Rozdział I
„Rzeźby z korzeni są znane od najdawniejszych czasów. Były jedna z form sztuki w Chinach już za dynastii Sui i Tang kiedy nie tylko wieśniacy, ale i rządzący zachwycali się nimi.”
Wieś Krzyż
Joe przybił lodzia do brzegu i chociaż złowił trochę ryb nie był zadowolony, bo nie było ich wiele. Poprzedniego dnia było znacznie więcej, ale teraz nadchodziła burza i zrywał się już wiatr, a z falami na Michigan nie było co żartować, więc dopłynął z powrotem. I tak, prawdę powiedziawszy, bardziej interesowały go konary drzew lezące na brzegu, bo chciał je obejrzeć z bliska, żeby zobaczyć, czy będą przydatne do jego rzeźb. Powyginane wiatrem i powykręcane wyglądały dobrze z daleka. Tak i też się okazało po bliższym obejrzeniu, więc był zadowolony. Bedzie musiał tu wrócić z kimś do pomocy, żeby je zabrać, bo były za duże i ciężkie. Do wsi i ich domu nie było tak daleko, ale nie na ciągniecie konarów samemu. Eulalia sama nie mogła mu pomoc, a poza tym John był za mały i robiło się już za późno.
„Przyjdę z kimś jutro”, pomyślał, „późno i idzie burza”. Woda w jeziorze była chłodna i przypominała mu kąpiele w Bałtyku latem. Wykapał się już wcześniej przed łowieniem ryb. Jezioro Michigan było ogromne, nie było widać drugiego brzegu w ogóle, no i piaszczyste plaże wyglądały tez jak and Bałtykiem. Kiedy zobaczył je po raz pierwszy trudno było mu uwierzyć ze to jezioro a nie morze, ale naprawdę miało słodką wodę. Wspinali się po Wydmach Śpiących Niedźwiedzi z Eulalia a potem z Johnem jak już mógł chodzić. Widok ze skarpy na zatokę i wyspy Manitou naprawdę zapierał dech w piersi. Słyszał od miejscowych Indian, że legenda mówiła, że dwie wyspy to dwa niedźwiedziątka, które zatonęły podczas sztormu na jeziorze Michigan przeprawiając się na brzeg. Ich matka niedźwiedzica zamarła z przerażenia na brzegu i tak powstały wydmy, z czekającej na swe dzieci niedźwiedzicy.
Wyciągnął lodź dalej na brzeg i zaczął iść w stronę Krzyża, najpierw piaszczysta plaża a potem lasem do stromej skarpy. Wiatr był coraz silniejszy i ściemniało się szybko, było jeszcze bardzo ciepło, jak na wrześniowy wieczór. Z dala widział już światła domów i pomyślał o czekającej go kolacji. Eulalia gotowała dziś w południe krupnik zanim wyszedł i na sama myśl o tym zrobiło mu się raźniej na duszy, bo przypomniał sobie Samsonów i dom rodziców w Polsce. Wyjechał już tak dawno uciekając przed naborem do armii austriackiej i ciągle nie mógł wrócić, żeby ich odwiedzić. Krzyż przypominał mu Samsonów swoim spokojem i lasami. Wujostwo ciągle mieli w Samsonowie dom, tartak i staw z karpiami. Pamiętał łowienie karpi na Boże Narodzenie. Potem ciotka smażyła je na Wigilie, miały dużo ości, ale były smaczne. Tutaj nikt nie jadał karpi, bo mówili ze są brudne, zerujące na dnie i jedzące odpadki, ale Joe bardzo je nadal lubił. Kiedy jeszcze mieszkali w Detroit, Eulalia kupowała karpie w polskim sklepie na Chene i robiła karpia w galarecie, jego ulubione danie. Karpie były tanie, bo tylko biedni je kupowali tutaj.
Joe łowił karpie już od dawna, jezioro było tak ogromne ze gdyby nie słodka woda myślałby ze jest and Bałtykiem, zwłaszcza że były tu takie same piaszczyste plaże i skarpy z sosnami. Zaczął tez łowić z sąsiadami z Krzyża i mimo że na początku nie chcieli jeść karpi, po obiedzie u Mindakow i karpiu przygotowanym przez Eulalie szybko zmieniali zdanie i prosili swoje zony, żeby je przyrządzały jak Mindakowie. Były wiec karpie smażone, karpie w galarecie, karpie w śmietanie z cebula. Wszyscy nie mogli się nadziwić jakie były to smaczne ryby i ze tez wcześniej ich nie jedli. Wypływali na jezioro o zmierzchu, bo wtedy ryby dobrze brały i łowili je aż było ciemno. Dużo ich było i nie tylko karpi, ale i pstrągów, okoni i łososi.
-Dobrze, że już wróciłeś – powiedziała Eulalia do Joe, kiedy przyszedł do domu. Ciemno już jest i będzie burza. Zapach krupniku roznosił się wszędzie. Mały John czekał na niego i na jego widok chłopczyk rzucił się i wskoczył mu w ramiona. -Tata, tata – Joe rozpromienił się na jego widok dźwięk słów „tata”. Cieszyło go, że John mówi po polsku i miał nadzieje, że coś mu z tego polskiego zostanie jak dorośnie, chociaż wiedział, że później, kiedy zacznie szkole zacznie tez zapominać. Joe nigdy nie zapomniał polskiego, mimo że poza domem musiał wszędzie mówić po angielsku, ale pozostał w myślach i snach najczęściej w polskim. Eulalia też mówiła mu to samo. Zjedli wszyscy krupnik z chlebem który Eulalia upiekła, bo nigdzie we wsi nie mogli dostać takiego prawdziwego polskiego chleba. Kupowali bochenki tylko podczas wizyt w Harbor Springs w żydowskim sklepie, gdzie sprzedawali żytni chleb i chałki, takie jak pamiętał z Samsonowa.
-Czas iść spać, John- – powiedział do synka, ale mały wdrapał się na jego kolana, więc zaczął go huśtać na nodze, a mały śmiał się do rozpuku. –Jeszcze tato, jeszcze – wołał John – choć bardziej to brzmiało jak „jesce, jesce”, co rozczulało Joe bardziej. Eulalia siedziała przy stole i patrzyła na nich uśmiechając się. Bardzo lubiła takie wieczory, kiedy byli wszyscy razem i śmiali się, i rozmawiali, i bawili z Johnem. Joe pracował całymi dniami poza domem albo budując nową gospodę, albo łowiąc ryby, albo pomagając innym jak była potrzeba. Szanowali i lubili go we wsi. Indianie często przychodzili do niego a i on ich odwiedzał często.
Gospoda była życiem Joe, budował ja z kamieni i drewna. Zbierał powykręcane konary, bo wiedział, że później bedzie pracował nad rzeźbami i dekoracjami. Była to jeszcze odległa przyszłość, tak naprawdę utrzymywali się dzięki jego stolarskiej pracy we wsi i sprzedawania złowionych ryb. Jeździł tez do Harbor Springs i Leeland żeby pomagać w ładunku statków płynących do Wisconsin i Chicago.
-Jedziesz jutro do miasta? - zapytała Eulalia, bo chciała, żeby kupił trochę rzeczy w żydowskim sklepie. Joe skinął głową, bo umówił się na jutro do rozładunku towaru z Chicago.
*****
Droga do Harbor Spring prowadziła przez skarpę nad jeziorem Michigan i była jedna z jego ulubionych. Zadrzewiona i cienista – dobra do jazdy wozem z koniem w lipcowy upal. Było wcześnie rano wiec jeszcze nie tak gorąco, poza tym nie było tu takiej wilgoci powietrza i zaduchu jak w Detroit. W Detroit mieszkali z Eulalia na Chene Street w północno-wschodniej części miasta, gdzie Joe pracował w pobliskiej fabryce Packarda montując części do samochodowych siedzeń. Jechał wolno, bo miał jeszcze dużo czasu. Do Harbor Springs było około 25 mil droga przy jeziorze. Mijal drzewa i przeświecające przez nie jezioro. Słonce było wysoko, ale nie prażyło tutaj przez drzewa. Kiedy dojedzie i pomoże w rozładunku towaru ze statku pójdzie do żydowskiego sklepu, żeby kupić chleb i kiszone ogórki jak go prosiła Eulalia.
******
Kiedy Joe przyjechał do Krzyża po raz pierwszy chodził długo po okolicy. Najbardziej podobała mu się skarpa nad jeziorem, zwłaszcza kiedy zszedł na dol na brzeg i zobaczył pełno powykręcanych korzeni i konarów drzew. Były jak rzeźby uformowane przez wodę. Pomyślał wiec, że to dobry materiał na początek jego pracy. Było upalne lato, koniec lipca. Gorąco nie dawało się tutaj na północy Michigan tak bardzo we znaki jak w Detroit. Łagodna bryza szła od jeziora, a lasy pełne klonów, sosen, lip i buków przynosiły ulgę swoim cienistym chłodem. Joe był wysokim i postawnym mężczyzna. Szatyn z okrągła, słowiańską twarzą, podobał się kobietom. Miał ponad 30 lat, kiedy przyjechali z Eulalia do Krzyża. Przez ostatnia dekadę mieszkał głownie w Detroit i Chicago i tęsknił za przyroda swojej rodzinnej wsi na Kielecczyźnie. Kiedy pierwszy raz zobaczył lasy koło Krzyża wiedział, że chce tu zostać. Nie wiedział jeszcze tylko jak, bo co tu robić w wiosce liczącej kilkanaście domów, gdzie czasy dobrej fortuny wyrębu lasów i sprzedaży futer były przeszłością? Mieli z Eulalia na początek pieniądze zaoszczędzone z pracy w Detroit. Kupili wiec mały drewniany dom opuszczony przez gospodarzy, którzy przenieśli się do pobliskiego Harbor Springs. Pomyślał ze może otworzą gospodę i Eulalii podobał sie ten pomysl.
*****
Droga do Krzyża prowadziła przez lasy i pola. Ziemia nie była tu żyzna i dominowały uprawy ziemniaków i kukurydzy. Najbarwniejsze jednak były ogromne połacie słoneczników w lipcu. Powietrze pachniało kurzem i koszona trawa. Kościół, z którego wracali był na uboczu wsi wiec musieli dojść spory kawałek z powrotem do domu. Było popołudnie i słońce schylało się w kierunku jeziora Michigan. Za parę godzin bedzie dotykało horyzontu wody – i ten widok był jednym z powodów, dla których Joe nie tęsknił za Detroit, gdzie zachody słońca rozciągały się w panoramie fabryk Forda i Dodge’a, a poza tym miasto leżało na wschodzie stanu Michigan wiec zachody nie były tak widoczne jak tutaj. Właśnie co zaczęła się prohibicja i szmugiel alkoholu z Windsor po kanadyjskiej stronie rzeki Detroit przynosił strzelaniny na ulicach i obławy policji. Jeszcze ciągle rozmawiali z Eulalia o River Gang i co się działo w północnej części Detroit, gdzie mieszkali i gdzie przemyt alkoholu był jednym z głównych środków utrzymania dla wielu. River Gang kontrolował te część Detroit, ale nie był tak bezlitosny jak Purple Gang po zachodniej części miasta, gdzie ginęło najwięcej ludzi. Rzeka w Detroit była prawdopodobnie najniebezpieczniejszą częścią granicy z Kanada zwłaszcza przy przejściu z Windsor, gdzie była szeroka tylko na jedna mile. Najwięcej szmuglowano rumu. Po kanadyjskiej stronie było pełno przystani i magazynów załadowanych rumem i nie tylko, z docelowymi portami w Meksyku, Kubie i Bermudach. Szmugiel odbywał się nocą małymi łodziami z Detroit i zamiast na Karaibach rum lądował w Detroit.
Wiedział, że w pobliżu Krzyża mieszka szczep Odawa bo spotkali ich z Eulalią którejś niedzieli w kościele. Byli przyjaźni i wyraźnie ciekawi nowej rodziny. Następnej wiec niedzieli podeszli do nich z Eulalia. Dla nich i dla Odawa angielski by drugim językiem wiec od razu ich to do siebie zbliżyło. Jeszcze nic nie wiedzieli o przymusowych szkołach asymilacyjnych w Harbor Springs, gdzie dzieci Odawa nie mogły mówić w swoim języku a tylko po angielsku, bo były inaczej surowo karane. Odawa byli śniadzi, ale co również Mindakow zdziwiło początkowo, nie mieli wyróżniających się zbyt od europejskich rysówd twarzy. Dowiedzieli się później, że wiele rodzin Odawa miała za swych przodków francuskich żołnierzy i pierwszych osadników z czasów, kiedy Michigan był jeszcze terytorium Francji.
Przedstawili się i para rodziców też się przedstawiła, ona Petah a on Apisi. Starsza nastoletnia dziewczynka miała na imię Tayanita, a młodsza – Lomasi, a kilkuletni chłopiec - Bimisi. Mindakowie byli z dwuletnim Johnem. Kiedy zaczęli rozmawiać Eulalia poczuła się jak w Polsce, bo zapytali ja czy jest tu szczęśliwa a może smutna? Zapomniała o tej bezpośredniości, jeżeli chodzi o to jak się czuje. Bala się tutaj rozmawiać z ludźmi z zewnątrz o swoich odczuciach, bo kiedy mówiła w Detroit do nie-Polaków ze jest smutna to mówili jej, żeby przestała narzekać, bo zniechęca innych. Ale ona tak nie czuła, bo chciała, żeby oni też powiedzieli jej jak się czują, bo jak sobie tak wszyscy poopowiadali to lepiej im później było, tak?
Pożegnali się. -Chodźmy do domu- powiedziała Eulalia- gorąco jest. Joe kiwnął głową i ruszyli w kierunku domu, Eulalia trzymając Johna za rękę. Mieli kościelne ubrania na sobie, niewygodne i Joe czul na sobie pancerz wykrochmalonej koszuli. Eulalia spieszyła się do domu, żeby nastawić obiad, tak mówiła „nastawić obiad”, chociaż Polacy w Detroit mówili jej ze się tak nie mówi, ale jej mama zawsze tak mówiła. Zupa ogórkowa dzisiaj bedzie - powiedziała do Joe i Johna. To była ich ulubiona zupa, a ona zawsze kwasiła ogórki sama, bo nigdzie tutaj na północy Michigan nie mogła dostać takich jak w Polsce albo Hamtramck. Wszyscy tu robili z octem i cukrem a nie z koprem i woda. No tak, trzeba było poczekać trochę, żeby się zakwasiły i tylko w żydowskich sklepach w Harbor Springs rozumieli to, bo mieli takie same koszerne ogórki. Eulalia mogła czasami nawet porozmawiać w tych sklepach po polsku. Szli droga, Joe nucił pod nosem i myślał o tym jak tu użyć konar, który ostatnio przyniósł z brzegu, bo chciał, żeby to była jedna z jego najlepszych rzeźb. Konar był okazały i powykręcany na wszystkie strony.
*****
Wieś Krzyż leżała nad jeziorem Michigan na wysokiej skarpie, nazywała się Krzyż od ogromnego białego krzyża który stal nad jeziorem. Indianie Odawa nazywali wieś Anamiewatigoing, co również oznacza krzyż albo Waganaskisi – krzywe drzewo, od wykrzywionego drzewa na skarpie jeziora. Historia niosła, że francuski jezuita Ojciec Jacques Marquette, który był misjonarzem na północy Michigan, postawił go na urwisku nad jeziorem Michigan razem z mieszkańcami wkrótce przed swoja śmiercią w 1675 roku. Przez następne sto lat okoliczni Indianie zbierali się tutaj na plemienne narady wokół rytualnego ogniska. Kościół świętego Krzyża funkcjonował aż do roku 1930 i to głownie dzięki plemieniu Ojibwe. Jednym z następnych misjonarzy blisko związanych z Odawa, Ojibwe i mieszkańcami wsi był Ojciec Frederic Baraga. Baraga nauczył się języka Indian i stworzył jego piśmienną wersje.
Kiedy Joe przyjechał tu w latach 20-tych było tu po wielkim pożarze, który niemalże doszczętnie zrujnował osiedlisko. Ze wsi nie zostało prawie nic oprócz mieszkańców i okolicznego szczepu Odawa, którzy byli mieszkańcami wsi tak jak i biali. Ich przodkowie pomogli zbudować kościół oraz postawić wysoki krzyż razem z białymi osiedleńcami.
Nazwali Joe Biała Chmura, bo miał bardzo jasne włosy i białą skore i chcieli go jakoś odróżnić od poprzedniego wodza Chmury. Nie wszyscy we wsi byli zadowoleni, że Biały tak się skumał z indiańska enklawa a i po indiańskiej stronie były niesnaski, że rada uczyniła go nowym wodzem. Dlaczego tak? – pytali- nie ma nikogo między nami lepszego? Ale dzieci ze szczepu lubiły go, bo kiedy przyjeżdżały do domu na przerwy ze szkoły w Harbor Springs spotykał się z nimi i zawsze pytał o ich życie tam, po tamtej stronie, stronie której ich rodzice nie rozumieli, bo i jak mieli rozumieć kiedy prawie nigdy nie jeździli do Harbor Springs ani nigdzie dalej.
Biała Chmura mówił po angielsku z ciężkim polskim akcentem, ale wszyscy naokoło go rozumieli. Tylko w swoim własnym domu mówił po polsku do zony i syna. Jedli tez w domu po polsku, bo Eulalia dobrze gotowała tak jak jej mama w Polsce i siostry. Eulalia lubiła północ Michigan mimo długich i surowych zim i braku słońca. Jezioro które było tak ogromne jak Bałtyk zamarzało wtedy i przy zatoce można było przejść na wyspy. Lubiła lasy i skarpę z plażą na dole i często chodziła tam popatrzeć na horyzont i rozciągająca się wszędzie wodę. W lecie przychodzili się tu kąpać ludzie ze wsi i tak ich tez poznała na początku. Wiedzieli od razu ze nie jest miejscowa bo mówiła i była ubrana inaczej niż tutejsi, bardziej miastowo, więc pytali ja i mówiła ze tak się ubierają teraz w Detroit i ze kupiła sukienki letnie w domu towarowym Hudson w centrum miasta w alei Woodward. Hudson był największym sklepem jaki kiedykolwiek widziała Eulalia, i tak tez mówiła ludziom. Miał szesnaście pięter i tyle wind i łazienek ze Eulalia nie mogła ich zliczyć. Wszyscy szykowni ludzie z Detroit się tam ubierali i Eulalia chodziła tam czasami, bo lubiła zapach sklepu i wystawy. Lubiła tez świąteczne dekoracje i rodziny z dziećmi przychodzące odwiedzać Mikołaja, ale najbardziej zdumiewająca była dla niej ogromna amerykańska flaga wywieszana na każde święta narodowe. Przychodziła zawsze pod sklep, żeby oglądać jak ja wywieszają, pięćdziesięciu rosłych mężczyzn trudziło się z nią bo flaga była długa na siedem pięter.
Detroit było gwarnym miastem i na Woodward zawsze były tłumy, zwłaszcza przy Hudson. Do centrum miasta nie było daleko od ulicy Chene, gdzie Eulalia mieszkała ze swoimi rodzicami i można było dojechać tramwajem. Dużo Polaków mieszkało na Chene i w całym sąsiedztwie w północno-wschodnim Detroit. Eulalia poznała Joe w grupie teatralnej przy Fredrze, który obok Rozmaitości wystawiał sztuki teatralne po polsku. Zafascynował ja swoimi artystycznymi pasjami, a przede wszystkim rzeźbami.
Wzięli ślub w kościele sw. Hiacynta, tak samo jak rodzice Eulalii.
*****
Z zapisków rozmowy ze Joe:
JS: Mieliśmy trupy aktorów jeżdżących po całym kraju i wystawiających polskie sztuki. Rodzina Rosenbaumów miała sklep jubilerski na Chene i Frederick wraz z panem Rosenbaumem parkowali swój samochód w naszym garażu na Dubois. A pani Rosenbaum zabierała mnie wtedy do teatru. Chciała uczyć się języka polskiego. Więc kiedy miałem 3 lata, chodziłem z nią na koncert (śmiech).
MK: Czy to była Rozmaitości czy Fredro?
JS: Oba.
MK: Dlaczego chciała nauczyć się polskiego?
JS: Prowadzili sklep jubilerski w polskiej dzielnicy. Chciała nauczyć się mówić po polsku.
MK: Czy to Sam Rosenbaum czy Max Rosenbaum?
JS: Max, tak.
MK: Max, w porządku.
JS: To było zanim przeprowadził się do Hamtramck. Pamiętam trasę tramwajowa na Chene Street, która biegła na południe, a trasa północna była na Grandy, następna ulica na wschód. W sobotnie popołudnia była to tętniąca życiem ulica. Ludzie szli na zakupy, sklepy były zatłoczone. Nowe budynki wyrastały jak grzyby po deszczu.
MK: Mm-hm. A teraz zobaczmy, zobaczmy. Byłeś tam jeszcze w latach 25-26, co oznaczałoby, że mieszkałeś tam około 10 lat czy coś takiego?
JS: Tak.
MK: Czy jako dziecko wszedłeś do któregoś ze sklepów, sklepów ze słodyczami, jakiegokolwiek?
JS: Oj, tak (śmiech).

))












Ale oby. 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt