Czego od nas chcą?
Upłynęło już dwa tygodnie od pogrzebu Wandy. Ambroży bardzo przeżył śmierć najdroższej mu osoby. Kochał ją nad życie. Urodziła mu czwórkę dzieci. Antek miał już dziewięć lat, Wojtek siedem, a Danusia cztery. Ostatnie dziecko liczyło sobie trzy tygodnie. Niestety podczas porodu pojawiły się komplikacje. Wiejska akuszerka nie potrafiła sobie z tym poradzić. Dziecko uratowała, ale matka zmarła. Pochowali ją. Podczas pogrzebu coś w Ambrożym pękło. Rzucił się na trumnę żony i okładając ją pięściami, wrzeszczał:
— Dlaczego mi to zrobiłaś Wandziu! Sam sobie nie dam rady! Dlaczego?
Obecni na pogrzebie ludzie szeptali:
— Z żalu po żonie mu się w głowie poprzestawiało. Oszalał chłop.
Nikt nie odważył się podejść do niego i złożyć kondolencji, pocieszyć po stracie żony. Nawet jego teściowie nie podeszli do niego. Oni zaś, nie dlatego, że się go bali, ale dlatego, że obwiniali go za śmierć swojej córki. Uważali, że nałożył zbyt wielki ciężar na jej barki i ona tego nie wytrzymała. Nie przyjmowali do wiadomości, że przyczyna była zupełnie inna. Żałobnicy się rozeszli. Ambroży w samotności klęcząc nad grobem żony, użalał się nad sobą, mówiąc:
— Nie powinnaś mnie teraz zostawiać z maleńkim dzieckiem. Ja sobie nie dam rady Wandziu. Nie potrafię żyć bez ciebie.
Klęczał tak kilka godzin. Zrobiło się już ciemno. Rozejrzał się dokoła, nikogo już nie było. Pora było wracać do swojego domu. Czekały tam na niego jego dzieci i ciocia Izabela, siostra Wandy, która wbrew woli swoich rodziców postanowiła wesprzeć Ambrożego w najtrudniejszym dla niego okresie. Podniósł się z kolan, ucałował krzyż z tabliczką, na którym wypisane było imię jego żony i powolnym krokiem ruszył w kierunku domu. Po mniej więcej godzinie był na miejscu. Od parafialnego kościoła i cmentarza do domu Ambrożego było ponad trzy kilometry, a on się nie spieszył. Jakby nie zależało mu na tym, aby jak najszybciej dotrzeć do domu.
Wszedł do środka. Starsze dzieci siedziały przy dużym drewnianym stole i zajadały chleb z masłem, jaki przygotowała im ciotka. Izabela krzątała się przy garach, a najmłodsze dziecko płakało. Cały czas płakało. Nie pomagało kołysanie, tulenie, noszenie na rękach. Izabela wydawała się bezsilna wobec tego płaczu. Nie wiedziała, co robić. Sama nie miała jeszcze dzieci i nie rozumiała, dlaczego dziecko płacze.
— Może jest głodne albo ma mokro, podpowiadał Ambroży.
Sprawdzili. Przewinęli wspólnie niemowlaka, nakarmili mlekiem w proszku i położyli do plecionej z czerwonej wikliny kołyski. Ambroży bujał kołyską, sądząc, że dziewczynka zaśnie. Niestety nic to nie dało. Dziecko nadal płakało. Zrozpaczeni i zmęczeni dorośli postanowili położyć się spać. Starsze dzieci już spały. Płacz dziecka ucichł. Co za ulga. Izabela i Ambroży byli przekonani, że zmęczone płaczem dziecko samo zasnęło. Nie sprawdzali. Położyli się spać.
Obudził ich dziwny hałas dochodzący z kuchni. Oboje poderwali się na równe nogi. Przypuszczali, że któryś z chłopców poszedł do kuchni się napić herbaty i o coś się potknął. Pobiegli tam. Dzieci spały. W kuchni nikogo nie było. Wrócili do sypialni, ale nie potrafili zasnąć. Po chwili odgłosy się powtórzyły. Ewidentnie ktoś chodził po kuchni. Dyskretnie, po cichutku podeszli w tamtym kierunku. Nikogo nie było. Zaświecili światło i przeszukali każdy kąt. Nie znaleźli nikogo ani niczego, co mogłoby wydawać takie odgłosy.
— Żywej duszy! — powiedział Ambroży do Izabeli — chodźmy spać!
Udali się do sypialni. Każde do swojego łoża. Zasnęli. Po mniej więcej godzinie ponownie obudził ich odgłos przesuwanych mebli. Tym razem się przerazili. Weszli do pokoju, w którym ustawiona była kołyska dziewczynki. Dziecko uśmiechnięte wpatrywało się w coś albo w kogoś, kogo oni nie widzieli. Kołyska bujała się na boki.
Spojrzeli na siebie. Skóra zaczęła im cierpnąć, a włosy jeżyły się ze strachu na głowach. Uklęknęli i zaczęli odmawiać modlitwę za zmarłych. Pomogło. Po odmówieniu dziesiątka różańca świętego i trzykrotnego „Wieczne odpoczywanie…” odgłosy ustały. Kołyska przestała się bujać, a dziecko zasnęło.
Następnego dnia z samego rana Ambroży udał się wraz z Izabelą do jej rodziców, a swoich teściów, aby opowiedzieć im, co ich w nocy spotkało. Szukał u nich pomocy i rady. Prosił o przebaczenie, wiedząc, że obwiniają go za śmierć swojej córki. Upadł na kolana i błagał:
— Pomóżcie mi, proszę. Powiedzcie, że mi przebaczacie!
Oni jednak byli niewzruszeni. Nadal czuli do niego żal. Odwrócili się do niego plecami.
Izabela powiedziała:
— Jedźmy do księdza, dajmy na mszę za duszę mojej siostry.
Ambroży zgodził się. Pojechali na plebanię do proboszcza i zamówili kilka mszy z rzędu. Zapewnieni przez księdza o dobrej decyzji i ogromnej pomocy dla zmarłych, jaką daje modlitwa, powrócili z nadzieją do domu. Nastała noc.
Tuż przed północą usłyszeli znajome odgłosy. Przestawianie garnków na piecu, odgłos pokrywek nakładanych na rondle, kroki. Kołyska bujała się, a dziecko radośnie spoglądało w górę. Weszli do izby i się pomodlili. Po kilku minutach zapadła cisza. Sytuacja taka powtarzała się jeszcze przez kilka dni.
Ambroży powoli tracił wiarę, że zazna w tym życiu spokoju. Stał się bardzo nerwowy. Zaczął pić. W oberży ludzie doradzali mu, żeby odesłał Izabelę, bo to ona może być przyczyną jego problemów. Tak też zrobił. Pijany otworzył jej drzwi i wypędził z domu w samym środku nocy. Odeszła. Starsze dzieci płakały, bo zżyły się z ciocią. Ambroży położył się spać. Kilka minut później usłyszał głośny hałas, jakby ktoś rozrzucał meble po pokoju, tłukł talerze i szkło. Poderwał się na równe nogi i uciekł. Pobiegł na cmentarz. Stanął przed grobem Wandy i zapytał:
— Czego pragniesz najdroższa? Jak mogę ci pomóc?
Stał i czekał na jakąś odpowiedź, ale nic nie usłyszał. Wrócił do domu.
Następnego dnia jeszcze raz pojechał do proboszcza i opowiedział o wszystkim, co go spotkało. Poprosił o wizytę duszpasterską i poświęcenie pomieszczeń w jego domu.
Kapłan zgodził się i zapytał?
— Co jej powiedziałeś na pogrzebie, kiedy okładałeś trumnę pięściami?
Ambroży zastanowił się przez chwilę i odpowiedział:
— Byłem zły, że umarła, że zostawiła mnie samego z czwórką małych dzieci. Krzyczałem, że nie wolno jej było odejść w takim momencie, że sam nie dam rady.
Pomodlę się w twoim domu o spokój duszy twojej Wandy, a ty, kiedy nastanie noc i usłyszysz po raz kolejny te same odgłosy, powiedz jej głośno i z przekonaniem:
— Możesz już odejść Wandziu! Teraz już sobie poradzę! Odejdź w pokoju!
Ambroży wysłuchał słów proboszcza, a kiedy nastała noc i "gospodyni" zaczęła krzątać się przy garach, wszedł do kuchni i powiedział:
— Dziękuję ci najdroższa za pomoc. Zmądrzałem i zrozumiałem swoje błędy. Teraz już wiem, jak się zachować. Twoja pomoc nie będzie mi już potrzebna. Możesz odejść. Idź w pokoju!
Po tych słowach wszystko ucichło. Nigdy więcej sytuacja się nie powtórzyła. Ambroży od tego dnia samotnie wychowywał dzieci. Izabela pomagała mu, ale nigdy nie zostali parą. Uwierzył w siebie. Dał radę.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





- ze Stachurą ta szczęśliwa Wyspa… »
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt