Łyk ciemności.
Noc była aksamitną czernią, gęstą i nieprzeniknioną jak smoła, a jednak jej esencja – żywiczny, ziemisty zapach starości i tajemnicy – sączyła się przez szczeliny w okuciu starego okna. Wpływała do pokoju nie jako woń, ale jako namacalny strumień, który muskał moją skórę, wślizgiwał się do płuc i napełniał je pierwotną energią. To nie był smutek, to był oddech samego istnienia, gęsty i słodki. Czułem, jak bezwładne dotąd ciało napełnia się mocą, naturalną jak bicie serca. Pragnąłem wznieść tryumfalny toast za wszystko, co nieznane, za samo życie, które pulsowało za szybą niczym czarne, niewidzialne serce.
Uniosłem się na łokciu. Światło wiszącej lampy nie było już tylko elektrycznym blaskiem – było to płynne, ulotne promieniowanie, które zalewało pokój niczym powódź. Jego palce ze światła dotykały mnie, badały, przesuwały się po mojej nieruchomej formie jak po eksponacie. Pod jej czujnym, nieruchomym okiem stałem się posągiem, który w środku kipiał wulkaniczną żywotnością. Byłem naczyniem wypełnionym po brzegi gorącym, płynnym srebrem nieznanych poematów, które układały się w opowieść o mnie, której stron jeszcze nie przewróciłem.
Mój wzrok przesunął się po ścianach. Były pomalowane na ten sam niebiesko-żółty odcień, który pamiętałem z domu babci – kolor starych, pożółkłych kartek baśni, w których zatopił się mały chłopiec. To byłem ja. Ten chłopiec, dla którego życie było wówczas jedynie pierwszą, czystą kartą, niewinnym zdaniem rozpoczynającym wielką epopeję. Teraz ta opowieść toczyła się dalej, a ja czułem jej ciężar na barkach i blask bijący od jej stron.
Z magnetofonu, tego czarnego, poczciwego pudła z duszą, sączyła się muzyka. Jakaś stara, jazzowa kompozycja, pełna szlochu saksofonu i melancholijnych akordów pianina, które opadały na pokój jak jesienne liście. Lecz w alchemii tej nocy, dźwięk ten przestał być tylko falą akustyczną. Stał się symfonią wznoszoną ku górze przez ducha. Mojego ducha. Jego świadomość oderwała się od uwięzi codzienności – od listy zakupów, zaległych rachunków, od skorupy obiektywnego „ja”. Unosiła się swobodnie, sięgając poza horyzont namacalnego.
I wtedy, z nagłą, druzgotającą jasnością, poczułem: byłem duszą rozłupaną na dwoje.
Pierwsza jej połowa była śmiała, niemal agresywna. Czysty, zimny snop światła reflektora, który przecinał mrok mego umysłu. To ona rzeźbiła teraźniejszość, nadając kształt bezforemnej rzeczywistości. Budowała świat z figur geometrycznych: ten stół jest kwadratem, lampa kulą, cień pod krzesłem – ostrym prostokątem. To ona nazywała rzeczy po imieniu, porządkowała chaos, była architektem mojego istnienia w świecie materialnym. Była moją zbroją i mieczem.
Druga część była jej zupełnym przeciwieństwem. Lękliwa, wstydliwa, delikatna niczym pajęczyna osadzona rosą. Nie budowała, a wyczuwała. Nie nazywała, a opiewała. Była jak nieskończona odyseja – długa, meandryczna, pełna zatopionych wysp i głębinowych prądów. Ta część nie interesowała się kształtem stołu, ale jego duszą – drżeniem, które wywołał na nim czyjś dotyk przed laty, śladem po postawionej szklance, ciepłem, które wchłonął. Mówiła o zabarwieniu życia wiecznego, o tym nieśmiertelnym pierwiastku, który łączył mnie z tamtym dzieckiem wpatrzonym w niebiesko-żółte ściany, z każdym człowiekiem, który kiedykolwiek czuł to samo uniesienie lub smutek. Była moim mostem w nieskończoność.
Śmiały strumień światła pragnął wznieść toast, chciał działać, iść naprzód. Delikatna odyseja chciała zastygnąć w tej jednej, wiecznej chwili, wsłuchiwać się w szloch saksofonu i w szepty nocy, poczuć jej wieczność.
I tak oto siedziałem na łóżku – człowiek, istota rozdarta między doczesnością a wiecznością, między gliną a duchem. Żadna z tych części nie była gorsza. Były po prostu dwiema stronami tej samej monety, rzuconej wysoko w powietrze życia.
Powoli, poruszony tą pierwszą, śmielszą częścią, sięgnąłem po pustą szklankę stojącą na nocnym stoliku. Uniosłem ją w kierunku okna, w kierunku czarnej, przenikliwej nocy. Nie było w niej wina, tylko gęsta czerń, która wypełniła ją po brzegi jak płynny obsydian.
„Za życie”, szepnąłem do siebie. Za to, które było, które jest, i za to wieczne, które nigdy się nie kończy, a tylko zmienia formy. Za światło i za cień. Za symfonię i za ciszę po niej.
I wypiłem łyk ciemności. Jego smak był słodki jak dojrzały owoc i gorzki jak popiół. I był doskonały.
Doskonale życie – czym jest? Czasem przybiera formy tak wyraziste, że zdają się być misternym rzeźbieniem w twardym marmurze czasu. To nieustanne dłutowanie w bryle wieczności, gdzie każdy odłupany odłamek chwili odsłania spod spodu kolejną, jaśniejszą warstwę sensu. Pytam więc – a może to pytanie wymawia się samo przeze mnie, nieświadomie, mimowolnie, jak modlitwa wypowiedziana w archaicznym języku, który jest jednak jedynym językiem duszy? To specyficzny sposób dociekania, który wznosi fundamenty istnienia, kładzie kamień węgielny pod wielką świątynię świadomości.
A przecież przeszłość mieni się za mną jak mozaika z kolorowego szkła, pięknymi, wyrazistymi wspomnieniami. To życie pełne jaskrawych barw i ostrych kształtów, które zdawały się oczywistą, niepodważalną formułą spełnienia. Każdy gest, każde słowo, każdy promień słońca łamiący się w porannej rosie miał wtedy swój niepowtarzalny ciężar, swój jedyny w swoim rodzaju smak. I wszystko, absolutnie wszystko, miało swój cel. Miało swój porządek i swoją wartość. Są one teraz dla mnie pierwowzorami pojęć, archetypami, nad którymi mogę jedynie pochylać głowę w milczącym zdumieniu. Są jak starożytne freski, których intensywności barw i głębi znaczeń nikt już nie odtworzy.
Z tych pięknych kart, z tego barwnego życia, z tych błyskotliwych wspomnień niczym monety wycofane z obiegu – z tego toczącego się spektaklu, który układał się niemal w boski poemat, w werset doskonałości – zostałem wyprowadzony. Jakaś niewidzialna ręka odwróciła stronę. Jakaś stopa zmiotła dawną scenografię. I oto prowadzi mnie ono dalej, ale już nie w blasku jupiterów, ale w cichy, szary półmrok. Prowadzi mnie w stronę cienkiej, psiej struny życia. W jej nerwowe, ledwo dostrzegalne drganie, gotową pęknąć przy zbyt gwałtownym dotknięciu. W jej monotonny, przejmujący dźwięk, który wibruje dziś w każdej mojej komórce. I tak oto doskonałość, ta niegdyś przeżywana, stała się jedynie zapisaną partyturą, do której już nie gram. Stała się echem echa. A ja nadstawiam ucha, wsłuchując się w teraźniejszy, psí świergot istnienia, szukając w jego dysonansach nuty tej doskonałej, utraconej melodii.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pozdrawiam.
może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt