Poligon pachniał spalenizną oleju napędowego i pyłem drogi. Drużyna Maksa miała dziś zadanie uruchomić agregat prądotwórczy, który zasilał radiostację R-102. Bez niego cała robota szła na marne – a łączność była priorytetem.
– No to, chłopaki, do roboty! – zakomenderował kapral Max.
Agregat stał pod plandeką, oblepiony kurzem, ciężki i kapryśny jak stary koń. Pierwsze próby odpalenia kończyły się charakterystycznym kaszlem silnika i ciszą.
– Dawaj jeszcze raz! – wołał ktoś, ciągnąc za linkę rozrusznika.
– Nie gadaj, że znowu zdechł… – marudził inny.
Po kilkunastu próbach wszyscy byli spoceni i wściekli. Max przechylił głowę, spojrzał na świece zapłonową – była czarna, zalana i ewidentnie do wymiany.
– Bez nowej świecy nie ruszymy. Michu, lecisz do sklepu! – zdecydował kapral.
Michu był trochę „nie z tej bajki” – dobry chłopak, ale wiecznie rozkojarzony. Pomaszerował więc te trzy kilometry do wiejskiego sklepiku, a drużyna w tym czasie kombinowała dalej.
Po godzinie Michu wrócił zziajany, dumnie trzymając w ręku… świecę woskową.
– No, panowie, mam świecę! – zameldował z uśmiechem od ucha do ucha.
Chłopaki spojrzeli na niego jak na zjawisko. Najpierw cisza, potem wybuch śmiechu tak głośny, że echo niosło się po poligonie.
– Michu, ty chyba chcesz, żebyśmy agregat odprawiali jak w kościele! – parsknął „Kucharz”.
– Albo żeby nam w nocy romantycznie świecił przy radiostacji… – dodał inny.
Max, choć też miał ochotę się roześmiać, zachował spokój. Wiedział, że sytuacja może się źle skończyć, jeśli nie zamelduje prawdy. Poszedł do dowódcy kompanii.
– Panie kapitanie, mamy problem ze świecą zapłonową. Żołnierz Michu przyniósł… świecę, ale nie tę, której potrzebujemy.
Kapitan spojrzał, pokręcił głową, ale zamiast krzyczeć, tylko westchnął.
– Kapralu, macie tu odpowiednią świecę. I niech to będzie nauczka, żeby nie wysyłać do sklepu poetów.
Z prawdziwą świecą sprawa poszła gładko – „Kucharz”, kierowca Stara 660 i złota rączka, zamontował część w kilka minut. Agregat ożył, zaryczał basowo i dostarczył prąd do radiostacji.
Max uśmiechnął się pod nosem.
– Michu, nie martw się. Ta twoja świeca też się przyda – jak nam kiedyś w nocy zgaśnie agregat, to będziemy mieli romantyczne oświetlenie awaryjne.
Śmiech znów rozniósł się po obozowisku, a Michu choć czerwony jak burak, stał się bohaterem dnia. Od tej pory żołnierze w drużynie mówili na niego półżartem: „ksiądz proboszcz”.






Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt