Król Cenna Emerald nie był zadowolony ze swoich rządów, a raczej ze sposobu kontrolowania ich przez cesarza. Od samego początku pokazano mu bowiem, gdzie jest jego miejsce. Samodzielnie nie mógł podjąć żadnej znaczącej decyzji. Zgodził się na to. Dobrze o tym pamiętał, ale nie spodziewał się, że jego służalcze poddaństwo dotyczyć będzie nawet takich kwestii jak wybór koloru zasłon w oknach pałacu czy godzin posiłków.
Qatrin paliło jego dumę żywym ogniem. Chcieli go zgnoić. Nie dawali mu pola manewru, ponieważ wszędzie towarzyszył mu cień w postaci cesarskiego szpiega -Kadira, oficjalnie zwanego „pierwszym doradcą królewskim”. Pierwszym i jedynym, jak się okazało.
Zasuszony, około trzydziestoletni Qatrińczyk wyglądał dużo poważniej, niż jego rówieśnicy. Jego równie sucha, podłużna twarz nigdy nie zdradzała emocji. Nie przejawiała żadnych oznak mimiki, jakby jej mięśnie zwiotczały i zapomniały swego fachu na skutek umyślnego blokowania ich skurczów. Ten człowiek był kompletną zagadką. Dlatego Qaren powierzył mu funkcję donosiciela.
Cennę szarpało za każdym razem, gdy patrzył na swojego doradcę. Gorszy niż sam widok okazał się jednak jego sposób wypowiadania się – lakoniczny, bez zbędnych słów. Oszczędzał ich nawet w odpowiadaniu na pytania zadawane przez króla Nualii, gdy uznał je za niegodne uwagi z punktu widzenia Cesarstwa.
- Byłbym go zabił nie raz! – powtarzał często Cenna do siebie.
Nie posiadał innego nie-qatrińskiego powiernika oprócz siebie samego. Wszystko musiał odbywać się w obecności namiestnika Cesarstwa. Emerald, nie mogąc tego znieść dłużej, wystosował list do samego cesarza, dając mu do zrozumienia, że w taki sposób może traktować niewolnika, a nie poddanego. Zawarł e nim ukrytą przestrogę, że jeśli nie zmieni swojego stosunku i nie poluzuje chociaż trochę krótkiej smyczy, na której go trzyma, to będzie w stanie uciec się do ostateczności.
Mijały miesiące, a odpowiedź nie nadchodziła. Na początku nowego roku król zaczął obawiać się nawet ataku wojsk qatrińskich. Cesarz grał na zwłokę albo szykował zasadzkę. Aż tu pod koniec lutego, w Šali-Arti (mieście satelickim zniszczonej Sostiny, gdzie po wojnie powstała siedziba królewska) pojawił się emisariusz z odpowiedzią od Qarena XV. Cesarz obiecał złagodzenie kontroli, gdy Cenna ożeni się i dochowa pierwszego dziecka. Dziwny ten warunek został w mig zrozumiany przez przenikliwy umysł Nualskiego monarchy. Żona i dziecko będą niejako zakładnikami. Gdy za bardzo podskoczy, ucierpi jego rodzina. Ze szpiegiem czy bez będzie musiał strzec się na każdym kroku, aby nie narazić się cesarzowi.
- Czy cesarz ma na myśli konkretną wybrankę proponując mi to rozwiązanie – spytał Cenna posła, który pokręcił przecząco głową. Westchnął więc i rzekł:
- Ale ma się rozumieć, że jego cesarska mość musi zaaprobować mój wybór?
- Tak, wasza królewska mość – odparł poseł.
Cenna niedługo się zastanawiał. Doszedł do wniosku, że najrozsądniejszym wyborem będzie chyba ręka osieroconej przez garmeńskiego króla, królewny Hannah.
- Przekażę mojemu panu twój wybór, królu.
Rzeczywiście cesarz wyraził zgodę na to małżeństwo i sam wysłał list do Garmen z rozkazem wyprawienia królewny do Nualii. Garmen, w odróżnieniu od Nualii nie posiadało swojego króla. Rządy sprawował tam qatriński książę mianowany przez Qarena. Zastraszona ludność nie opierała się temu procederowi.
Siedemnastoletnia Hannah już na początku marca pojawiła się w Šali-Arti. Ślub królewskiej pary odbył się kolejnego dnia po przyjeździe królewny na zamek.
Hannah była zbyt przerażona i oszołomiona, aby w pełni zdać sobie sprawę ze wszystkiego, co się działo wokół niej. Dziewczyna była zupełnie zobojętniała na swój los. Widział śmierć ojca, porwanie matki do Qatrin. Nie rozumiała, dlaczego nie zabrano także jej. Może wywalczył to jej wuj, który był wpływowym grafem i mógł przekupić Qatrińczyków, żeby oszczędzili chociaż ją. Nigdy nie dowiedziała się, co stało się z matką. Bała się o to pytać.
Hannah była drobną, szczupłą, jasnowłosą istotą, która wciąż wyglądała jak dziewczynka. Jej uroda nie wzbudzała zachwytu, ale nikt nie mógł odmówić uroku jej słodkiej twarzyczce. Wąskie, ale wyraźnie różowe usta i duże piwne, osłonięte długimi czarnymi rzęsami oczy posiadały wdzięk, który spodobał się samemu Cennie. Gdy ją ujrzał, odetchnął z ulgą.. Obawiał się, że przypadnie mu w udziale jedna z tych niezbyt nadobnych panien garmeńskich z nalaną twarzą i wyłupiastymi oczami. Garmenki nie słynęły z piękności.
Pierwszym skojarzeniem, jakie nasunęło się Nualczykom na widok przestraszonej Hannah, było dygoczące na wietrze źdźbło trawy. Każdy ruch wykonywała z drżeniem i nieprecyzyjnie, jakby nie posiadała kontroli nad swoim ciałem. Głowę miała spuszczoną, a za każdym razem, gdy ją podnosiła, mrugała szybko, jakby ukazujący się jej oczom obraz był czymś niedorzecznym i nieprawdopodobnym niczym sen. Choć nie miała krzywych pleców, pochylała je, przez co wydawała się niższa.
Na weselu zachowywała się już mniej sztywno i bojaźliwie. Cenna Emerald nie należał do zbyt wrażliwych i przystępnych ludzi, ale mała Hannah czuła się przy nim najbardziej swobodnie, a to dlatego, że prawie wcale nie zwracał na nią uwagi. Nie żeby zupełnie nie interesowała go małżonka, ale sam zauważył, że zbytnia dociekliwość i chęć poznania jej okazywały się nieskuteczne i bezcelowe. Postanowił zaczekać aż skryta dziewczyna sama zacznie coś o sobie mówić.
Poza tym, nie traktował jej zupełnie poważnie. Była elementem układu z Cesarstwem i jako taka wydawała mu się zwyczajnie potrzebna, a że będzie ją miał teraz na karku do końca życie – swojego lub jej – starał się przywyknąć do nowej sytuacji.
Obawiał się jednak, że jego żona okaże się chorowita i słaba. Jakkolwiek, przezroczysta cera, kościste dłonie i wybitna jak na osobę pochodząca z arystokratycznego rodu chudość niekoniecznie musiały świadczyć o złym zdrowiu, miał na uwadze także czarny scenariusz. Cenna zrobił jej nawet na wpół żartobliwą uwagę na ten temat:
- Powiedz, Hannah, karmili cię czym w Garmen?
Oszczędny grymas, który pojawił się na jej twarzy trzeba było uznać za uśmiech, gdyż sądząc po jej odpowiedzi, nie mógł świadczyć o niczym innym jak o przyjęciu słów króla za istotnie zabawne:
- Tak, dziękuję, mój panie, ale jeśli mi nie wierzysz, obiecuję, że nie ominę żadnego posiłku przygotowanego przez twoich kucharzy.
- Teraz już także twoich, pani – odrzekł Cenna, a w duchu pomyślał sobie, że jego młoda żona może i jest niepozorna, ale skrywa w swojej drobne główce bystry umysł.
Wielokrotnie dała mu tego dowód cichymi, ale inteligentnymi odpowiedziami. Perfekcyjnie posługiwała się też językiem Nualii.
- Nie jest zła…- powiedział do siebie król patrząc na wyjątkowo białą kobietę ubraną w białą suknię. – Nie jest zła…
Dla tych, którzy znali naturę króla Emeralda wiedzieliby, że słowa te oznaczały dość wysokiej rangi aprobatę bądź zadowolenie i jako takie potraktowałaby je sama Hannah, gdyby je usłyszała. Pochodziła ze świata, w którym uczucia wyrażano sucho i po żołniersku, więc nie obraziłby ją ten mało górnolotny komplement, którym stwierdzone zostało jedynie, iż jest w niej coś dobrego.
Niedługo po ślubie pary królewskiej, znienawidzony przez Cennę doradca został ściągnięty z powrotem do Qatrin. Nie żeby pozostawił po sobie absolutną próżnię, gdyż w jego miejsce pojawił się inny, ale mniej wyrafinowany szpieg. Był to podstarzały urzędnik Qarena. Nie narzucał się Emeraldowi, choć ten i tak zmuszony był przedkładać mu swoje decyzje do akceptacji. Prawie nigdy nie spotykał się z odmową, co wywołało u niego niemałe zaskoczenie. Przedtem każde najdrobniejsze postanowienie było wnikliwie badane przez doradcę, dopóki nie znalazł czegoś, do czego warto było się przyczepić.
Królowi Nualii zdało się, że cesarz zaczyna mu ufać. Zaniechał plany wystąpienia przeciwko swojemu protektorowi. Bądź co bądź, w królestwie wybuchały bunty, które pomagali mu tłumić żołnierze Qarena. Ludziom nie podobało się Qatrińskie jarzmo. Biedni mieszczanie nie mieli szans w starciach z obcym, ale także i swoim własnym wojskiem. Polało się bardzo dużo bratobójczej krwi, zanim Nualczycy poddali się sile nowego reżimu.
W kraju zapanowała apatia. Aby podciągnąć mocno nadszarpniętą gospodarkę, król musiał zapożyczyć się u cesarza. Nie były to lichwiarskie pożyczki. Qaren wiedział co robi, okazując Emeraldowi łaskawość. Kupował jego lojalność. Szczególnie teraz, kiedy przysłał mu mniej dokuczliwego szpiega, osiągnął cel, sprawiając na Cennie wrażenie, że oto staje się bardziej niezależny. W rzeczywistości, król Nualii nie odważył się przekroczyć ustalonych granic. Zbyt duży wpływ wywarła na niego tresura niemrawego Qatrińczyka.
Nie piszę o tym bez powodu. Musimy przyjrzeć się charakterowi człowieka, który odegra w tej opowieści jeszcze dość znaczącą rolę. Na razie króle Emerald pozostaje wiernym sługą cesarza Qatrin, któremu zawdzięcza wyniesienie do najwyższej godności i utrzymanie jej. Prawda, że na temat wartości owej godności można polemizować, ale żądza władzy i zemsty Cenny zostały chwilowo zaspokojone. Upojenie nie trwa jednak wiecznie. Choć nie dręczyły go wyrzuty sumienia, to nikt tak ambitny jak Emerald nie jest w stanie do końca pogodzić się z dożywotnią funkcją wasala.
Występuje tu pewien konflikt interesów. Cesarz nigdy nie zamierzał dać Cennie swobody, dlatego będzie zmuszony – od samego początku był – zaprząc siłę swego wojska i intelektu, aby stłumić lub zniszczyć w zarodku insurekcję rozwijającą się w umyśle Nualczyka. Nie łudził się, że Emerald pozostanie mu wierny na zawsze, z własnej woli. Nie mógł go też zastraszyć. To nie ten typ człowieka, który ze strachu gotów jest paść do stóp. Niepokornego króla musiał omamić, uwieść ułudą partnerstwa, a przynajmniej pokazać mu, że coś znaczy. Unieszkodliwiona ambicja, a przez to i bunt pozwolą mu na kierowanie Cenną znacznie skuteczniej niż używanie jawnej przemocy.
Czy Qaren XV dopnie swego, to się jeszcze okaże. Natenczas, to jest u schyłku łagodnej niefrasobliwie ustępującej zimy, obu monarchów zajmowały zgoła odmienne tematy, niezupełnie związane z polityką. Emerald wziął ślub. Cokolwiek wtedy czuł lub myślał, to wydarzenie znacząco zmieniło jego życie. Cesarz zaś czekał na urzeczywistnienie się zjawy, która trapiła go w snach i na jawie. Tak bardzo chciał zobaczyć ją i przekonać samego siebie, że się jej nie boi…
* * *
- Dobijamy do brzegu! – krzyknął kapitan królewskiej barki.
Eileen wyszła ze swojej kajuty. Nie odważyła się zrobić tego wcześniej, mimo iż dawno widziała rysującą się przed nimi linię brzegową.
Ciepła morska bryza rozpieszczała delikatnymi podmuchami. Wszyscy musieli przebrać się w cieńsze szaty. Klimat krajów bliskiej Estji był teraz najbardziej znośny dla nieprzyzwyczajonych do upałów ludzi Zachodu.
Eileen wyszła na pokład. Przyjemny wietrzyk musnął jej rozpuszczone, miedziane włosy. Czuła jego kojący dotyk na skórze głowy i dłoni, którą osłoniła twarz przed wysoko zawieszonym słońcem. Spojrzała w stronę zbliżającego się brzegu. W przystani portu Es, gdyż tak nazywało się owo miasto, roiło się od statków i łodzi rybackich.
Stało tam nawet kilka okrętów wojennych, których ogromne szpicgaty[1] budziły drżenie w sercach cudzoziemców. Przyjrzała im się nieufnie i odwróciła wzrok. Każde skojarzenie z wojną poruszało ledwie co zabliźnione wspomnienia sprzed kilku miesięcy. Tak naprawdę nie zagoiły się one prawidłowo, gdyż były podatne na ponowne otwarcie przy każdym zadraśnięciu. Nie minęło dość czasu, aby pokryła je zdrowa warstwa nowych, bezbolesnych doświadczeń, które mogłyby doprowadzić do pogodzenia się z trudną przeszłością. Niejednokrotnie działo się coś, co odświeżało i pogłębiało cierpienie. „A czego niby mam się spodziewać po pobycie w gnieździe os?” jak zwykła w myślach określać Qatrin.
W znacznie gorszym nastroju wróciła pod pokład i naszykowała się do zejścia na ląd. Sama zaplotła sobie dwa warkocze, które zawinęła i spięła z tyłu głowy. Wzięła również jedwabną, białą chustę, którą miała potem nakryć głowę. Nie chciała zbytnio rzucać się w oczy zachodnim sposobem ubioru.
Straciła poczucie czasu, więc kiedy barka szarpnęła nagle i zakołysała się mocniej, co oznaczało koniec podróży, nie wiedziała, czy od chwili, gdy usiadła na łóżku minęło pięć, czy dwadzieścia minut. Nie podejmując dalszej refleksji na ten temat, wyłoniła się znów z ukrycia i niezbyt ochoczo przystąpiła do schodzenia na stały ląd. Widok na miasto pozostał dla niej tajemnicą, aż do momentu, kiedy poczuła pod stopami chłodny, kamienny chodnik.
Spuszczając się ze zwodzonego, acz solidnego mostu, wolała nie rozglądać się na boki w poszukiwaniu sensacji. Dziwiło ją, dlaczego, nie w Qatrin nie praktykowano idei podwyższonych molo, aby można było bez większego problemu stanąć na ziemi, lecz kazano im posłużyć się drewnianą, chwiejącą się na boki drabiną. Nie czuła się pewnie, dokonując tego karkołomnego wyczynu, pomimo że z obu stron ubezpieczali ją jej towarzysze, który czekali z wyciągniętymi ku górze rękami, na wypadek, gdyby spadła.
Po kilku minutach wszyscy znaleźli się bezpiecznie na dole i o mało nie zostali zalani przez nacierającą ludzką falę, która podążała wprost na nich i rozgałęziała się we wszystkich kierunkach. Stanęli blisko siebie, postanowili nie oddzielać się od grupy. Wiedzieli, że gdzieś niedaleko powinien czekać na nich qatriński przewodnik, który doprowadzi ich do samego Kar-Qatrin.
Eileen podobną ilość ludzi widziała tylko w jednym miejscu – na polu bitwy. Czymże jednak był rynek jeśli nie polem bitewnym, gdzie handlarze wydzierali sobie zyski, klienci targowali się zajadle, a głodujący kradli jedzenie, stawiając na szali własne życie. W Cesarstwie wszelka kradzież karana była śmiercią.
Generalnie nie zwracano na nich uwagi. Kilka osób spojrzało na nich spode łba. Qatrińczycy zbyt byli zajęci własnymi sprawami. W pogoni za osiągnięciem wiadomego sobie celu, nie oglądali się na okoliczności, w których przyszło im się doń zbliżać.
Po dłuższej analizie składu tej ludzkiej masy nasi przybysze doszli do wniosku, że nie jest to wyłącznie mieszanina rdzennych mieszkańców Qatrin, lecz wiele tu także kupców z Meridii, a także z dalekiej wschodniej Estji, posługujących się językami przypominającymi bardziej kwilenie dziecka niż gardłową mowę Qatrin lub melodyjną wymowę Zachodu.
Eileen rozkoszowała się egzotycznym widokiem. Przypominała sobie w tym momencie wszystkie informacje zdobyte w czasach jej edukacji. Jakże mało pokrywały się one z rzeczywistością. Ciepłe powietrze, niskie drzewa, obfitość owoców, przypraw i kolorów nie były dla niej zdziwieniem, ale co innego znaczy wiedzieć niż ujrzeć i poczuć. Od razu odurzyła ją woń pomarańczy i wszechobecnego cynamonu, w którym dało się wyczuć ostre nuty czarnego pieprzu, mięty, duszną woń kurkumy i wielu innych niezidentyfikowanych przypraw.
Po chwili i owocowe aromaty musiały ustąpić potężniejszemu od nich zapachowi świeżego pieczywa – placków jęczmienno-oliwnych z dodatkiem kminu i pieczonych ryb z solą – tradycyjnych pokarmów w Qatrin.
Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie dopiero, gdy węch odmówił posłuszeństwa z powodu nadmiaru docierających bodźców. Jej zachwytu dopełnił obraz rynku portowego, który niewiele różnił się od tych wewnątrz kraju. Nawet z oddali mogła dostrzec centralną część wyzierającą spomiędzy burych budynków z glinianej cegły. Zazwyczaj królowała tam zieleń, a przynajmniej jeden znaczący element roślinny. Tym razem była to ogromna, rozłożysta pistacja, pod którą stało kilka drewnianych ławek. Wokół niej w oddaleniu co najmniej dziesięciu metrów skupione były kramy kupieckie, tak że pozostawiały one dużo wolnej przestrzeni. Przestrzeń tą wykorzystywali głównie mówcy filozoficzni, urzędnicy królewscy odczytujący edykty cesarskie, a czasem wichrzyciele, ale ci ostatni przeszli na razie do historii. W obecnych czasach, pod rządami ciężkiej ręki zdolnego imperatora mało kto dawał wyraz wywrotowym zapędom.
- Witajcie w Qatrin panowie! Witaj królewno Eileen! – powiedział ktoś po ilwańsku.
Kłaniał im się niski, korpulentny człowiek odziany w tradycyjny qatriński strój zwany seu, czyli białą lnianą, sięgającą kostek szatę spiętą w pasie brązowym pasem z owczej skóry. Domyślili się, że to rzeczony przewodnik. Qatrińczyk wyprostował się. Na jego ogorzałej twarzy nie malowały się żadne szczególne emocje – ani wrogość, ani przyjacielska sympatia. Ukłon, którym ich przywitał nie był służalczym, zamaszystym dygnięciem, przypominającym raczej upadek złamanego, podciętego pnia suchego drzewa, lecz głębokim, dostojnym pochyleniem przed kimś, kto niewiele przewyższa godnością oddającego hołd.
Qatrińczyk poprowadził ich do dużego powozu zaprzężonego w osiem koni. Była to szeroka, popularna w tamtym regionie bryczka, osłonięta z boków tylko zapuszczonymi luźno białymi, półprzeźroczystymi zasłonami. Eileen weszła do środka, a wraz z nią wszyscy jej towarzysze prócz Faro, który nie zgodził się na całkowite oddanie kontroli przewodnikowi.
- Dobrze, panie Faro z Wilibord. Jeden z moich ludzi zajmie twoje miejsce w powozie, a ty dosiądziesz jego konia. Pamiętaj jednak, że qatrińskie słońce w ciągu dnia może być równie ostre, co letnie na zachodnim kontynencie.
- Zdaję sobie z tego sprawę i jestem na to przygotowany, panie…
- Reza. Reza z Midbár.
- Dobrze więc, panie Rezo. Niech tak będzie.
Sługa Rezy bez sprzeciwu oddał Ermańczykowi białego rumaka i wszedł do wnętrza powozu. Faro zręcznie wskoczył na siodło. Piękne zwierzę wyczuło nieoczekiwaną zmianę właściciela i poruszyło się niespokojnie. Faro pochylił się koniowi do ucha i gładząc jego lśniącą białą grzywę szeptał mu czułym tonem jakieś uspokajające słowa.
- Znasz się na zwierzętach junkrze Faro. Galit zrzuciła już niejednego śmiałka, który próbował jej grzbietu – w głosie Rezy brzmiało zdumienie zaprawione prawdziwym podziwem dla umiejętności oswajania zwierząt.
Qatrińczycy bardzo cenili konie, dlatego każdy, kto podzielał ich pasję dla tych rączych istot i umiał je okiełznać był godny szacunku.
- Nie widziałem piękniejszych i lepiej zadbanych koni niż pańskie. Nawet królewskie bułaty Ermanii nie mogą się z nimi równać.
Reza uśmiechnął się pod wąsem i dumnie zadarł swą nad wyraz okrągłą, osłoniętą białą chustą głowę. Faro poszedł za przykładem tubylców i wyjął z torby podróżnej taką samą chustę, po czym owinął nią głowę, a nadmiar materiału przerzucił do tyłu przez ramię. Bez niej groził mu udar słoneczny.
Karawana ruszyła powoli przez rynek. Składała się z czterech jeźdźców konnych i jednego powozu, którego stangretem był sam Reza. Dopiero wtedy zaczęto zwracać na nich uwagę, głównie dlatego, że ich przejazd wymagał ciągłego ustępowania im z drogi. Ludzie usuwali się na bok bez sprzeciwu, lecz zdziwieni. Najwidoczniej przejazdy bogatych karawan nie stanowiły tutaj codziennego zjawiska. Tym bardziej, że wszystkim wiadome było, iż zaprzęg należy do cesarskich urzędników. Konie i bryczka posiadały emblematy rodu Qarena, czyli złote drzewa figowe.
Ilwańczycy nie byli za bardzo zadowoleni z takiego obrotu sytuacji. Woleli, aby przejazd nie wzbudzał znacznego poruszenia. Nic jednak nie mogli na to poradzić. Tłuszcza nie odnosiła się do nich z wrogością. Niektórzy szeptali podekscytowani, inni triumfalnie kiwali głowami, a niektórzy zdawali się zupełnie obojętni, choć za tą maską skrywała się intensywna ciekawość. Qatrińczycy domyślali się, kto znajduje się w powozie. Wieść o niezwyczajnym poselstwie rozeszła się niemal po całym kraju.
Eileen życzyła sobie jak najszybciej opuścić rynek i pozbyć się ciekawskich, przeszywających spojrzeń rzucanych przez tysiące par czarnych oczu. Czuła się bardzo obco w tym tłumie. Nietęgie miny Ilwańczyków świadczyły, iż podzielają oni ten pogląd. Ich pragnieniu niedługo stało się zadość. Gdy przebili się przez tłum, szybko opuścili nieprzyjemne miejsce. Jechali jakiś czas przez miasto, dopóki nie zatrzymali się przy głównej bramie. Przepuszczono ich bez problemu.
Za miastem znajdowała się typowa dla tego zakątka świata pustynia. Tętent końskich kopyt wzburzał kłęby ostrego iłu. Słońce coraz bardziej roztaczało swą moc nad suchą powierzchnią ziemi. Ciepło nie dawało się jeszcze we znaki. Przez kolejny miesiąc temperatura pustyni Chagit powinna być dosyć znośna. Wiatr również nie za bardzo dawał znać o swej sile, zatem karawana posuwała się w płynnym tempie.
Przyroda nie wabiła oka bogactwem ani wyszukaną scenerią, ale pozwoliła Eileen odetchnąć. Wszechobecna pustka przypominała jej o morzu, które dziś opuściła. Jednostajny krajobraz przywracał jej spokój, jakiego zaznawała na statku – oczywiście po tym, jak zwalczyła już chorobę morską.
Grzała się w popołudniowym słońcu, prześwietlającym łagodnie białe zasłony powozu. Przymknęła oczy, a po jakimś czasie ukołysana miarowym turkotem powozu zapadła w drzemkę, z której zbudziła się dopiero pod wieczór. Zdążyła dojrzeć jeszcze koralową łunę spływającą po ciemniejącym, bezchmurnym niebie, po czym bardzo szybko zapaliły się na nim miliony gwiazd. W tym zakątku świata było ich widać znacznie więcej niż w Ilwanie czy Ermanii.
Gdy zupełnie się już ściemniło, Reza nakazał zatrzymać karawanę.
- Niestety musimy nocować na pustyni, pani – powiedział dość zmieszany. – Nie planowaliśmy tego, choć przewidywałem taki rozwój wypadków. Do Dammen jest zbyt daleko, abyśmy mieli ryzykować podróż w nocy. Tam znajduje się właściwa przystań, do której powinniśmy byli dziś dotrzeć. Niestety, pomimo dobrej pogody, pustynne ścieżki nie są zbyt łaskawe dla dużych powozów i musieliśmy poruszać się wolniej.
Junkier Faro zeskoczył ze swego wierzchowca i gniewnym krokiem podszedł do przewodnika. Pohamował się jednak na tyle, by nie rzec nic, co mogłoby ich narazić na niechęć Qatrińczyków.
- Rozumiem, że nie ma teraz sensu szukać winnych naszego obecnego położenia, ale niepokoi mnie fakt, że będziemy musieli przeczekać noc na otwartej przestrzeni, bezbronni wobec zbójeckich watah, których tutaj pełno.
- Nie obawiaj się panie Faro – odparł Qatrińczyk z łagodnym wyrazem twarzy. – Nawet oni boją się atakować cesarskie zaprzęgi. To nie ich możemy się obawiać, lecz zimna i dzikich zwierząt. Na tę okoliczność jesteśmy w zupełności przygotowani.
- Skoro wiedzieliście, że nie zdążymy przebyć całej drogi do Dammen, dlaczego wybraliście właśnie tą? – wtrącił Shawn.
Reza potarł ręką kark. Potem spojrzał na swoich towarzyszy, szukając pomocy w sformułowaniu odpowiedzi, a nie znalazłszy jej, westchnął niecierpliwie, po czym rzekł:
- Bo się tego nie spodziewają.
- Kto u licha?! – wykrzyknął Shawn.
- „Łowcy”.
Eileen zadrżała. Junkier Faro zarzucił postanowienie, aby wypowiadać się grzecznie i po namyśle. Roztrzęsiony zbliżył się do Rezy i groźnym głosem powiedział:
- Mówisz zatem, że od samego początku grozi nam w tym kraju niebezpieczeństwo, a mimo wszystko wasz cesarz posłał po królewnę Eileen, nie uprzedziwszy nas o takim stanie rzeczy?!
- Realia są takie, jakie są i nic na to nie poradzimy. Cesarska policja tropi tych bandytów od lat. Jest to jednak dobrze zorganizowana grupa przestępcza, która niczym trąd rozsiała się po całym Qatrin. A przyszła ona do nas z podbitej Malachii.
- Czym zajmują się ci „Łowcy” – zapytał Ethan.
- Uprowadzają bogatych ludzi dla okupu. Jeśli okup nie nadchodzi, sprzedają w niewolę.
- I coś takiego może spotkać nas?
- Najprędzej królewnę. Nie opłacałoby się im uprowadzić całej wycieczki, to zbyt ryzykowne…
- Zbyt ryzykowne jest to, co właśnie nam powiedziałeś panie Rezo!
Shawn z Kalis podszedł do przewodnika z obnażonym mieczem, który przytknął mu do piersi. Reza stał nieporuszony, gdyż w momencie, gdy ostrze dotknęło jego szat, jeden z jego ludzi dobył nidell i przebił Ilwańczyka. Ten jęknął tylko i z wyrazem zdziwienia i bólu na twarzy, osunął się na ziemię. Wyraz ten już jej nie opuścił, więc Reza pochylił się nad nim i najspokojniej w świecie dłonią zamknął mu oczy.
Ilwańczyków ogarnęło przerażenie. Scathia omdlała. Eileen sama pośpieszyła jej na ratunek i po chwili udało jej się ocucić służącą.
- Nie odbieraliśmy wam broni, panowie, licząc na waszą kulturę i zdrowy rozsądek. Jesteście na naszym terenie i nietykalność osoby posła dotyczy też jego przewodników, czyli nas, którzy z polecenia cesarza mamy dostarczyć królewnę całą i zdrową, odpowiadając za to życiem naszym i naszych rodzin. Przeto nam także nie uśmiecha się konfrontacja ze zbirami i zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Robimy wszystko, aby go uniknąć.
Reza przerwał. Nikt inny nie zabierał głosu. Skinął na swoich ludzi, wydał jakieś polecenie w ojczystym języku, po czym dwóch z nich chwyciło martwe ciało Shawna i oddaliło się spoza zasięgu widzenia.
- Niestety zmuszony jestem odebrać wam broń. Pozostanie ona tylko w rękach pana Faro, który jako jedyny nie złapał za rękojeść broni. Widać tylko Ermańczyk potrafi zapanować nad swoimi odruchami.
Ilwańscy rycerze pozwolili się rozbroić. Jednak Faro nie zamierzał pozostawić tego zdarzenia bez komentarza:
- Nie zmienia to faktu, że życie królewny zostało przez cesarza świadomie narażone. Ze mną zróbcie, co uważacie za słuszne. Nie będę milczał w tej sprawie. O wszystkim dowie się jego wysokość król Luka.
- Czyżby? – zakpił Reza. – I cóż zrobi? Wypowie nam wojnę?
Faro zamierzał rzec coś jeszcze, ale zobaczył, że to nie ma sensu. Qaren XV uważał się nadal za pół-boga i na pewno wliczył w rachubę konsekwencje swojego postępku. Nie obawiał się wojny z Ilwaną, wspartą nawet przez Ermanię. Poczucie wstydu wymalowało mu na twarzy krwawe rumieńce. Cesarz pogrywa sobie z nimi jak z dziećmi, a oni nie mogą mu się przeciwstawić. Reza dostrzegł zmieszanie Ermańczyka, a jego wiecznie opalną twarz oszpecił pełen pogardy, zjadliwy uśmieszek. Faro cofnął się ze wstrętem i podszedł do królewny.
Eileen pobladła jak wiszący na firmamencie księżyc, tak iż zdawało się, jakoby rzucił on na nią tajemniczy, ponury urok, czyniący ją podobną jemu, królującemu nocy. Z nieubezpieczenie postępującego odrętwienia wybudziły ją słowa Faro:
- Królewno, czy słyszysz, co mówi ten człowiek?
Spojrzała na niego mętnym wzrokiem i odparła obojętnie:
- A cóż to wszystko znaczy, skoro jesteśmy w ręku Boga? On jeden jest Panem naszego losu, nie cesarz.
Powiedziała to z dumą, która sprawiła, że nawet Reza stracił trochę rezon i ukłonił jej się odruchowo, gdy powstała z klęczek. Biedna Scathia wciąż leżała ciężko oddychając, gdyż mimo iż doszła do siebie, nie od razu powróciły jej siły. Przeniesiono ją do powozu i owinięto szczelnie kocami. W powozie miała również spać Eileen. Było to najwygodniejsze miejsce na środku pustyni. Pozostali pokładli się na ziemi dokoła bryczki. Jeden z Qatrińczyków zawsze trzymał straż. Nikt nie wiedział, że przez cały czas, wszystkim wartownikom towarzyszyła jeszcze jedna para czujnych, bladobłękitnych oczu należących do Ermańczyka, który nie pozwolił opanować się zmęczeniu i pozostał cichym strażnikiem swoich przyjaciół.
[1] Rufa ostra w statku.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt