Na Krakowskim Przedmieściu wieczór był z gatunku tych teatralnych — zbyt ciemny, by był prawdziwy i zbyt nastrojowy, by ktoś uwierzył, że to tylko przypadek. Latarnie rzucały światło jak reflektory, oświetlając scenę, na której w roli głównej występował... kot. Mały, kudłaty, z miną, jakby dopiero co przeczytał własny nekrolog. Siedział przy krawężniku i miauczał żałośnie w stronę Zamku Królewskiego, jakby błagał historię, by oddała mu stołek.
– To koniec... – zawył. – Polska przepadła... Naród został bez sternika... bez wizji... beze mnie...
– Bez ciebie to akurat odpocznie – mruknął Filemon, który siedział nieopodal i czyścił łapę z godnością kota stoickiego. – Weź się w garść, bo wyglądasz jak plakat po deszczu.
Prezes-kot spojrzał na niego z rozpaczą, w której była nuta dawnych konferencji prasowych.
– Ty nie rozumiesz, Filemonie! Oni mnie potrzebują! Ludzie bez przywódcy są jak... jak koty bez kuwety! Chaos! Anarchia! Zachód!
– A ja myślałem, że koty właśnie najlepiej radzą sobie w chaosie – odparł Filemon. – I wiesz co, stary? Zamiast tu ryczeć jak na miesięcznicy, może byś się zajął czymś pożytecznym. Na przykład kolacją.
– Kolacją? – Prezes prychnął. – Jak ty możesz myśleć o jedzeniu w chwili, gdy upada państwo?
– Bo głodny kot to wściekły kot, a wściekły kot to dramat społeczny – odpowiedział Filemon, wchodząc w ton eksperta od doktryn futrzastych. – Chodź, idziemy polować.
– Polować?! Na co?! – oburzył się prezes. – Na myszy? Fe! Obrzydliwe stworzenia, plugastwo miejskie!
– To dobrze, że nie kandydujesz na ich rzecznika – mruknął Filemon i z gracją ruszył w bok ulicy. – Wiesz, w tym kraju nawet myszy mają lepszy PR niż ty.
Prezes- kot przewrócił oczami i westchnął z rozpaczą.
– Poza tym... w Warszawie nie ma już myszy! To miasto jest czyste, nowoczesne, europejskie...
Nie zdążył dokończyć. Filemon wyskoczył jak błyskawica, a po chwili wrócił z tłustym, wijącym się trofeum w zębach. Położył je przed prezesem z triumfem.
– A jednak, proszę bardzo. Warszawa żyje! I ma się doskonale.
Prezes patrzył z mieszaniną obrzydzenia i zazdrości.
– To wina Czaskowskiego... – wymamrotał z przekąsem. – Przez jego zaniedbania... w stolicy szerzy się myszowisko!
Filemon uniósł pyszczek i z francuskim akcentem zawołał:
– Vive la mairie de Varsovie! – po czym zjadł zdobycz z elegancją, która mogłaby zawstydzić kelnera w Bristolu.
Prezes spuścił głowę. Jego futerko, kiedyś lśniące od politycznej pewności siebie, teraz wyglądało jak stara marynarka po burzy.
– Straciłem wszystko... dom, ochronę, wpływy... Polskę...
– Przesadzasz – Filemon przeciągnął się. – Masz mnie. A ja mam poczucie humoru, więc przynajmniej jedno z nas przeżyje ten dramat.
Kot-prezes zerknął w stronę kolumny Zygmunta. U stóp pomnika zaczynał się ruch. Ludzie gromadzili się z transparentami, świece migały w dłoniach, a powietrze drżało od skandowanych haseł.
– Patrz! – krzyknął nagle, ożywiony. – To nasi!
Filemon uniósł brew.
– Nasi?
– No... patrioci! Prawdziwi Polacy! Moi ludzie! Oni mnie rozpoznają! Pomogą mi!
Filemon zmrużył oczy.
– Ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Jesteś kotem, stary. Dla nich jesteś najwyżej memem.
Ale prezes już nie słuchał. Z podniesionym ogonem i błyskiem dawnej wiary w oczach ruszył w stronę tłumu, który skandował pod pomnikiem:
„Cześć i chwała bohaterom ! Czołem Wielkiej Polsce!!!”
I przez krótką, cudaczną chwilę wydawało się, że naprawdę uwierzył, iż wołają właśnie jego.
---
Na Krakowskim Przedmieściu zrobiło się tłoczno jak na procesji narodowej świętości. Flagi powiewały w świetle latarni, transparenty błyszczały świeżością farby, a głośniki charczały patriotyzmem. Prezes–kot wmieszał się w tłum z gracją kocura, który wraca na dawno opuszczony tron. Czuł zapach znany z młodości – mieszaninę kadzidła, duchowego uniesienia i ideologii.
Z każdą chwilą jego serce rosło. Słyszał okrzyki: „Bóg! Honor! Ojczyzna!”, „Precz z lewactwem!”, „Nie oddamy Polski wrogom!”. Hasła brzmiały jak pieśń chwały. Jego futerko zafalowało od dumy, ogon drżał jak biało–czerwony sztandar.
– Filemonie, słyszysz? – zawołał z uniesieniem. – Oni wciąż tu są! Moi wierni, niezłomni, niepokorni! Naród mnie nie zapomniał!
– Prezesie, błagam, nie idź tą drogą… – Filemon próbował go zatrzymać, ale na próżno. – Pamiętaj, że teraz masz cztery łapy, a nie ochronę SOP- u!
– Gwardia umiera, ale się nie poddaje! – odparł dumnie kot–prezes i parł naprzód, rozpychając się przez tłum jak niegdysiejszy mąż stanu przez dziennikarzy.
Na podwyższeniu, obok głośników i baneru „Patriotyzm naszą bronią”, stał mikrofon. Kot–prezes wspiął się na skrzynkę, wbił spojrzenie w tłum i uniósł łapę jak wódz przed narodem. Zapanowała cisza – na krótką, złowrogą chwilę.
– Drodzy, prawdziwi Polacy! Bracia i siostry w futrze i w duchu! – kot–prezes uniósł łapę, a jego głos drżał od wzniosłości jak wieża kościoła w przeciągu historii.
– Zdradzili nas o świcie... znowu! Jak zawsze! Bo zdrajcy nigdy nie śpią, oni tylko udają, że śpią, gdy tymczasem knują w Brukseli, w Berlinie i, być może, w kuchniach własnych matek! Ale ja, wasz pokorny sługa narodu, powróciłem! W innej postaci, lecz z tą samą misją! Tak, los zesłał mi próbę – zamienił mnie w kota, abym lepiej zrozumiał cierpienie tego narodu, który od stuleci chodzi własnymi drogami, a mimo to wciąż wraca do domu, do miski, do Ojczyzny!
Tłum spojrzał na niego osłupiały. Ktoś mruknął:
– Co on pieprzy?
Kot kontynuował, zagrzewając się własnym głosem:
– Nie śmiejcie się, bo to nie jest żart! To jest znak! Znak z Nieba, że nawet w futrze można służyć Polsce! Że duch narodu nie zna granic gatunku! Że my, koty – naród wierny i niezależny – jesteśmy jak Polska: zdradzani, wyśmiewani, a jednak zawsze spadamy na cztery łapy! Przyszli tacy, co mówili: nie da się, Polska jest skończona, naród się nie obudzi. Ale ja mówię wam – futro może posiwieć, ale pazur pozostaje biało-czerwony! Bo Polska nie jest do pogłaskania! Polska jest do obrony! I ja, choć w tej pokornej postaci, stoję tu, by bronić świętości, tradycji i kuwety narodowej przed plugawą łapą liberalizmu!
Niech Bruksela drży! Niech Berlin szczeka! Niech Moskwa syczy z zazdrości! Bo oto powstaje nowy porządek moralny – porządek koci, porządek czysty, gdzie każdy Polak, każda Polka i każdy kot będą wiedzieli, gdzie jest ich miejsce!
Niech Europa patrzy! Niech widzi, że Polska się nie kuli, Polska się jeży! Że my, patrioci, nawet gdy nam odbiorą wszystko – godność, prezesury, telewizję publiczną – to i tak zostanie nam jedno: ogon, którym możemy z godnością machnąć na zdradę!
– To szatan! – wrzasnął ktoś z pierwszego rzędu.
– Diabeł w futrze! – zawtórowała kobieta z różańcem.
– Wytwór Brukseli! – dodał mężczyzna w kurtce moro.
– Cudowne dziecko LPG!
– To L-G-B-T, idioto! – poprawił ktoś z tyłu, ale było już za późno.
Gniew rósł. Tłum zaczął buczeć, ludzie wymachiwali flagami jak mieczami, a prezes–kot cofał się, cofając razem z Filemonem, który syknął:
– Mówiłem, żebyś nie szedł tą drogą, Napoleonie z miską mleka!
Z każdej strony napierały postacie – twarze w biało–czerwonych szalikach, oczy rozpalone, usta krzyczące coś o zdrajcach, o antychrystach i o kociej zarazie.
– Łapać go! – ryknął ktoś.
– Diabelski kot!
Filemon postawił zjeżył sierść.
– No pięknie. I co teraz, mężu stanu?
– Ratunku! – zaskowyczał prezes–kot.
– Zasadzka! Sabotaż!
I wtedy ją zobaczyli. Stała po drugiej stronie ulicy – dziewczyna, młoda, może dwadzieścia parę lat. Krótkie włosy miała pofarbowane w kolory tęczy, a w oczach błysk odwagi, której nikt nie uczy w katechizmie. Za nią zebrała się grupka ludzi z transparentami: „Kochaj, nie bij!”, „Ziemia dla wszystkich!”, „Za prawa zwierząt!”.
Dziewczyna podniosła megafon.
– Zostawcie te koty! – zawołała z mocą, która przecięła wrzawę jak piorun. – One też mają prawo do życia, nawet jeśli są polityczne!
Tłum patriotów zawył wściekle.
– Lewacka prowokacja!
– Broni diabelskiego zwierza!
– Za Wielką Polskę! Raz sierpem, raz młotem! – ryknął mężczyzna w berecie, podnosząc flagę jak broń.
Z drugiej strony dziewczyna krzyknęła:
– Za prawa zwierząt! Za współczucie!
I ruszyli – dwa tłumy, dwa światy, dwa oddechy tej samej, rozdartej Warszawy.
Filemon złapał prezesa–kota za kark i syknął:
– Mówiłem, że będzie rewolucja, tylko nie sądziłem, że dosłownie.
Nad nimi rozbrzmiał huk, krzyki, szum flag i dźwięk tłuczonego szkła. W tej mieszaninie gniewu i absurdu, dwa koty zniknęły w tłumie — między nienawiścią a tęczą, między historią a farsą. I nikt już nie wiedział, po której stronie barykady naprawdę miauczy duch narodu.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt