Rosół
- Użyj nosa. - rzekł pełny głos, jak do całkiem przygłuchej.
- Czyżby to telewizor słowem chlapnął? Ma mnie za starą wariatkę?
Spurpurowiałam, ołówek wypadł mi z ust. On ani parsknął. Błyszczący, nietknięty.
- Ćwiczę nie dla sportu, a dla wizerunku. Wystarczy? Krzywych ust obecnie nie nosi się - wygarnęłam, wlepiając oczy w czarny ekran.
Postałam jeszcze trochę w ciszy, jakbym czekała, że w jego prostolinijnej urodzie ujrzę choć cień aprobaty.
W telewizorze tylko coś zasyczało.
- Ano, chyba już przyszła moja kolej... Na tym starość polega? - przemknęło.
Czując się zwolniona z dalszych wyjaśnień, wróciłam do sypialni. Przed lustrem zlustrowałam się na chybcika.
Dokładnie oklepałam kremem wystający podbródek i czoło. Uśmiech zlikwidował poranną brzydotę.
- Ogólnie dobrze, tylko włos na okrętkę. Żadna ozdoba.
Wyjęłam nożyczki. Twarda ręka, sztywny nadgarstek, kilka ruchów palców i świst poszedł. Rude kosmyki opadły na podłogę.
Niedawny udar zrobił swoje, spadł na mnie jak burza, wyrywając kilka lat z życia. Ale głowa pozostała bez zarzutu. Umiem pewnie stać na nogach, prawa ręka nadal jest mocna, oko wiele dojrzy. Wyszłam, jakby inną osobą. Rogata. Uparta. Chyba ładnych lat jeszcze dożyję. Nie utknę w bezczynności, będę pisać dalej. Chwycę tylko dobry temat i jazda. Za wcześnie na pogrzeb marzeń.
Z wiekiem przeszłość musiała mnie dogonić. To chyba nieuniknione. Życie to zawikłana opowieść, pociemniała nie do poznania, pod warstwami rozmaitych werniksów i sadzy. Moja przyzywająca palcem, często szalona. Niekiedy przerywana zapadnięciem zmroku lub końcem wizyty rodziny i przyjaciół.
Tyle się wtedy działo. Mijały miesiące i kwartały. Boże Narodzenia przechodziły w Wielkanoce, Wielkanoce w Boże Narodzenia. Dziś historia przesącza się przez przedmioty wypełniające niewielką przestrzeń mojego domu. Zbierałam je latami. Są inspiracją, sposobem na dobry nastrój o bladym świcie. Nie pozwalają mi zapomnieć. Sekretarzyk otulony światłem małej lampki wzdycha tęsknie wyglądając pracowitych rąk. Laptop mój wierny towarzysz bezsennych nocy w uśmiechu szczerzy klawisze do śpiących spokojnie książek.
Wspomnienia pojawiają się z początku niepewnie i tajemniczo. Później płyną coraz bardziej wartko, coraz szerzej i głębiej. Niektóre są niczym rozdziały wycięte z książki. Lubię do nich sięgać w porze jesiennej szarugi.
Jako mała dziewczynka nabijałam sobie głowę różnymi teoriami, które znajdowały podatny grunt w zielonym, niepielonym ogrodzie mojej głowy. Czytałam i rozprawiałam, a to o książkach, a to o owadach, najchętniej o stonogach, które dusiłam gołymi rękami i o kaktusach. Lubię je do dziś. Miałam tysiąc pomysłów na minutę. Mama patrząc mi w oczy, przyznawała z bólem, że jedynie nie udało się jej obudzić we mnie miłości do jedzenia, i że na pewno umrę z głodu. Wszyscy mieli nadzieję, że mi przejdzie. Ile tym gadaniem krwi mi napsuli. I nic, za żadne skarby. Ostentacyjnie omijałam kuchnię. Nieważne, dokąd niosły mnie chude nogi. Byle dalej..., nuciłam pod nosem, tupiąc głośniej niż zwykle. “Paskudztwo” to był jedyny komentarz do całej tej sytuacji.
Aż raz, na mojej drodze, wiodącej do niechybnej śmierci, wyrósł rosół. Niezwykła zupa mojej mamy, niemy świadek bankructwa mojego dziecięcego uporu. Jeszcze w snach czuję jej łechcący podniebienie wyborny smak i i upojny zapach.
Figuruje w stałym zestawie moich opowieści obiadowych. Wywołuję ją z łatwością z lasu mojej pamięci, gdy z kuchni dochodzi głos mojej wnuczki wystarczająco długo odmawiający zjedzenia makaronu lub puree. Wszystko w nim było, jak trzeba. Mama rzadko odsłaniała tajniki swojej kuchni. Od rana chodziła dumna jak paw, dyrygując hufcami garnków i patelni. Powtarzała, że proporcje składników rosołu wymuszają okoliczności. Inne na co dzień, inne na imprezę, jeszcze inne w święta.
- Staram się, by był też dopracowany, a nie jakaś tam chuda kwasota o małych oczkach - powtarzała, wyciągając z kredensu odświętny serwis.
- Smak rosołu zmienia się z upływem lat - usłyszałam, siadając do bogato zastawionego stołu.
Cała mama!
Obecne czasy do pięknych nie należą. Wczoraj podreptałam na pobliski targ warzywny. Kupiłam śmo i owo, wreszcie dorodny pęczek marchwi od jakiejś kobity. Zorientowałam się po akcencie, że nietutejsza. Śmiesznie mówiła po polsku.
- Nie daj Bóg, teraz nawet marchew i pietruszkę mamy z Ukrainy, a nie ma jak polski towar. Wiem, co mówię - pouczyła mnie sąsiadka, zaglądając mi przez ramię.
Jakimś dziwnym sposobem również znalazła się na rynku. Sepleniąc, strasznie krzywiła się. Wywracała wąskimi ślepiami na wszystkie strony. Nie mogłam patrzeć.
- Trudno za tymi łgarstwami nadążyć - odpaliłam na szybko.
Spojrzała na mnie jak na obcą.
Wychodząc na zakupy, trzeba być gotową na wszystko, pomyślałam, nerwowo wpychając warzywa do siatki.
Moja rozsądna matka zapewne powiedziałaby:
- Jej zachowanie należy określić; za co najmniej za niestosowne, ale jestem przekonana, że to nie jej wina. Nie nauczyli biedaczki. Trzeba było jej raczej wskazać odpowiednią drogę, a nie potępiać.
Odpędzam to polskie piekiełko, jak umiem. Te wszystkie kłótnie, spory i swary. Przewyższają zwykłego człowieka o głowę, wywijają na wszystkie strony i robią, co chcą. Wszyscy gadają, żeby gadać, robiąc nieznośny harmider. Ludzie chyba mają siano we łbach. Kiedyś głośny był tylko bazar. Było na nim więcej handlarzy niż towarów. Dziś parlamentarne trybuny go przypominają. To obraz pełen fałszywych prawd, poza wszelkimi stereotypami.
Na ulicach i placach jest nie lepiej. Zapewne więcej tam tlenu i miejsca dla tłumu.
W drodze powrotnej do domu zmęczona przysiadłam na niskim murku, w parku tuż nad Motławą i patrzę.
- Co do licha?
Pierwsze, co wpadło mi w oko, to postać mówcy, głównego aktora ponurego spektaklu. Ładna czaszka. Odziany w dziwny mundur, na nogach wysokie, podkute buty do jazdy. Chudy jak wielki. Wielki jak brzydki. Obok lichej, oklejonej krzyczącymi plakatami sceny, po której się rzucał, furgotały na wietrze brunatne flagi. Gapiów było wielu. Posłusznie słuchali bzdur o Żydach, złych Niemcach, o nieustannym byciu na granicy. o świecie, w którym zagrożenie nigdy nie mija. Słowa latały tak blisko, puchły i ropiały. Wśród tłumu, na zielonym trawniku stała niezrażona, młoda kobieta z dzieckiem na ręku.
To była to chwila bolesnej, jaskrawej iluminacji.
Machnęłam ręką. Myśli w supły się poskręcały, ale skargi nie złożyłam, no cóż. Powiedziałabym, że takiej rozrywki nie uznaję? Gdy sączy się we mnie rzeka lęków i obaw tylko przystaję zamyślona, szukając drogowskazu. Bóg mnie nie słucha, ma tyle ważniejszych spraw na głowie i zmęczone oczy. Wielkiego stracha nie mam, ale muszę uważać. Na lepszy świat się nie zanosi...
Z kuchni doszedł moich nozdrzy podejrzany swąd.
- To chyba mój rosół!
Poderwałam się i ruszyłam biegiem do kuchni. Zupa przykrywała ledwie dno.
- A miał być pyszny, taki jak u mamy.
No tak, trochę się pozmieniało.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt