Miasto, które jeszcze przed chwilą kipiało od krzyków i nienawiści, ucichło, jakby ktoś zakręcił kurek z emocjami. Na chodniku, wśród porozrzucanych ulotek i rozdeptanych flag, leżały dwa koty – jeden rozczochrany i obrażony na świat, drugi spokojny jak budda w futrze. Nad nimi pochyliła się dziewczyna z tęczowymi włosami.
– O matko, biedne stworzenia – powiedziała miękko. – Nic wam nie jest?
Kot–prezes, jeszcze drżący po ucieczce przed tłumem, prychnął z dumą, jakby chciał powiedzieć: Kim ty jesteś, kobieto, by mówić do mnie tym tonem?
Filemon ziewnął.
– Myślę, że z fizjologicznego punktu widzenia wszystko gra. Psychicznie – mniej. On przeżywa rozpad imperium.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– No to zabieram was do siebie. W tym mieście nawet ludzie nie są bezpieczni, a co dopiero koty.
– Protestuję! – zawołał prezes–kot. – Ja nie jestem żaden bezpański włóczęga! Ja mam dom, willę, historię, naród!
– Naród ci już podziękował – mruknął Filemon. – A co do willi, to ochroniarz z pistoletem skutecznie ją zamknął.
Dziewczyna wzięła prezesa–kota na ręce.
– Spokojnie, Mruczuś, już dobrze.
– Coś ty powiedziała? – oburzył się. – Mruczuś?!
– No przecież musisz mieć jakieś imię – odparła z uśmiechem. – A ty – zwróciła się do Filemona – pewnie jesteś starszy, mądrzejszy. Będziesz... profesorem Filemonem.
– Wreszcie ktoś zrozumiał moją rangę – powiedział kot z udawaną powagą.
I tak, wśród śmiechu, krzyków z oddali i zapachu spalonych rac, ruszyli w stronę mostu, a potem dalej – w głąb Śródmieścia.
***
Kawalerka Małgorzaty była mała, ale ciepła. Ściany obwieszone plakatami: strajk kobiet, prawa zwierząt, tęczowe flagi, portret greckiej bogini z napisem „Wolność jest kotką”. Na parapecie rósł fikus o imieniu Greta.
– Rozgośćcie się – powiedziała Małgorzata. – Pewnie jesteście głodni.
Filemon wdrapał się na półkę z książkami i rozsiadł obok tomu „Manifest kocio–feministyczny”.
– No, nieźle – mruknął. – Wreszcie ktoś, kto czyta.
Mruczuś natomiast siedział na środku pokoju, marszcząc wąsy.
– Ja nie jem byle czego. Musi być konkretna karma. Z mięsa. Z certyfikatem.
– Mięso?! – zawołała Małgorzata. – Nieee, nie, mój drogi. W tym domu jesteśmy roślinni.
Kot–prezes spojrzał na nią jak na kogoś, kto właśnie zaproponował zmianę konstytucji w sprawie ryby.
– Roślinni?! Ale to... to marksizm biologiczny!
– To się nazywa empatia – odpowiedziała z uśmiechem. – Zaufaj mi, Mruczku. Po tofu też można mruczeć.
Filemon parsknął śmiechem.
– Szybko cię przestawią, towarzyszu prezesie.
Wieczorem, po kolacji (czyli po zupie z soczewicy, którą Małgorzata nazwała „daniem z sercem”), dziewczyna usiadła na kanapie i pogłaskała Mruczusia po grzbiecie. Kot, choć początkowo sztywny jak generał na defiladzie, po chwili zaczął mruczeć – cicho, niepewnie, ale szczerze. Oksytocyna zaczęła działać jak niewidzialna dyplomatka – łagodziła w nim ideologiczne granice. Mruczuś poczuł ciepło, miękkość koca, zapach lawendy i... coś jeszcze. Coś dawno zapomnianego. Czułość.
– Widzisz, Filemonie – szepnął – ta kobieta ma w sobie... jakiś porządek.
– Porządek? – prychnął Filemon. – Ty chyba masz gorączkę.
– Nie, naprawdę. Jest stanowcza, ale dobra. I pachnie... konstytucją.
– Pachnie czym?
– Nieważne.
Zasnął z głową na jej kolanach, a ona, nieświadoma, głaskała go dalej, nucąc coś cicho.
***
Rano włączyła telewizor. W wiadomościach mówiono o sensacyjnym zniknięciu „Przywódcy Obozu Patriotycznego”, prezesa partii Sprawiedliwi Ponad Wszystko. Ekran wypełniły twarze ekspertów.
– Możliwe, że prezes uciekł na Węgry – mówił jeden.
– Albo do Ameryki Południowej – dodał drugi. – Jak wielu przed nim.
– Nie można wykluczyć też interwencji obcych sił, w tym genderu – stwierdził trzeci.
Mruczuś siedział na parapecie, zjeżył ogon i syknął.
– Bzdury! Niczego nie rozumieją!
– No widzisz – odezwał się Filemon – to są właśnie wolne media. Każdy może gadać, co chce.
– Oni mnie szkalują! – jęknął prezes–kot. – Znowu próbują mnie zdyskredytować!
Małgorzata podeszła i podała mu miseczkę z mlekiem sojowym.
– Spokojnie, Mruczku. Nie daj się tym emocjom. Widzisz? Świat się nie zawalił.
Mruczuś popatrzył na nią, potem na Filemona, potem na telewizor. W jego oczach przez chwilę błysnęła stara iskra – ten polityczny żar, który kiedyś podpalał tłumy. Ale zaraz zgasła. Westchnął głęboko.
– Są sprawy ważne... i ważniejsze – powiedział wreszcie i oblizał się z namysłem. – A polityka... cóż, polityka może poczekać.
Filemon przewrócił oczami.
– Oby nie do następnych wyborów.
A Małgorzata uśmiechnęła się, nieświadoma, że właśnie pogłaskała po głowie najgroźniejszego kota w historii polskiej demokracji. Za oknem rozlegał się poranny gwar Warszawy, a w mieszkaniu zapanował pokój – ten dziwny, niepokojący pokój, który zawsze poprzedza kolejną burzę.
***
Popołudnie pachniało kawą i wegańskim ciastem z dyni. Małgorzata siedziała przy stole, ubrana w miękki, szeroki sweter, a Mruczuś leżał na parapecie, z miną kota, który właśnie rozważa kandydowanie na prezydenta wszechświata. W pokoju panował spokój, przerywany tylko delikatnym dźwiękiem łyżeczki stukającej o filiżankę. I wtedy drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia.
– Kochanie, jestem! – rozległ się wesoły głos.
Do środka weszła dziewczyna o ciemnej karnacji, z długimi dredami spiętymi w koczek i kolczykiem w nosie. Niosła siatkę pełną warzyw i butelkę wina. Małgorzata wstała z uśmiechem.
– O, Wiktoria! Właśnie wróciłaś!
Wiktoria podeszła i pocałowała Małgorzatę w policzek, a potem w usta. Mruczuś zamarł. Jego źrenice rozszerzyły się jak dwa czarne księżyce.
– Co to… co to było? – wymamrotał. – Co ja… widziałem?
– Czułość, panie prezesie – odparł z fotela Filemon, który, jak przystało na profesora, obserwował świat z ironicznym dystansem. – Gatunek bliski wymarciu wśród twoich dawnych współpracowników.
– Ale... ale to przecież… dwie kobiety! – wysyczał Mruczuś, z trudem łapiąc oddech. – One… razem… publicznie… w moim… znaczy… w tej... kawalerce! A co ze mną?!
Małgorzata odwróciła się i spojrzała na kota z uśmiechem.
– Mruczku, poznaj Wiktorię. To moja partnerka.
Kot cofnął się o krok, jakby ktoś go trzepnął gazetą po łapach.
– Partnerka?! – ryknął. – Nie, to… to jakiś żart, prowokacja! Ja… ja się na to nie godzę!
Wiktoria spojrzała na niego rozbawiona.
– Coś ty za konserwatywny futrzak. Myślałam, że koty są tolerancyjne.
– Tolerancja to wymysł zgniłego Zachodu! – zawołał Mruczuś. – To przez was świat się rozpada! Najpierw partnerki, potem adoptowane chomiki, a na końcu koty przestaną mruczeć z przyzwoitości!
Małgorzata zaśmiała się, ale w jej śmiechu było trochę zmęczenia.
– Mruczku, czy ty siebie słyszysz? Przecież jesteś kotem.
– Kotem, tak! Ale kotem z zasadami! – zagrzmiał, stając na parapecie jak na mównicy. – Od wieków rodzina była podstawą cywilizacji! A wy… wyście tę cywilizację zdradziły! Sodoma i Gomora w wersji wegańskiej!
Filemon jęknął.
– Zaczyna się. Klasyczny wykład z kociej teologii stosowanej.
Małgorzata odłożyła filiżankę.
– Mruczku, jeżeli masz problem z moim związkiem, to może…
– O tak! Mam! I to wielki! – przerwał jej kot, zjeżony i purpurowy od gniewu. – W tym mieszkaniu jest za ciasno na mnie i na wasze ideologiczne eksperymenty!
Wiktoria uniosła brew.
– Czy on właśnie kazał nam wyjść z własnego mieszkania?
– Nie, nie – westchnął Filemon. – On sam zaraz odejdzie. Zawsze tak robi, kiedy świat nie chce mu przyznać racji.
Mruczuś obrócił się na pięcie – raczej na pazurkach – i podniósł głowę z godnością, która w innych okolicznościach mogłaby uchodzić za wzruszającą.
– Odchodzę. Zostawiam was z waszym gender, z waszym tofu i waszą anarchią.
– Nie zapomnij kuwety – mruknął Filemon.
– Milcz, profesorze! – fuknął Mruczuś. – Polska jeszcze o mnie usłyszy.
I z tymi słowami wyskoczył przez okno na balkon, a potem na ulicę. Filemon westchnął ciężko, spojrzał na Małgorzatę i jej partnerkę.
– Cóż, wygląda na to, że mój dawny towarzysz znów idzie w politykę. – I z gracją zeskoczył za nim.
***
Szli wzdłuż Wisły, w ciszy przerywanej tylko szumem miasta. Lampa rzucała na wodę długie, żółte smugi, a powietrze pachniało wilgocią i rozczarowaniem. Mruczuś szedł dumnie, choć jego ogon smętnie zwisał, jak flaga po przegranej bitwie.
– I co teraz, panie przywódco narodu? – spytał Filemon z nutą ironii. – Plan odbudowy cywilizacji tradycyjnej? A może konferencja prasowa pod mostem?
– Śmiej się, profesorku – warknął Mruczuś. – Ale ten kraj potrzebuje mnie bardziej niż kiedykolwiek. Oni myślą, że mnie pokonali… że mogą żyć bez wartości… bez porządku!
– Bez ciebie, chciałeś powiedzieć – poprawił Filemon.
Mruczuś zatrzymał się i spojrzał w wodę. Odbicie latarni drżało w nurtach jak złoty znak zapytania.
– Zemszczę się – powiedział cicho, prawie z czułością. – Na nich wszystkich. Na tych, którzy teraz drwią, którzy myślą, że świat może istnieć bez dyscypliny i posłuszeństwa.
Filemon ziewnął.
– Brzmi jak każdy twój poranek w partii.
Mruczuś nie zwrócił uwagi. Jego oczy błyszczały.
– Jest jedna osoba, która mnie posłucha. Bez względu na wszystko.
– Doprawdy? – Filemon zmrużył oczy. – I kto to taki?
Mruczuś spojrzał gdzieś daleko, w stronę zachodniego brzegu, gdzie światła miasta stapiały się z ciemnością.
– On… – powiedział tylko. – On zawsze słucha.
A potem ruszył przed siebie, z ogonem uniesionym jak sztandar. Filemon westchnął i podreptał za nim, mrucząc pod nosem:
– No tak. Zawsze jest ktoś kto słucha do końca. I zawsze kończy się to katastrofą.
Wiatr znad Wisły zawył jak stare radio, w którym właśnie kończy się epoka.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt