Noc była gęsta jak kurz osiadający na książkach. Stary dom przy ulicy, którą już dawno przestał słyszeć, oddychał cicho, jakby z ulgą, że wreszcie nikt go nie odwiedza. W kącie, na fotelu z wygniecionym siedziskiem, siedział człowiek w wełnianym swetrze. Jego ręce — drobne, zaskakująco delikatne — trzymały filiżankę herbaty, która dawno wystygła. Na parapecie leżał kot. Czarno-biały, leniwy, o oczach jak dwa guziki z dziecięcego płaszcza. Poruszył ogonem, gdy człowiek się odezwał.
– Powiedz mi, Filemonie... – szepnął. – Czy myśmy dobrze zrobili?
Kot otworzył jedno oko i ziewnął z filozoficzną rezygnacją.
– Bo widzisz – ciągnął dalej – człowiek chce dobrze. Chce, żeby biednym było lżej, żeby głupi mieli nadzieję, żeby kraj nie rozłaził się jak stary obrus... Ale wtedy trzeba im mówić rzeczy, które rozumieją. Proste słowa. Krótkie zdania. A proste słowa są jak gwoździe – wbijają się głęboko. I potem już ich nie wyrwiesz.
Zegar tykał. Stary mechanizm przestawiony o sekundę od rytmu serca.
– Nie chcą zrozumieć, że to teatr, Filemonie. Że musiałem dać im bohaterów i wrogów, bo bez tego by się rozeszli. Jak dzieci, które się biją o zabawkę – dopóki nie przyjdzie nauczyciel, biją się dalej. Tylko że... – urwał, uśmiechając się krzywo – nauczyciel też już zapomniał, po co przyszedł.
Kot przeturlał się na drugi bok i zeskoczył z parapetu. Jego miękkie łapy nie wydawały dźwięku. Usiadł pod stołem i patrzył na swojego pana z niepojętą kocią obojętnością.
– Tak, wiem. – Człowiek westchnął. – Powinienem się cieszyć. Państwo stoi. Ludzie jedzą. Telewizory świecą. A jednak czuję, że coś mi się śni po nocach. Coś... obce. Jakby wszedł tu duch dawnego mnie. Chłopaka z książką, co wierzył, że rozum zwycięży.
Zadzwoniła łyżeczka o porcelanę. Niezgrabnie, jakby chciała powiedzieć: nie ma już rozumu, tylko rytuał.
– Kiedyś myślałem, że świat da się naprawić przez prawdę. Że ludzie chcą jej słuchać. Ale oni wolą czuć. Więc dałem im uczucia: strach, duma, gniew. I wtedy mnie pokochali.
Kot zamiauczał cicho, przeciągle.
– Tak, tak, wiem – uśmiechnął się gorzko. – Ty byś tego nie zrobił. Ty byś się położył na słońcu i pozwolił, żeby świat się walił. Ale ja... ja nie umiem. Kiedy czuję ciszę, słyszę echo własnego sumienia. A ono nie milknie. Ono się tylko starzeje.
Przeszedł do biurka, gdzie stała mała lampka o mlecznym abażurze. W świetle wyglądał jak figura z wosku — zastygły, nieco groteskowy, jakby ktoś ulepił go z cienia i kredy.
– Widzisz, Filemonie – mówił dalej – oni myślą, że jestem jednym z nich. Ale ja jestem tylko lustrem. Odbijam ich strachy i marzenia. Daję im poczucie, że są kimś, kto decyduje. A w zamian biorę ich spokój. Władza to handel snami. Jestem tylko starym, samotnym aktorem, który gra dla widowni, która już dawno wyszła. Ich aplauz wciąż dźwięczy w mojej głowie jak tinnitus. Czasem próbuję powiedzieć coś innego – coś prawdziwego – ale wtedy słyszę własny głos z telewizora, który natychmiast to wykrzywia. I śmieję się, bo wiem, że mój cień ma większą władzę niż ja sam.
Kot wspiął się na biurko i położył na stercie papierów. Zgasił lampkę ogonem. W pokoju zrobiło się ciemno.
– Wiesz, co jest najśmieszniejsze? – wyszeptał człowiek. – Że sam w to uwierzyłem. Że to naprawdę ja ich prowadzę. A może to oni prowadzą mnie – przez swoje lęki, przez swój gniew, przez własne modlitwy. Może jestem jak organista w kościele, który dawno utracił słuch, a jednak wciąż gra, bo ludzie lubią, jak coś gra. Oni klękają, płaczą, a ja tylko naciskam klawisze. Czasem pomylę nutę, ale nikt tego nie zauważa – tak bardzo są zajęci własnym nabożeństwem. Może jestem tylko sumą cudzych potrzeb... i mojej pychy.
Na zewnątrz, za oknem, gdzieś w oddali przejechał samochód. Światła mignęły po suficie jak spóźnione błyskawice.
– Kiedy umrę – powiedział po chwili – chciałbym, żeby ktoś zrozumiał, że chciałem dobrze. Że chciałem ich ochronić przed światem, który by ich pożarł. Ale może to świat, Filemonie, powinien pożreć nas wszystkich. Może to byłoby bardziej uczciwe.
Kot przeciągnął się i mruknął. Jego ciało, ciepłe i miękkie, zetknęło się z dłonią człowieka.
– Śpisz spokojnie, prawda? – szepnął. – Ty nie musisz wybierać między narodem a sobą.
Zegar wybił północ. Na jego twarzy pojawił się wyraz czegoś pomiędzy zmęczeniem a ulgą. A kot, ten jedyny wierny świadek, zwinął się w kłębek na stosie niedokończonych przemówień i zasnął snem stworzenia, które nie zna wstydu.
W pokoju została tylko cisza — i cień, który przypominał człowieka. Globus potoczył się po podłodze, jakby chciał uciec. Zatrzymał się przy jego pantoflu. Człowiek spojrzał na niego, uniósł brew i cicho parsknął śmiechem.
– Oto cały świat, Filemonie – mruknął. – I ja, który próbowałem go utrzymać w dłoni.
Cisza była lepka, ciężka jak stary miód. W powietrzu unosił się zapach kurzu, herbaty i zrezygnowania. Zegar tykał, ale jakby niechętnie — każda sekunda stawiała opór. Człowiek przymknął oczy, chcąc odpłynąć w sen. Już prawie się udało, gdy nagle rozległ się głos. Nie ludzki. Ale też nie całkiem koci.
– Wiesz co, stary? – powiedział Filemon, przeciągając się na stosie przemówień. – Ty to masz tupet.
Człowiek drgnął, otworzył oczy.
– Kto... kto tu mówi? – wychrypiał.
– A kto ma mówić? Papież? – kot prychnął. – Całe życie gadasz sam do siebie, więc pomyślałem, że dziś ci pomogę. Bo ileż można słuchać twojego jojczenia.
Człowiek wbił wzrok w zwierzę. W półmroku błyszczały mu oczy — dwa guziki pełne pogardy i cierpliwości, która właśnie się skończyła.
– Ty... mówisz.
– Gratuluję spostrzegawczości. Jeszcze chwila i może zrozumiesz, że nie jesteś prorokiem, tylko starym facetem, który rozwalił kraj jak porcelanowy serwis na imieninach cioci.
– Co ty... co ty wygadujesz...
– To, co wszyscy myślą, tylko żaden nie ma odwagi powiedzieć, bo boją się ciebie bardziej niż Boga. – Filemon zeskoczył na podłogę i zaczął przechadzać się z powagą wiejskiego proboszcza. – Przez osiem lat, chłopie, miałeś wszystko. Telewizję, wojsko, księży, nawet tych od modlitwy za deszcz. I co z tego wyszło? Inflacja, propaganda i komedie z ministrami, co gubią dokumenty jak ja sierść w maju.
Człowiek otworzył usta, ale żadne słowo z nich nie wyszło.
– Nie przerywaj, bo stracę wątek. – Kot spojrzał na niego z wyższością. – Mówiłeś o wartościach? To powiedz mi, gdzie one są. Bo ja widziałem, jak twoi chłopcy z wartościami robili interesy z tymi, których wcześniej nazywali diabłami. A ty siedziałeś i kiwałeś głową, jakbyś grał w teatrze, gdzie reżyser dawno umarł, ale spektakl trwa z przyzwyczajenia.
Człowiek zamrugał, jakby próbował odpędzić sen.
– To niemożliwe... Przecież...
– Przecież co? – prychnął Filemon. – Że zwariowałem? Możliwe. W końcu żyję w twoim domu. Słucham, jak przez sen mówisz o narodzie, o wielkości, o tym, że „lud nie dorósł”. A wiesz co, staruszku? To nie lud nie dorósł. To ty się nigdy nie postarzałeś tam, gdzie trzeba. W środku. Ciągle ten sam chłopiec z kompleksami, co chciał być kimś większym od wszystkich, a wyszedł z tego serial o smutnym człowieku i jego armii lizusów.
Człowiek przetarł twarz dłońmi.
– To sen. Muszę śnić.
– Oczywiście, że śnisz. Ale to nie znaczy, że nie masz racji. – Kot przeciągnął się i spojrzał na niego z politowaniem. – Chciałeś rządzić historią, a nie potrafisz nawet herbaty dobrze zrobić. Mówiłeś, że będziesz bronił narodu przed obcymi, a wyszło, że naród trzeba bronić przed tobą.
– Dosyć... – wyszeptał człowiek.
– Dosyć?! – Filemon uniósł ogon jak sztandar. – Nie, kochany. Jeszcze nie skończyłem. Bo ja też mam swoje problemy. Ja, twój biedny, koci współlokator. Ty wiesz, jak ciężko jest spać w tym domu, kiedy cały czas stękasz o upadku cywilizacji? Kiedy każdy wieczór kończy się litanią do narodu? Ja muszę łapać myszy, żeby nie zwariować, a one już nawet nie przychodzą, bo też mają dość twojego gadania.
Człowiek uniósł głowę, jakby chciał coś powiedzieć, ale kot mu nie pozwolił.
– I jeszcze ten twój telewizor! – ryknął Filemon. – Ciągle tylko wiadomości, defilady, konferencje. Człowieku, daj pożyć! Czy wiesz, jak to jest słuchać codziennie tych samych kłamstw, aż nawet ja zaczynam w nie wierzyć?
Zamilkł na moment, po czym dodał ciszej:
– Wiesz, co jest najgorsze? Że mógłbyś być kimś naprawdę wielkim. Miałeś szansę. Ale wolałeś grać rolę, aż zapomniałeś, że to tylko spektakl. I teraz siedzisz tutaj, w tym swoim teatrze z zakurzonymi kulisami, i tłumaczysz kotu, że chciałeś dobrze.
Człowiek schował twarz w dłoniach.
– Może rzeczywiście... może wszystko poszło nie tak...
– Nie „może”. Poszło. – Filemon westchnął. – Ale wiesz co? Nie jesteś jedyny. W tym kraju wszyscy udają, że śpią. Ja też. Bo jak się obudzisz, to tylko ciemno i zimno.
Zamilkli obaj. Zegar odliczał głośno upływające sekundy.
Kot w końcu wskoczył na fotel, spojrzał na niego z góry i mruknął:
– Dobra, koniec kazań. Idę spać. Ale jak jutro znowu zaczniesz swoje o „narodzie”, to ci nasikam do kapci.
Człowiek patrzył na niego z niedowierzaniem, potem parsknął śmiechem. Cichym, pustym, jak echo w pustym kościele.
– Filemonie... tyś naprawdę...
– Realistą, stary. – Kot zwinął się w kłębek. – Ty spróbuj też kiedyś.
Za oknem znów przejechał samochód. Zegar znów się pomylił o sekundę. A w starym domu przy ulicy, której nikt już nie słyszał, spał kot — jedyny, który miał odwagę powiedzieć prawdę.
---
Kot już niemal spał. Mruczał leniwie, jakby chciał zamknąć rozmowę dźwiękiem, nie słowem. Ale stary człowiek, ten od herbaty, cienia i żałości, nie dawał mu spokoju.
– Wiesz, Filemonie… – zaczął znów, cedząc słowa jak miód z łyżką dziegciu.
– Polska to wielka rzecz. Silna, dumna. Nie damy sobie dyktować, jak mamy żyć. Ani Niemcom, ani Brukseli.
Kot poruszył uchem, ale nie otworzył oczu.
– My bronimy wartości. Boga, rodziny, narodu. To są fundamenty, których wy, lewacy z waszymi kotami i tęczami, nigdy nie zrozumiecie.
Filemon westchnął przeciągle i otworzył jedno oko.
– Aha. Czyli znowu będzie kazanie. Słuchaj, stary, jak jeszcze raz usłyszę o „fundamentach”, to ci przyniosę kuwetę na biurko, żebyś wiedział, jak wygląda prawdziwy fundament codzienności.
– Ty nic nie rozumiesz – zirytował się człowiek. – Ty masz lekkie życie! Śpisz cały dzień, jesz tuńczyka z puszki, grzejesz się przy kaloryferze. A ja? Ja muszę dźwigać na barkach naród!
Kot uniósł głowę. Jego oczy błyszczały jak dwa zielone punkty laseru.
– O, to już zaczyna się kabaret. „Dźwiga naród”! Ty nawet swój brzuch ledwo dźwigasz, a co dopiero naród. I przestań pieprzyć o tym, że kot ma lekkie życie. My, koty, mamy ciężko! Spróbuj, człowieku, żyć w domu, gdzie co wieczór słychać tylko telewizję, w której ty sam mówisz do siebie!
– Przesadzasz.
– Przesadzam? – Filemon prychnął. – Od ośmiu lat słucham tych samych bredni o zagrożeniu z Zachodu, o moralności, o narodzie w niebezpieczeństwie! Tymczasem ty i twoi chłopcy rozwaliliście wszystko, co się dało. Media? Przejęte. Spółki? Rozdane. Kobiety na ulicach dostają pałami, bo chciały mieć wybór. A ty siedzisz tu i mówisz, że to „obrona tradycji”. Tradycji czego? Głupoty?
Człowiek odsunął filiżankę, z której dawno zniknęła herbata, i spojrzał na kota z nagłym chłodem.
– Ty nic nie wiesz o odpowiedzialności. Siedzisz sobie, drzemiesz i filozofujesz. Nie wiesz, co to znaczy podejmować decyzje.
– Nie wiem? – Kot wyszczerzył zęby w kocim uśmiechu. – Wybacz, ale jak zdecyduję się iść do kuwety, to przynajmniej nie sram ludziom do głów.
Zapadła cisza. Zegar znów pomylił się o sekundę.
– Ty wiesz, co ja mam na głowie? – powiedział człowiek z rosnącym gniewem. – Codziennie napierają! Wrogowie, media, zagranica, rządzący, opozycja. Każdy coś chce. A ty, mały, rozpuszczony futrzaku, masz tylko drapać kanapę.
– I co z tego? – odburknął Filemon. – Przynajmniej nie drapię ludzi. Ty drapiesz wszystkich, którzy nie klęczą przed tobą. Każdego, kto zada pytanie. Zrobiłeś z kraju folwark, gdzie nawet bociany mają partyjną legitymację.
Człowiek parsknął.
– Kocie, nie pouczaj mnie. Ty jesteś tylko zwierzęciem. Ja buduję historię.
– Historię? – mruknął Filemon. – Ty budujesz skansen. Z betonu i pychy. Z pustych przemówień, których nawet echo się wstydzi. Zamiast przyszłości mamy Radom w wersji deluxe i lotnisko dla nikogo.
– To inwestycje strategiczne!
– Tak, jasne. Strategiczne jak stawianie namiotu na Titanicu. – Filemon zeskoczył z biurka, podszedł bliżej i usiadł naprzeciwko człowieka. – A ta twoja wojna z Unią? Co, za mało ci wrogów? Trzeba było znaleźć jeszcze większego? Bo naród musi mieć potwora, żebyś mógł udawać rycerza.
Stary człowiek odwrócił wzrok.
– Ty nic nie rozumiesz. To polityka.
– Polityka? Nie. To teatr, stary. Teatr, w którym wszyscy już wyszli, a ty dalej mówisz monolog. Tylko ja tu zostałem – twój ostatni widz. I, szczerze, zaczynam żałować biletu.
Człowiek pochylił się, wbił palec w blat.
– Zazdrościsz. Bo ty, kot, nie masz misji. Nie masz narodu. Nie masz odpowiedzialności.
– Nie mam? – Filemon zmrużył oczy. – A kto pilnuje, żebyś nie umarł z własnego gadania? Kto cię wysłuchuje, kiedy nawet twoi ministrowie śpią z otwartymi oczami? Kto ci przypomina, że życie to nie orędzie, tylko coś, co się czuje? Ja! Ja, kot, twój ostatni głos sumienia z ogonem.
Człowiek już miał coś odpowiedzieć, ale Filemon podniósł łapę.
– Dobrze. Wiesz co? Skoro tak ci łatwo mówić, że kot ma lekkie życie, to może sam spróbuj. Zobaczymy, jak to jest, być futrzastym bezrobotnym, który poluje na muchy, bo nie ma nic lepszego do roboty.
– Z przyjemnością – mruknął człowiek, z sarkazmem, ale i błyskiem w oku. – Gdyby tylko było to możliwe.
Kot przeciągnął się, jakby czekał na to zdanie od początku nocy.
– Świetnie. W takim razie – proszę za mną.
– Co?
– Mówię poważnie. Znam kogoś, kto to zrobi. – Filemon wskoczył na parapet i z gracją zeskoczył na ziemię. – Ale nie marudź po drodze, bo czary nie lubią polityków.
Człowiek z trudem wstał, poprawił sweter i westchnął ciężko.
– Filemon, ty oszalałeś.
– Możliwe. Ale w tym kraju to akurat normalne.
Ruszył w stronę drzwi. Zamek kliknął, choć nikt go nie dotknął. Z korytarza wionęło zimnem i kurzem.
Stary człowiek, ten z telewizora, z mapami i przemówieniami, podniósł się i poszedł za kotem. Na progu odwrócił się jeszcze do ochroniarzy, którzy zerwali się z krzeseł.
– Zostańcie. – powiedział cicho. – To tylko kot.
I wyszedł w noc.
Za furtką, pod przygasłą latarnią, Filemon obejrzał się przez ramię i uśmiechnął.
– Zobaczymy, kto tu ma naprawdę lekkie życie.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.









Ale oby. 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt