Fragment siedemnasty
Jak siostra z bratem
Zaskoczony obrotem sytuacji Jacek nie potrafił wydobyć z siebie ani jednego słowa. Patrzył z niedowierzaniem na swoją matkę, a po policzkach spływały mu łzy. Nie miał żalu do matki, za to, że pokochała innego człowieka będąc mężatką, ale za to, że pokochała właśnie jego – Kacpra. Ojca kobiety, w której się bezgranicznie zakochał, z którą wiązał wielką nadzieję, której zamierzał się oświadczyć i z którą, jeżeliby go przyjęła zamierzał przeżyć resztę swojego życia. Rozżalił się nad sobą:
— To niesprawiedliwe. Przez całe swoje życie nie poznałem ojca, sądząc, że nie żyje, pogodziłem się z tym. Dzisiaj dowiaduje się, że z dużym prawdopodobieństwem ten sam człowiek, którego ja nie poznałem, jest ojcem kobiety, którą kocham. To niesprawiedliwe!
Zuzanna przez chwilę nic nie mówiła, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości, że to mogła być prawda. Nerwowo spoglądała na Jacka i Ojcumiłę cały czas powtarzając:
— To niemożliwe! Los nie może być dla nas taki okrutny. To niemożliwe.
Ojcumiła podniosła się z fotela i skierowała się do drzwi. Przed wyjściem powiedziała:
— Mój ojciec Kacper miałby teraz osiemdziesiąt pięć lat. Urodził się w roku tysiąc dziewięćset pierwszym. Trzy lata temu zmarł. Zaraz po mojej matce Barbarze. Pochowaliśmy ich na tamtejszym cmentarzu.
Zuzanna nic nie odpowiedziała. Zrozumiała, że obie mówiły o tym samym człowieku.
Matka Dobromira powróciła do swojego mieszkania. Jacek odprowadził ją do samych drzwi. Nie wszedł jednak do środka. Podał jej rękę na pożegnanie i wyszedł z bloku. Nie było to czułe i namiętne pożegnanie jak jeszcze kilka dni wcześniej, ale oficjalne, jakby się żegnał brat z rodzoną siostrą. Coś pękło, rozsypało się. Wiadomość o wspólnym ojcu oddaliła ich od siebie. Przestali się spotykać. Uczucia obumarły, a w życiu każdego z nich pojawiła się przerażająca pustka.
Po mniej więcej miesiącu do drzwi Ojcumiły zapukała nieznana Dobromirowi kobieta. Otworzył drzwi.
— Pani do kogo? — zapytał.
— Ja do pani Ojcumiły. Mam na imię Zuzanna. Jestem matką doktora Jacka.
— Mamo! — zawołał Dobromir — ktoś do ciebie!
Ojcumiła powoli dotarła do drzwi.
— W czym mogę pani pomóc? — zapytała.
W jej głosie dało się wyczuć żal i niechęć do tego spotkania. Dobromir zauważył to i zapytał:
— Mamo, wszystko w porządku? Kim jest ta pani dla ciebie? Mam ją wyprosić?
— Nie syneczku, nie trzeba. Wpuść panią do środka.
Ojcumiła przełamała w sobie niechęć do Zuzanny i zaprosiła ją do pokoju. Zaczęły spokojnie rozmawiać.
— Życie jest niesprawiedliwe — wyrzekła Zuzanna. Jacek był z tobą taki szczęśliwy, taki radosny. Cieszyłam się waszym szczęściem. Ta wiadomość o wspólnym ojcu spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Załamał się. Na niczym już mu nie zależy.
— Czego pani ode mnie oczekuje? — zapytała córka Kacpra — jak mam mu pomóc? Powinnam zaprzeczyć i wyrzec się swojego ojca?
— Nie, nie o tym myślałam — powiedziała Zuzanna.
— Jaki zatem ma pani pomysł — dopytywała Ojcumiła.
Nieświadomy złożoności sytuacji Dobromir przysłuchiwał się rozmowie pań i próbował zrozumieć o czym, albo raczej o kim one rozmawiają. W którymś momencie usłyszał imię Kacper.
— Rozmawiacie o moim dziadku? — zapytał zaciekawiony.
Dosiadł się do kobiet i zapytał:
— Pani znała mojego dziadka?
Zuzanna zarumieniła się i nie odpowiedziała. Pytanie Dobromira najwyraźniej wprawiło ją w zakłopotanie. Nie chciała mu powiedzieć.
— To bardzo długa i zawiła historia syneczku — odpowiedziała Ojcumiła.
Dobromir odpuścił i nie drążył tematu. Udał się do swojego pokoju. Kobiety kontynuowały rozmowę. Ojcumiła przyniosła album rodzinny i wspólnie z Zuzanną zaczęły oglądać czaro-białe fotografie.
— To są moi rodzice — powiedziała Ojcumiła do Zuzanny pokazując jedną z pierwszych wspólnych fotografii.
Oczy Zuzanny zapłonęły blaskiem.
— To jest mój Kacper. Jednak przeżył wojnę. Chwała Bogu — wyszeptała Zuzanna, dotykając delikatnie starej fotografii.
— Więc to prawda! — skomentowała matka Dobromira — co za zbieg okoliczności. Świat jest taki mały. Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze.
— Tak mi was żal córeczko, polubiłam cię od samego początku, chociaż cię nie znałam — niespodziewanie powiedziała Zuzanna. Jacek opowiadał mi tyle o tobie, był taki szczęśliwy, a teraz…
— Trudno, musimy się z tym pogodzić — odpowiedziała Ojcumiła. Tak czy inaczej, zostaniemy rodziną. Zamiast męża będę miała brata. Zawsze to jakiś zysk.
Zaciekawiony rozmową Dobromir zajrzał do pokoju i zapytał:
— Dobrze słyszałem? Mam jakiegoś wujka? Kiedy go poznam?
— Już go znasz — powiedziała matka. To pan Jacek. Ten lekarz.
— Niezła jazda — rzucił Dobromir. Nie wiedziałaś do tej pory, że masz brata? Jak to możliwe?
Fragment osiemnasty
Bystrość umysłu Dobromira
Ojcumiła nie odpowiedziała na pytanie Dobromira. Sama zastanawiała się nad tym i nie rozumiała, dlaczego los z nich zakpił. Sądziła, że znalazła swoje szczęście w osobie wspaniałego lekarza i cudownego człowieka, a tu taka wiadomość. Są rodzeństwem, chociaż po dwóch różnych matkach.
Uśmiechnęła się i powiedziała:
— Najwyraźniej tak miało być. Szczęście nie było nam pisane.
Zuzanna tylko pokręciła głową i rzekła:
— Ty córeczko przynajmniej miałaś ojca. Jacek go nawet nie poznał.
Dobromir przysłuchiwał się rozmowie kobiet. W pewnym momencie zapytał matki:
— Czy ja dobrze rozumiem? Ty i doktor Jacek jesteście rodzeństwem?
— Tak syneczku, mieliśmy tego samego ojca. Dziadka Kacpra.
— To niemożliwe! — zawołał Dobromir — babcia Barbara opowiadała mi, jak dziadziuś Kacper uratował cię z płonącego domu, kiedy byłaś jeszcze niemowlakiem. Nie jesteście rodzeństwem!
Oczy Zuzanny zapłonęły nowym blaskiem. Spojrzała na Ojcumiłę pytającym wzrokiem. Zapadła cisza. Matka Dobromira się zastanowiła. Przypomniała sobie, jak dzieci w szkole naśmiewały się z niej, że jest kupiona dla zabawy. Pamiętała, jak Barbara przekonywała ją, że dla nich jest kochaną córeczką bez względu na to, czy jest rodzona, czy adoptowana. Jest ich dzieckiem. Odwróciła się w kierunku Zuzanny i powiedziała:
— Dobromir ma rację! Nie jesteśmy rodzeństwem! Barbara i Kacper adoptowali mnie po śmierci moich prawdziwych rodziców. Przelali na mnie wszystkie swoje uczucia, abym się czuła kochana. Dbali o mnie i chronili mnie przed złymi ludźmi. Dla mnie byli rodzicami, najlepszymi, jakich mogłam sobie wymarzyć, ale według litery prawa nie jestem ich rodzoną. Nie możemy więc być rodzeństwem.
Słowa Ojcumiły uradowały Zuzannę. Czym prędzej ubrała się i pożegnała. Wychodząc, zawołała:
— Biegnę przekazać Jackowi tę radosną wiadomość! Mam nadzieję, że do tej pory jeszcze nie zwariował!
Po wyjściu Zuzanny Ojcumiła przytuliła czule Dobromira i powiedziała:
— Dobrze, że chociaż ty synku masz głowę na karku. Ja o tym nie pomyślałam. Pogodziłam się ze swoim losem. Dziękuję ci.
Dobromir uśmiechnął się i pocałował matkę w czoło. Potem rzekł:
— Mam nadzieję, że dobrze zrobiłem, mówiąc o tym. Nie darowałbym sobie, gdyby się okazało, że nie jesteś z tym Jackiem szczęśliwa.
— Ja już teraz syneczku jestem szczęśliwa, wiedząc, że nie ma żadnych przeszkód dla kontynuowania tej znajomości. Czy coś z tego wyjdzie? Czas pokaże. Mam nadzieję, że Jacek wkrótce nas odwiedzi.
W tym czasie zrozpaczony doktor topił swoje smutki w dwunastoletniej Whisky Singleton, zachowanej na specjalną okazję. Okazja była, wyjątkowa. Świat mu się zwalił na łeb, szczęście prysło, a marzenia wyparowały. Życie straciło dla Jacka Przypadka sens. Odnoszone sukcesy zawodowe nie cieszyły, a tytuły naukowe nie dawały żadnej satysfakcji. Czuł się samotny i zdradzony. Był zły na samego siebie, na swój los i na wredne życie. Opróżniał butelkę powoli, starając się dostrzec jej dno, czyli swoje obecne położenie. Nie umiał jednak pić. Alkohol szybko uderzył do głowy i zasnął. Przy stole, obok lustra, w którym usiłował zobaczyć swoje prawdziwe oblicze, człowieka szukającego odpowiedzi na nurtujące go pytanie — dlaczego?
Spał przy tym stole, kiedy Zuzanna otworzyła drzwi. Wymięty, zarośnięty, żałosny. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Nie reagował na nic. Matka nie budziła go. Widząc do połowy pełną butelkę Whisky, uznała, że lepiej będzie odczekać z radosną wiadomością do czasu, aż się wyśpi i wytrzeźwieje. Poszła na dyżur do szpitala. Na stole pozostawiła dużą kartkę z wielkim napisem:
— Jacku zadzwoń do mnie do szpitala! To bardzo ważne!
Po mniej więcej czterech godzinach doktor się obudził. Wstał od stołu i poszedł do kuchni, aby się czegoś napić. Suszyło go niemiłosiernie. Nigdy wcześniej nie pił, no może kieliszek Koniaku dla towarzystwa. Nie znał tego uczucia. Głowa pękała z bólu. Postanowił wrócić do swojego pokoju i jeszcze chwilę pospać. Spojrzał na zegar, następnie na stół. Dostrzegł kartkę. Przeczytał i chwycił za słuchawkę telefonu.
— Mamo, coś się stało? — zdenerwowanym głosem zapytał Jacek.
— Tak syneczku, stało się — spokojnie odpowiedziała Zuzanna — na szczęście się stało.
— Nie rozumiem? — dopytywał doktor Przypadek
— Ojcumiła nie jest córką Kacpra, adoptowali ją. Nie jesteście rodzeństwem! Rozumiesz?
Przez chwilę panowała cisza. Jacek musiał poukładać sobie w głowie wszystko to, co przed chwilą usłyszał. Nie dowierzał sam sobie. Musiał się upewnić, że właściwie zrozumiał.
— Mówisz mamo, że Miła nie jest córką Kacpra i że nie jest moją siostrą? To pewne?
— Tak syneczku, to pewne. Kacper uratował Ojcumiłę z pożaru, a po śmierci jej rodziców adoptował ją. Wraz z Barbarą wychowali ją jak swoją. Nie jesteście spokrewnieni.
Ta wiadomość wlała nowe siły w serce Jacka. Nie czekając ani chwili dłużej pobiegł do łazienki. Umył się, ogolił i wypachnił wodą kolońską, aby stłumić zapach alkoholu. Włożył elegancki garnitur i wybiegł z domu. Spieszył się, jakby ta chwila miała trwać bardzo krótko, zniknąć, przepaść i nie wrócić.
Postanowił działać. Udał się do znanego jubilera i kupił piękny pierścionek z brylancikiem, potem okazały bukiet długich czerwonych róż u kwiaciarek na Rynku Głównym w Krakowie. Przy ulicy Dominikańskiej zamówił taksówkę i pojechał do mieszkania Ojcumiły.
Było ciepłe popołudnie. Słonko leniwie przemieszczało się po niebie, by za chwilę zniknąć gdzieś za horyzontem, kiedy doktor Jacek stanął pod drzwiami Ojcumiły. Zadzwonił dzwonkiem i czekał niecierpliwie, aż się otworzą. Czas się dłużył. W głowie Jacek układał sobie tekst swojej wypowiedzi. Denerwował się.
Drzwi otworzyły się, a w nich stanęła jego ukochana. Jacek zaniemówił. Zapomniał wszystkich słów, jakie planował wypowiedzieć. Z otwartymi ustami patrzył na nią. Wyglądała zjawiskowo. Ubrana była w długą, elegancką suknię wieczorową, o kolorze krwistego rubinu. Profesjonalnie uczesana i wymalowana. Delikatny makijaż podkreślał kolor jej oczu, a mocna czerwona szminka eksponowała jej pełne, szerokie usta.
— Jesteś piękna — wyszeptał doktor Jacek
Ojcumiła spodziewała się wizyty Jacka. Miała czas, żeby się przygotować.
— Wejdziesz do środka? — zapytała.
Doktor Przypadek uśmiechnął się i zdecydowanym krokiem przekroczył próg jej mieszkania. Podał kobiecie bukiet czerwonych róż i przyklęknął na prawe kolano. Wyciągnął piękny pierścionek z brylantem i powiedział:
— Kocham Cię najdroższa. Jesteś moim szczęściem, moim skarbem, spełnieniem moich marzeń. Zostaniesz moją żoną?
Ojcumiła patrzyła na doktora Jacka, zwlekając z odpowiedzią, jakby chciała się upewnić, że jego słowa są szczere, a uczucie prawdziwe. Nie chciała popełnić kolejnego błędu przez zbyt szybką, pochopną odpowiedź.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 
Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt