tekstu. Nic nie zmienia, a tylko koryguje błędy: ortograficzne, literówki, interpunkcję i czasem szyk zdania.

Ten program, o którym pisze Jacek, to zupełnie inna bajka. Tak, nieco wyższy poziom sztucznej inteligencji, rzeczywiście ma takie możliwości, o których pisze nasz kolega, ale na pewno nie Language Tool.

Nie daj Januszu się zastraszyć.

Pozdrawiam
Janusz Rosek dnia 22.05.2024 09:24
Kazjuno

Bardzo dziękuję za konkretny komentarz i porady. Z ciekawości sprawdzę ten program, bo mam świadomość, że nie wszystko w prezentowanych przeze mnie tekstach jest właściwe. Być może okaże się być dla mnie bardzo pomocny, ale gdyby okazało się że to program pisze a nie ja te opowiadania, to mu podziękuję. Warto spróbować.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam - Janusz
Kazjuno dnia 22.05.2024 10:12 Ocena: Bardzo dobre
Sprawdziłem Januszu. W Languege Tool jest możliwość zamiany autora. Ale wybieraj opcję: "sprawdź swój tekst".
Nie! "parafrazuj swój tekst"

Pozdrawiam
Gabriel G. dnia 22.05.2024 17:56
Dobry tekst. Dobrze się czyta. Gdybym miał na cokolwiek zwrócić uwagę, to na zwroty "Gdzie się pchasz klarnecie?!" i "Na swoje miejsce ty stara trąbo". Wydają mi się mało naturalne. Rozśmieszyły mnie trochę;) Aczkolwiek to, że ja nie miałem do czynienia z takimi zwrotami, nie znaczy, że takowe nie były w przeszłości używane.
Program polecany przez Kazjuno jest bardzo dobry i pomocny, korzystam. Nie ingeruje w styl. Być może jest taka opcja. Nie wiem, nie sprawdzałem nawet. Kocham pisać. Skrajną głupotą byłoby zlecać AI pisanie tekstu, pod którym miałbym się podpisać. Człowiek odebrałby sobie mnóstwo frajdy i przyjemności z zabawy słowem. Oczywiście amatorzy tego typu fejmu się znajdą. Byle tylko zwrócić na siebie uwagę, za wszelką cenę. Zawsze tacy byli i zawsze tacy będą, nic nowego.
Pozdrawiam.
Janusz Rosek dnia 23.05.2024 10:23
Gabriel G.

Serdecznie dziękuję za ten komentarz. Sformułowania o których wspomniałeś praktycznie zacytowałem. Faktycznie takich zwrotów używaliśmy na naszej wiosce. Wydarzenia, które opisuję w tych opowiadaniach naprawdę miały miejsce i choć brzmią nieprawdopodobnie są prawdziwe.
Jeżeli chodzi o program korekcyjny Languege Tool - to jeszcze go nie sprawdzałem, ale sprawdzę.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam - Janusz
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
24/06/2024 23:39
Witaj, witaj, nowy Portalowiczu! Dzięki serdeczne za wizytę… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:27
Na poezji się znam mało i mogę pisać tylko o swoich… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:15
Witaj. Świąteczny klimat sobie w letnią noc zaserwowałem -… »
D.Kwiatek
24/06/2024 21:28
Książki Twardocha czytam zawsze zafascynowany światem jaki… »
Janusz Rosek
24/06/2024 18:09
Kazjuno Dziękuję bardzo za Twój komentarz i bardzo… »
Kazjuno
24/06/2024 16:37
Cieszę się Gabrielu z Twojej wizyty. Staram się pisać na… »
Gabriel G.
24/06/2024 13:39
Witam. Czytam każdy wrzucany przez ciebie Kazjuno fragment… »
Kazjuno
24/06/2024 12:20
Znowu Januszu świetne anegdoty. Ryknąłem śmiechem, czytając… »
Dar
24/06/2024 04:57
Dorastanie bywa trudne... »
Kazjuno
23/06/2024 11:15
Ivonno, napisałem Ci wiadomość na privie. Serdeczności,… »
valeria
23/06/2024 10:45
Wiersz budzi emocje, ale każdy ma swoje teorie i… »
Janusz Rosek
23/06/2024 08:14
Kasiu. Piękny wiersz. »
ivonna
21/06/2024 22:17
Kaziu, przecież nie ma pośpiechu. Wszystkiego dobrego! i. »
Kazjuno
21/06/2024 21:08
Ivonno, dzisiaj już nie naniosę poprawek z… »
ivonna
21/06/2024 15:29
Kaziu, ja też z podobnych pobudek odkrywam tutaj swoją… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty