Jej zimne lica osuwając się z moich ust, oddały dla mnie swój ostatni pocałunek, a światu – ostatni oddech życia.
– Eleno… – wyszeptałem, wiedząc, że już nigdy nie usłyszę odpowiedzi.
Eleno. Eleno! To imię od początku wpajało w ruch każdą cząsteczkę mojego ciała i duszy. Oślepiało mnie swoim blaskiem – jakby księżyc w zenicie wołał do gwiazd i nucąc im melodie na niciach czarnego płótna, głaskał delikatnie ich skronie. Ach, jej drobna główka, opatulona kruczymi włosami – tak gęstymi, że utrzymałyby setkę najmężniejszych wojaków, którzy odurzeni jej pięknem nie mogliby ruszyć choćby gałką oka.
Jej nos. Jej usta. Jej policzki, uszy, oczy. Jej wzrok – tak, ten wzrok, który przenikał ciało, przenikał dusze i sięgał głębiej, jeszcze dalej. To właśnie jej wzrok stał się narzędziem, przez które stałem się jej niewolnikiem w miłości.
Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce przy jeziorze pośrodku niewielkiego lasu należącego od pokoleń do mojej rodziny. Mieszkała ona nieopodal, ona wraz z matką w małym drewnianym domku otoczonym przez polane kwiatów, piękną tafle purpurowego oceanu hiacyntów. Ich zapach oczarowywał każdego przechodnia ścieżki prowadzącej do domostwa kobiet. Moja rodzina pozwoliła im zamieszkać w naszym lesie za niewielką ilość pieniędzy.
Nigdy nie zwróciłem na to uwagi, od zawsze żyłem w innym świecie, wielu nazywało mnie szaleńcem, głównie moja rodzina, która szczyciła się od wieków swoim chłodnym podejściem do życia, logicznym spojrzeniem na świat i przede wszystkim spokojem wymierzanym z klarownością umysłu. Ja natomiast patrzę na świat mglistym wzrokiem. Podążając światem niewidzialnym dla innych błahostek, często muszę biec ile tylko mam sił, aby nie doścignął mnie mrok tamtych, wrogich myśli. Lgnę do ciemności, lecz uciekam w drugą stronę – do miłości i szczęścia, aż do dzisiaj...
Wracając jednak do początków naszej znajomości – spotkaliśmy się nad jeziorem, które później nazwaliśmy – Szczerym – z powodu rozmów przy nim, które stawały się piękne i intymne. Wyszedłem z posiadłości na spacer do lasu, kiedy przy stawie zauważyłem – Ją, anielice bez skrzydeł, czarną perłę z dna najgłębszego oceanu – stworzenie, którego nie sposób opisać naszym śmiertelnym językiem. Istotą, którą tylko gwiazdy potrafią docenić, przez jej mądrość i urodę przyćmiewającą samo Słońce.
Stałem tak osłupiały, jednocześnie jako kolumna koryncka pragnąca trwać tak w bezruchu, podziwiając jedynie cud, którego żaden architekt nie byłby w stanie w swojej imaginacji ujrzeć i wykreować, a tym bardziej przenieść do naszego świata i jako jeden z greckich rapsodów – wędrownych poetów. Głosiłbym poematy i pieśni o Elenie – ponad boskim bycie o urodzie przewyższającej naszą Afrodytę. Nie wiedziałem, co czynić – stać dalej i obserwować jak może żyć ta niezwykła istota, czy biec przed siebie i jako wędrowny trubadur śpiewać o jej pięknie.
Z tego mankamentu wybawiła mnie sama Elena. Odwróciła się do mnie jak rozkwitający kwiat cyprysu wiosenną porą. Tak dumnie i stanowczo jak prawdziwa matka świata, a łagodnie jak płosząca się sarenka spotykana przez leśnych przybyszów na łysych łąkach pokrytych jedynie zapachem wiatru.
– Dzień dobry panu! – zawołała wprost w moje serce.
– Dzień dobry – ledwo wydusiłem z siebie te dwa słowa.
Podszedłem bliżej Eleny, przedstawiliśmy się sobie i wtedy wydarzył się moment niewytłumaczalny, moment wieczności trwający kilka sekund – nasze oczy spojrzały ku sobie wzajemnie. Jej źrenice purpurowe przeniknęły mnie całego. Poczułem, jak przeszyło mnie ciepło wzroku Eleny. Wejrzałem w nie i ujrzałem inny odrębny świat, pełen gęstych lasów, potoków i ciemnego Słońca oraz gwiazd tańczących do słów Eleny – tak jak ja, kiedy wsłuchując się w dźwięki wychodzące z jej ust, słuchałem najpiękniejszej melodii, którą nawet głuchy usłyszy.
Zanim pochłonął nas tamten świat – uśmiechnęliśmy się ku sobie, wtedy poczuliśmy wzajemną miłość. Nagle u naszych stóp wyrósł kwiecisty i pełen owoców mirt – nasz znak. W tamtym momencie wiedzieliśmy, że Pani Piękna i Miłości zawładnęła naszymi sercami, a nasze dusze poprzysięgły sobie wzajemne ubóstwianie. Poczułem, jakby nasze ciała nagle stały się zupełnie nagie – zarówno dla świata, jak i dla nas w swojej szczerości. Unieśliśmy się powoli w górę i po jednym mrugnięciu ciężkiej powieki znaleźliśmy się ponad chmurami w królestwie jasnych kropek i punkcików.
Nasze ciała jakby się połączyły we wzajemnym uścisku oddania i głęboko w sobie wiedzieliśmy, że wieczność nam zaprzysiężona. Zaczęliśmy się kręcić, a złote punkty stawały się smugami gwiaździstego pyłu, który sypany nam prosto w oczy pozwalał czuć najczulej każdą drobinkę świata – czując ból. Kręciliśmy się coraz szybciej i szybciej, aż nasze usta połączyły się i nastąpiło tysiące pocałunków, a po nich potoki krwi z naszych warg purpurowych – krew powoli kapała na naszą planetę, dając jej nowe życie i siejąc piękne kwiaty i drzewa dające najczyściejsze owoce o smaku słodkich oczu Eleny.
Ach jej usta… Jej wargi nawiedzały mnie w snach, ukazując swoją perfekcję – były pięknie mięsiste o drobnym pochyleniu ku górze, a przy każdym słowie tańczyły ponętnie dla każdego słuchacza Eleny.
W końcu wróciliśmy z przestworzy i staliśmy tak wpatrzeni w siebie jeszcze kilka godzin – bez słowa, nawet zająknięcia i w absolutnym bezruchu. Wtedy odezwała się Elena.
– Ukochany, daję ci oto ten owoc mirtu, ale słuchaj uważnie: będzie on symbolem naszej miłości i dopóki będzie żyło choćby jedno z nas pogrążone w dalszej miłości do drugiego, to owoc, choć zerwany, będzie piękny i dorodny, jakby dalej wisiał na swym roślinnym domu, a ty będziesz trwał w szczęściu i dobrobycie, jednak jeżeli opuścisz mnie w naszym bliskim uczuciu, kwiat zwiędnie, a na ciebie spadnie klątwa tak straszna, że nie chcę przytaczać jej słów w tak pięknym i nieskalanym złem miejscu spokoju.
– Droga Eleno, nigdy cię nie opuszczę, choćby księżycowy sztorm rozpoczął swoje żniwa i odebrał mi ciebie, to dalej będę cię kochał uczuciem najszczerszym i wiernie będę wędrował przez świat, myśląc tylko o tobie i wspominając nasze najpiękniejsze chwile – odpowiedziałem poruszony jej słowami.
Przez wiele miesięcy spotykaliśmy się w tym samym miejscu o równych porach – śmialiśmy się, tańczyliśmy, pogrążaliśmy się w rozmowach i oddawaliśmy swe dusze kwiatom miłości, aż staliśmy się sobie małżonkami. Moja rodzina od początku naszych spotkań była sceptyczna do naszej relacji, a teraz, kiedy moją żoną stała się Elena – wyparli się mnie, wyrzucili z posiadłości, nazwali zdrajcą rodziny – kanalią. Ich reakcja była wynikiem funkcjonowania naszych wcześniejszych pokoleń – nikt w rodzinie nie ożenił się z kimkolwiek z niższej klasy społecznej, a co dopiero z kobietą, która wraz z matką pomieszkuje w rodzinnym lesie, gdzie po wygnaniu zamieszkałem.
Dzięki Elenie schronienie otrzymałem w jej chatce, zamieszkałem w jej pokoju – w niedużym pomieszczeniu o wysokim suficie i drewnianych ścianach, których zapach nawiedzał już na progu domu. W pokoju Eleny było wiele ciepła i światła, które wpadało tam, dzięki dużemu oknu skierowanemu na wschód – każdego poranka Elena budziła się, wzmagając swym pięknem zazdrość Słońca, a kładła się, nadając tę zazdrość u Księżyca.
Mieszkając z Eleną i jej matką, starałem się, pomagać ile mogłem w najróżniejszych obowiązkach domowych, jednak pomimo potrzeb wyjazdu do pobliskich miast po narzędzia, czy żywność, nigdy nie wyjechałem poza las. Nie otrzymałem nigdy głośnego zakazu z ust Eleny, czy matki, ale ich wzrok, kiedy proponowałem, że to uczynię, zamieniał się w liczne oczy pająka trzymającego swoją zdobycz na lepkiej sieci. Czułem wtedy, jakby ukłucie i nigdzie się nie wybierałem. Nigdy też nie konfabulowałem, musiałem jedynie zostawać i udowadniać swoje poświęcenie Elenie.
Po roku wspólnego mieszkania zmarła matka Eleny, pochowaliśmy ją niedaleko chatki. Elena nie uroniła ani łzy – zdziwiłem się, ale może to był jej sposób żałoby. Tak samo przez kilka następnych miesięcy nie odezwała się do mnie choćby słowem. Nie wiedziałem, co czynić, ale trwałem przy niej w tym trudnym czasie.
Pewnego razu wybudziłem się ze snu jeszcze przed świtem. Postanowiłem oddać się dalszej pracy nad stodołą obok domu, jednak w trakcie wbijania gwoździ złamał mi się młotem, więc zdecydowałem się – skoro Elena dalej śpi – udać się do pobliskiego miasteczka po nowe narzędzie. Siadłem na swojego konia – jedyną rzecz jaka pozostała mi po wygnaniu z rodziny – i pojechałem na południe.
Jeszcze przed wjazdem do miasta poczułem dawno już zapomniany zapach cywilizacji i to co wcześniej opisywałbym jako smród, teraz nazwałbym najpiękniejszym zapachem spełnienia i radości dawno zapomnianego życia, a kiedy mknąłem na swym koniu przez dzikie pola rozjuszając stado zbóż i wpajając zapach wiatru czułem nieopisaną euforię i wolność.
W końcu wjechałem do miasta i udałem się do pobliskiego kowala, którego znałem jeszcze ze swych dziecięcych lat, kiedy to przyjeżdżałem tu ze swym ojcem. Od razu mnie poznał i przywitał z szerokim uśmiechem, powiedziałem mu o swojej potrzebie na młotek i choć nalegałem otrzymałem go od niego za darmo w prezencie. Opowiedziałem mu również moją historię o Elenie i potępieniu ze strony rodziny, przejął się moją opowieścią. Wtedy ujrzałem, że w kącie jeszcze ktoś przysłuchiwał się moim historią – Anastasia… – córka kowala.
Uśmiechnąłem się do niej, a ona odpowiedziała mi tym samym, rozpoczęliśmy pochłaniającą rozmowę o naszych życiach, przemyśleniach i uczuciach. Poczułem coś, czego nie potrafię opisać, coś czego, albo od dawna nie czułem, albo nigdy nie czułem. Pragnąłem zostać tam po wieczność ubóstwiając oczy Anastasii, jej czółko, policzki i nosek oraz słodką melodię płynącą z jej słów. Minęło wiele godzin, nastawało południe i wiedziałem, że muszę wracać, aby nie narazić się gniewie Eleny. Przeprosiłem gospodarzy i jak najprędzej ruszyłem.
Kiedy dotarłem, trwała absolutna cisza, nawet wiatr zamarł, a powietrze jakby zastygło i stało się ciężką mazią mroku. Wołałem Elenę, ale bez odpowiedzi. Znalazłem ją pogrążoną w szarości o zamkniętych oczach, leżącą na podłodze w chatce. Podbiegłem do niej i wziąłem w swoje ramiona.
– Ukochany umieram, a ty… Opuściłeś mnie. – wyszeptała bezsilnie.
– Eleno, słodka Eleno, jestem tutaj, przy tobie i nie opuszczam cię. Słyszysz?
– Stanie się ukochany tak, jak przepowiedziałam. Jest to nieuniknione. Uważaj, tylko aby krzywda twojej klątwy nie przypadła również Anastasii, której oddałeś już swoje zdradzieckie serce.
– Eleno, nie. Skąd? Elen. Jestem tutaj, ale skąd wiesz o Anastasii?
– Owoc naszego mirtu wskaże ci drogę i zaprowadzi ku zgubie. Biegnij ukochany. Biegnij! Na mnie już pora, żegnaj…
Wtedy pocałowała mnie po raz ostatni, a ja wyszeptałem jej imię ku pustce. Zacząłem wspominać każdy moment, każdą wspólną chwilę – nie uroniłem ani łzy.
Niebo rozdarło się, usłyszałem huk i runął ciężki deszcz, jakby świat opłakiwał stratę swej najważniejszej istoty. Wyszedłem na zewnątrz i położyłem się na tej mokrej i przemienionej w błoto ziemi – zniknąłem, pomiędzy światem żywych i umarłych, między światem logiki i transcendencji, przed oczami tylko jakby ulatujące widmo w stronę gwiazd, które w tańcu pogrążone śpiewały mi wysokie nuty, śmiałem się i więcej – nie pamiętam.
Obudziłem się rano, wraz ze Słońcem, otarłem czoło i chwiałem się nieprzerwanie, przed sobą miałem szkliste okręgi, jakby ponacinano mi gałki oczne. Nie wiedziałem, co robić – pochowałem Elenę niedaleko chatki, obok jej matki i postanowiłem pojechać do kowala i jego córki, lecz mój kochany koń – leżał martwy w morzu własnej krwi i flakami oraz resztą wnętrzności na wierzchu. Zakręciło mi się w głowie, a do moich nozdrzy poza odorem dostawały się mucha za muchą, potem do uszu i nawet oczu – krzyczałem, machałem rękoma i nogami, zacząłem tańczyć taniec wśród trupów pode mną. Usłyszałem muzykę dobiegającą z pól niedaleko lasu i tańczyłem, tańczyłem i tańczyłem – ze snu wybudziło mnie południowe Słońce. Pognałem czym prędzej do miasteczka na piechotę.
Kiedy mnie przyjęto, byłem pokryty potem, każdy z moich porów na skórze krzyczał i wypluwał żal i cierpienie. Cały trzęsący się uciekłem w ramiona Anastasii – przytuliła mnie czule i głaskała powoli po skroni. Mój oddech znowu zaczął kłusować powoli jak wolny ogier na polu dzikiej trawy. Chwyciłem ją nagle i pocałowałem namiętnie usta, prawie pozbawiając ją przytomności. Jej oczy były pełne zdziwienia, ale i radości.
Zostawiłem przeszłość – rodzinę, leśną chatkę i Elenę. Zamieszkałem nad pracownią kowala, wraz z jego córką i miesiąc po tych pełnych trwogi wydarzeniach – pobraliśmy się.
Pewnej nocy pogrążonej w burzy i oświetlanej światłem piorunów, kiedy niebo ciemne stało się jeszcze ciemniejsze przez chmury zła – przypomniałem sobie, o owocu mirtu. Wstałem z łóżka i pobiegłem do swojego starego kufra pełnego najróżniejszych dowodów mojej przeszłości i znalazłem go – cały zgniły i wysuszony – przeraziłem się na wspomnienie klątwy.
– Co czynić? – zapytałem się w duchu.
W tym czasie Anastasia słodka jak kwiat stokrotki spała w łożu. Ze swoimi złotymi włosami, które swoją bujnością przykrywały poduszkę.
Nagle rozdarł się przeraźliwy pisk, tak głośny, że całe miasto zbudziło się z najtwardszego snu, a psy zaczęły szczekać na złe duchy czyhające na ich panów. Błysk za oknem rozświetlił całą izbę – wtedy ujrzałem stan Anastasii.
Jej lica stały się sine, oczu zapadły się, a na powiekach wyrosły purpurowe żyłki. Ciało zdrętwiało, a skóra stała się lodowata i luźna. Przeraziłem się – moje ciało spowiła niewyobrażalna trwoga, której nie sposób opisać ludzkim językiem. Podbiegłem do Anastasii – nie miała pulsu, zmarła. Anastasia – moja ukochana nie żyła.
Nagle, kiedy leżałem pogrążony żałobą – otworzył się usta Anastasii. Już byłem uradowany, kiedy z jej wnętrzności zaczął wyrastać korzeń i za nim gałązki. Nie wiedziałem, czy śnie, czy może oszalałem. Na samym końcu tegoż krzewu zwisało małe ciałko – niemowlęcia. Było spokojne i pogrążone w transie. Stałem osłupiały, nawet teraz zapisując te słowa własną ręką, cały się trzęsę i nie dowierzam w to, co się wtedy wydarzyło.
Zdjąłem niemowlę z drzewka i momentalnie zaczęło płakać – tak niewyobrażalnie, że wszelkie okna tegoż miasta pękły jednocześnie.
Pomimo całej dziwności, przytoczonej sytuacji, wychowałem to dziecko jak swoje. Moja córeczka rosła niewyobrażalnie szybko, a choć była małą dziewczynką, to posiadała umysł dojrzały, nawet swym doświadczeniem przewyższającym mój.
Nadszedł jednak dzień chrztu i nadania jej imienia. Miałem przerażające myśli – córka niewyobrażalnie przypominała Elenę… – od lat wstrzymywałem się od wymienienia tego imienia. Musiałem podjąć decyzję, nadszedł już czas nadania imienia córeczce. Co robić, CO ROBIĆ.
– Elena! – wykrzyknąłem, wybierając dla niej imię.
– Tak mój ukochany, to ja – odpowiedziała moja córka? – spójrz na nasz owoc mirtu kochany.
Spojrzałem i… Stał się znowu piękny, jędrny i soczysty. Czyżby moja ukochana zrodziła się na nowo. Ale jak?!
– Ukochany, nie zastanawiaj się, nie myśl – jakby znała moje myśli – zatrać się ze mną w naszej miłości i odlećmy do innego świata, gdzie krzewy wysokie jak wieże strażnicze, a usta zawsze spragnione pocałunków. Gdzie czarne kruki wiążą na głowach wianki z kolorowych kwiatów, a chmury na niebie powstają z naszych głów. Chodź… Ze mną.
Wtedy chwyciłem wyciągniętą w moją stronę dłoń młodej Eleny, która ponownie w trakcie mrugnięcia oka stała się piękną młodą kobietą – jak chwilę przed swoją śmiercią.
Nagle otoczyła nas ciemność i znów staliśmy przy naszym jeziorze wtuleni w siebie – tylko drzewa były jakby bardziej zielone.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt