"Grzeczny" - zbiór 68 opowiadań -11,12 i 13 - Janusz Rosek
Proza » Długie Opowiadania » "Grzeczny" - zbiór 68 opowiadań -11,12 i 13
A A A

„Indianie” (11)

 

Jako dzieci bardzo lubiliśmy grupowe zabawy. Po obejrzeniu filmu „Winnetou wódz Apaczów” ja i przyjaciele postanowiliśmy odegrać filmowe role. Miało dojść do starcia wrednych kowboi z biednymi Indianami. Do naszej stałej grupy złożonej z Ryszarda, Adama, Bogdana i mnie dołączyła trójka braci z sąsiedztwa – Wacław, Robert i Sebastian. Byli od nas młodsi, ale mogli udawać kowboi. Ja i Ryszard byliśmy Apaczami. Na tę okazję zrobiliśmy doskonałą broń, łuki. Kowboje zaś uzbrojeni w korkowce i kabzlowce z odpustu mieli strzelać głosem piw, paw. To miała być świetna zabawa. Nasze łuki zrobione były z bukowego drewna, którego nie brakowało w okolicy. Cięciwy zaś ze struny do gitary, jakie znaleźliśmy u mojego wujka Stanisława. Jego syn Adam, a potem Mieczysław grali na kilku gitarach i struny plątały się po komórce. Pożyczyłem więc kilka. Pewnie nawet nikt nie zauważył. Były mi potrzebne. Dla lepszej celności na bukowym pałąku zamocowaliśmy ogranicznik z drutu, a właściwie ze szprychy rowerowej. Strzały wykonane były z wiklinowych, wysuszonych prętów. Na szpicu zaopatrzone były w dziesięciocentymetrowy gwóźdź pozwalający się wbijać w drzewa i deski. Na końcu strzały zamocowaliśmy gęsie pióra dla osiągnięcia znacznych odległości i właściwego toru lotu. Taki łuk potrafił wysłać strzałę na około sześćdziesiąt metrów. Budowaliśmy tę broń chyba dwa tygodnie.

Kiedy doszło do wyznaczonej potyczki ja i Ryszard zajęliśmy dogodne pozycje i obserwowaliśmy przeciwnika. Wypatrzyliśmy kowbojów schowanych w sadzie blisko drewnianej stodoły porośniętej winoroślą. Powiedziałem do Ryszarda – „wystrzelmy strzały w tę stodołę, zobaczą nas i zaczną uciekać, wtedy ich zastrzelimy”. Ryszard jednak nie był przekonany do mojego pomysłu. Wypowiedział tylko swoje flegmatyczne „Eee”. Nie czekałem, aż się zdecyduje. Wystrzeliłem swoją strzałę. Była piękna, bezwietrzna pogoda. Strzała nieuchronnie zmierzała do celu, by wbić się gwoździem w deski stodoły. Naraz pojawił się wiatr i moja strzała nagle zaczęła obniżać lot i wpadła między drzewa. Usłyszałem przeraźliwy krzyk. Zobaczyłem Adama, brata Ryszarda, który wyrywa moją strzałę ze swojej nogi i biegnie dalej. Ucieka, utykając. Przez chwilę stałem, jak wryty, nie wiedziałem, co robić. Z odrętwienia wyrwał mnie widok mojego ojca biegnącego z siekierą w ręce w naszym kierunku. Rzuciłem mój łuk i salwowałem się ucieczką, ratując własne życie. Ojciec podbiegł do Adama, wziął go na ręce i zaniósł do naszego domu, gdzie wraz z naszą mamą zalali wodą utlenioną ranę po gwoździu i bandażem opatrzyli miejsce postrzału. Potem ojciec wrócił po mój łuk i na moich oczach porąbał go na kawałki. Bałem się wracać do domu.

Co prawda ojciec miał w ręku siekierę, bo w czasie naszej zabawy właśnie rąbał drwa na opał, ale wolałem nie ryzykować i chwilę odczekać, aż mu przejdzie. Ciągle miałem w pamięci jego słowa – „jeśliby kiedyś któryś z was podniósł na mnie rękę (miał na myśli mnie i brata Bogdana), to rzucę w niego tym, co mi podejdzie pod rękę. Nie ujdzie wam to bezkarnie”. Te słowa tak mocno wyryły ślad w mojej pamięci, że nawet jako dorosły mężczyzna mający własną rodzinę któregoś dnia obudziłem się z krzykiem, bo przyśniło mi się, że ojciec rzucił we mnie siekierą i odrąbał mi nogę w kolanie.

 Do domu wróciłem dopiero rano, kiedy ojciec pojechał do pracy.

 

„Wystrzał w kościele” (12)

 

Latem zawsze chodziliśmy do Tyńca na odpust św. Piotra i Pawła. Nie było daleko, jakieś siedem kilometrów na butach. Szliśmy przez miejscowości: Rączna, Piekary, a następnie przeprawialiśmy się promem na drugi brzeg Wisły w okolicy klasztoru benedyktynów w Tyńcu. Obok klasztoru porozstawiane były stragany ze słodyczami, zabawkami i pamiątkami. Moi rodzice i brat Bogdan poszli do klasztoru na mszę. Ja też przez chwilę byłem w klasztorze, ale stałem z tyłu, bo było dużo wiernych. Po chwili postanowiłem nie marnować czasu na jakieś modlitwy, tylko sprawdzić zawartość straganów z zabawkami. Miałem w kieszeni parę groszy, więc postanowiłem je właściwie wydać. Na jednym za straganów zakupiłem ładny korkowiec i paczkę korków strzelających. Nie wiem po co, ale załadowałem korek do lufy korkowca i tak spacerowałem wśród straganów. Po chwili zorientowałem się, że za chwilę skończy się msza święta i moi rodzice mogą mnie szukać. Poszedłem więc w okolice klasztoru. Stanąłem na podworcu za ostatnimi wiernymi i czekałem. Korkowiec miałem załadowany, ale chyba o tym zapomniałem, bo co jakiś czas uderzałem dłonią w lufę, dobijając korek do iglicy. Msza dobiegała końca i wierni powoli zaczęli opuszczać klasztor, kiedy mój korkowiec wypalił. Huk był niezły. Strzeliłem sobie w lewą dłoń. Korkowiec wypadł mi z ręki, a ja pospiesznie zacząłem szukać wody i jakiegoś zielska, żeby złagodzić ból po oparzeniu. Pobiegłem nad Wisłę. Zanurzyłem rękę w wodzie, następnie znalazłem rosnącą nieopodal babkę lekarską i zrobiłem z niej okład na poparzoną dłoń. Nie czekałem na moich rodziców, tylko szybko pobiegłem do domu. Kiedy wrócili, nawet nie przyznałem się do tego, co się wydarzyło. Korkowiec przepadł. Korki też. Najważniejsze, że moi rodzice nie widzieli, kto wystrzelił podczas mszy.

Strasznie byli zbulwersowani zachowaniem tego bezmózga. „Jak można strzelać w klasztorze, podczas mszy” – mówili. Ja zaś modliłem się, tylko żeby ktoś z naszych znajomych, którzy mnie widzieli, nie naskarżył na mnie. Znowu miałbym przechlapane. Tak bardzo chciałem być grzeczny, ale jakoś mi nie wychodziło.

 

 

„Kwiat lipy” (13)

 

Na wprost naszego domu, po drugiej stronie drogi stoi mała kapliczka. Co roku odbywały się tam tzw. majówki. Starsze kobiety z Dzikowca, młodzież i dzieci gromadzili się tam i śpiewali pieśni do Najświętszej Marii Panny. Wieczorem spotykaliśmy się po majówkach i wspólnie bawiliśmy się w „dwa ognie”, chowanego, albo graliśmy w piłkę nożną. Było miło i wesoło. Dawniej ludzie spotykali się i utrzymywali kontakty dobrosąsiedzkie. Teraz nie. Za tą kapliczką rosła okazała lipa. W czerwcu zakwitała. Cała korona drzewa pokrywała się niezliczoną ilością kwiatu. Pszczoły, trzmiele, motyle i co tylko mogło, zlatywało do tego kwiecia. Od rodziców słyszałem, że bardzo smaczna i zdrowa jest herbata z zasuszonego kwiatu lipy. Postanowiłem nazrywać tego kwiatu. Wdrapałem się na drzewo z jakąś siatką i zacząłem zrywać. Nagle obok mnie zaczęły krążyć pszczoły. Siadały mi na rękach, na szyi i na twarzy. Opędzałem się, machając rękami. One jednak nie dawały za wygraną. Najpierw jedna użądliła mnie w szyję, potem druga w rękę i kolejna w powiekę. Starałem się zejść z tego drzewa jak najszybciej. Strząsałem z siebie kolejne siadające na mnie owady. Kilka z nich zabiłem. Zanim jednak opuściłem niebezpieczny teren jeszcze kilka pszczół, nie bacząc na to, że zdechną po użądleniu mnie, wbiło we mnie swoje żądła. Z płaczem pobiegłem do domu. Wszystko mnie bolało. Twarz, szyja, ręce i plecy. Powieka zapuchła i opadła tak, że przesłaniała mi prawe oko. Babcia zaczęła mi wyciągać ze skóry pozostawione przez pszczoły żądła i robić zimne okłady. Bolało mnie, płakałem. Rodziców nie było wtedy w domu. Kiedy wrócili ojciec, zobaczywszy mnie, tylko się roześmiał, a mama powiedziała mi, że na tej lipie pszczoły mają swoją barć. To jakby taki dom, którego bronią przed natrętami i że dostałem niezłą lekcję przyrody. Wcale tak nie uważałem. Miało być łatwo i prosto, a potem smacznie i zdrowo. Mnie zaś pożądliły pszczoły. Mam gdzieś taką herbatkę.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Janusz Rosek · dnia 06.06.2024 12:54 · Czytań: 104 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 3
Komentarze
Kazjuno dnia 07.06.2024 09:22 Ocena: Świetne!
Januszu Rosek.
Świetne historyjki! Najbardziej rozśmieszyła mnie "Indianie", ale następne wcale nie gorsze. Spodobał mi się bardzo "Wystrzał w kościele", fajnie to opisałeś.
Oczywiście zgodnie z zasadą: "uderz w stół, a nożyce się odezwą", przypomniałem sobie własne przygody z korkowcami i "korkami".
Mieliśmy z bratem chyba po parę lat, kiedy ojciec najwyraźniej doszedł do wniosku, że za sprawą matki rośniemy na maminsynków.
Byliśmy z rodzicami na spacerze w Szklarskiej Porębie i ojciec oddalił się do jednego ze straganów, gdzie kupił korkowiec, i paczkę korków. Załadował "broń" i chyba chcąc się popisać przed matką, wyprężył po oficersku, składając regulaminowo jak na strzelnicy i wypalił w stronę niewidocznego wroga(?).
Huk wydał się nam z bratem tak potworny, że zaczęliśmy ze strachu płakać. Ojciec z szelmowskim uśmieszkiem oddał parę kolejnych strzałów, a my becząc, zaczęliśmy uciekać.
– Przestań idioto straszyć dzieci!– zapiszczała matka.
Długich parę lat wczesnego dzieciństwa baliśmy się huków wystrzałów.
Jeszcze parę razy za przytulanie się do matki, byliśmy karceni kanonadami z korkowca.
Lecz oficerska edukacja, jak już mieliśmy powyżej dziesięciu lat, przekroczyła ojca oczekiwania. Jako inżynier chemik, chcąc nas rozmiłować w tajnikach chemii, zaczął znosić odczynniki, urządzając nam domowe laboratorium. Z zakupywanych korków robiliśmy uderzeniowe zapalniki do produkowanych ręcznych granatów. Na ogrodzie i w okolicy domu zaczęły się rozlegać głośniejsze detonacje od strzałów z korkowca.
Zostaliśmy na parę lat piromanami...
Raz przyjechała straż pożarna i milicja, (Ale wtedy chodziło o wzniecenie butelkami z benzyną pożaru ogrodowej altany u sąsiadów. "Byliśmy" Warszawskimi Powstańcami likwidującymi hitlerowski czołg Phanter, który jakoś skojarzył się z altaną. Nie wzięli nas do poprawczaka, bo matka leczyła syna komendanta posterunku MO. Wór z naszym laboratorium ojciec zamaszystym ruchem wrzucił do kubła ze śmieciami).

Dzięki za pełną humoru poranną lekturę.

Serdeczne pozdrówka.
Janusz Rosek dnia 07.06.2024 12:00
Kazjuno.

Serdeczne dzięki za ten komentarz. Widzę, że nie tylko ja byłem taki "grzeczny". Do tej pory sądziłem, że mnie prześladowało "zezowate szczęście". Zamiary zawsze miałem dobre, ale kończyło się różnie.

Pozdrawiam - Janusz
Kazjuno dnia 07.06.2024 22:24 Ocena: Świetne!
Mógłbyś kliknąć zazielenienie. Wprawdzie mało pomogłem, ale chyba Cię pokrzepiłem komplementami na duchu. To też jakaś pomoc. (Sam zazielenienia kolekcjonuję).

Pozdrawiam - Kaz


PS. Dzięki serdeczne
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
24/06/2024 23:39
Witaj, witaj, nowy Portalowiczu! Dzięki serdeczne za wizytę… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:27
Na poezji się znam mało i mogę pisać tylko o swoich… »
D.Kwiatek
24/06/2024 23:15
Witaj. Świąteczny klimat sobie w letnią noc zaserwowałem -… »
D.Kwiatek
24/06/2024 21:28
Książki Twardocha czytam zawsze zafascynowany światem jaki… »
Janusz Rosek
24/06/2024 18:09
Kazjuno Dziękuję bardzo za Twój komentarz i bardzo… »
Kazjuno
24/06/2024 16:37
Cieszę się Gabrielu z Twojej wizyty. Staram się pisać na… »
Gabriel G.
24/06/2024 13:39
Witam. Czytam każdy wrzucany przez ciebie Kazjuno fragment… »
Kazjuno
24/06/2024 12:20
Znowu Januszu świetne anegdoty. Ryknąłem śmiechem, czytając… »
Dar
24/06/2024 04:57
Dorastanie bywa trudne... »
Kazjuno
23/06/2024 11:15
Ivonno, napisałem Ci wiadomość na privie. Serdeczności,… »
valeria
23/06/2024 10:45
Wiersz budzi emocje, ale każdy ma swoje teorie i… »
Janusz Rosek
23/06/2024 08:14
Kasiu. Piękny wiersz. »
ivonna
21/06/2024 22:17
Kaziu, przecież nie ma pośpiechu. Wszystkiego dobrego! i. »
Kazjuno
21/06/2024 21:08
Ivonno, dzisiaj już nie naniosę poprawek z… »
ivonna
21/06/2024 15:29
Kaziu, ja też z podobnych pobudek odkrywam tutaj swoją… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty