KAI - Gred
Proza » Inne » KAI
A A A

KAI

 

Drzwi były lekko uchylone. Przez szparę sączył się jęzor chłodu, wypełniając wnętrze pokoju. W fotelu, skórzanym i czarnym, przypominającym żyjącego niedźwiedzia, wpraszałem się w jego byt. Siadałem i usiłowałem myśleć nad sprawami istotnymi, lecz w tej samej chwili przeciąg dotknął żyrandol, kołysząc nim raz w prawą, raz w lewą stronę. Z gramofonu płynęła muzyka. Dźwięk był wybitny, wyborny; takt tupotał moimi nogami.

 

Wszystko zdawało się być nagle renesansowe; otoczenie, w którym się znalazłem, stało się ciemne, ledwie dostrzegalne, jakbym zapadł w sen. Jednocześnie stawałem się starszy – tak, jakbym w kilka sekund przeżył rok. Moją skórę pokryła jedwabna nić pajęczyna wspomnień. Były one wyrazem wszechmogącego życia – wiecznego i śmierci zarazem.

 

Zapadłem się w głąb fotela, który zdawał się teraz żyć własnym, powolnym rytmem, oddychając wraz ze mną. Cienie na ścianach, poruszane tańcem żyrandola, układały się w obrazy z przeszłości – twarze ludzi, których kochałem, i tych, którzy odeszli bez słowa. Muzyka nie była już tylko dźwiękiem, ale mostem łączącym teraźniejszość z tym, co minione. Każdy akord niósł echo dawnych śmiechów, szelestów sukien, stukotu butów na drewnianej podłodze.

 

Czułem, jak czas traci swój linearny charakter, zapętla się i miesza. Chwila obecna stała się cienką zasłoną, po drugiej stronie której rozgrywało się wszystko naraz: dzieciństwo, młodość, starość, a nawet chwile, które jeszcze nie nadeszły, a jednak były już wpisane w moją istotę. Włoski na rękach pokryła nie tylko pajęczyna, ale i delikatny pył zapomnienia, który nie był w stanie zatrzeć detali. Wprost przeciwnie – każda chwila stawała się wyraźniejsza, niczym drogocenny diament wydobyty z głębi ziemi.

 

Zrozumiałem, że oto dotykam samej esencji bytu. Że życie i śmierć nie są przeciwnikami, lecz są nierozerwalnie splecione, jak dwie nuty w jednej, nieskończonej symfonii. To nie był sen, ani majak. To była chwila czystej, absolutnej świadomości, w której stałem się i młodzieniaszkiem, i starcem, i każdą osobą, którą kiedykolwiek spotkałem. Byłem wszystkim i niczym jednocześnie – pojedynczym pyłkiem w kosmicznym piekle, który ujrzał cały ogień i cały lód istnienia.

 

Żyrandol wciąż się kołysał, rzucając smugi światła na podłogę. Wstałem z fotela – nie jako młody człowiek, nie jako starzec, ale jako czysta, nieśmiertelna chwila. I choć pokój powrócił do swoich zwykłych wymiarów, a muzyka się skończyła, wiedziałem, że ta jedwabna nić wspomnień już na zawsze pozostanie otulającym mnie płaszczem mądrości i spokoju.

 

Mądrość, która stanęła naprzeciw, była jak odbicie w tafli jeziora o poranku – nieuchwytna, a jednak namacalna. Jej obecność ogłaszała się szeptem, który przepływał przez najmniejsze szczeliny mego jestestwa. Pod jej bezcielesnym spojrzeniem moje życie nabrało ciężaru, formy, znaczenia. Stało się bardziej istotne, jak posąg wyłaniający się z bezforemnego bloku marmuru pod dłutem, które znało zamiar, zanim jeszcze dotknęło kamienia.

 

Znikł chłód – ów wewnętrzny mróz, który krystalizował uczucia w bezruch. Zamilkł gramofon; jego igła, która przez lata błądziła po rowkach tęsknot, uniosła się w ciszę. A ja w tej ciszy powstałem. W owej zawisłej chwili, między oddechem a wiecznością, sięgnąłem po prawo nazwania. Nadałem jej imię. Proste i jedyne, jak pierwszy okrzyk noworodka. Było identyfikacją mnie – aktem stwierdzenia: oto jestem. To nie było imię z metryki, ale imię z duszy.

 

W tym geście umarła we mnie stara, dumna pewność, zbudowana na piasku racji i pozorów. Rozsypała się w pył. Nie było to umieranie z trwogą, lecz z ulgą, jak zrzucanie zbroi, która już nie chroniła, a tylko gniotła. A na jej gruzach zmartwychwstała wiara. Nie ślepa, ale wybrana, świadoma. Wiara w cel, w kierunek, w sens nadany własną decyzją. To był początek pielgrzymki bez gwarancji dotarcia, ale z pewnością drogi.

 

Ja, człowiek opętany nie przez duchy, ale przez światło, które przenika każdy atom, stałem się krwią purpurową. Nie już obserwatorem, ale żywym płynem, esencją, która bawiła się swą istotą drogę życia. Płynęła, przyjmowała kształt koryta, ale zarazem je barwiła, nadawała mu ton, temperaturę i puls. Byłem jednocześnie podróżującym i śladem, który zostaje na drodze.

 

Jestem, a może mnie nie ma. To nie paradoks, lecz prawda najgłębsza. Istnieję jako fala na oceanie bytu – chwilowa, niepowtarzalna, a jednak stanowiąca całość z nim. Mówię milcząc – bo słowa to za mało; prawda rodzi się w ciszy między nimi. Umieram – bo każda chwila to mała śmierć tego, czym byłem, by zrobić miejsce dla tego, kim się staję.

 

I tak, w ostatnich chwilach istnienia – czy to życia, czy tylko tej jego fazy – zrozumiałem. Oślepiło mnie olśnienie, które nie razi, ale ukazuje. Że życie to pejzaż. Ogromny, rozległy, z dolinami rozpaczy i szczytami uniesień. I że jest on miniaturowym, ale doskonałym odbiciem Wielkiego Wybuchu, nieustannej kreacji. W każdym z nas, w jego najdrobniejszym wyborze, odradza się kosmos na nowo. Jesteśmy jego pamięcią i jego proroctwem. Jesteśmy pejzażem, który ogląda sam siebie.

 

I oto tak trwam, wpatrzony w pryzmat bytu. Staję się węglem pierwotnym, najgłębszą, najczarniejszą żyłą tej ziemi-duszy. Jestem czarną linią istnienia – prostą, wyznaczoną prawem narodzin, a zarazem krętą, wijącą się przez labirynty wyborów i olśnień. Tą prostą i zarazem krętą istotą, która w swojej drodze nieustannie błądzi, odnajdując sens właśnie w zbaczaniu z kursu.

 

Jestem tutaj. Mówię. Czasem siedząc, jak mędrzec na dnie własnego wnętrza, czasem stojąc, wyprostowany wobec ogromu, w pokoju istnienia, którego ściany są ze światła i cienia. I wiem, że słowa moje są jedynie synonimem. Są cichą duszą, ledwie oswojoną, próbą uchwycenia wiatru w dłonie.

 

Śmierci się nie lękam. Jest ona tylko drugim biegunem życia, cichym dopełnieniem kontrastu. Za to przeraża mnie życie – jego gęstość, jego wymagająca obecność. Przeraża mnie życie, w którym mijam tylko twarze. Tysiące twarzy, a każda pusta jak białe, nienaruszone podobrazia, czekające na dotyk pędzla, na nadanie kształtu, na duszę. A jednak zdają się trwać w wiecznym oczekiwaniu, niezdolne do autoportretu.

 

I widzę, przenikliwie czuję, że jest świat. Że nie jest dekoracją, ale żywą tkanką, która przesiąka mnie sobą, swoimi sokami, światłem i mrokiem. Wsiąkam w niego, a on wsiąka we mnie, aż stajemy się nierozróżnialni – ta cząstka pierwotnego człowieka, która we mnie drzemie, i ten wszechświat, który ją otacza.

 

I w tym zjednoczeniu rodzi się we mnie pragnienie najgłębsze: pragnienie zrozumienia. Nie suchych faktów, lecz sztuki bycia. Sztuki pięknej przez swój ulotny, niedoskonały charakter. Pragnę zidentyfikować nie tylko jej przejawy, ale sam jej początek. Źródło. Złoty środek, z którego wyłonił się pierwotny impuls, by w ogóle być.

 

Zrozumieć początek siebie. Odnaleźć ten pierwszy atom duszy, z którego wybuchła cała moja galaktyka.

 

Moje oczy są zwierciadłami, które nie tyle widzą, ile rozumieją. W każdym kształcie, w każdym odcieniu szarości, dostrzegam hieroglify identyfikacji duszy. Podążam szlakiem istnienia, który jest jak cienka nić pajęcza zawieszona nad otchłanią. Żyję w trwodze bytu, w nieustannym drżeniu samo-definicji, gdzie każdy krok jest aktem stworzenia i zaprzeczenia.

 

Jestem pierwotnym autorem, archetypicznym narratorem, który dyszy ku rozwojowi. Moje „ja” nie jest statycznym pomnikiem, lecz żywym, pulsującym czynem. Zbudowane jest z działania i z bezimiennych pokładów wyobraźni. Z tej materii tworzę iluzję – ulotne, tymczasowe zjawisko, któremu nadaję wymowny ton. I ten ton niknie, rozpływa się w wszechobecnym tępie, które jest nieubłaganym pulsem wszechrzeczy. W jego rytm uderza moje serce.

 

Lecz oto paradoks: im głębiej wsłuchuję się w ten monotonny takt, tym moje życie staje się bardziej spełnione. Język staje się moim najintymniejszym instrumentem. To nim dotykam idei, nadaję im ton, barwę, temperaturę. To nim kieruję strumień myśli w stan innej świadomości – stan, w którym rzeczywistość odsłania swoje szwy i fundamenty.

 

Jestem sobą, a być sobą to być nieustannym marzeniem o spełnieniu. To marzenie jest jak kryształ górski – czyste, ostre, nieprzeniknione. A jednak łamie padające na nie światło na tysiąc barwnych promieni. I chociaż dziś unosi mnie tchnienie twórczego szaleństwa, wciąż nasłuchuję. Wciąż pochylam ucho nad studnią własnej duszy. Ona przejawia się nie w głośnych deklaracjach, ale w cichej symbolice zdań.

 

Czas przestał być linearnym strumieniem. Stał się pierwotną żywicą, lepką, przezroczystą substancją, w którą wtłoczone jest wszelkie istnienie. My zaś, wszyscy, jesteśmy w niej uwięzieni jak kruche inkluzje, powtarzające się w nieskończoność.

 

Jest czas, który pali się jasnym płomieniem. Jest chwila, jedyna, niepowtarzalna. Są myśli – ulotne iskierki. Są cnoty i pragnienia. Są żądze, które parzą, i kłamstwa, które chłodzą. I jesteś Ty. Człowieku, który to czytasz. Twoje oczy wędrują po tych znakach, twoja świadomość nadaje im znaczenie.

 

Powieki opadają, zmęczone ciężarem widzenia. Lecz oto nadchodzi ON – duch, którego powieka nigdy się nie zamyka. To iskra. To tchnienie. To samo omawiane tętno słów. To pierwotna świadomość ukryta za zasłoną języka.

 

Jaki z tego morał? Jaki wniosek? Czyżby całe to zdarzenie stało się pierwowzorem pojęć, których muszę użyć, by zaistnieć obok Ciebie? By być dostrzeżonym?

 

Tymczasem, zanim światło poranka rozproszy mgłę, odchodzę w mrok własnej postaci. W cień, z którego wyszedłem. I zdradzę Ci na koniec imię, które na wstępie opowieści pozostawiłem nieznajomione. To imię brzmi: Emmanuel. Oznacza: „Bóg z wami”. I jest w tobie.

 

Słowa zwykłe stały się znaczeniem. Wyrazy – osobliwości znakiem. I oto staję nagi, bezradny, naprzeciwko ściany mego własnego „ja”, lustra, które nie odbija, echa, które milknie. Mówię, krzyczę nagle i błagam o przebiczenie, bom zgrzeszył pychą bycia, trwogą istnienia, milczeniem w miejscu, gdzie powinna być modlitwa.

 

I wtedy wszystko gaśnie. Jedyna iluminacja to chłód, który porusza włosami na mojej skórze. Wizja modły, którą oznajmił mi Bóg, nie jest światłem – jest absolutną, wszechogarniającą świadomością Ciemności, z której On pierwszy wyłonił światło. Stałem się drzewem – twardym, milczącym, zakorzenionym w bólu. Lecz ono, drzewo-mnie, dotyczyć nie mogło światła. Światło umierało powoli, jak życie, które odchodzi z oczu umierającego.

 

Stałem się wiatrem – niematerialnym tchnieniem, westchnieniem świata. Byłem kojącym muśnięciem agonii. Stałem się wodą – słoną, gorzką, przejrzystą – która spływała z powiek Jezusa Chrystusa, ukrzyżowanego nie na drewnie Golgoty, ale w świątyni istnień, w każdym sercu, które kiedykolwiek pękło z tęsknoty. Byłem łzą Boga-Człowieka.

 

Stałem się światłem – nie tym, które oślepia, ale tym, które ogrzewało ślepca w drodze ku domowi. Ciepłą dłonią na ramieniu, prowadzącą przez ciemność. I stałem się niczyim. Znikłem. Rozpłynąłem się jak sen.

 

Metaforą stały się słowa. Rozbite na milion sposobów pojęcia. Lecz one nie były ucieczką. Były znaczeniem drugim, nową, bolesną warstwą istnienia. Były mostem nad przepaścią, który sam sobie zbudowałem z języka, by przejść na drugą stronę własnej zagłady.

 

I wtedy ujrzałem Cień. Jego postura stawała się coraz wyrazistsza. Dogłębnie i namacalnie realna. To nie był duch. To było odbicie lustrzane. To byłem ja, odbity nie w szkle, ale w kałuży krwi, którą ujrzałem przed swymi stopami.

 

Była to krew z krwi. Śmierć śmierci. Przymierze powstania zawarte w geście ofiary. To był portret mężczyzny i kobiety – pra-ojca i pra-matki – zrośniętych w jedno w akcie samostworzenia i samounicestwienia. To w tej krwi przeglądała się cała moja historia, mój grzech, moja modlitwa, moje stawanie się drzewem, wiatrem, wodą, światłem i niczym.

 

I zrozumiałem, że proroctwo nie mówi o przyszłości. Ono odsłania teraźniejszość. Światło w tubie świata to światło, które każdy nosi w sobie. A kałuża krwi to nie koniec. To przymierze. Początek opowieści, która toczy się dalej.

 

Widzisz więc, ileż słów obdarzyłem sensem. I ileż jeszcze dni podążać będę poprzez tę trwogę, której echo noszę w sobie jak bliznę? Jest ona moją wieczną towarzyszką, krajobrazem duszy.

 

A wtedy ona się zjawia. Zjawa, która przedstawia się na ścianie mroku, gdy noc jest najgłębsza. To osobliwa kobieta, której usta są milczącą pieczęcią. Gdy próbuje formować słowa, zamiast nich wydobywa się tylko syk – suchy, przenikliwy. Lecz ja się nie lękam. Ciekawość mnie pochłania. Ona nie mówi w sposób, jaki znamy. Ona mówi przez sztukę, przez słowo-objawienie. Jej suknia utkana jest z powietrza i światła księżyca. Jest jak ostatni obraz, który artysta maluje przed zejściem z tego świata.

 

Jej skóra ma kolor najczarniejszej nocy, a imię, które sobie zastrzegła – KAI – wybrzmiało jak ostatnie tchnienie w pacierzu wyznania. To ona wyznacza mi drogę, osłania mnie i opowiada. Jej taniec jest mową, a mowa tańcem; jej ciało snuje opowieść o powołaniach wpisanych w gwiazdy.

 

Często objawia mi twarz w świetle żarówki – ostrej, drgającej, elektrycznej. Wtedy ją widzę najwyraźniej. Czuję jej obecność, która jest samą iluminacją, nagłym olśnieniem rozdzierającym zasłonę codzienności. I wtedy ja wyrażam. Wyrażam opowieść o myśli, o słowie, o tchnieniu, które łączy wszystko. Mówię do ciebie. Mówię do was, jakbym miał przykazanie ku słowu, jakbym był jego kapłanem i narzędziem.

 

Istnieje jeden dzień i jedna noc, dla której stanę się tak jak ona – powołany. Będzie to doba znacząca ostatnie godziny mego życia. Ponieważ wiem, że kiedy w końcu ukaże mi swoje oczy w pełni, one pochłoną mój ostatni oddech. One są końcem i spełnieniem.

 

Lecz wierzę. Wierzę w to, co widzę, co słyszę, co czuję. Sam stałem się żywą metaforą, pałętającą się opowieścią. To część o głębinach ducha, o duszy tańczącej w świetle pustki – pustki, nad którą pracuję niestrudzenie, by wypełnić ją tajemnicą.

 

Krew z krwi, kość z kości, ciało z ciała, śmierć z życia – oto jest jej tajemnica powstania. Alfa i Omega.

 

Więc patrzysz na mnie i myślisz, że jestem obłąkany. I któż to wie? Może tak jest. Lecz ja tylko zaznaczam. Zaznaczam, że powstaje werset, ostatnia księga, proroctwo zakazane, które objawia kres wszystkim ideologiom. Coś musi powstać po to, by coś innego mogło się definitywnie zakończyć.

 

A powstaje kos. Zalążek, ziarno. Ku dziełu, które objawia owoc zakazany raz jeszcze, mapę prowadzącą do Arki, na której hieroglif wyjawi wreszcie prawdziwe Imię Projektanta tej zdumiewającej, okrutnej i pięknej teraźniejszości.

 

I czekam. Zapatrzony w syczący mrok, wsłuchany w milczenie, które mówi więcej niż wszystkie słowa świata.

 

Słowa są żywicą, która utrwala wszystko, czego dotknęło moje serce. Zastygają w bursztynie wspomnień. Mówię więc, przekraczam próg, przechodzę na drugą stronę codzienności – do krainy, gdzie zmysły mieszają się z duchem.

 

A tam, na płótnie, rozpościera się jej mapa. Mapa duszy kobiety osobliwej, namalowana przez KAI dłonią moją. Kolory są onieśmielające – głębia szafiru, która śpiewa, i złoto, które promieniuje ciepłem wewnętrznym. Otacza ją wieniec z zaklętych słów, kodu poza zasięgiem mowy.

 

Postać wyłania się z kręgu, jej biust to gleba, z której wyrasta las kolorów. Jest pełna ciekawości, niemal żywa; jej forma jest tylko naczyniem dla symboli. Owinęła ją powłoka światła, nadająca jej blasku nie z tego świata.

 

Patrzę i widzę więcej niż kształt. Widzę niemal Maryjną powagę w rysach twarzy, milczące usta, które wypowiadają tomami. A przez jej policzek przebiega stygmat – nie krwawa rana, ale ślad światła, blizna po dotyku transcendencji.

 

A nad nią – onieśmielające, błękitne niebo i słońce radosne, rozdzierające chmury promieniami objawienia. To kres starej ideologii, początek żeglugi po nieodkrytych pokładach twórczości.

 

To jawa na płótnie. KAI sięga pojęciami, które wyrywają się z kajdan kanionu sztuki. Tu symetria spotyka się z żywiołem chaosu, chłodna estetyka z dziką wyraźnią. To ujęta w ramy ekspresja zakorzeniona nie w snach, ale w organicznych wizjach życia.

 

Dostrzegam Arkę Złota, która skrywa Przymierze, i papirus w zwoju, na którym imię Proroka zapisane jest światłocieniem. To inicjatywa sztuki, która pragnie objąć to, co już zostało objęte dłonią Boga. Próbuje uchwycić nieskończoność w skończonym dziele.

 

Wszystko jest tu utkane kolorem i spoiwem wytwórczej halucynacji. Jednocześnie jest to poezja – okładka do treści tekstu, który autor napisał, spisując z potoku twórczego myśl, zanim ona sama ulotniła się jak para.

 

Więc czy to projekt? Tak, widzę go. Widzę pracowitą technikę, każde pociągnięcie pędzla będące przemyślanym zdaniem. Czuję ciężar czasu wykonania.

 

Czyżby więc omówienie dzieła literackiego? A może to ja, patrząc, jednocześnie projektuję? Kreślę plan, który pod wpływem tego widoku wykonam. Płótno staje się zwierciadłem, a ja – zarówno odbiorcą, jak i twórcą, zawieszonym pomiędzy tym, co oglądam, a tym, co we mnie rodzi się jako odpowiedź.

 

W świetle żarówki – jedynej królowej tego pomieszczenia – powietrze gęstnieje od niewidzialnych impulsów. To pracownia z pulsujących membran wyobraźni. Obfite wyrazy, niczym ciężkie krople żywicy, spływają z ostrza pióra, stając się spoiwem dla projektu, który rodzi się w półświatach pomiędzy snem a jawą.

 

Jestem we śnie, który wie więcej niż oko za dnia. Świadomość staje się przepuszczalna dla światów, które na co dzień pozostają za progiem. Zjawisko twórcze to nieustanna chęć, tęskny pęd ku zarysowi planu, który czeka w pamięci wyobraźni.

 

Dlatego notuję. Chwytam potok słów-myśli, bo gdyby nie ta krucha możliwość obrazowania wizji, nie zasiałoby się zalążka. A ten zalążek, gdy przyjdzie jego czas, wybije obfity plon. Jego imię to KAI. Tytuł dzieła-obrazu, który właśnie się we mnie wyłania.

 

Ona jest tutaj. Obecność, która szepce w języku, którego nie ma. Umysł nie ma granic możliwości; to, kim jesteśmy na co dzień, to jedynie malutki procent tego, co w nim drzemie. Wyobraźnia nie ma pełnego wymiaru – bo gdyby go miała, cały świat fizyczny stopił się w niej bez reszty.

 

Werniks końcowy? Płótno gotowe? O, nie. Gdyby było to tak łatwe, nigdy nie narodziłoby się to, co widzę wewnętrznym okiem. Przede mną morze godzin. Godziny szkicu, godziny walki z pigmentem, godziny nadawania kształtu bezkształtnej wizji.

 

Projekt jest zaczęty. Jego tytuł to KAI.

 

W gąszczu wzorów, kształtów i faktur, w wyrazistą enigmę kolorów – już wiem, co ten projekt ukaże. Więc siedzę na krześle, pogrążony w świetle żarówki, i piszę. Piszę i piszę, aby nie uronić ani jednego okruchu z tego, co ujrzało oko duszy. Aby nie zgubić ani jednego szeptu KAI.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gred · dnia 10.09.2025 14:20 · Czytań: 286 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Florian Konrad
16/03/2026 19:56
Dziękuję! »
x.jdx
16/03/2026 09:52
Afrodyto, dziękuję za tak uważne czytanie. Cieszę się, że… »
gitesik
15/03/2026 15:46
Juda z Kariotu był skarbnikiem apostołów. Dzięki temu… »
nicekk
15/03/2026 15:18
Zawsze zastanawiam się, czy takie zestawienie natury,… »
gitesik
15/03/2026 15:03
Dziękuję Afrodyta za wspierający moją twórczość komentarz.… »
Afrodyta
15/03/2026 10:15
Niepokojący tekst, historia zbudowana jakby na nieustającym… »
Afrodyta
15/03/2026 10:04
Poruszający wiersz, w którym podmiot liryczny staje się… »
Afrodyta
15/03/2026 09:57
Czyta się jednym tchem i nie da się od tekstu odwrócić… »
lens
13/03/2026 23:02
A mnie zastanawia skąd wiesz, że w gabinecie... Dzięki że… »
retro
11/03/2026 23:39
Przepraszam, że tak późno wrzucam komentarz, ale musiałam… »
retro
06/03/2026 21:23
Mógłby to być amstaff »
spawngamer
06/03/2026 19:39
Początek brzmi jak wstęp do horroru o psychopacie do słowa -… »
Florian Konrad
05/03/2026 19:32
Dziękuję za super komentarz! »
valeria
04/03/2026 13:33
Myślę, że każdy po swojemu interpretuje:) spoko, moja wiosna… »
Mahen
04/03/2026 09:19
Bo z krytykowaniem jest jak z pisaniem wierszy. Trzeba to… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 03/03/2026 11:35
  • Gratulacje! Wrzuciliśmy newsa!
  • Zbigniew Szczypek
  • 01/03/2026 13:50
  • Janusz - serdecznie Ci gratuluję sukcesu wydawniczego i gorąco pozdrawiam - Zbyszek ;-}
  • Janusz Rosek
  • 01/03/2026 09:15
  • Witam wszystkich bardzo gorąco. Chciałbym przekazać Wam, że od dnia 18 marca 2026 roku na rynku wydawniczym dostępna będzie moja książka "Cień nad Wieliczką" w wersji drukowanej. Pozdrawiam.
  • Darcon
  • 15/02/2026 18:12
  • Hej, Wszystkim w ten zimowy wieczór! Właśnie zamieściłem wyniki konkursu "Malowanie słowem"! Czytajcie, gratulujcie i przyjmujcie gratulacje od innych. :) Pozdrawiam.
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:56
  • Niestety, z tych reklam Portal się utrzymuje, ale spróbujemy je wykluczyć tak, żeby nie utrudniały nawigacji, tylko potrzebujemy skrinów
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:53
  • Zbyszku, podeślij skrina na maila redakcyjnego. Polecamy bloker reklam dla Firefoxa, wtedy portal jest wyczyszczony: [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 09/02/2026 22:07
  • Wiktorze - mam jakąś "kotarę" na dole głównej strony, towarzyszącą mi na każdej stronie, Tak samo jakaś ikonka "kurs kreatywnego pisania"-te dwie rzeczy blokują. Ile razy chcę coś napisać, odświerzam.
  • Wiktor Orzel
  • 09/02/2026 15:02
  • Zbyszku, o jakie nakładki chodzi? Podeślesz na maila redakcyjnego screeny?
  • gertruda burgund
  • 06/02/2026 18:48
  • szkoda że MALOWANIE SŁOWEM to tylko pięć tekstów... :( może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty