Wyskocz do... - Marian
Proza » Obyczajowe » Wyskocz do...
A A A

   Ludzie od zawsze spotykali się pod kościołami lub na jarmarkach.

   Pod kościołami spotkania były nieco sztywnawe, bo to i miejsce święte, i ksiądz dobrodziej był w pobliżu. Wypadało więc być poważnym. Siłą rzeczy więc ograniczano się tylko do powitań i innych zdań grzecznościowych, a właściwe rozmowy toczono po mszach w karczmach.

   Co innego jarmarki. Tam się handlowało, targowało, spotykało różnych ludzi, a przede wszystkim gadało. Z jarmarków przynoszono do domu nie tylko zakupy, ale i mnogie wieści. Nie zawsze udawało się korzystnie pohandlować, ale nowe wiadomości były zawsze.

   Teraz pod kościołami raczej się już nie stoi, a po jarmarkach słuch zaginął. Gdzie zatem ludzie mają się spotykać - ot tak sobie, żeby popatrzeć na innych i zamienić parę słów - tylko w sklepach.

   Nie mogą to być supermarkety ani galerie handlowe, bo w nich człowiek czuje się jak w pracy. Lista zakupów, wózek, żona, dzieci, każdy ciągnie w inną stronę - harówka. To muszą być małe, leżące po sąsiedzku sklepiki. Takie, że gdy czegoś nagle zabraknie, wtedy mówi się: „Wyskocz do… „.

   Tu przewagę mają mieszkańcy wsi, bo tam przeważnie sklepy są niewielki, ludzie się znają i chętnie rozmawiają. Mieszczuchy mają gorzej, bo u nich małe, fajne sklepy znikają, wypierane przez różne markety.

   Na szczęście tam gdzie mieszkam, zostało jeszcze parę sklepików i właśnie o nich jest ta opowieść.

   Zaraz naprzeciw wyjścia z bloku mam sklepik wielobranżowy. Jest w nim czysto, towary są równiutko poukładane - słowem wzorcowy sklep. Nazywa się on „Twój Market”, lecz ja nazywam go „U smutnych”. Pracują w nim bowiem cztery panie w wieku czterdzieści plus, bardzo zadbane i uprzejme, ale dziwnie czemuś smutne. Sprawnie obsługują klientów, lecz mają takie miny, jakby dopiero co wróciły z pogrzebu kogoś bliskiego. Ten ich smutek promieniuje na cały sklep i klienci też zachowują się w nim poważnie. Nie słychać tam zwykłych pogwarek sąsiadek i nawet dzieci z sąsiadującej szkoły wpadające tam po czipsy lub colę, zachowują się bardzo grzecznie. Mimo to, jest w tym sklepie zawsze dużo ludzi, bo jest dobrze zaopatrzony.

   Jest też tam lottomat i kiedyś jeden z klientów żartem zagadnął obsługującą go smutną:

   – A pani nigdy nie zagrała? Może by się pani poszczęściło.

   – E, nie warto, bo ja nie mam szczęścia w grze – odpowiedziała.

   – O! To pewnie ma pani szczęście w miłości – powiedział klient i uśmiechnął się zalotnie.

   – Tym bardziej nie – usłyszał w odpowiedzi.

W tym momencie uśmiech zniknął mu z twarzy i stał się poważny, jak na to miejsce przystało.

   Nie jest to sklep, gdzie robię duże zakupy, ale korzystam z niego jak z pogotowia. Gdy nagle zabraknie soli - biegnę do smutnych, gdy padną baterie w pilocie - do smutnych. Wpadam, kupuję co trzeba i uciekam, bo boję się, żeby czasem jakimś niestosownym gestem czy słowem nie naruszyć powagi tego sanktuarium smutku.

   Zupełnym przeciwieństwem jest sąsiadujący ze smutnymi jarzyniak. Ma on nazwę „Mira”, ale dla mnie jest to sklep „U Krysi-Gosi”, bo pracują w nim dwie panie o tych imionach. Panuje w nim artystyczny bałagan, lecz mimo to widać, gdzie co leży i łatwo po wszystko sięgnąć. Część towarów klienci wybierają sami, a resztę podają ekspedientki. Są to kobiety w wieku smutnych, ale jakże inne: uśmiechnięte, skore do rozmowy i dowcipne.

   – Proszę kilo i dwadzieścia osiem deko ziemniaków – powiedziałem żartem któregoś dnia do Gosi.

   – Robi się – odpowiedziała jakby nigdy nic.

Wsypała ziemniaki do woreczka, postawiła na wadze i zapytała:

   – A kilo czterdzieści siedem może być?

   – No trudno. Może – odpowiedziałem, podtrzymując przyjętą formę rozmowy

   – Weź se pan jeszcze winogron. Dobre są. Spróbuj pan.

Urywałem kuleczkę i zjadłem. Była smaczna.

   – Dobre. Proszę jedno gronko.

   – Jedno? Weź pan dwa, żebyś się pan nie musiał wracać.

Wziąłem dwa gronka i poprosiłem o rachunek.

   – Trzynaście czterdzieści trzy. No, toś pan dzisiaj zaszalał – podsumowała mnie Gosia.

   – No właśnie. Zaszalałem, a nie mam tyle forsy.

   – Ale plastik pan masz?

   – Mam.

   – No to jazda – powiedziała Gosia, podsuwając mi terminal.

Takie rozmowy są w tym sklepie na porządku dziennym i dlatego zakupy tam są lekkie, łatwe i przyjemne.

   Stałym „elementem dekoracyjnym” tego sklepu jest niegustownie ubierająca się, starsza pani o oszczędnej urodzie, ale o wdzięcznym imieniu Lusia. Najwyraźniej ma dużo wolnego czasu i spędza go na pogaduszka w sklepach. U smutnych sobie nie pogada, za to tutaj - jak najbardziej. Staje w kącie przy skrzynkach z jarzynami i opowiada, co będzie gotować na obiad lub dokąd to musi jeszcze pójść tego popołudnia. Ekspedientki czasem odpowiadają jej „aha”, klienci w ogóle nie zwracają na nią uwagi, ale jej to nie zraża i stoi tak godzinami. Tak już się wpasowała w wystrój sklepu, że gdy w czasie pandemii nie mogła tam stać, wyraźnie mi jej brakowało.

   Niedaleko jest mały sklepik z pieczywem i słodyczami o wdzięcznej nazwie „Róża”, a króluje w nim ciekawie wyglądająca pani. Ma bujne, marchewkowe włosy, tipsy i mocny makijaż. Ubiera się w jasne ciuchy i nosi dużo biżuterii. Pewnego dnia do tego wszystkiego dodała jeszcze wytatuowane na przedramionach różyczki. Gdy pierwszy raz je zobaczyłem, byłem tak zaskoczony, że - choć nie lubię tatuaży - aż je skomplementowałem.

   – Fajne są. Nie? – ucieszyła się. – A zięć ich nie lubi – dodała po chwili.

Po tym wyznaniu ze zdziwieniem skonstatowałem, że jest już teściową i od tamtego dnia jej sklepik nazywam „U teściowej”.

   Teściowa skądś wie, że chodzę po górach. Ilekroć bowiem w pogodny dzień kupuję jagodziankę lub drożdżówkę, pyta, czy idę w góry. Gdy potwierdzam, uśmiecha się i mówi, że „to faaajnie”, a gdy zaprzeczam, robi zaskoczoną minę i pyta, dlaczego. Na pewno liczy na jakieś wyjaśnienia, które mogłaby podać do publicznego obiegu, ale ja tylko odpowiadam, że „tak jakoś dzisiaj wyszło” i pozostawiam ją w nieświadomości.

   Trochę dalej jest sklep mięsny „U chłopa”, który naprawdę nazywa się on „R & R”. Jego właściciel to kawał chłopa i stąd ta nazwa. Sam chłop dowozi tylko towar, a sprzedają panie poubierane na czarno i wyglądające jak nindże.

   Nie robię tam dużych zakupów, ale schabowe kupuję tylko tam. Lubię mocno rozbite, duże jak lotniskowce kotlety, a nindże przygotowują je perfekcyjnie. Tak się już do moich kotletów przyzwyczaiły, że gdy kiedyś poprosiłem o wątróbkę, były bardzo zdziwione.

   Mam też pod nosem niewielką aptekę obsługiwaną przez trzy drobniutkie panie. Wszystkie są bardzo fachowe, ale najlepsza z nich jest „mała doktor”. Nazywam ją tak, bo zna się na chorobach i lekach tak dobrze, że niejeden lekarz mógłby się u niej uczyć.

   Jest też niedaleko kwiaciarnia, której właścicielka wiecznie straszy, że ją zamknie.

   – Już się nie wyrabiam – narzeka. – Wszystko coraz droższe, a ja nie mogę podnosić cen. Jeszcze z miesiąc, dwa i rzucę to wszystko.

Tak utyskując, robi piękne bukiety i zawsze żegna mnie uśmiechem.

   Nigdy nie traktowałem tych narzekań poważnie, aż tu któregoś dnia na drzwiach kwiaciarni zobaczyłem karteczkę: „Sklep zamknięty do odwołania”. Zrobiło mi się trochę smutno, tym bardziej że w pobliżu nie ma innej kwiaciarni. Ku mojej radości gdzieś tak po miesiącu, zobaczyłem sklep otwarty i właścicielkę myjącą okno wystawowe.

   – O! Jest pani – zagadnąłem. – A już się martwiłem, że pani zlikwidowała sklep.

   – Nie. Byłam w szpitalu, ale teraz już jestem zdrowa i wróciłam – odpowiedziała.

   – To dobrze, bo brakowało tu pani.

   – Miło mi i zapraszam, jak coś będzie trzeba – powiedziała, nie przerywając pracy.

   Tak oto na moim osiedlu utrzymało się jeszcze kilka sklepików z duszą i mam nadzieję, że nie dożyję czasu, gdy zabiją je jakieś dyskonty, lub zostaną one zamienione na bezpłciowe Żabki.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Marian · dnia 28.05.2024 15:01 · Czytań: 201 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 7
Komentarze
Zbigniew Szczypek dnia 30.05.2024 20:04 Ocena: Bardzo dobre
Marianie
Twoje opowiadanie jest, jak mały wycinek, obrazek, wtręt lub refleksja, ewentualnie fragment dziennika, w którym autor opisuje własne życie, dzień po dniu, dzieląc się tym co go spotyka ale też własnymi przemyśleniami. Nie wiem, czy tak jest w istocie i piszesz dzienniki, czy też masz nadzieję(sprawdzasz), czy zainteresujesz owymi "refleksjami" otoczenie, zanim przeczytają to Twoi "potomni"? Myślę jednak, że Twoje spostrzeżenia towarzyszą wielu, nie tylko Tobie podobnym. O ile przyjemniej odwiedza się sklep, może nie duży, jednak z dużym sercem, gdzie kupujący nie czuje się intruzem, zajmującym czas ale "bratem w niedoli, wspólnej egzystencji", niezbędnym ogniwem w łańcuchu życia. Można mieć wielki sklep, pełen towaru i prawie niczego nie sprzedawać, nie potrafiąc sprzedać także części siebie. Kiedyś, jeden z dawnych moich pracowników, na moje pytanie - kto jest szefem? - wskazał na mnie, odpowiedziałem, że jest w wielkim błędzie, bo szefem jest klient, to on decyduje, jak obaj będziemy żyć.
Pozdrawiam serdecznie - Zbyś ;)
Marian dnia 31.05.2024 06:03
Zbigniewie, dziękuję za wizytę i mądry komentarz.
Dzienników nie piszę, ale przeważnie opisuję to co widzę lub też to, co umiem sobie wyobrazić.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 01.06.2024 06:59 Ocena: Bardzo dobre
Sam Marianie wykorzystuję trzy sklepy. Nie tylko do zakupów. Także do autopromocji swoich powieści i pompowania własnego ego. Niestety podpadłem władzom kulturalnym mojego miasta.
Kiedyś życzliwa mi Pani XXXX z urzędu miejskiego (nie wymienię jej stanowiska, bo obawiam się, że mogłyby spaść na nią nieprzyjemności), porozmawiała ze mną szczerze.
– Walczyłam, żeby dostał pan stypendium dla twórców, proszę mi wierzyć, ale... się nie udało – tłumaczyła mi zakłopotana.
– Wierzę pani, proszę się nie przejmować. – Zrobiło mi się jej żal, bo po przeczytała z mężem moich powieści, powiedziała, że wywarły zarówno na niej i na jej ślubnym duże wrażenie. – Wiem, że jestem niepoprawny politycznie – dodałem.
Serdeczna kobieta klasnęła w dłonie.
– Trafił pan w sedno! – powiedziała, jakbym dokonał ważnego odkrycia.

Co mi pozostało, żeby się chełpić pisarstwem? – 2 SKLEPIKI i jeden SKLEP. w których bywam codziennie. Sprzedałem więc poza niechętnie organizowanymi mi spotkaniami autorskimi trochę książek przygodnym znajomym zagadywanym w sklepach. Zaczęli mi się kłaniać obcy ludzie. Czasem pytają, co teraz piszę?

– Ech, dobra i taka osiedlowa sława. Dobre też, że przynajmniej tu w Portalu Pisarskim mam kilka bratnich dusz.

Pozdrawiam.
Marian dnia 01.06.2024 07:24
Kazjuno, ja do sklepów chodzę tylko na zakupy, a o mojej pisaninie wie tylko najbliższa rodzina i kilkoro znajomych.
Wydałem tylko jedną książkę i dość.
Pozdrawiam.
Kazjuno dnia 01.06.2024 08:00 Ocena: Bardzo dobre
Cenię skromność, ale wyznaję inną dewizę: "Nie chcą cię chwalić, to chwal się sam".
Janusz Rosek dnia 04.06.2024 09:08
Marianie.
Bardzo mi się podobała Twoja historia opisująca sieć małych schludnych sklepików z miłą obsługą.
Pomimo, że mieszkam w dużym mieście codzienne zakupy robię w małych osiedlowych sklepikach, małej osiedlowej piekarni, czy na niewielkim bazarku, gdzie spotykam ciągle te same osoby. Mam wrażenie, że wieloletnia znajomość skutkuje milszą i bardziej profesjonalną obsługą. Klienci mają swoje upodobania i nawyki, do których przywykli już obsługujący i czasem podpowiadają nawet listy zakupów. Tego pan dzisiaj nie bierze? Uśmiecham się i sprawdzam na kartce, która napisała mi żona. Nie, dziękuję, dzisiaj kupuję inne produkty. O rozmowy w tych sklepikach raczej trudno, gdyż przeważnie pełne są kupujących, ale uśmiech, ciepłe spojrzenie zawsze wprawiają w dobry nastrój.
Wspominacie o swoich dokonaniach pisarskich, o napisanych książkach. Gratuluję. Mnie jeszcze nie udało się jeszcze niczego wydać. Nawet nie wiem, jak to zrobić. PP jest pierwszym miejscem, gdzie odważyłem się opublikować swoje teksty.
Pozdrawiam - Janusz.
Marian dnia 04.06.2024 11:22
Januszu, dziękuję, że zajrzałeś do mnie i za obszerny komentarz.
Czy miasto jest duże czy nie, takie sklepiki są wszędzie i dobrze, że jeszcze są.

Moja książka to wspomnienia z jednego pobytu "za chlebem" za granicą, napisane w czasie drugiego takiego pobytu. Napisałem ją trochę z nudów. Potem miałem kłopoty z wydaniem i ze znalezieniem czytelników. Od tamtej pory ograniczam się do pisania internecie i to mi wystarczy.
Nie masz się czym martwić, pisz tam, gdzie Ci to sprawia przyjemność.
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
24/06/2024 23:39
Witaj, witaj, nowy Portalowiczu! Dzięki serdeczne za wizytę… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:27
Na poezji się znam mało i mogę pisać tylko o swoich… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:15
Witaj. Świąteczny klimat sobie w letnią noc zaserwowałem -… »
D.Kwiatek
24/06/2024 21:28
Książki Twardocha czytam zawsze zafascynowany światem jaki… »
Janusz Rosek
24/06/2024 18:09
Kazjuno Dziękuję bardzo za Twój komentarz i bardzo… »
Kazjuno
24/06/2024 16:37
Cieszę się Gabrielu z Twojej wizyty. Staram się pisać na… »
Gabriel G.
24/06/2024 13:39
Witam. Czytam każdy wrzucany przez ciebie Kazjuno fragment… »
Kazjuno
24/06/2024 12:20
Znowu Januszu świetne anegdoty. Ryknąłem śmiechem, czytając… »
Dar
24/06/2024 04:57
Dorastanie bywa trudne... »
Kazjuno
23/06/2024 11:15
Ivonno, napisałem Ci wiadomość na privie. Serdeczności,… »
valeria
23/06/2024 10:45
Wiersz budzi emocje, ale każdy ma swoje teorie i… »
Janusz Rosek
23/06/2024 08:14
Kasiu. Piękny wiersz. »
ivonna
21/06/2024 22:17
Kaziu, przecież nie ma pośpiechu. Wszystkiego dobrego! i. »
Kazjuno
21/06/2024 21:08
Ivonno, dzisiaj już nie naniosę poprawek z… »
ivonna
21/06/2024 15:29
Kaziu, ja też z podobnych pobudek odkrywam tutaj swoją… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty