Było około południa, kiedy Qatrińczycy zaczęli zdobywać przewagę nad połączonymi siłami Iwany i Ermanii. Cesarz rozkazał ciężkozbrojnej jeździe wkroczyć do walki w najbardziej odpowiednim dla niego etapie bitwy. Pomimo niedoskonałego rozpędu, szarża wbiła się kopiami w bok dopiero co wprowadzonej do walki chorągwi ilwańskiej, tratując ją całkowicie. Nie przeżył ani jeden Ilwańczyk z tego oddziału. Atak udał się cesarzowi doskonale tylko dlatego, że Ilwańczycy wyskoczyli z lasu prosto pod kopyta i lance jego oddziału.
Szarża i tak wymierzona była w najsłabszy punkt obrony przeciwnika, czyli w jego tyły. Na tyłach ilwańskich sił stacjonowało bowiem kilka niezaangażowanych, rezerwowych chorągwi. Znajdowały się one dość daleko, ale nie osłaniał ich żaden pas zieleni, czy inna naturalna przeszkoda.
Jeźdźcy rozpędzali się wzdłuż linii lasu, licząc, że uda im się chociaż w rozproszonych pododdziałach dopaść uciekających Ilwańczyków. Tzw rozczłonkowanie szarży qatrińska armia stosowała dopiero od niecałych trzydziestu lat. Jej pomysłodawcą był ojciec Qarena XV. Chorągiew pancerna rozdzielała się w biegu na 25 grup liczących po 25 rycerzy. W ten sposób zyskiwała większe pole rażenia wobec pierzchającego w nieładzie wrogiego wojska.
Rezerwy ilwańskie przystąpiły wtedy do bitwy, ale popłoch wśród sprzymierzeńców wywołany drastycznym sukcesem Qarena powoli przechylał szalę zwycięstwa na stronę Qatrin.
Wtedy to król Mell, dzielnie wojujący na czele ekardyjskich rycerzy, nakazał agresywny, wręcz samobójczy atak na trzon qatrińskiej armii. Na polu walki pozostało bowiem tylko jedno miejsce, gdzie chorągiew wroga nie dała się rozbić. Trwała w zbitej bryle, posuwając się naprzód, swym naporem miażdżąc rozproszonych Ermańczyków. Pierwsza linia tej chorągwi nie straciła więcej niż pięciu rycerzy. Na nich właśnie natarł ermański monarcha. Zgromadził pozostających przy życiu ludzi i z impetem wtargnęli do wnętrza nierozerwalnego oddziału.
Cesarz ani Tessera nie wzięli pod uwagę śmiałego posunięcia Mella. Nieśmiertelny oddział najdzielniejszych wojów nie był w stanie odparować zaciekłego ataku. Został rozbity i boleśnie rozczłonkowany. Qatrińczycy musieli w pełni włączyć się do boju, jeśli nie chcieli zostać powybijani jak kaczki.
Aby to osiągnąć, życie poświęciło również wielu znakomitych Ermańczyków, ale był to ruch warty nawet najcenniejszej krwi. Król Mell, odniósł niewielkie obrażenia, zaledwie draśnięcie w prawe ramię, a to dzięki swemu młodemu kuzynowi Bedzie, który ochronił go przed Qatrińczykiem, który natarł na króla wespół z kompanem. Mell byłby wtedy zginął, gdyby nie refleks i odwaga młodzieńca.
Cesarz wychodził z siebie, patrząc, jak jego ludzie są stopniowo odpierani. Zdawał sobie sprawę z tego, że utracił cenną przewagę i nie wiedział, czy będzie w stanie ją odzyskać. Uznał też, że w walce z Ermanią przyda się każda para rąk. Czym prędzej kazał naszykować swego karego rumaka i rzucił się w ogień walki.
Ranny Tessera z lękiem śledził ruchy Qarena. Sam zmuszony był ustąpić. Silnie krwawiąca, zadana przez Cilliana rana mogła w krótkim czasie okazać się śmiertelna, dlatego poddał się zabiegom nadwornych medyków, którzy umiejętnie ją opatrzyli. Połamane żebra doskwierały mu coraz bardziej, ale nie zagrażały jego życiu.
Generał leżał jakiś czas w namiocie i odpoczywał, jeśli tak można było nazwać walkę o każdy bolesny oddech, ale gdy posłyszał, że cesarz bierze czynny udział w walce, wyskoczył na zewnątrz, nie zważając na fizyczne cierpienie. Pomyślał, że młody cesarz musiał postradać zmysły, narażając życie albo było tak źle, że po prostu nie pozostało mu nic innego, jak chwycić nidell i wspomóc pobratymców.
Cesarz chciał dodać żołnierzom odwagi, podnieść ich morale. I rzeczywiście osiągnął ten cel. Qatrińczycy zaczęli bić pewniejszą ręką. Niestety - dla nich - nie przełamali już oporu przeciwników. Doprowadzili do względnego wyrównania sił, remisu.
Jak każdej innej bitwie, również tej, potrzebny był przełom. Zbliżamy się do niego wielkimi krokami, obserwując wszystko niecierpliwymi, wystraszonymi oczami Eileen, która miała bardzo dobry widok na opisywane wydarzenia. Otóż, paź Cilliana pomógł jej wspiąć się na postawny dąb. Ukryta wśród gałęzi za jego grubym pniem, pozostawała w miarę niewidoczna dla wrogów, o ile nie wychylała się zza niego, żeby penetrować pole walki. Nie umiała jednak powstrzymać się przed nieostrożnym wychylaniem się, ryzykując wykrycie przez Qatrińczyków. Raz po raz, jej biała twarzyczka ukazywała się pomiędzy nagimi konarami skostniałego drzewa.
Katastrofalny koniec został jednak królewnie oszczędzony. Nie ją, wzięto na cel morderczych usiłowań, które zawzięcie starano się wprowadzić w życie. Qaren XV chciał osobiście pozbawić głowy króla Ermanii. Z nikim nie zamierzał dzielić się tak spektakularnym wyczynem. Do osoby króla drogę blokowało mu jeszcze tylko kilku zdezorientowanych Ermańczyków.
Sam Mell dzielnie nacierał na qatrińskich rycerzy, jednym lub dwoma ruchami ręki, kończąc mini pojedynki. Zdał sobie sprawę, że cesarz podąża w jego kierunku. Wiedział, jaki zamiar kiełkuje w przepełnionym pychą sercu przeciwnika. Nie zachwiało to jego odwagą. Z drwiną na ustach i dumnym spojrzeniem wyszedł na spotkanie zamysłom Qatrińczyka. Cesarz i król stanęli oko w oko.
Pulsujące gniewem spojrzenie na dzikiej twarzy nie przeraziło ermańskiego monarchy. Zadarł głowę i patrzył na niego wyzywająco spod na pół przymkniętych powiek. Trafił swój na swego. Mell potrafił unieść się honorem. Czasami za bardzo dawał się zdominować uczuciu dumy. Trudno powiedzieć, czy tym razem mogła się ona przyczynić do jego zguby. Grunt, że nie osłabiła hartu jego ducha ani nie przyćmiła szlachetnych ideałów, dla których dziś gotów był wylać swą błękitną krew.
Zaczęło się. Qaren wykonał atak jako pierwszy. Nie liczył, że z królem pójdzie mu tak łatwo jak z prostymi rycerzami. Niekoniecznie dlatego, że był on lepiej wyszkolony. Wielu rycerzy Mella, starszych od niego i bardziej doświadczonych posiadało umiejętności, których nie da się zdobyć jedynie ćwiczeniami. Mieli jeszcze szansę uczestniczyć w minionej wojnie z ościenną Ilwaną. Poza tym, monarchowie nie mieszali się zazwyczaj do „brudnej roboty”. Ich życie ceniono bardziej niż czyjekolwiek inne. Może więc dostojność i powaga, z jaką odnoszono się do królewskiego stanu, czyniła pojedynek z nim bardziej doniosły.
Dlatego to Qaren nie zaskoczył Mella, lecz pozwolił mu naszykować się na uderzenie. Niewątpliwie zamierzał odebrać mu życie, ale żeby w pełni zatriumfować, musiał poddać własne temu samemu niebezpieczeństwu, na które wystawiał swego wroga.
Mell odparował cios. Posypała się seria kolejnych, szybkich wymian. Qaren zauważył, że Mell bardzo zręcznie włada krótkim mieczem i panuje nad swoim rumakiem. Trzeba zaznaczyć, że na koniach, rycerze dobywali często innej bardziej poręcznej broni. Wyposażony w niego był każdy zachodni rycerz, ale nie wszyscy Estijczycy go używali. Ćwiczyli się w doskonałym opanowaniu nidell. Choć posiadał on długie ostrze, to jednak, było ono trochę krótsze od miecza Ermańczyka czy Ilwańczyka. Ważyło też mniej, ale nie tyle, żeby miało to zawarzyć na jego skuteczności. Większa lekkość stawał się zaś atutem w fechtowaniu się na końskim grzbiecie.
Niedługo trwała obrona Mella przed razami nidell. Szybko sam zaczął dyktować warunki starcia, zmuszając cesarza do osłaniania się. Uniemożliwiał Qarenowi przejście do ofensywy. Ze spokojem kontynuował taktykę wymęczenia i zastraszenia przeciwnika. Nie było sensu wysilać się na bardziej wyczerpujące ataki, skoro można doprowadzić wroga do rozpaczy popisem szermierczych umiejętności i w ten sposób go zdezorientować.
Uczucie paniki zaczęło krępować naszego cesarza. Przez jego głowę przewijało się na raz tyle obrazów, że tracił z oczu istotny cel swego wysiłku. Mell niebezpiecznie zbliżał się do momentu, w którym będzie mógł go zaszachować. Kiedy nie będzie już odwrotu.
Król ermański energicznie uniósł prawą rękę. Miecz złowieszczo błysnął nad głową Qarena, ale ostrze nagle opadło. Cesarz zamknął oczy, spodziewając się końca. Ostrze chybiło. Niemożliwe!
Usłyszał jak miecz Mella upada na bagnistą ziemię. Qatrińczyk otworzył zamknięte ze strachu oczy. Chwila słabości, której nigdy nie zapomni!
Mell siedział wyprostowany na koniu, ale zupełnie nie ruchomy. Jego usta poruszyły się bezgłośnie, powieki opadły na pozbawione wyrazu oczy i nieprzytomny Ermańczyk zsunął się z siodła, padając twarzą prosto w błoto. Wtedy cesarz dostrzegł coś. Na plecach króla powiększała się czerwona plama. Zabity!
Wtedy podjechał do niego jeden z jego rycerzy. Z wylęknionym spojrzeniem, pochylił głowę. To on przebił Mella, tym samym ratując mu życie. Cesarz patrzył się na niego osłupiały. Nie ważne jak bardzo cierpiała jego duma. Będzie musiał odznaczyć człowieka, który uratował mu życie. Skinął mu głową na znak uznania. Na twarzy rycerza pojawił się promienny uśmiech.
Śmierci Mella towarzyszyło jeszcze jedno zjawisko, którego nie wolno pominąć. Bardziej niż bezwładny upadek miecza i jeźdźca, zszokował cesarza rozdzierający, przenikliwy i mrożący krew w żyłach wrzask. Nie wiedział skąd dochodził, ale jedno z drugim musiało być skorelowane, skoro krzyk nie pojawił się ani razu wcześniej.
Nie było czasu na dochodzenie źródła niepokojącego dźwięku. Cesarz ledwie obronił się przed następnym atakiem ze strony młodego Bedy, który widział, co się stało z jego kuzynem. Qaren odparował cios, ale zrobił to z tak dużym zamachem, że spadł z konia. Szybko powstał na nogi i obrócił się w stronę napastnika. Ten jednak zapatrzony był w zupełnie innym kierunku. Cóż mogło odwrócić jego uwagę podczas starcia?
Qaren ledwie obrócił głowę, by ujrzeć gnającego w jego stronę dzierżącego kopię jeźdźca, który co rusz niemiłosiernie bódł wierzchowca ostrogami. Ten zaś osiągnął taką prędkość, że każdy wystający kamień mógł pozbawić go równowagi, co skończyłoby się tragicznie zarówno dla niego, jak i dla siedzącego na jego grzbiecie człowieka.
Niełatwo opisać zajście, które trwało zaledwie dziesięć sekund. Brzemienne w szczegóły, które za nadto obciążają wartkość akcji, musi zostać jednak streszczone tak, aby można było pojąć jego istotę i wyobrazić sobie choćby jego zarys. Nie wystarczy, zatem gdy powiem, że cesarz osłupiały stał i czekał na kolejne spotkanie ze śmiercią.
Dla niego czas zwolnił. Zatrzymał się w miejscu. Zdążył dokładnie zobaczyć i zapamiętać twarz napastnika, który z takim zapałem zmierzał ku niemu. Była to twarz delikatnej urody, choć w tamtym momencie wyciosana jakby w twardym kamieniu. Smukłe, ciemne łuki brwi prawie stykały się ze sobą nadając jej gniewny wyraz. Otwarte usta ukazywały dwa złączone szeregi białych zębów. Na policzkach intensyfikował się różowy odcień.
I byłby do ostatni widok w życiu wielkiego Qarena XV, gdyby nie kolejny zwrot akcji. Jeździec niechybnie wykonałby wyrok śmierci na cesarzu, gdyby koń zbuntowany przeciwko raniącym mu boki bolesnym razom, nie stanął dęba kilka metrów przed niedoszłą ofiarą. Jeździec wczepił się wolną ręką w bujną grzywę wierzchowca. Koń opadł na przednie nogi z tąpnięciem, zarżał donośnie i opieszale skierował się do odwrotu. Dudnienie kopyt na rozmiękłej ziemi przepadło w ogólnej wrzawie.
I bez długiego warkocza, opadającego na plecy jeźdźca, cesarz poznałby w nim niewiastę.
* * *
Eileen nie umiała wytłumaczyć, co stało się w tamtej chwili. Nagle ochłonęła ze złości, a niepochamowana chęć zemsty ją odeszła. Nadal nienawidziła cesarza, winiła go za zabicie Mella. Oglądanie śmierci narzeczonego było dla niej gorszym przeżyciem niż śmierć Cilliana.
W chwili, gdy koń stanął z powrotem na czterech nogach, spojrzała Qarenowi prosto w oczy. Zacisnęła pięść wokół drewnianej lancy i uniosła ją nad głowę. Musiała podjąć szybką decyzję - zabić, czy oszczędzić?
Wydała z siebie morderczy, rozpaczliwy okrzyk, po czym cisnęła włócznię w ziemię tuż pod stopy cesarza. Jeszcze jedno pełne wyrzutu spojrzenie skierowane w jego stronę błysnęło zza tafli łez wypełniających jej duże, ciemne oczy. Odwróciła głowę wyniośle i pozwoliła koniowi biec gdzie mu się podobało. Qaren nie wiedział gdzie. Otępiałym wzrokiem patrzył na bujającą się kopię.
Ktoś ściągnął go z pola walki. Możliwe, że był to Tessera. Dla cesarza nie było to istotne. Ludzie krzyczeli coś do niego, oczekiwali rozkazów. Podobno Ilwańczycy i Ermańczycy wygrywali. Nie obchodziło go to. Zamknął się w namiocie, a zadanie kierowania wojskiem zrzucił na biednego Tesserę.
Starał się poukładać w głowie pewne wnioski, spostrzeżenia, które poczynił dzisiejszego dnia. Na razie odsuwał od siebie wszelką myśl, o tym, że tak naprawdę nie powinien już żyć. Powinien leżeć twarzą w napęczniałej od krwi mulistej glebie. Jak to się stało, że jest tutaj, zdrowy, nawet niedraśnięty? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musiał przyznać, że raz został uratowany, a raz oszczędzony. Nie! To nie był czas na takie przemyślenia. Gdy jutro się obudzi, na pewno wszystko stanie się jasne.
Zapaść w sen nie pozwalała mu już tylko jedna wizja – siedząca na wierzchowcu dziewczyna, wahająca się między zabiciem, a ułaskawieniem.
Wtedy rozjaśnione od agitacji tęczówki jej oczu na powrót przybrały naturalny odcień ciemnego bursztynu; cera jasna niczym aksamit oblekała kształtne kości policzkowe; malinowe usta nieznacznie wygięły się w podkówkę. Wespół z długim, opadającym na lewe ramię rozwichrzonym warkoczem jawiła mu się jako nieziemska, mitologiczna postać, uosobienie zemsty.
Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, pozostawiając po sobie tylko powracające wspomnienie. Czasem zastanawiał się, czy w ogóle istniała? Czy była tylko przywidzeniem, marą? Przerażało go to przypuszczenie, ale niezależnie od jej statusu ontologicznego, z jej pojawieniem się związane było coś jeszcze. Szansa. Czuł, że ona dała mu szansę. Przez to, że go nie zabiła? Z niezadowoleniem kontemplował niewygodny dla miłości własnej wniosek.
Wreszcie zmęczony niekończącymi się dywagacjami, usnął. A we śnie wciąż powracała do niego wzniesiona do góry kopia i wahanie na twarzy dziewczyny, która go darowała mu życie.
* * *
Ktoś złapał za lejce jej buhaja i bezpiecznie doprowadził do bram miasta. Zagrożenie ze strony oblegających Qatrińczyków było tak nikłe, że bez przeszkód można się było dostać do środka. Ktoś otworzył wrota, a jej koń posłusznie podążył za przewodnikiem. Eileen ocknęła się dopiero w momencie, gdy stal zgrzytnęła głośno za jej plecami.
- Nie mogę uwierzyć własnym oczom! – powiedział Czarnobrody (od tej pory tak będziemy nazywać drugiego rycerza, który przygarnął Eileen jako bezpańskiego giermka) i wypuścił uzdę skonanego wierzchowca.
Następnie zsiadł ze swego rumaka i pomógł królewnie stanąć na ziemi. Nie pamiętała niczego od chwili, gdy uciekła od cesarza. Teraz w przebłyskach powracającej pamięci zaczynała budować nikłe pojęcie o wydarzeniach wypełniających tę lukę czasu. Pędząc na oślep, natknęła się na ilwańskiego rycerza, tego samego, któremu przedtem przez chwilę służyła jako giermek. Ten wyratował ją z opresji, ścinając kilku Qatrińczyków i powiódł jej konia w bezpieczne miejsce.
- Pani, jak znalazłaś się na zewnątrz?! Mało brakowało, a zginęłabyś…
- Tak samo jak król? – spytała apatycznie Eileen.
Ilwańczyk nie ciągnął tematu. Wokół nich zebrał się niemały tłum ciekawskich i krzyczących jeden przez drugiego ludzi.
Czarnobrody odprowadził ją do pałacu. Marilisa i Ada krzyknęły na jej widok. Nie wiadomo, czy wynikało to bardziej z oburzenia jej niegodnym strojem i zachowaniem, czy przerażeniem. Eileen nie zdała sobie jeszcze sprawy z tego, jak wygląda. Cała wymazana była błotem i krwią. Na szczęście jej własnej niewiele znalazło się w tej ohydnej mieszaninie. Jedyna struga świeżej wciąż krwi sączyła się z ciętej rany na lewym policzku.
Scathia ze łzami w oczach padła do jej stóp i zaraz poczęła ciągnąć ją za sobą, żeby jak najszybciej doprowadzić ją do porządku, lecz zanim Eileen poddała się jej, obróciła się do rycerza i bezbarwnym głosem rzekła:
- Dziękuję, panie.
Rycerz skłonił smutno głowę i opuścił pałac.
Eileen na powrót utraciła świadomość, tego co dzieło się dookoła niej. Obudziła się w nocy, na czystym posłaniu, schludnie przyodziana. Odczuwała potworne zmęczenie i ból mięśni. Szczególnie dotkliwie piekła ją prawa dłoń, nieprzyzwyczajona do ściskania miecza. Mimo to szybko podniosła się z łóżka. Na dole dało się słyszeć rumor, głośne rozmowy prowadzone w sali audiencyjnej. Miała zamiar zejść natychmiast i dowiedzieć się, jak wygląda układ sił w bitwie.
Zatrzymał ją widok własnego odbicia w lustrze, uchwycony kątem oka, gdy je mijała. Stanęła oniemiała. Powoli podeszła do lśniącej tafli i z niedowierzaniem dotknęła jej powierzchni. Twarz, którą w nim ujrzała była pergaminowo biała. Trupią bladość podkreślała rubinowa szrama ciągnąca się kilka centymetrów przez lewy policzek. Zaczynała się tuż przy uchu, a kończyła w połowie linii żuchwy. Królewna z ulgą stwierdziła, że nie zaburza naturalnych rysów jej twarzy. Nie wiedziała, kiedy odniosła tą ranę i czy jest ona chwalebna. Musiało to być zwykłe, przypadkowe draśnięcie. Każde celowe uderzenie w tym miejscu skończyłoby się śmiercią.
Bała się dalej studiować swoje obrażenia. Odwróciła wzrok od lustra charakterystycznym dla niej szarpnięciem głowy i szybko wyszła z komnaty. Zbiegła na dół. Rumor z głównej sali stawał się coraz bardziej donośny. Drzwi nie były zamknięte. Bez przerwy ktoś przez nie wchodził i wychodził. Nikt nie zainteresował się jej obecnością, gdy wtargnęła do środka i zaczęła chciwie przysłuchiwać się rozmowom obradujących. Nie rozumiała, dlaczego tylu ermańskich i ilwańskich wielmoży znajduje się tutaj zamiast na polu walki. Czyżby bitwa się skończyła?
W centrum uwagi był najwyraźniej królewski przyjaciel, junkier Faro. Ludzie zasypywali go gorączkowymi pytaniami, a on nie starał się odpowiedzieć nawet na połowę z nich. Na jego zmęczonej twarzy wyryte były trudne przejścia minionego dnia. I to dosłownie. Odniósł wiele, podobnie jak Eileen, niegroźnych ran – draśnięć, ale z jednego głębszego rozcięcia na czole wciąż płynęła krew, która trochę zalewała mu oczy.
Królewna rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś znajomej, przyjaznej twarzy. Wtem, spośród tłumu wyłonił się znany nam już Czarnobrody. Sam zauważył królewnę znacznie wcześniej i starał się do niej przedostać.
- Nie powinnaś tu być, pani.
- Dlaczego? Czyżbyśmy przegrali? – z obawą spojrzała na rozmówcę, który na szczęście zaprzeczył ruchem głowy.
- Wojska Qatrin uległy. Zostały całkowicie rozbite.
- To cud – westchnęła Eileen. Przez chwilę delektowała się zasłyszaną informacją, nie mogąc w nią od razu uwierzyć. Cesarz przegrał. Nareszcie! Ilwana bezpieczna…
- To prawda, ale nie należy się nim za nadto napawać – powiedział grobowym tonem Ilwańczyk.
- Dlaczego?
- Król Mell nie żyje, a jego jedyny bezsporny następca został porwany.
- Porwany?!
- Tak, to najcenniejsza zdobycz Qatrińczyków z tej wojny. Bedę uprowadzono, a kraj jest w znacznej części spustoszony. Cesarz może pokusić się o ponowny atak, gdy zbierze dość sił. Spodziewamy się, że będzie chciał pomścić swoje upokorzenie.
- Przepraszam, panie – Eileen zmieniła temat. – Ale do tej pory nie spytałam cię o imię.
- Nazywam się Shawn, Shawn z Kalis. Służyłem Panom tej prowincji.
Zawiesili rozmowę. Hałas przycichł trochę. Ludzie zaczęli uspokajać wzburzone emocje i powoli opuszczali salę. Zapadła decyzja, że nazajutrz, w samo południe odbędzie się uroczysta narada nad dalszymi losami królestwa.
- Czy mogę cię o coś spytać królewno? – rzekł Shawn.
- Pewnie, Shawnie.
- Dlaczego nie zabiłaś cesarza?
Eileen zaskoczyło to pytanie. Nie sądziła, że rycerz widział jej akcję z włócznią. Niemile zapiekło ją przypomnienie tego wydarzenia i wszystkich towarzyszących mu motywów. Śmierć Mella odżyła nagle w jej pamięci, tak samo jak śmierć Cilliana. Spuściła oczy. Przez dłuższą chwilę zaciśnięte gardło nie pozwalało jej wydobyć głosu.
- Nie mogłam… - to była jej jedyna odpowiedź.
Zaiste, nie stać było biednej królewny na większe sprecyzowanie powodu, dla którego zachowała się tak, a nie inaczej. Co nią kierowało? Dlaczego zgasło pragnienie zemsty?
Pamiętała tylko, że w jej umyśle zaszło wówczas coś dziwnego. Zapanowała zupełna cisza. Nienaturalne było to zjawisko. Ludzie wciąż krzyczeli, biegali, płakali, a ona niczego nie słyszała. Jakby znalazła się na innym poziomie świadomości. Nie widziała już cesarza – nie, chociaż na niego patrzyła. Zło wcielone, Qaren XV zniknął. Stał przed nią zwykły, przerażony człowiek. Z niesmakiem odwróciła się od myśli, że miałaby zabić kogoś takiego. Nie mogła zgładzić Tego, który nie był Sobą. Tak, cesarz nie był w tamtym momencie Tym, przed którym drżały narody. Zemsta straciła swój cel, więc cała jej jałowa osnowa rozpadła się niczym zbutwiałe sukno.
Straciła cel. Eileen uświadomiła sobie, że straciła swój, osobisty cel. Co się z nią stanie? Przecież zginął jej narzeczony. Czy wróci na dwór brata? Chyba nie miała innej opcji. I co tam zastanie? Czy Eimear wciąż na nią czeka? Jeśli tak, to będzie świadkiem jej odejścia. Nie była pewna, czy to wytrzyma…
Otrząsnęła się ze smutnej refleksji. Sala powoli pustoszała. Eileen uznała, że lepiej będzie dla niej, gdy też ją opuści. Udała się z powrotem na górę.
Sumienie dręczyło ją. Wyrzucało jej podłą chęć krwawego rewanżu. Doszła do wniosku, że nie zmruży oka tej nocy. Ubrała się ciepło i niepostrzeżenie wyszła z komnaty, a następnie z zamku. Nawet w tak gorzkiej chwili uciekanie z pałacu stanowiło dla niej satysfakcjonującą rozrywkę.
Chłodne powietrze kojąco podziałało na rozgorączkowany umysł. Uspokoiła się i zaczęła trzeźwo myśleć. Nadal, jak cierń w sercu tkwiło przeszywające poczucie winy. Postanowiła pozbyć się go za wszelką cenę.
Prowadzona tą myślą, skierowała swe kroki do ekardyjskiej bazyliki. Liczyła na to, że będzie ona otwarta. Odetchnęła z ulgą, gdy spostrzegła migoczące w oddali witraże. Wewnątrz trwało nabożeństwo dziękczynno-błagalne. Dziękowano Bogu za wygraną walkę i proszono Go o obronę przed kolejnymi wojnami.
Królewna weszła do środka i przycupnęła pod filarem w lewej nawie. Ukryła twarz w dłoniach i płakała. Płakała tak długo, aż pozbyła się zalegającego w jej sercu ciężaru. Odreagowała straszne przeżycia, przyznała się przed sobą do głęboko ukrywanego i zakłamywanego zła. Dotarła aż do jego korzenia. Ujrzała siebie w zupełnie innym świetle. Oto stała twarzą w twarz ze sobą i zarzucała sobie wiele błędów, niecnych intencji i wykroczeń.
Przyznała się również do tego, że najbardziej bolała ją nie utrata Mella, którego przecież zaczynała już kochać, lecz fakt, że nie zostanie królową Ermanii. Oto prawdziwa przyczyna jej rozpaczy. Czuła, że przez to wyrządziła Mellowi dużą niesprawiedliwość i krzywdę. Jemu, który pokochał ją - wiedziała to - zanim ją zobaczył. Pokochał, bo chciał tego. Jej miłość do niego kiełkowała tylko pod wpływem ciepła, które dawała jej pewność jego uczuć i bezpieczeństwo z tym związane. Czy zaryzykowałaby miłość w innym przypadku? A zatem zależała ona od jej decyzji?
Gdy uporządkowała już chaotyczne myśli, dostrzegła zmianę scenerii – nie widziała już siebie. Jej wewnętrzne ja scaliło się z nią samą. Nie była już rozbita, stała się jedną, zgraną całością. Poranioną, ale niewybrakowaną. Do pełni brakowało tylko jednego.
Poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Podniosła głowę znad mokrego rękawa. Kościół był zupełnie pusty. Tylko biskup Ekardu stał nad nią i przyglądał się jej ze współczuciem.
Eileen wstała i ucałowała jego dłoń.
- Co cię gnębi dziecko? – spytał kapłan po ilwańsku.
Był to człowiek niespełna pięćdziesięcioletni, jednak zupełnie siwy. Jego chuda twarz stanowiła przedłużenie ascetycznej, zahartowanej postami figury.
- Która jest godzina…? – zapytała rozkojarzona królewna.
- Już niedługo szósta rano.
Eileen przemogła się wreszcie i poprosiła o spowiedź. Nie wiedziała, ile czasu trwała. Gdy wstawała z klęcznika konfesjonału już świtało. Bolały ja kolana, więc przysiadła na ławce. Biskup również przysiadł obok niej.
- Mam ci coś jeszcze do powiedzenia, pani.
Królewna przygotowana była na wszystko. Ulga i pokój zagościły w jej sercu. Uciszyły się niespokojne bałwany szalejącej burzy.
- Tymczasowa regentka Ermanii, siostra królewska Marilisa życzy sobie, abyś była obecna na dzisiejszym zgromadzeniu.
- Dobrze…
- Nie wydaje mi się, żeby było to dla ciebie korzystne, pani – biskup wyglądał na zmartwionego, co wznieciło zainteresowanie Eileen.
- Czy coś mi grozi ojcze? – tylko tak mogła wytłumaczyć jego nastrój.
- Być może… pewne konsekwencje za…oszczędzenie cesarza.
- Jak to?! – wykrzyknęła Eileen, zapominając się. – Chociaż…z punktu widzenia obrońców Ekardu…wydaje się to logiczne.
- Nie w tym rzecz – biskup pokręcił smutno swą siwą głową. – Pewnie zauważyłaś królewno, że Marilisa żywi do ciebie niechęć – zniżył głos do szeptu, ale słowa i tak nazbyt wyraźnie odbijały się o surowe ściany świątyni.
- Wiem.
- Twój wybryk, pani – tutaj blady uśmiech rozbawienia przemknął przez jego usta – Można uznać za skrajną…desperację. Kto to słyszał, żeby królewna rzucała się w sam środek bitwy?!
Tak patrzyła na to większość Ermańczyków. Nawet darowanie życia cesarzowi uznali za słabość. W końcu mieli cię po prostu za kobietę szaloną, dopóki królewna Marilisa nie rzuciła podejrzenia… Krótko mówiąc, zarzuca ci się, dziecko, kolaborację z wrogiem.
Nawet największy spokój ducha nie może pozostać niezmącony i obojętny na fałszywe oskarżenia. Eileen zarumieniła się z oburzenia.
- Potwarz…
- Tak, pani. Niestety! Ludzie są tylko ludźmi i pomimo ogromnej zasługi twojego narodu dla tej wojny, zadawnione urazy…łatwo jest obudzić.
- Rozumiem biskupie. Nie zmieniłabym jednak swojej decyzji. Chciałam zabić…człowieka.
- Wesprę cię, pani swoim autorytetem. Nie wiem, na ile zostanie on uwzględniony, ale nie pozostaje ci żaden inny ziemski orędownik.
- Żaden? Nawet junkier Faro?
- Nie odezwał się słowem, gdy arystokracja uległa kąśliwemu wpływowi siostry królewskiej. Pozwolili sobie zasiać wątpliwości, które przerodziły się w uprzedzenie, a to bardzo trudno wykorzenić.
- Skoro tak…
Wstała z miejsca, gotowa do wyjścia. Na dworze było już zupełnie jasno. Musiała koniecznie pójść spać. Choćby na dwie godziny.
- Bóg zapłać, ojcze.
- Nie bój się, królewno Eileen. Nie stanie się nic, czego Bóg by nie dopuścił.
- Wierzę.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pozdrawiam.
może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt