Mróz zaczął wdzierać się do ust. Nasunęłam wyżej chustę, będącą jedynie imitacją wełnianego szalika chcąc sprawić, aby oddech był cieplejszy. Poczułam gorąc okalający nos i policzki. Oszronione rzęsy zaczęły się skraplać i miałam wrażenie, że jeszcze chwila i się roztopią na znak sprzeciwu przeciw zimnu, które wszystko malowało na biało zacierając granice między jawą a snem. Uświadomiłam sobie, że muszę się ruszać, inaczej zamarznę. Zaczęłam chodzić w kółko, zataczając coraz większe kręgi aż dostrzegłam pozostawione w śniegu ślady prowadzące dokądś i to dokądś wydało mi się nader kuszące. Podążyłam w kierunku, w którym ktoś wcześniej podążył przede mną. Moje stopy były mniejsze, pozostawiając wolną przestrzeń w śladach, którymi szłam. Byłam wdzięczna za wytyczenie ścieżki, która gdzieś prowadziła. Może do ciepła? Nagle po mojej prawej i lewej stronie zaczęły wyrastać drzewa. Widziałam jak kiełkują w zadziwiająco szybkim tempie. Rosną. Olbrzymieją. Surowe w swej wspaniałości i tak bardzo mroczne, że objęłam siebie ramionami chcąc nie tylko bardziej się ogrzać, ale i ochronić. Było w nich coś piekielnego. Rzucały złowrogi cień mimo środka nocy i to właśnie ten ich cień był najbardziej mroczny. Nie wiem ile szłam wytyczoną przez nie aleją. Długo. Mogły to być godziny, miesiące, a może nawet lata. Czas znikł i liczyło się tylko to, że nie marznę. Podobnie jak drzewa pojawiła się przede mną piramida. Lodowa, wysoka przywodząca na myśl baśń o szklanej górze. Moja piramida była niczym sopel lodu, który wyrasta z ziemi jak z rynny. Ten piramidowy sopel miał w sobie światło. A światło to ciepło, więc weszłam w nie.
W środku piramidy była także aleja z drzew, lecz drzewa te były inne. Skrzące od poświaty światła i chybotliwe od ciężkości gałęzi. Zachowywały się tak, jakby się mnie bały. Jakbym była potworem mającym je zdeptać i z każdym moim krokiem kurczyły się aż stały się wysychającą trawą, po której starałam się delikatnie stąpać, lecz moje ślady pozostawiały ścieżkę znacznych wgłębień. Szłam coraz mozolniej, coraz bardziej zapadając się w ziemię, coraz głębiej i zapewne pochłonęłaby mnie, gdyby nie wieża. Gdyby nie dziwne przeświadczenie, że do mnie przemawia. Stała dumna, wyniosła, piękna. Wyglądała, jakby była zrobiona z kości słoniowej. Może była kłem słonia, który dostosował się do otoczenia stając się wieżą o oknach wzywających swój pierwotny kształt?
Słyszałam ją. To nie były słowa, które znam, raczej dźwięki, monosylaby o znaczeniu, które mogłam im nadać. A chciałam słyszeć tylko jedno:
– U-cie-kaj!
Usiłowałam wygramolić się z grząskiej ziemi, podpierając się łokciami, ale ona mnie pochłaniała. Żarła. Czułam jak odbiera mi siłę, jak pogrążam się w niej coraz bardziej. Zapadam coraz głębiej. Ostatkiem sił podparłam się na łokciach, napierając na nie. Zaczęłam poruszać najpierw stopami, później kolanami unosząc całą nogę do góry aż kolano znalazło się na twardej powierzchni. Paznokciami, niczym szponami wbiłam się w najdalszy kawałek twardego gruntu aż wygramoliłam się z bagnistego więzienia. Wstałam z kolan i podreptałam w kierunku przywołującej mnie wieży.
Stała na wzniesieniu beznamiętnie spoglądając na okalającą ją wstęgę smutnej rzeki, która równie dobrze mogła być owocem niezliczonej ilości łez. Żal. Tęsknota. Żałoba. Ona płakała po stracie. Mnie też udzielił się ten smutek. Ale co takiego utraciła?
Chciałam poznać jej sekret. Sekret wieży i jej tęsknoty, więc weszłam przez łukowate drzwi do jej wnętrza.
Oślepił mnie blask, dopiero po dłuższej chwili rozejrzałam się wokół pełna zaciekawienia. Ściany pokryte były tapetą imitującą niebo, podłoga była kamieniem i rzeką, która przedostawała się do wnętrza przez szczeliny w ścianach. Dopiero teraz spostrzegłam, że jestem w miejscu, które równie dobrze mogłoby być oazą na pustyni. Fatamorganą.
– Nie patrz na nas – przemówił stłumiony głos. Rozejrzałam się wokół, ale nikogo nie dostrzegłam.
– Czy jest tu ktoś? – zapytałam, chcąc upewnić się, że to, co usłyszałam wcześniej nie było wymysłem umysłu, że ktoś tu jest i ten ktoś wzbudzał moją ciekawość.
Jednak tylko cisza spowijała przestrzeń, którą raptownie przerwał spazmatyczny szloch.
– Kim jesteś? – pytałam, lecz nikt nie kwapił się na odpowiedź.
Zniechęcona siadłam przy ścianie i siedziałam nieruchomo, zapewne musiałam przysnąć, bo znowu marzłam. Znowu byłam wśród szpaleru drzew, lecz tym razem z ich cienia ktoś się wyłonił:
– Gdzie idziesz? – zapytał, jakby od niechcenia.
– Do ciepła – odrzekłam.
– To zawróć, tu tylko lód i mróz.
– Nie chcę zawracać.
– A powinnaś.
– Dlaczego mnie zniechęcasz?
– Nie zniechęcam. Sprawdzam tylko jak bardzo tobie zależy.
– Zależy? Na czym?
– Na cieple.
– Kim jesteś?
Ale już nie odpowiedział. Odwrócił się, nasunął jeszcze bardziej kaptur na oczy i poszedł przed siebie zostawiając głębokie ślady w śniegu. Podążyłam za nim aż trafiłam na piramidę, z której wnętrza biła jasność. Weszłam do niej. Byłam już na tej łące, brodziłam w tym bagnie, wchodziłam do tej wieży.
– Nie patrz na nas. – Słowa wyrwały mnie ze snu.
Dopiero teraz je dostrzegłam. Rzeźby. Kamienne okręgi z wtopionymi w nie twarzami. I te twarze wydały mi się tak bardzo znajome. Były zrośnięte z ziemią dziwną rośliną przypominającą ni to drzewo ni mech i jednocześnie sprawiającą wrażenie łańcucha. Kamienne oblicza były uwięzione, ale nie płakały, były raczej obojętne. Tak, jakby ten stan był czymś całkowicie normalnym. Nie wiem, czy bardziej zaniepokoiła mnie ta ich obojętność, czy narośl, która zdawała się pochłaniać je coraz bardziej. Zarastać. Trawić.
To stało się instynktownie. Poczułam w sobie złość, i jednocześnie siłę. Wstałam i zaczęłam wyrywać korzenie, łamać gałęzie, szarpać. Trzask, skowyt, nieludzkie dźwięki odbijały się od ścian. Moje dłonie krwawiły, ale to mnie nie powstrzymało. Przestałam dopiero, gdy kamienne twarze się uniosły. Gdy ulatywały przez okna wieży całkowicie wolne.
***
– Czy pani mnie w ogóle słucha?
Oderwałam wzrok od obrazów. Przyglądałam się im wiele razy, bo wiele razu byłam w tym gabinecie. Spojrzałam w oczy lekarza, były nasycone błękitem, a źrenice otaczała niemalże biała obwódka.
– Wyniki są dobre, a nawet bardzo dobre. Nie ma przerzutów, ale pozostanie pani pod kontrolą. Słyszy mnie pani? – zapytał głośno.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam. Chciałam się cieszyć, skakać, klaskać, śmiać się głośno, ale niedowierzałam. Podziękowałam lekarzowi i wyszłam.
Była wiosna. Dzień był tak bardzo słoneczny. Było mi ciepło. Pierwszy raz od tak bardzo, bardzo dawna.

a to inny lekarz. onkolog z obrazami surrealisty na ścianach? byłoby to ciekawe.






Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 




Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt