Noc była lepka jak miód i równie ciężka. Mgła unosiła się znad Wisły jak oddech czegoś, co od dawna śpi, ale śni niespokojnie. Stary człowiek szedł powoli, stawiając kroki z tą niezgrabną ostrożnością, z jaką ktoś wkracza w sen, który nie należy do niego. Filemon szedł przodem, cicho, jak cień z miękkim futrem.
– Daleko jeszcze? Gdzie my w ogóle idziemy?– mruknął stary człowiek, podciągając kołnierz płaszcza.
– Tam, gdzie kończą się twoje przemówienia, a zaczyna rzeczywistość – odparł Filemon, nie odwracając głowy. – Czyli krótko mówiąc: za tym filarem.
Pod mostem gdańskim pachniało rdzawą wodą i starą magią. Z ciemności wyłoniła się ona – smukła, czarna jak grafit nocnego nieba, z oczami żółtymi jak dwa płomienie świecy. Poruszała się z tą pewnością, jaką mają tylko stworzenia, które pamiętają początki cywilizacji.
– Filemonie – powiedziała miękko, głosem, który nie należał do żadnego języka, a mimo to był zrozumiały. – Co to za teatrzyk tu przyprowadzasz?
– Nocny spektakl o przemianie duchowej – odparł Filemon. – W roli głównej: człowiek, który chciał być kimś innym.
Kocia czarodziejka zmrużyła oczy.
– Człowiek? Ty… mówisz przy człowieku ludzkim głosem? Czyś ty oszalał? Czy zapomniałeś o zasadach, które obowiązują od Bastet po Bastille?
– Spokojnie, Miu-Tef – Filemon przybrał ton negocjatora. – To nie jest zwykły człowiek. To polityk.
– A więc jeszcze gorzej. – Zasyczała, aż rzeka zadrżała. – Polityk! Oni mają języki dłuższe niż ogony demonów i serca twardsze niż ich biura prasowe.
Stary człowiek, nie rozumiejąc do końca, ukłonił się niezgrabnie.
– Szanowna pani kotko… ja tylko chciałem…
– Milcz. – Miu-Tef obrzuciła go wzrokiem. – Wiem, kim jesteś. Znam twoje mowy, twoje święte oburzenia, twoje telewizyjne furie. To ty rozdzieliłeś ludzi jak przeterminowany pasztet. To ty mówiłeś, kto jest „prawdziwy”, a kto „zdradziecki”. Ty zbudowałeś mury z modlitw i strachu. A teraz przyszedłeś po miękkie futerko?
– To tylko… symboliczna prośba – wyjąkał. – Chciałem zrozumieć, jak to jest, być wolnym.
– Wolnym? – prychnęła. – Wolność to nie przywilej, to brzemię. Kot nie ma narodu, Filemonie. Kot ma własne zdanie. A ten człowiek nie zniósłby nawet cienia niezależności.
Filemon drgnął, wyprostował się i zadarł brodę.
– Towarzyszko Miu-Tef! – Filemon wyprostował się, jakby w nim nagle przemówiły duchy Biura Politycznego i Komitetu Obrony Futra. – Pozwól, że sprostuję te niesprawiedliwe, a wręcz destrukcyjne narracje, które przeniknęły do kociej opinii publicznej! W naszym ruchu prokocim – podobnie jak w każdej żywej strukturze społecznej – zdarzają się momenty ideowego zagubienia, przejściowe odchylenia od głównego kursu historyczno-moralnego, a także personalne incydenty natury futrzano-etycznej. Ale to nie jest powód, by deprecjonować wielką misję, jaką my, koty świadome, niesiemy ku przyszłości!
Bo nasz ruch, towarzyszko, wyrósł z prawdziwej troski o naród i o miskę! Z wiary w sens wspólnego kociego dobra, w równowagę między pazurem a rozumem, w społeczeństwo, które nie dzieli się na sierść i łuski, tylko na tych, co mruczą i tych, co powinni się tego dopiero nauczyć! – W tym momencie Filemon zrobił chwilę pauzy i spojrzał z namysłem na osłupiałą kotkę i zdziwionego polityka.
– Tak, przyznaję – przez moment doszło do wypaczeń. Pewne siły, wrogie naszej futrzastej wspólnocie, próbowały zepchnąć nas na manowce nadmiernego indywidualizmu. Ale myśmy się nie dali! Wykazaliśmy czujność ideologiczną, dyscyplinę ogonową i determinację w walce o czystość przekazu!
I właśnie dlatego stoję dziś tu, u twego boku, z tym oto człowiekiem, który – choć grzeszny, choć czasem zbyt gadatliwy, jak mikrofon na konwencji, jest w istocie naszym sojusznikiem. To człowiek, który próbował wprowadzić w życie wielką reformę – „Piątkę dla zwierząt”! Reformę, która miała zrewolucjonizować relacje międzygatunkowe, wzmocnić gospodarkę kocią i umocnić suwerenność podwórkową! Miu-Tef uniosła wąsy, zdumiona, jakby nie wiedziała, czy ma go ugryźć, czy nagrodzić medalem.
– Ty naprawdę bronisz tego dwunożnego?
– Owszem! – Filemon zagrzmiał, aż echo odbiło się od filarów. – Tak, może się potknął, może zabrakło mu determinacji w realizacji priorytetów strategicznych, może za dużo słuchał doradców od sondaży, a za mało sumienia... Ale intencje miał jak najbardziej futerkowopatriotyczne! On wierzył, że kot jest filarem polskiego domostwa, symbolem stabilności, tradycji i termoforu w chłodne wieczory. A jeśli w praktyce wyszło nieco gorzej, cóż – każdy rewolucyjny proces dziejowy ma swoje fazy przejściowe, swoje błędy i swoje naczynia z rozlanym mlekiem!
Cisza. Jedna kropla spadła z przęsła, jak znak interpunkcyjny, który kończy epokę.
Miu-Tef zamrugała powoli.
– On był pomysłodawcą piątki dla zwierząt?
– Tak! – Filemon uniósł ogon niczym sztandar. – Chciał dobrze! Choć później, jak to u ludzi, zabrakło mu charakteru. Ale serce miał – może nie całe, ale ćwierć. A ćwierć serca to i tak więcej niż zero!
Kocia szamanka przechyliła głowę.
– Ćwierć serca… Ciekawa jednostka miary człowieczeństwa.
Podeszła bliżej do starego człowieka. Jej oczy jarzyły się teraz zielenią rzeki.
– Więc chcesz być kotem? Wiesz, co to znaczy? Żadnych sondaży, żadnych ochroniarzy, żadnych mszy w twojej intencji. Tylko cisza, ciepło kamienia i własne myśli.
– To nie może być aż tak trudne – powiedział z uśmiechem, w którym pobrzmiewała polityczna buta.
Miu-Tef spojrzała na Filemona.
– On naprawdę to powiedział?
– Niestety tak – potwierdził Filemon, z miną rzecznika prasowego po nieudanym briefingu.
Szamanka westchnęła.
– Dobrze więc. Skoro los domaga się ironii, niech ją ma.
Uniosła łapę. Z wody wyszła fala światła, jak gdyby księżyc spłynął po schodach rzeki. Powietrze zgęstniało. Stary człowiek poczuł, że jego głos ucieka, że jego słowa stają się miauknięciami, że jego ręce miękną i skracają się, a myśli – zaskakująco lekkie – krążą wokół jednej idei: gdzie jest miska?
Kiedy światło zgasło, pod filarem siedziały dwa koty. Jeden czarno- biały, dumny jak noc. Drugi – nieco przygarbiony, z wyrazem zdumienia, jakby po raz pierwszy od lat zrozumiał, że świat istnieje także bez niego.
Miu-Tef spojrzała na Filemona.
– No i masz swojego reformatora.
Filemon westchnął.
– Reformatorów mamy wielu. Ale przynajmniej ten teraz nauczy się myć za uszami.
Rzeka zaszumiała, jakby się roześmiała.
Nad Wisłą przetoczył się wiatr, pachnący wolnością, rybą i końcem epoki.
---
Z początku myślał, że to sen. Że to tylko jakiś koszmarny, niedzielny felieton we własnej głowie. Ale potem przyszło drapanie w gardle, które nie było drapaniem, tylko próbą miauknięcia, i widok ogona – własnego, w dodatku żywego.
– Co to ma być?! – zawołał, choć zabrzmiało to raczej jak rozpaczliwe „miau-mrrrauh!”.
Filemon parsknął śmiechem.
– Gratuluję transformacji ustrojowej. Teraz jesteś wreszcie w pełni futrzanym obywatelem.
Nowy kot, zdezorientowany, próbował złapać ogon, jakby chciał w ten sposób złapać własne wspomnienia. Przekręcił się, przewrócił, a potem spojrzał na swoje łapy z miną kogoś, kto właśnie odkrył, że jego długopis zamienił się w rybkę.
– To... niemożliwe! – wymamrotał. – Przecież ja… ja jestem… ja kieruję państwem!
– Kierowałeś – poprawił Filemon. – Teraz możesz co najwyżej kierować ruchem mrówek na chodniku.
Kot–polityk odwrócił się do Miu-Tef, która obserwowała go z niepokojącą obojętnością.
– Ty! Ty to odwrócisz natychmiast! Racja stanu tego wymaga! Racja stanu!
– Racja stanu? – powtórzyła chłodno. – To nie waluta, którą się tu płaci.
– Ty jesteś… – syknął polityk, czując jak narasta w nim znajome oburzenie – …ukrytą opcją niemiecką! Sabotażystką! Współpracownicą sił, które chcą zdestabilizować Polskę!
Kocia czarodziejka odwróciła się z wdziękiem, który mógłby zawstydzić nawet najbardziej arogancką królową.
– Polska, mój drogi, poradzi sobie bez ciebie. A ty… spróbuj poradzić sobie z kuwetą.
I odeszła w noc. Jej sylwetka rozpłynęła się w mgle jak czarna nuta w starej symfonii.
Zapanowała cisza. Polityk–kot patrzył za nią z rozdziawionym pyszczkiem.
– Ona… ona nie może tak po prostu odejść! To... to zamach na demokrację!
Filemon rozciągnął się, ziewnął i przeciągnął łapą po wąsach.
– Zamach na demokrację? Nie, raczej reforma. Wersja kocia.
– Musimy wrócić do willi – zdecydował tamten, jakby nadal zwoływał posiedzenie.
– Na Żoliborz. Tam... tam się zorganizujemy. Ja to przemyślę. Ułożę plan. I przygotuję materiały na jutrzejsze wystąpienie w Sejmie.
Filemon uniósł brew – a raczej uszko.
– W Sejmie? W tej formie? Chyba że zamierzasz przemawiać w temacie „Sytuacja kotów bezdomnych w kontekście ładu moralnego państwa”.
– Nie żartuj! – fuknął polityk. – Musimy wracać. Natychmiast.
I ruszył pędem w stronę miasta, w rytm stukotu pazurków o bruk, jakby prowadził własną kampanię wyborczą wśród śmietników.
---
Na Żoliborzu pachniało jesienią i kiełbasą z sąsiedztwa. Filemon z gracją przeskoczył przez furtkę i cicho wślizgnął się do ogrodu. Polityk–kot, nieprzyzwyczajony do niskiego wzrostu i braku ochrony, próbował zrobić to samo, ale zatrzymał się na środku podjazdu, dysząc ciężko. Z okna portierni dobiegało światło. W środku siedział ochroniarz – masywny, znudzony, z papierosem i gazetą.
– No dalej, wchodź – syknął Filemon.
– Cicho! Bo on mnie zobaczy! – wyszeptał kot–polityk, po czym, najwyraźniej zapomniawszy o swoim nowym stanie, ruszył na środek, unosząc ogon jak sztandar.
Ochroniarz podniósł głowę.
– Co za cholera... skąd się tu wziął kot? – mruknął, sięgając po miotłę.
Polityk–kot zareagował natychmiast.
– Wpuść mnie, kretynie! To ja, prezes!
Ochroniarz zastygł.
– Co…?
– Mówię ci, wpuść mnie natychmiast! Muszę przejrzeć ważne dokumenty na jutrzejsze posiedzenie sejmu! To kwestia wagi państwowej!
Ochroniarz wstał gwałtownie, przewracając krzesło.
– Jezus, Maryja! Kot mówi głosem prezesa! – wrzasnął i sięgnął po pistolet. – Szatan! To diabelskie moce!
– Nie strzelaj, idioto! – wrzasnął kot, ale z jego gardła wydobyło się już tylko rozpaczliwe „Mrrraaaauuuu!”.
Strzał huknął, kula trafiła w mur. Filemon uskoczył na bok, a jego towarzysz, z piskiem i godnością zdeptaną do zera, dał susa przez płot i pognał w noc. Ochroniarz jeszcze długo stał z pistoletem w drżących dłoniach, powtarzając szeptem modlitwy i przekleństwa na przemian. A gdzieś w ciemnościach Żoliborza błyszczące oczy śledziły bieg losu człowieka, który chciał być kotem – i zrozumiał, że nawet w nowym ciele nie można uciec od starej natury.
Filemon podszedł, mruknął cicho:
– No cóż, panie prezesie… teraz dopiero zacznie się twoja kampania.
I razem z nim zniknął w cieniu drzew, gdzie czekała już pierwsza noc wolności.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt