Szpiedzy w Sompolnie: Rozdział III – Wielki Plan - AlexPretnicki
Proza » Inne » Szpiedzy w Sompolnie: Rozdział III – Wielki Plan
A A A
Od autora: Połączenie thrillera, groteski, fikcji politycznej i dramy. Całość dostępne w formie eBooka na: aleksanderpretnicki.blogspot.com

Kolumna rządowych limuzyn wjechała do Konina z hukiem syren i migających kogutów . Ulica Wojska Polskiego dudniła od basu silników, a przechodnie stawali wzdłuż chodników, jakby oglądali niecodzienny spektakl. Na placu Wolności wozy ustawiły się w równych szeregach – czarne, lśniące, z przyciemnianymi szybami – przypominając bardziej poligon wojskowy albo paradę niż wizytę państwową. Starsze panie z zakupami zamarły z siatkami w dłoniach, dzieci piszczały z zachwytu, a kilku mężczyzn w roboczych kombinezonach wyciągnęło telefony, żeby nagrać „historyczny moment”.

Ochroniarz teatralnym gestem otworzył drzwi jednej z limuzyn. Z samochodu wysiadł premier Radosław Kaszczyński – mężczyzna w garniturze tak dopasowanym, że wyglądał jak zbroja, i z miną, w której mieszała się powaga męża stanu i znużenie handlarza obietnicami. Partia, której przewodził, „Prawi i Liberalni”, była groteskową hybrydą – jakby ktoś zmieszał resztki dawnych, przeciwstawnych opcji politycznych w jednym blenderze, dodając garść patriotycznych frazesów i kilka sloganów o nowoczesności. Sam Kaszczyński lubił powtarzać, że jego formacja to „esencja polskości w wersji eksportowej”, choć nikt do końca nie wiedział, co to oznacza. Ich logiem była orlica w garniturze, trzymająca w szponie smartfona – symbol dumy narodowej połączonej z nowoczesnością, a w praktyce powód do memów i drwin w internecie.

Kaszczyński przeszedł przez plac otoczony przez ochroniarzy. Tłum szeptał, klaskał niepewnie, ktoś zagwizdał, ktoś inny krzyknął: „Radek, zrób porządek!”. Premier nie zwrócił uwagi na komentarze. Wszedł do gmachu Urzędu Miejskiego, zaskakując wszystkich – przede wszystkim urzędników.

— Boże Święty, premier! — jęknęła młoda sekretarka i puściła się biegiem w stronę gabinetu prezydenta miasta, Zdzisława. Ale premier był szybszy.

Drzwi otworzyły się z rozmachem. W środku ujrzał prezydenta miasta Zdzisława, opartego w fotelu, z nogami beztrosko położonymi na biurku, lekko pochrapującego. Na blacie walały się papiery, niedopite cappuccino i jakieś pudełko po pączkach.

Kaszczyński głośno zakaszlał. Odpowiedziała mu cisza. Zbigniew chrapnął donośniej. Ochroniarz, zirytowany, podszedł i szturchnął włodarza w ramię. Ten poderwał się gwałtownie, strącił papiery, spojrzał rozbieganym wzrokiem i zamarł, widząc twarz samego premiera.

— P-premier? — wydusił. — W czym… w czym mogę pomóc?

— Panie Prezydencie — zaczął Kaszczyński tonem pełnym namaszczenia — przybyłem do Konina, aby osobiście nadzorować przygotowania do międzynarodowej konferencji pokojowej NATO–Rosja 2029.

Zdzisław zmrużył oczy.

— Jakiej konferencji?

Premier spiorunował go wzrokiem.

— Jak to, nie wiecie nic o konferencji?

Zapadła niezręczna cisza, w której słychać było tylko brzęczenie świetlówki. Po chwili włodarz klasnął się dłonią w czoło.

— A tak, rzeczywiście… Było coś o planach rządowych. Ale… wie pan, panie premierze… Lokalna społeczność wyraziła sprzeciw.

— Jaki sprzeciw? — Kaszczyński podniósł głos.

— Referendum, panie premierze. Wiążące. Ludzie nie chcą konferencji. W tym czasie odbywają się Dni Konina, a mieszkańcy są do nich przywiązani. Koncerty, karuzele, kiełbasa z grilla… To

tradycja. A poza tym — Zbigniew ściszył głos — trochę się boją. Dyplomaci przyjadą i odjadą, a mieszkańcy zostaną. Z ryzykiem.

Premier zbladł.

— Od tej konferencji zależy przyszłość świata!

— Nie wątpię, panie premierze. Ale przyszłość świata to jedno, a przyszłość Dni Konina to drugie. Proszę zrozumieć.

Kaszczyński usiadł ciężko w fotelu naprzeciwko, schował twarz w dłoniach.

— Katastrofa… Co teraz?

Zbigniew wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco.

— Ja nie pomogę. Ale może któraś z sąsiednich gmin? To zawsze prestiż. Radziłbym zwrócić się do Starostwa Powiatowego.

Premier poderwał się, jeszcze bledszy niż przed chwilą. Kiwnął głową i wyszedł. Ochroniarze otoczyli go zwartą formacją. Na placu znów zawyły syreny. Limuzyny ruszyły w stronę alei 1 Maja, zostawiając za sobą tłum, który rozszedł się jak po darmowym widowisku. Jeszcze długo na placu słychać było komentarze: ktoś narzekał, że przez kolumnę spóźnił się do fryzjera, inny cieszył się, że „przynajmniej coś się w tym Koninie dzieje”. Dzieci biegały z naśladowczym „piu-piu”, udając ochroniarzy strzelających do wyimaginowanych zamachowców. W powietrzu unosił się zapach kebaba z pobliskiej budki, jakby życie toczyło się dalej, zupełnie obok historii, która wdarła się tu w zbyt wielkim garniturze.

Kolumna zniknęła za rogiem. A w powietrzu, między blokami Konina, zawisło pytanie: dokąd zaprowadzi ta groteskowa podróż?

 

Rządowa kolumna podjechała pod Starostwo Powiatowe w Koninie, na alejach 1 Maja, z pompą, jakby przybywała co najmniej do Pentagonu. Sęk w tym, że przed budynkiem nie było nawet dziesięciu wolnych miejsc parkingowych – całość zastawiona przez seledynowe ople, rozklekotane fiaty i dostawczaki miejscowych przedsiębiorców. Limuzyny krążyły nerwowo w kółko jak rekiny na płytkim basenie, podczas gdy premier Kaszczyński zdecydował się wysiąść, zostawiając kierowcom zadanie krążenia aż do odwołania. Kaszczyński poprawił krawat i pod nosem zaklął. Nienawidził prowincji, w której nawet dla premiera nie było miejsca parkingowego. Jeszcze jako poseł żartował, że Polska dzieli się na Warszawę i resztę, a teraz musiał tę resztę przemierzać w blasku kamer i spojrzeń ludzi, którzy znali go głównie z memów.

Premier, otoczony przez ochroniarzy w czarnych garniturach i ciemnych okularach, wszedł do budynku Starostwa. Wnętrze pachniało mieszaniną kawy z automatu, starych segregatorów i świeżo pastowanej podłogi. Kaszczyński ruszył pewnym krokiem w głąb korytarza, ale szybko zwolnił, bo nie miał pojęcia, gdzie mieści się gabinet starosty. Zatrzymał się więc przy recepcji, gdzie ciągnęła się długa kolejka interesantów.

Premier chciał podejść prosto do okienka, lecz już po chwili rozległy się protesty.

— Halo, panie! Kolejka! — krzyknął ktoś z tyłu.

— Co, my gorsi?! — dodała emerytka w berecie, trzymająca w ręku teczkę z papierami.

Ktoś wyciągnął telefon i zaczął nagrywać, komentując głośno:

— O, patrzcie, premier też musi swoje odstać! Demokracja!

Kaszczyński, wyraźnie skonfundowany, posłusznie stanął w kolejce. Przez chwilę patrzył na zegarek, potem na ludzi stojących przed nim – robotnika z zakurzonym hełmem, młodą matkę z dzieckiem, siwego mężczyznę w garniturze z miną księgowego. Ironia sytuacji była tak ostra, że czuł jej smak na języku: oto premier kraju stał w kolejce jak każdy inny obywatel, a ochrona, zamiast torować mu drogę, trzymała w rękach papierowe numerki, udając, że to część procedury. 

Minęła godzina. Ochroniarze przesuwali się powoli wraz z nim, tworząc groteskowy orszak pośród tłumu mieszkańców, którzy przyszli wyrobić dowód osobisty albo złożyć wniosek o dodatek mieszkaniowy.

Wreszcie przyszła kolej premiera. Pani urzędniczka za szybą spojrzała na niego życzliwie, ale formalnie.

— Cel wizyty? — zapytała.

— Muszę natychmiast widzieć się ze starostą. To sprawa najwyższej wagi, chodzi o rację stanu i globalne bezpieczeństwo.

— A formularz? — spytała spokojnie kobieta.

— Jaki formularz? Nie mam żadnego formularza! — oburzył się premier.

— Niestety, bez formularza ani rusz. Wniosek o spotkanie z panem starostą musi być złożony w trybie urzędowym. Rozpatrzymy go w ciągu czternastu dni.

Kaszczyński zrobił się purpurowy na twarzy. W jego głowie zakotłowały się wspomnienia – jak to kiedyś w młodości wyleciał z egzaminu na prawo jazdy za „brak opanowania”, albo jak jako burmistrz małego miasteczka krzyczał na urzędniczkę, która odmówiła mu natychmiastowego dostępu do archiwów. Teraz, w świetle jaskrawej jarzeniówki, wyglądał bardziej jak sfrustrowany klient urzędu niż przywódca kraju stojącego na krawędzi globalnego konfliktu.

— Czternaście dni?! My nie mamy czternastu godzin! — ryknął.

Z głębi korytarza nadciągnęła ochrona – trzech starszych panów w pomarańczowych kamizelkach z napisem „Rex Security” na plecach. Jeden z nich miał wyraźnie protezę kolana, drugi trzymał w ręku pałkę teleskopową, którą podpierał się, jak laską.

Ochroniarze premiera natychmiast zareagowali. Ustawili się w szyku bojowym, dłonie powędrowały do kabur, w powietrzu zawisła groźba strzelaniny w starostwie powiatowym. Pani zza biurka krzyknęła przerażona, zakrywając twarz papierami:

— Pokój 214! Pokój 214!

Zrobiło się zamieszanie, ktoś z kolejki zapiszczał, że „oni tu strzelają”, a starszy pan w berecie uklęknął i zaczął się modlić. Ochroniarze premiera szli naprzód, a echo kroków niosło się po korytarzu niczym zapowiedź nalotu. Kaszczyński nawet nie podziękował. Ruszył korytarzem z marsową miną, a jego eskorta przeganiała interesantów w popłochu. Drzwi do pokoju 214 otworzyły się bez pukania.

Za biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku, pochylony nad tabletem, na którym migały kolorowe obrazki. Zajęty, nawet nie zauważył wejścia.

Premier stanął na progu, przedstawił się głosem ostrym jak klinga.

— Radosław Kaszczyński, premier Rzeczypospolitej. Musimy porozmawiać. Sprawa dotyczy bezpieczeństwa narodowego.

Starosta podniósł głowę, mrużąc oczy, jakby dopiero co został oderwany od ulubionego serialu. 

Na ekranie wciąż migotała pauza – kolorowa scena telenoweli, w której para kochanków obejmowała się na tle palm. Starosta chrząknął, jakby chciał powiedzieć: „Nie w porę pan przychodzi, panie premierze”. Atmosfera bardziej przypominała wizytę niespodziewanego sąsiada niż początek rozmowy o bezpieczeństwie narodowym.

---

— Sompolno? — prezydent Greg Newman uniósł brwi, wpatrując się w jednego ze swoich doradców. — Co to w ogóle jest? Gdzie to leży?

— Panie Prezydencie — odezwał się cicho doradca ds. Europy Środkowej, Jonathan Myers. — To niewielkie miasteczko w centralnej Polsce, około trzech tysięcy mieszkańców. Leży w województwie wielkopolskim, niedaleko Konina.

— Historycznie to teren pogranicza — dodał Myers, jakby chcąc usprawiedliwić absurd sytuacji.

 — Przez Sompolno przewijały się wpływy pruskie, rosyjskie, później niemieckie. To miasto zawsze było na styku światów — zachodu i wschodu, katolików, protestantów, Żydów, żołnierzy i kupców. W XIX wieku należało do guberni kaliskiej Imperium Rosyjskiego, a kilka dekad później niemiecka administracja próbowała zbudować z niego przyczółek wpływów. Dziś nikt tego nie pamięta, ale dla Moskwy takie symbole mają znaczenie.

Newman oparł się w fotelu, stukając palcami w podłokietnik. Gabinet Owalny, choć wypełniony połyskującymi mapami, laptopami i monitorami z danymi wywiadowczymi, nagle wydał mu się klaustrofobiczny. Na stole leżała mapa Europy, na której czerwone kropki oznaczały rosyjskie wyrzutnie rakiet, a niebieskie pinezki — posterunki NATO. Gdzieś między nimi, niczym zapomniany przecinek, zaznaczone było Sompolno.

Newman w skupieniu przyglądał się mapie. Drobny punkt, ledwie plamka na tle gigantycznej planszy globalnego bezpieczeństwa. A jednak wokół tej plamki zaczynał krążyć los kontynentów. Ironia historii, pomyślał: to zawsze niepozorne miejsca, gdzie wielcy gracze próbują przepchnąć swoje interesy.

— Rosjanie — Newman podrapał się po brodzie — naprawdę chcą rozmawiać w Polsce? Dlaczego nie w Genewie, nie w Nowym Jorku, nie w którymś z tych bezpiecznych, przygotowanych do tego miejsc?

Głos zabrała Julia Price, dyrektor CIA, której stalowe oczy połyskiwały w półmroku gabinetu.

— Z naszych analiz wynika, że Moskwa kieruje się kilkoma względami. Po pierwsze: sentyment. Polska jest dla nich terytorium symbolicznie bliskim. Po drugie: bezpieczeństwo. Polska leży w zasięgu rosyjskich rakiet. Jeżeli coś przydarzyłoby się ich delegacji, mogą odpowiedzieć natychmiast. To ma być ostrzeżenie i gwarancja w jednym. 

Newman zacisnął usta.

— Innymi słowy: chcą nas mieć pod ręką, w zasięgu luf.

— Dokładnie tak, sir — potwierdził generał Briggs.

— No dobrze… ale dlaczego akurat Sompolno? — prezydent uniósł głos. — Kto w ogóle słyszał o tym miejscu? Przecież nawet Google Maps musiałem powiększać, żeby je znaleźć!

Myers odchrząknął.

— Inne miasta, panie Prezydencie… większe miasta… odmówiły. W tym pobliski Konin. Powód? Wysoki poziom ryzyka terrorystycznego, a także obawy przed ewentualnym atakiem rosyjskim. Lokalne społeczności nie chciały stać się celem.

Newman zmrużył oczy.

— A dlaczego więc Sompolno się zgodziło?

W odpowiedzi Myers rozłożył ręce.

— Władze miasta i sami mieszkańcy ulegli obietnicy budowy nowoczesnego stadionu narodowego w Sompolnie.

W gabinecie rozległ się stłumiony chichot jednego z doradców, szybko zduszony pod spojrzeniem prezydenta.

— Stadionu? — Newman spojrzał na Myersa jak na szaleńca. — Stadionu narodowego w miasteczku, którego nazwy nie potrafi wymówić połowa mojej administracji?

— Tak jest, sir. Premier Kaszczyński obiecał… nowoczesny kompleks sportowy, jakiego w Polsce nie ma… Nowocześniejszy i większy niż Camp Nou…

Newman przetarł twarz dłońmi.

— Nie sądziłem, że polski premier ma taki gest…

— Właściwie — poprawiła go Price chłodnym tonem — to nie jego gest. To warunek. To my mamy zbudować i utrzymywać ten stadion… Bez amerykańskiego finansowania konferencja nie dojdzie do skutku.

Prezydent zamilkł na chwilę, po czym warknął:

— A my nie mamy nawet USAID! Poprzedni prezydent wyciął to z budżetu jak chwast. Jak do diabła mamy to zrealizować?

Briggs przesunął mapę na stół.

— Mamy już przygotowane plany logistyczne, sir. Sompolno zostanie podzielone na strefy. Amerykańska delegacja ulokuje się w przyległej wsi Biele — tam powstanie nowoczesna strefa dyplomatyczna, w pełni dostosowana do naszych potrzeb. Baza komunikacyjna, systemy łączności, zaplecze medyczne i gastronomiczne. 

Generał mówił spokojnie, ale w głosie pobrzmiewało napięcie. Logistyka tej skali mogła przerosnąć każde wielkie miasto, a tym bardziej prowincjonalne miasteczko. 

— Sompolno stanie się na dwa tygodnie nowym Wiedniem — podsumował Briggs. — Z tą różnicą, że zamiast kawiarni i opery mamy tam targ warzywny, piekarnię i stadion w budowie.

— A ochrona? — przerwał Newman.

— W pobliskim Lubstowie zostanie rozlokowana elitarna jednostka specjalna, zdolna do szybkiego reagowania — Delta Force . Oddział przeszkolony w działaniach miejskich i antyterrorystycznych. Na miejscu będą także nasze drony, satelity i zasoby NSA.

Newman powoli wstał. Jego sylwetka, podświetlona smugą światła zza zasłon, rzuciła długi cień na mapę Europy. Spojrzał po kolei na twarze swoich doradców.

— Dobrze, panowie. I panie. Zabezpieczyć Sompolno jak Fort Knox. Ani jednej pomyłki, ani jednej dziury w systemie. Bo jeśli ta konferencja się posypie… to posypie się świat.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AlexPretnicki · dnia 05.11.2025 10:19 · Czytań: 185 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Proza: Górna Półka
Proza: Dolna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ClakierCat
15/12/2025 12:49
Tak Ajw, Mila powiedziała: po za tym Mila upomina za… »
ClakierCat
15/12/2025 11:31
Pozwól na moje uwagi: 1. Ładny Twój styl i passage - jak… »
ClakierCat
15/12/2025 01:28
Ten wiersz ma wyjątkowy przekaz, uniwersalność również… »
ClakierCat
14/12/2025 23:22
"niczym"* more? także szuja czy popielnik czy… »
stanlee
13/12/2025 10:40
Dzięki za tak ciekawy komentarz. Potrafisz dostrzec coś… »
Janusz Rosek
09/12/2025 10:33
Madawydar Dziękuję bardzo za Twój komentarz i najwyższą… »
ClakierCat
08/12/2025 22:48
Podoba mi się Twój wiersz, dodałem od siebie: biała… »
Madawydar
08/12/2025 12:16
To jest właśnie magia Świąt. Czyni cuda. Pierwszym cudem… »
Madawydar
08/12/2025 11:43
Samotność, bezmiar wód i dokuczliwa bezczynność. I ta wiara,… »
Zdzislaw
07/12/2025 11:41
Pocienglu-Grainie, mój wierny trolliku - tego typu… »
pociengiel
06/12/2025 22:41
Pornografomanie, pytasz mając najlepsze źródła. »
Zdzislaw
06/12/2025 21:51
O, jest i pociengiel, znany z innych portali jako Grain. Mój… »
Madawydar
06/12/2025 09:12
Mie jestem zwolennikiem aluzji politycznych na PP. To nie to… »
pociengiel
06/12/2025 07:20
Publiczne znieważenie Prezydenta RP jest przestępstwem, za… »
Madawydar
05/12/2025 06:47
Nie wszystkie ścieżki historii są nam znane. Są przy tym… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 04/12/2025 11:42
  • Powodzenia wszystkim, kategoria konkursowa została już utworzona, można zgłaszać do niej teksty!
  • Darcon
  • 04/12/2025 11:25
  • Stało się, skład uczestników konkursu Malowanie Słowem zamknięty. Teraz czekamy na pierwsze konkursowe opowiadania. :)
  • Darcon
  • 29/11/2025 14:37
  • Uwaga! Zostało ostatnie miejsce w konkursie Malowanie Słowem! Nie zwlekaj, żeby nie żałować. :)
  • Kushi
  • 26/11/2025 21:13
  • Pada śnieg, pada śnieg... ;)
  • Miladora
  • 25/11/2025 21:06
  • Przyjdą następne, tylko nie wiadomo, czy jeszcze tej zimy. :) Ale oby. :)
  • Wiktor Orzel
  • 25/11/2025 14:19
  • Po zaspach w Krakowie już niestety nic nie zostało...
  • Darcon
  • 24/11/2025 07:29
  • Hej, Drodzy Użytkownicy. W konkursie "Malowanie Słowem" zostały już tylko trzy wolne miejsca. Nie zwlekajcie! Pozdrawiam. :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty